Minghun

Minghun według chińskiej tradycji to pośmiertne zaślubiny, gdyż osoby niezamężne w zaświatach są nieszczęśliwe. Dlatego trzeba po śmierci trzeba znaleźć oblubieńca/oblubienicę, znaczy się ciało. Wokół odprawienia tego rytuału krąży historia nowego filmu Jana P. Matuszyńskiego – najbardziej kameralna produkcja w dorobku, ale też zaskakująco rozczarowująca.

minghun1

Głównym bohaterem jest Jurek (Marcin Dorociński) – mieszkający w Gdańsku wykładowca, samotnie wychowujący córkę Masię (Natalia Bui). Kiedy ich poznajemy świętują chiński Nowy Rok razem z przyjaciółmi i znajomymi. Dziewczyna prosi ojca, by pojechać do koleżanek na noc. Następnego dnia okazuje się, że był wypadek, samochód wpadł w poślizg, zaś Masia… nie przeżyła. Jurek jest kompletnie rozsypany, próbując jednocześnie przygotować do pogrzebu. Wtedy przybywa teść, czyli dziadek Benny (Daxing Zhang), który próbuje doprowadzić do odprawienia w kraju minghuna. I tu zaczynają się tarcia.

minghun2

Sam film próbuje być bardzo wyciszonym dramatem psychologicznym, gdzie w tle mamy zderzenie dwóch kultur i dwóch światów. Problem jednak w tym, że scenarzysta Grzegorz Łoszewski nie wykorzystuje w pełni potencjału tej historii. Światopoglądowe zderzenie wydaje się być pozbawione iskry, choć ma parę momentów zaskakująco zabawnych (szukanie ciała w kostnicy czy pośredniczka, która… handluje organami). Podobały mi się także momenty, gdzie mamy przebitki na zdarzenia z przeszłości (córka grająca na cymbałach) czy chwile wyciszenia z kamerą obserwującą Jerzego. Ale im dalej w las, tym nie mogłem pozbyć się wrażenia, że coś za wygodnie to się wszystko układa. Jest zbyt wiele zbiegów okoliczności (córka ukrywała, że ma chłopaka – przy okazji, niedługo po śmierci dziewczyny umiera), zaś emocje robią sobie wolne i historia w ogóle mnie nie zaangażowała.

minghun3

Owszem, wizualnie to wygląda bardzo dobrze i niemal każdy kadr mógłby robić za tapetę, zaś Marcin Dorociński oraz partnerujący mu Daxing Zhang i Ewelina Starejki wyciskają maksimum ze scenariusza. Tylko, że ten scenariusz sprawia wrażenie kompletnie niedogotowanego, jakby to był zaledwie pierwszy szkic, dialogi ocierają się o pretensjonalność i wywołują zgrzyt, zaś zmiana nastawienia Jerzego mnie kompletnie nie przekonuje.

I to wielka szkoda, bo Matuszyński do tej pory nie rozczarowywał. „Minghun” to przykład niewykorzystanego potencjału na mocny, poruszający dramat. Warstwa wizualna nie jest w stanie zmyć całkowitej obojętności jaką przeżyłem w trakcie seansu. Pozostaje mieć nadzieję, że ta produkcja była wypadkiem przy pracy.

6/10

Radosław Ostrowski

Diabeł

Polscy filmowcy od kilku lat próbują stworzyć kino akcji z prawdziwego zdarzenia, ale efekty raczej są niezbyt wysokich lotów. Produkcje Daniela Markiewicza i Patryka Vegi pozostawiały najwyżej niesmak, zaś jeden Władysław Pasikowski to trochę za mało. Niemniej ciągle ktoś próbuje wbić się do tego gatunku jak Cyprian T. Olencki z „Furiosą”. Czy równie udany będzie przypadek debiutu Błażeja Jankowiaka?

Tytułowym Diabłem jest niejaki Max Achtelik (Eryk Lubos) – były żołnierz, wyszkolony komandos, obecnie przebywa z dala od wielkiego miasta oraz armii. Potem działał jako najemnik pod dowództwem pułkownik „Łabędź” (Aleksandra Popławska), jednak obecnie nie planuje wracać do akcji. Wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb swojego ojca, z którym nie utrzymywał kontaktu od 20 lat. I już na miejscu ktoś próbuje się włamać do mieszkania nieboszczyka, ale Max załatwia sprawę twardymi pięściami. A to dopiero początek awantury, w którą zamieszany jest pewien lokalny gangster Kantor (Piotr Trojan) oraz przyjaciel jego ojca (Krzysztof Stroiński). Max jako wsparcie ma jedynie swoją dowódczynię, towarzyszącego psa i dawną dziewczynę (Paulina Gałązka).

Sam film trudno nazwać stricte filmem akcji, a reżyser nie do końca panuje nad materiałem. Historia jest oparta na masie klisz i schematów: od ostatniego sprawiedliwego niczym westernowego herosa, kilka tajemnic do ukrycia, tajemniczych zgonów, prób zabójstwa oraz krążących w okolicy najemników. Nie można nie wspomnieć o układzie, niczym z największych koszmarów polityków PiS. Historia toczy się dość powoli i spokojnie, zaś scen akcji jest tu o wiele mniej niż się można spodziewać. Nie są zbyt efektowne, wyglądają poprawnie, ale czasami bywa bardzo nieczytelnie. Do tego jeszcze czasem dialogi nie brzmią za dobrze, nadmiar pobocznych wątków potrafi przytłoczyć oraz zdezorientować, zaś zakończenie jest mało satysfakcjonujące (z otwartą furtką na ciąg dalszy oraz – kompletnie wziętą znikąd planszą o stanie polskich weteranów).

Sytuację częściowo ratuje obsada, ale nie jest ona w pełni wykorzystana. Eryk Lubos ma w sobie sporą charyzmę i w roli Maxa „Diabła” sprawdza się bardzo dobrze – opanowany, twardy wojownik, co potrafi wyjść z każdej opresji. Nie zawodzi też Stroiński, którego obecność zawsze jest przyjemnością, a także Karol Biernacki (najemnik „Zimny”), za to dość zbędna jest tutaj Paulina Gałązka (Kaja) – jej postać jako obiekt zainteresowania nie przekonuje, zaś jej działania na końcu czynią z niej idiotkę i drażniła mnie. W drobniejszych rolach przewijają się m. in. Andrzej Kłak (dziennikarz Ziemianek), Marek Dyjak („Buba”) czy Aleksandra Konieczna (Bernadetta Kloch), ale nie mają możliwości zabłyśnięcia.

Niby „Diabeł”, ale jakiś taki mało groźny i bez jakiegoś napięcia. Widać debiutancką rękę reżysera, miotającego się między akcją, kryminałem oraz thrillerem, nie mogąc się do końca zdecydować w jakim kierunku chce pójść. Niemniej ogląda się to bezboleśnie, Lubos przyciąga uwagę i klimat też jest niezły, lecz był potencjał na dużo więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Heretic

Jeszcze parę lat temu chodzenie do kina na horror byłoby dla mnie totalną abstrakcją. Ale przełamałem się dzięki „Czarnemu telefonowi” i coraz chętnie skręcam w kierunki grozy. Dlatego zaintrygował mnie „Heretic”, czyli nowe dzieło duet Scott Beck/Bryan Woods (scenarzyści „Cichego miejsca”).

Wszystko zaczyna się od dwóch dziewczyn z kościoła mormonów, które próbują zwerbować nowych członków swojej wiary. Siostra Paxton (Chloe East) i siostra Barnes (Sophie Thatcher) nie mają w tej kwestii zbyt dużo szczęścia, bo albo są ignorowane, albo ośmieszane. Jednak w końcu jest jeden człowiek, który chciałby poznać ich religię – pan Reed (Hugh Grant). Mężczyzna wydaje się bardzo uprzejmy, budzący sympatię i zainteresowany tematem. Ale im dalej trwa rozmowa, tym bardziej okazuje się to wszystko pułapką. Zaś nasz dżentelmen prowadzi swój wykład, że religia to pierdololo. Daje im wyjście, a dokładniej wybór drzwi: przy jednych jest napis WIARA, przy drugich NIEWIARA.

Teraz jest to o wiele bardziej kameralnych opowieści, gdzie mamy zderzenie wiary z rozumem. Jakbym był złośliwy, nazwałbym ten film rozszerzoną wersją monologu George’a Carlina Religion is bullshit. Dialogi (i monologi) są niepozbawione ostrych niczym brzytwa ripost (porównanie religii do… Monopoly czy coverowania piosenek – perełka), ale napięcie jest tutaj budowanie bardzo prosto i oszczędnie. Do tego sama piwnica i podziemne labirynty są jednym z najbardziej przerażających siedlisk od dawna – oszczędnie sfotografowana oraz świetnie oświetlona. Sam finał (w sensie ostatnie 3 minuty temu) jednak był dość rozczarowujący, co jest pewną drobną skazą.

Całość na barkach trzyma świetna trójka: Hugh Grant, Sophie Thatcher i Chloe East. Pierwszy absolutnie błyszczy ze swoim opanowanym głosem, elokwencją oraz sensownymi argumentami. Widać, że bawi się tą rolą i ma z tego masę frajdy. Thatcher i East wydają się pozornie sprzeczne: pierwsza wydaje się mądrzejsza i pewna siebie, zaś druga bardziej wycofana oraz niepewna. Jednak w pewnym momencie to ta druga przejmuje inicjatywę i okazuje się o wiele mądrzejsza niż się wydaje. Ale to musicie się sami przekonać.

„Heretic” to powrót duetu do formy i przykład jak ograniczenia mogą być siłą oraz sprawnie napisanego straszaka. Jedna przestrzeń, trójka aktorów oraz dyskusja o religii – co może być ciekawszego? Takiego wykładu nikt się nie spodziewał.

7/10

Radosław Ostrowski

Gladiator II

Ridley Scott od lat straszył, że zrobi drugiego „Gladiatora”. Problem w tym, że postać grana przez Russella Crowe’a zginęła i nie bardzo było pole do pojawienia się. Koncepcje i pomysły zmieniały się na przestrzeni wielu, wielu lat, lecz wszystko zaczęło się materializować pod koniec 2023 roku. Jeszcze bardziej zmroziło mi krew, gdy za scenariusz miał odpowiadać David Scarpa, który współpracował ze Scottem przy m. in. absolutnie fatalnym „Napoleonie”. Entuzjazm w tym momencie zrobił sobie wolne, a ja poszedłem na seans niczym na ścięcie. I co z tego finalnie wyszło?

Akcja toczy się wiele, wiele lat po części pierwszej. Rzym zamiast zmienić się oraz podążać wizją Marka Aureliusza coraz bardziej pogrąża się w korupcji, zgniliźnie, wojnach i degeneracji. Być może dlatego Imperium rządzone jest przez dwóch Cezarów: Pojebusa i Pojebanusa. Ok, te imiona zmyśliłem, tak naprawdę to Geta (Joseph Quinn) i Karakalla (Fred Hechinger). Nic dobrego z tego nie wynika, o czym przekonuje się Hanno (Paul Mescal) z królestwa Numibii w Afryce Północnej. Rzymskie wojska pod wodzą generała Akacjusza (Pedro Pascal) atakują stolicę, masakrując wielu żołnierzy, w tym żonę Hanno. Mężczyzna trafia do niewoli i – ku niczyjemu zaskoczeniu – zostaje gladiatorem, przykuwając uwagę niejakiego Makrynusa (Denzel Washington). Ten handlarz niewolników chce wykorzystać wojownika do swoich planów i pomóc mu w zemście.

Jeśli czytając ten opis nie macie wrażenia lekkiego deja vu, to nie jesteście osamotnieni. Drugi „Gladiator” to w zasadzie… pierwszy „Gladiator”. Niby wpompowano więcej pieniędzy, ale skala wydaje się jakby mniejsza. Sama historia powtarza znajome elementy: walki gladiatorów, polityczny spisek, zemsta za śmierć żony, zdegenerowany oraz zgniły Rzym. Ale najgorsze jest to, że nad tym wszystkim unosi się duch Maksimusa. Jest nawet więcej razy powtarzane niż w pierwszej części, nawet wraca jego zbroja (że po tylu latach nie zardzewiała, to jakiś cud) oraz… ręka głaszcząca zboże. W zasadzie jedyna poważniejsza zmiana dotyczy tutaj wątku politycznego i wszelkie machinacje Makrynusa, którego motywacja w zasadzie pozostaje tajemnicą. Jednak wszystko dzieje się tak chaotycznie, zaś motywacje postaci są tak zmienne (szczególnie Hanno, który okazuje się… Lucjuszem, prawowitym następcą tronu oraz synem Maksimusa), że aż nie chciało mi się wierzyć. I jeszcze ta końcówka w Koloseum, gdzie brakowało tylko słów: Talk to me, Goose! Technicznie niby wszystko wydaje się być w porządku. Scott zbliżający się do 90-tki nadal ma świetne oko i wie, jak zrobić oszałamiający obraz. Sama akcja jest bardzo dynamiczna, aczkolwiek efekty specjalnie potrafią przerazić (walczące małpy i ich otwierające paszczy – o fak). Muzyka odnosi się do poprzednika, ale nie wnosi niczego nowego. Złego słowa nie powiem o kostiumach czy scenografii.

Także aktorsko jest dość nierówno. Paul Mescal w roli Hanno/Lucjusza wypada co najmniej dziwnie. Kiedy walczy i wykazuje się fizycznie wypada bardzo dobrze, jednak dialogi przez niego wypowiadane brzmią niczym zjarał za dużo zioła. Niby ma być Maksimusem 2.0, ale nie ma charyzmy Russella Crowe’a nawet w 1/10. Podobnie zmarnowany jest Pedro Pascal w roli generała, co jest zmęczony wojną i szaleństwem swoich władców oraz (wracająca) Connie Nielsen. Ale całość kradnie absolutnie świetny Denzel Washington wcielający się w Makrynusa. Absolutnie czarujący, diablo inteligentny i cwany manipulator, którego motywacja przez większość czasu pozostaje niejasna. Wielka szkoda, że to nie o nim jest ten film, bo zyskalibyśmy coś ciekawszego.

Jakbym miał podsumować drugiego „Gladiatora” najlepiej pasowałoby zdanie z serialu „Czarnobyl”: not great but not terrible. Spodziewałem się kompletnie nieoglądalnego barachła, a dostałem całkiem niezły blockbuster. Niedorównujący poprzednikowi i zbytnio się do niego odnoszący, przez co potrafi być nudny. Niemniej ma parę momentów, które zapadną w pamięć.

6/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z igłą

Mieszkający w Polsce szwedzki reżyser Magnus von Horn stał się jednym z najciekawszych i najoryginalniejszych głosów naszego kina. Dlatego bardzo wyczekiwałem jego nowego dzieła, powstałego w koprodukcji z Danią i dziejącego się w tym kraju. Sam reżyser nazwał „Dziewczynę z igłą” baśnią dla dorosłych, co mnie zaintrygowało.

dziewczyna-z-igla1

Akcja dzieje się w Kopenhadze pod koniec I wojny światowej i skupia się na Karoline (bardzo dobra Vic Carmen Sonne). Dziewczyna pracuje jako szwaczka w fabryce, szyjąc mundury, mąż poszedł walczyć za kraj i tak marnie zarabia, że zostaje wyrzucona z domu. Do tego jeszcze zakochuje się w swoim szefie (Joachim Fjelstrup), co kończy się ciążą kobiety. Powinno już być lepiej, prawda? Nieprawda, gdyż przyszła teściowa do tego mezaliansu nie dopuści, co kończy się rozstaniem i zwolnieniem z pracy. Jeszcze wraca mąż, z mocno zdeformowaną twarzą, jednak Karoline wyrzuca go z klitki. Próbuje pozbyć się dziecka w łaźni przy użyciu igły, jednak wtedy poznaje Dagmar (rewelacyjna Trine Dyrholm). Ta nie tylko nie dopuszcza do amatorsko robionej aborcji, ale oferuje pomoc w oddaniu dziecka do adopcji. Mniej legalnymi kanałami, na co Karoline się zgadza. Mało tego, zamieszkuje u niej w domu pod sklepem ze słodyczami, stając się jej asystentką. Wtedy poznaje szokującą prawdę o swojej „przyjaciółce”.

dziewczyna-z-igla2

Jak można wywnioskować po tym opisie fabuły, nie jest to łatwy, lekki i przyjemny film. Von Horn pokazuje świat tak mroczny, ciężki i depresyjny, że chce się od niego odwrócić oczy. Wszystko wydaje się mniejszą lub większą pułapką, z której nie ma żadnej ucieczki, każda próba wyrwania się skazana jest na porażkę. To poczucie beznadziei potęgują absolutnie oszałamiające, czarno-białe zdjęcia Michała Dymka, które mocno czerpią z niemieckiego ekspresjonizmu. Sam miejski krajobraz z widokiem fabryk czy początkowa sekwencja z nakładającymi się twarzami zostają w pamięci na długo. Tak samo poznana tajemnica Dagmar i bardzo toksyczna relacja obydwu pań są emocjonalnymi bombami. Ta gorzka wyprawa ku otchłani ma pewne momenty światła, zaś zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące i oczyszczające.

dziewczyna-z-igla3

Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli nazwę „Dziewczynę z igłą” najlepszym filmem w dorobku Von Horna. Rewelacyjnie zagrany, bardzo silny emocjonalnie oraz niesamowity wizualnie obraz najciemniejszej strony człowieka. Obok „Strefy interesów” to było najbardziej porażające doświadczenie filmowe tego roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Joker: folie a deux

Pierwszy „Joker” to była jedna z największych niespodzianek roku 2019, który wykorzystał świat kina superbohaterskiego do stworzenia dramatu psychologicznego z fenomenalną kreacją Joaquina Phoenixa. Ponieważ zarobił on kupę kasę (ponad miliard dolców), były naciski na stworzenie ciągu dalszego. I po kilku latach reżyser Todd Phillips uległ, Joaquin Phoenix zgodził się wrócić, co oznaczało materializację kontynuacji. Tym razem miał to być… musical, co wywołało zaciekawienie oraz konsternację. Co ostatecznie z tego wyszło?

Wracamy do Gotham, gdzie Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) czeka na proces sądowy za wielokrotne morderstwo, które popełnił jako Joker. Jego adwokat (Catherine Keener) liczy, że zamiast do więzienia trafi do szpitala psychiatrycznego na leczenie. Jednak prokurator Harvey Dent widzi to inaczej. W więzieniu mężczyzna nie jest traktowany zbyt dobrze, cela jest więcej niż ciasna, a strażnicy i współwięźniowie raczej go nie szanują. Wszystko się jednak zmienia, gdy poznaje ją – Harleen Quinzell (Lady Gaga). Wydaje się ona widzieć w nim coś więcej niż reszta, a to mocno zaczyna komplikować życie Flecka.

Drugi „Joker” to dziwna bestia i hybryda, która spolaryzowała wszystkich. Już sam początek w formie klasycznej kreskówki Warnera o Jokerze i jego cieniu pokazuje jedno: będzie równie poważnie jak poprzednio. Nie brakuje odniesień do poprzednika (co jest zrozumiałe – w końcu mamy proces), ale czy jest coś ponadto? Są tutaj wstawki musicalowe. Nie chodzi mi tylko o momenty, gdy Fleck nagle zaczyna śpiewać (podczas oglądania telewizji w więzieniu), ale przede wszystkim te dziejące się niejako w jego głowie. Bardzo kolorowe, ze scenografią niczym z klasycznych musicali oraz znanymi szlagierami. Problem z nimi miałem taki, że one wybijały mnie z filmu i burzyły atmosferę. Phillips bardziej interesuje się zderzeniem między Fleckiem a Jokerem (szczególnie jego odbiorem przez osoby z zewnątrz) oraz jak wpływa to na psychikę bohatera. Reżyser jednak ledwo ślizga się po powierzchni nie wchodząc do głębin, czyniąc „Folie a deux” strasznie przewidywalnym i pozbawionym zaangażowania.

Sytuacji nie jest w stanie uratować nawet porządne aktorstwo. Phoenix jako Fleck odnajduje się jak ryba w wodzie, do tego jeszcze tańcząc i śpiewając, co wychodzi mu zaskakująco lekko. On w zasadzie dźwiga ten film na swoich barkach, po raz kolejny nie zawodząc. Z kolei Gaga jako Quinzell jest dla niewykorzystana w pełni. W partiach śpiewanych oraz na początku filmu potrafi intrygować, jak łatwo obraca sobie naszego bohatera wokół palca. Można domyślić się, że to sprytna manipulantka z obsesją na punkcie Jokera, jednak w drugiej części filmu jej rola ogranicza się do siedzenia na sali i… tyle. Choć drugi plan jest spory, dla mnie najbardziej wybijał się świetny Brendan Gleeson (szorstki strażnik Jackie Sullivan), niezawodna Catherine Keener (mecenas Maryanne Stewart) oraz kradnący scenę Steve Coogan (cyniczny dziennikarz Paddy Meyers).

„Joker 2” nie jest filmem tak złym jak wielu mówi, ale nie jest też tak dobry jak bym chciał. Szanuję Phillipsa za podjęcie ryzykownego miksu gatunkowego oraz szukania nowych środków wyrazu. Nie zawsze ma równe tempo, a parę numerów musicalowych jest zwyczajnie zbędnych, jednak ma w sobie wiele dobrego. Intrygujące kino, nie pozwalające sobie na nudę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Strange Darling

Czy w ogóle dzisiaj da się zrobić thriller, które jest w stanie czymkolwiek zaskoczyć? Zdarzały się pewne niespodzianki jak „Barbarzyńcy”, ale zazwyczaj wszystko idzie w mniej lub bardziej oczywistym kierunku. Teraz też trafiłem na coś, co mnie zaskoczyło i parę razy zagrało na nosie. A stoi za mną nieznany mi reżyser J.T. Mollner.

„Strange Darling” rozpisane jest na sześć rozdziałów i – jak na klasyka kina przystało – zaczynamy od… samego środka. Widzimy biegnącą przed siebie kobietę we krwi (Willa Fitzgerald). Za nią pędzi wozem facet z wąsem (Kyle Gallner) oraz strzelbą. Ewidentnie chce ją zabić i nie ma zamiaru odpuścić. A potem zaczynamy skakać po rozdziałach, odkrywając o co tutaj tak naprawdę chodzi. Była pewna randka w podrzędnym pokoju hotelowym i coś tam poszło nie tak.

To jest ten typ filmu, gdzie należy wejść z jak najmniejszą wiedzą i oczekiwaniami. Mollner w zasadzie od samego początku prowadzi grę z widzem i to jeszcze w trakcie czołówki. Nie tylko mamy tekst, inspirowany „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”, ale główni bohaterowie są przedstawieni jako Dama i Diabeł. Już to sugeruje pewne kierunki, w które może zmierzać cała narracja. Jednak nawet znając (lub podejrzewając pewne rzeczy), film nadal trzyma w napięciu. A to jest sztuka, która zdarza się rzadko komu. Wszystko tutaj jest oparte na świetnych dialogach oraz montażu, który cały czas wodzi za nos (rozmowa w samochodzie i to, co dzieje się bezpośrednio). Wrażenie robią bardzo stylowe zdjęcia – kręcone na taśmie 35 mm – autorstwa… Giovanniego Ribisi (aktor debiutuje jako autor zdjęć), mocno czerpiąc z kina lat 70. m. in. Tobe’ego Hoopera czy Briana De Palmy, ze sporą ilością mastershotów. Oglądałem z dużą ekscytacją, wyczekiwaniem na kolejne sytuacje i wydarzenia, nawet momenty wyciszenia (przygotowanie śniadania) też zapadały w pamięć.

Jak dodamy do tego absolutnie świetne główne role, to dostajemy prawdziwą petardę. Witzgerald z Gallnerem elektryzują, niemal w każdej scenie prezentując się z zupełnie innej strony. Niczym kolejne warstwy cebuli, ale to trzeba zobaczyć samemu. Ale nawet na drugim planie też jest wiele wyrazistych postaci, z których mi się najbardziej podoba duet hipisów w wykonaniu Eda Begleya Jra i Barbary Hershey.

„Strange Darling” jest tym typem kina, które bardzo mogłoby się spodobać… Quentinowi Tarantino. Czysta i bardzo stylowa zabawa gatunkiem, niejako wywracająca znajome klisze do góry nogami. Nie znałem wcześniej żadnych filmów Mollnera, ale teraz będę go obserwował i wyczekiwał kolejnych dzieł.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Love Lies Bleeding

Sam tytuł brzmiał intrygująco, prosty plakat z niemal nagą kobietą trzymającą broń przyciągał uwagę. Do tego jeszcze zamieszane było studio A24, zaś za scenariusz współodpowiadała Weronika Tofilska, czyli współreżyserka głośnego mini-serialu „Reniferek”. Plus całość osadzona była w latach 80. – jak nie być tym zaintrygowanym?

Wszystko dzieje się gdzieś w małym miasteczku, gdzie diabeł mówi dobranoc. Podążamy za Lou (Kristen Stewart) – menadżerką lokalnej siłowni. A ta zajmuje się różnymi rzeczami: dbaniem o porządek (także w toaletach), sprzęt czy serwując (nielegalne) sterydy. Do tego często nachodzą ją agenci FBI, gdyż jest córką lokalnego gangstera (Ed Harris), z którym nie utrzymuje kontaktu. Ojciec oficjalnie prowadzi strzelnicę, lecz tak naprawdę przemyca broń. I właśnie wtedy w życie Lou wchodzi Jackie (Katy O’Brian) – umięśniona nastolatka, mające ambicje wystartować w zawodach kulturystek w Las Vegas. Zaczyna między nimi iskrzyć, że Lou daje jej sterydy. To doprowadza do dość brutalnej sytuacji, co wywołuje silną reakcję łańcuchową.

Reżyserka Rose Glass mocno idzie w kryminalną pulpę, którą polubiłby Quentin Tarantino. Lata 80. wchodzą od samego początku dzięki elektronicznej muzyce Clinta Mansella, zaś samo wejście do siłowni i skupienie się na spoconych ciałach w slow-motion elektryzuje. Wszystko budowane jest spokojnie, dając sporo przestrzeni na poznanie postaci i tego świata. Jednocześnie czuć, że Lou skrywa jakąś tajemnicę (niektóre ujęcia z czerwonymi twarzami na czarnym tle tworzą oniryczny klimat a’la Lynch) i będzie musiała się z nią zmierzyć. Po drugiej stronie jest Jackie, będąca o wiele silniejszą (dosłownie) kobietą, idącą własną drogą i uparcie dążąca do celu. Do tego jeszcze mamy używanie sterydów, zwiększające poziom agresji, przemoc domową, girl power oraz finał niczym z… „Podróży Guliwera”.

A w całym tym miksie sprawdza się świetny duet Kristen Stewart/Katy O’Brian. Pierwsza pozornie wydaje się opanowana i znosząca kolejne ciosy, ale jest magnetyzująca w chwilach wyciszenia. Ale to ta druga jest prawdziwym odkryciem – fizycznie imponująca, będąca wręcz niekontrolowaną siłą, wywołującą ogromne zamieszanie. Nie można nie wspomnieć o niezawodnym Edzie Harrisie w roli szorstkiego i twardego ojca, cudnej Jean Malone jako siostry Lou czy całkiem niezłego Dave’a Franco, czyli przemocowego szwagra.

Nie znam filmowego dorobku Rose Glass, ale po „Love Lies Bleeding” mam chcę zapoznać się bliżej. Bardzo pokręcony thriller, czerpiący z estetyki i klimatu kina lat 80., paroma niespodziankami oraz świetnym aktorstwem. Kolejne solidne dzieło spod szyldu A24.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pułapka

Czy jestem jedynym, który z własnej woli idzie na nowe filmy M. Night Shyamalana? Cokolwiek nie mówić o tym twórcy, jego filmy są zawsze interesujące i nie ma tutaj miejsca na nudę. Już na etapie promocji facet wie, jak złapać przynętę – a ja się (znowu) dałem złapać. Czyżby „Pułapka” miała się okazać dla mnie… pułapką?

Cała akcja skupia się na koncercie młodej gwiazdki popowej, Lady Raven (Seleka Shyamalan, córka reżysera). Wśród publiczności znajduje się Cooper (Josh Hartnett) z córką Riley (Ariel Donaghue), która się megafanką wokalistki. Ale mężczyzna zaczyna zauważać, że coś tu poważnego się dzieje: jest o wiele więcej kamer, sporo policjantów i o wiele więcej ochrony. Lady Raven to nie jest Beyonce, by mieć takie środki bezpieczeństwa. Jak się nasz bohater dowiaduje od sprzedającego merch Jamiego (Jjonathan Langdon), cały ten koncert to zasadzka przygotowana na seryjnego mordercę. O czym jednak nikt – poza nami widzami – nie wie, że to właśnie Cooper jest poszukiwanym oraz trzyma gdzieś swoją przyszłą ofiarę.

Co najbardziej zaskakuje w „Pułapce” to fakt, że nie ma tutaj żadnych elementów nadnaturalnych. Sama historia opowiedziana jest prosto, bez udziwnień, a twist dostajemy już w pierwszych 15 minutach. Koncept i punkt wyjścia – jak zazwyczaj u Shyamalana – jest bardzo interesujący. Muszę przyznać, że przez pierwszą godzinę udaje się zbudować napięcie oraz przykuć uwagę. To, jak Cooper lawiruje między ochroną i próbuje wydostać się z zasadzki robi wrażenie. Nawet jeśli czasem jest to na granicy prawdopodobieństwa (wejście między policjantów z identyfikatorem pracownika), to naprawdę działa. Same sceny koncertowe wyglądają naprawdę nieźle – obraz z telebimów, jest grupa tancerzy, a same piosenki brzmią więcej niż ok. Jednak po mniej więcej godzinie cała ta atmosfera zaczyna się sypać, a ekran zalewają mniejsze lub większe głupoty.

Spoiwem dającym najwięcej frajdy z oglądania jest absolutnie świetny Josh Hartnett. To, jak przeskakuje od ciepłego ojca do zimnego psychopaty robi piorunujące wrażenie i w każdej scenie magnetyzuje. Czyni go nieprzewidywalnym, niepokojącym oraz trudnym do odczytania. Aktor na swoich plecach trzyma ten film. Reszta w zasadzie nie dorównuje mu, ale najbardziej całość ciągnie w dół Seleka. Kiedy ona ma śpiewać i tańczyć (wszystkie piosenki sama napisała – za to szanuje), to wypadnie. Problem w tym, że staje się ona dość istotna dla trzeciego aktu i wyłazi z niej straszne drewno.

Jednak muszę przyznać, że „Pułapka” jest całkiem niezłym thrillerem i pierwszym filmem reżysera pozbawionym elementów nadprzyrodzonych. Miejscami naiwny, czasami głupawy, jednak potrafi utrzymać uwagę do (niemal) samego końca. Not bad, Mr. Shyamalan, not bad.

6/10

Radosław Ostrowski 

Deadpool & Wolverine

Sześć lat – tyle trzeba było czekać na nowego Deadpoola. W międzyczasie studio 20th Century Fox zostało sprzedane Disneyowi, do tego przedłużające się prace nad scenariuszem, zmiana reżysera czy – co nas najbardziej zaskoczyło – powrót Hugh Jackmana do roli Wolverine’a. Ale w końcu Najemnik z Nawijką powrócił, ale czy pod nowym kierownictwem nie stracił ze swojego charakteru i nie ugrzeczniono go?

Jak dobrze pamiętamy pod koniec „dwójki” Wade Wilson (Ryan Reynolds) troszkę namieszał w czasie, by odzyskać swoją kobietę. Porzucił jednak swoją działalność jako superheros, rozstał się z Vanessą i teraz pracuje jako… sprzedawca samochodów. Przeszłość jednak dopada go w najmniej oczekiwanym momencie i zostaje schwytany przez agentów TVA. Szef komórki Paradox (Matthew Macfadyen) prosi Wade’a, by po śmierci Wolverine’a pozostał Istotą Prymarną, inaczej cała linia czasowa tego świata zostanie wymazana. Ale Deadpool nie byłby sobą, gdyby zamierzał dotrzymać tej umowy. Zamiast tego skacze po różnych liniach czasowych, by znaleźć Wolverine’a (Hugh Jackman) godnego zastąpić Wolverine’a z naszego świata. Akurat trafia na lubiącego mocno wypić i nie mającego nic do stracenia wariację wściekłego zabijaki, co mocno miesza w planach Paradoxa.

Tym razem za kamerą stanął Shawn Levy, który pracował już z Ryanem Reynoldsem przy „Uwolnić Guya” i „Projekcie Adam”, zaś z Hugh Jackmanem stworzył „Gigantów ze stali”. Od razu uprzedzę wszystkie obawy – Deadpool nie został utemperowany, nadal klnie jak szewc, rzuca żartami jak szalony, zaś krew leje się gęsto. Także sprytnie wykorzystywane są piosenki („Bye Bye Bye” N’Sync w pierwszej scenie akcji czy okraszone chórem „Like a Prayer” Madonny), co jest przebłyskiem natchnionego umysłu. Po drodze dostajemy masę nieoczywistych cameo (nie powiem wam kto), szpile wrzucane w Foxa, multiwersum, wariacje Deadpooli. Dzieje się tu dużo i pierwszy raz w tej serii poczułem się przytłoczony. A nie wspomniałem o świecie, gdzie znajdują się zapomniane inkarnacje herosów Marvela, gdzie przebywa główna antagonistka, Cassandra (Emma Corrin).

Kiedy mamy zderzenie śmieszka Deadpoola z bardziej poważnym oraz tragicznym Wolverine’m, czuć tutaj ducha klasycznych buddy movie i to jest prawdziwe serce tego tytułu. Chemia między Hugh Jackmanem a Ryanem Reynoldsem dorównuje takim parom jak Mel Gibson/Danny Glover czy Channing Tatum/Jonah Hill. Ale czasem miało się ochotę, by Deadpool się troszkę zamknął. Tutaj wiele żartów nie trafia w cel, czego się kompletnie nie spodziewałem. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie jak bardzo nierówne jest tempo, zaś najbliżsi przyjaciele Deadpoola (o których życie toczy się ta gra) zostają zepchnięci do mało wyrazistego tła. No czuć tutaj lekkie zmęczenie materiału. A i sama antagonistka wydaje się nie być zbyt wyrazistą postacią

Czy to oznacza, że „Deadpool i Wolverine” to film słaby? Z całej serii o tym herosie – tak, ze wszystkich filmów Marvela – nie. Mimo pewnych przestojów i nie zawsze trafionych żartów, film Levy’ego nadal potrafi dostarczyć sporo dobra i potrafi emocjonalnie trafić. Zaskakująco porządne kino, choć zostawia lekki niedosyt.

7,5/10

Radosław Ostrowski