Towarzysz

Są takie filmy, o których ciężko się mówi. Nie dlatego, że podejmują ciężkie tematy, są nieprzystępne formalnie czy wywołują kompletną konsternację. Chodzi raczej o to, że zdradzając zbyt wiele z fabuły można popsuć wiele niespodzianek oraz zaskoczeń. Takimi produkcjami pełnymi twistów w ostatnim czasie byli „Barbarzyńcy” oraz „Strange Darling”, a do tego grona dołącza „Towarzysz”.

Sam początek zapowiada historię miłosną. Widzimy dziewczynę żywcem wziętą z lat 60. Iris (Sophie Thatcher), która chodzi po supermarkecie. Tam poznaje niejakiego Josha (Jack Quaid), który ma zabójczy uśmiech i jest bardzo nieporadny, ale w uroczy sposób (pomarańcze ze stoiska wypadają). To jest miłość od pierwszego wejrzenia. Potem widzimy nasza parkę jadącą do chatki poza miastem, we wielkim lesie. Tylko, że chatka to cholernie wypasione domostwo, które należy do Siergieja (Rupert Friend) i jego dziewczyny Kat (Megan Suri). Poza nimi jest jeszcze para chłopaków, mocno przy kości Eli (Harvey Guillen) oraz Patrick (Lukas Gage). Imprezka się rozkręca, alkohol leci i wskutek pewnych okoliczności Siergiej zostaje zabity.

Reżyser Drew Hancock ewidentnie idzie drogą „Barbarzyńców” (reżyser tego filmu Zach Gregger pełni rolę producentem wykonawczym), czyli filmu pełnego twistów, zaskoczeń i gatunkowych hybryd. Coś, co zaczyna się jak historia miłosna, zaczyna skręcać w rewiry thrillera, krwawej jatki, a nawet elementy SF. Sama historia zaczyna mieć kolejne warstwy, dialogi są pełne drobnych podtekstów, zaś kolejne wolty nie sprawiają wrażenia przestrzelonych czy przekombinowanych. Kameralność opowieści i poczucie izolacji działają na plus, widzimy też toksyczność relacji damsko-męskich, gdzie istotną rolę odgrywa kontrola, manipulacja i dominacja. „Towarzysz” jednak bardziej skupia się na aspektach dreszczowca oraz trzymania w napięciu, co robi bardzo dobrze. Poczucie niepokoju i zagrożenia jest bardzo intensywne, próbując do samego końca kibicować naszej bohaterce.

A ta świetnie jest grana przez Sophie Thatcher, która tu błyszczy. Nie tylko wygląda zjawiskowo, ale bardzo przekonująco pokazuje przemianę od bardzo nieśmiałej i zagubionej do pewnej siebie kobiety, znającą swoją wartość. Brzmi może schematycznie, ale nie czuć tutaj sztuczności czy drogi na łatwiznę. Równie dobrze wypada Jack Quaid, początkowo sprawiając wrażenie sympatycznego faceta. Ale to tylko fasada, skrywająca kogoś bardziej niebezpiecznego. Reszta postaci też ma swoje pięć minut, choć całość skradł Friend jako Siergiej. Z ruskim akcentem, wąsem i fryzurą na czeskiego piłkarza kradnie każdą scenę.

Chyba udało mi się uniknąć spojelerów, ale jedno mogę powiedzieć: „Towarzysz” to kolejny stylowy dreszczowiec, który skręca w inne rejony niż się początkowo wydaje. Powiedziałbym, że to idealny film dla Walentynki i nie ma w tym żadnej ironii. Po seansie pary spojrzą na siebie zupełnie inaczej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dog Man

Studio DreamWorks w ostatnich latach zaczyna odzyskiwać dawną formę. „Pan Wilk i spółka”, drugi „Kot w butach” czy zeszłoroczny „Dziki robot” spotkały się z bardzo pozytywnym odbiorem. Teraz pojawia się ich najnowsze dziecko, czyli „Dog Man”. Choć raczej będzie w cieniu w/w tytułów, to jednak nie jest w ogóle od nich gorszy.

Akcja toczy się w mieście OK City, które terroryzuje zły kot Pitey. W pościg za nim rusza policjant Nać i jego pies Gary. Pierwszy jest niezbyt lotnym pakerem, drugi wręcz przeciwnie: bardzo inteligentny kurdupel. Obaj padają ofiarą bomby, lecz lekarze dokonują szalonego cudu: głowa psa zostaje sklejona z ciałem policjanta. Wskutek tego połączenia powstanie Dog Man, czyli super-gliniarz, który mógłby być nieślubnym synem RoboCopa i Nicholasa Angela z „Hot Fuzz”. Innymi słowy, jest bardzo skuteczny, zna sztuki walki, przestępczość przy nim wynosi 0% i ciągle spada. Pitey wydaje się nie mieć z nim szans, ale skubaniec cały czas ucieka z więzienia. Pani burmistrz jest tak wkurzona sytuacją, że Dog Man… zostaje odsunięty od sprawy. Tymczasem Pitey szykuje kolejny szalony plan pozbycia się Dog Mana przy pomocy swojego klona.

Jeśli stylistyka wydaje wam się dziwnie znajoma, to nie jest to kwestia przypadku. „Dog Man” oparty jest na cyklu komiksów Dava Pilkeya, którego inne dzieło już zostało przeniesione przez rysowników z DreamWorks. Chodzi rzecz jasna o… „Kapitana Majtasa”, którego „Dog Man” jest spin-offem. Dlatego obydwa te tytuły są utrzymane w podobnej, lekko komiksowej estetyce. Reżyser Peter Hastings, który wcześniej pracował m. in. przy serialach „Animaniacy”, „Pinky i Mózg” czy „Wielkie przygody Kapitana Majtasa” odnajduje się w tym szalonym świecie. Z jednej strony film jest bardzo przerysowaną parodią kina superbohaterskiego, bawiącą się schematami antagonistów. Z drugiej to historia… familijna, o szukaniu swojego miejsca i sprawach ważniejszych niż praca. Wszystko z powodu niejakiego Kocio-Pecio, który mocno namiesza zarówno w życiu Dog Mana, jak i Piteya.

Sama animacja jest taka, jak w przypadku „Kapitana Majtasa”. Nie brakuje komiksowych onomatopei, łamania kadru (rozmowa między burmistrzynią a komendantem), a wszystko wygląda jakby rysowana przez dziecko. Wszystko polane jest masa absurdalnego humoru: od psiego zachowania Dog Mana (ślinienie wszystkiego, aportowanie zmemłanej gazety, gonienie wiewiórek) przez bardzo widoczną kryjówkę Piteya, odwołania popkulturalne (finałowa rozpierducha niczym w „Godzilli”, jest nawet… „Czas Apokalipsy”) po tak głupawe teksty jak możecie sobie wyobrazić („Masz go złapać, nawet jeśli ma to zająć cały montaż”) czy infolinia informująca, że… „Życie nie ma sensu”. Parskałem ze śmiechu więcej razy niż się spodziewałem, ale jednocześnie jest to zdumiewająco poruszające dzieło.

Swoje robi też polski dubbing (film jest u nas tylko w tej wersji), za który odpowiadał TRANSPERFECT MEDIA POLAND oraz reżyser Michał Podsiadło. Głosy są dobrane świetnie (absolutnie błyszczy Michał Piela jako szef policji i Monika Pikuła jako dziennikarka Sara), tłumaczenie nie wywołuje zgrzytów ani żenady. I w ogóle nie byłem zainteresowany oryginalną wersją językową.

„Dog Man” to dziecięca wersja „RoboCopa”, którą mogłoby nakręcić trio Zucker-Abrahams-Zucker, tylko bardziej szalona i absurdalna. Dzieciaki na pewno będą się bawić rewelacyjnie, co do dorosłych – nie wszystkim podejdzie to tempo czy humor. Mnie trafiło, zaskakiwało i wyszedłem z seansu w dobrym samopoczuciu. Kolejna mocna pozycja w katalogu DreamWorks.

8/10

Radosław Ostrowski

Światłoczuła

Polski melodramat – kolejna nietypowa zbitka słów, która wydaje się brzmieć niepoważnie. Niemniej w ostatnim czasie był przebłysk powrotu tego gatunku do naszego podwórka dzięki uroczym „Piosenkom o miłości”. Teraz po ten gatunek postanowił sięgnąć Tadeusz Śliwa, czyli reżyser „Nieznajomych”. I efekt końcowy mnie bardzo zaskoczył.

„Światłoczuła” skupia się wokół dwójki młodych ludzi. Robert (Ignacy Liss) to młody fotograf, który pracuje dla agencji reklamowej. Agata (Matylda Giegżno) prowadzi zajęcia w poprawczaku dla młodych podopiecznych. Oboje poznają się podczas sesji fotograficznej, gdzie ona pojawia się jako jedna z modelek. Chłopakowi udaje się zdobyć jej numer i szykuje kolejną sesję, specjalnie na konkurs do Berlina. O czym Robert nie wie, to fakt, że Agata jest niewidoma. Jednak powoli zaczyna coś między nimi iskrzyć, co może mocno skomplikować ich życie.

Sama historia może wydawać się prosta, ale reżyser opowiada ją w sposób bardzo, bardzo delikatny. Ku mojemu zaskoczeniu udaje się uniknąć ckliwości oraz – o co byłoby bardzo łatwo – emocjonalnego szantażu. Śliwa o wiele bardziej trzyma się ziemi, całość w żadnych wypadku nie wygląda jak produkcja made by TVN, pełne bogactwa, blichtru i kiczu. Szczególnie w przypadku pokazania życia osoby niewidomej, pokazane w sposób bardzo immersyjny (fantastyczny moment na rynku, gdzie kamera kręcąca dookoła głowy przy jednoczesnym podbiciu dźwięku). Te momenty chwytały mnie najmocniej, tak jak cała dynamika między nasza główną parą – bez słodko-pierdzącego obrazowania, z paroma poważnymi decyzjami, niezbyt łatwą reakcją otoczenia czy pewną dramatyczną sytuacją.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepiać (a nie chcę) to czasami „Światłoczuła” bywa dość teledyskowa w formie oraz wątek przeszłości Roberta wydaje się – nomen omen – kliszowy, ale to są jedyne poważne skazy. Prawdziwą siłą jest tutaj absolutnie cudowny duet Ignacy Liss/Matylda Giegżno. On świetnie wypada jako świadomy swojego talentu, ale bardzo niepewny siebie twórca; jednak to ona zawłaszcza ekran swoją energią. Jej Agata to bardzo pewna siebie, pełna energii, dowcipna i charyzmatyczna postać, czerpiąca garściami z życia. Razem są wręcz elektryzujący, przez co chce im się kibicować. Na drugim planie też dzieje się sporo, choć najbardziej wybija się Bartłomiej Deklawa (Igor, przyjaciel Agaty) oraz Aleksandra Pisula (Matylda, siostra Roberta).

„Światłoczuła” jest dla mnie sporą niespodzianką i idealnym przykładem kina prostego, ale nie prostackiego. Pełen uroku, angażujący emocjonalnie oraz bardzo cudownym duetem aktorskim w głównej roli. Zróbcie sobie przysługę i pójdźcie na to małe cudo, a nie będziecie żałowali.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Better Man: Niesamowity Robbie Williams

Już jedna muzyczna biografia wskoczyła do kin („Kompletnie nieznany” o Bobie Dylanie), a tu już wskakuje kolejny portret gwiazdy muzyki. Tym razem jest nią Robbie Williams – kiedyś członek boysbandu Take That, imprezowicz i solista z mocno wyboistą karierą. Za kamerą stanął reżyser „Króla rozrywki” Michael Gracey, zaś w artystę wcieliła się… komputerowo wygenerowana małpa. Brzmi jak zwykła sztuczka, która ma odwrócić uwagę od sztampowego i standardowego biopica?

Jakby tego było mało, sam Williams pełni tu rolę narratora, opowiadającego z offu całą historię. Jednak jego komentarz, niepozbawiony złośliwości i ironii jest bardzo mile widzianym dodatkiem. Bo sama historia jest troszkę konwencjonalna: od dzieciaka, traktowanego niemal przez wszystkich jako nieudacznika przez casting do boysbandu Take That aż po solową działalność. Po drodze jego ojciec Peter (Steve Pemberton), szuka swojej szansy jako komik i odchodzi od rodziny, zaś Robbie’ego wspiera mocno babcia (Alison Steadman). W końcu jako nastolatek trafia do boysbandu i tu się zaczyna kariera.

Nie spodziewajcie się mocnego trzymania się faktów oraz odhaczania kolejnych wydarzeń z Wikipedii. Reżyser bardziej skupia się na energii oraz impresyjnego tworzenia portretu artysty. Tutaj sukces z porażką idą ręka w rękę, zaś coraz większa sława mocno odbija się na jego zachowaniu. Zagubiony człowiek, nad którym kontrolę przejmuje ego, co doprowadza do ostrego chlania i ćpania. Ale nawet wtedy „Better Man” wygląda imponująco: od szybkich montażowych zbitek, imponujących scen tanecznych (fantastyczna sekwencja pod utwór „Rock DJ”) oraz znanych hitów Williamsa, pełniących rolę dodatkowego łącznika emocjonalnego. Wszystko zrobione w bardzo kreatywny i nieszablonowy moment (upadek Robbiego z klatki schodowej, gdzie nagle pojawiają się rewiowe pióra czy zderzenie z samochodem).

Ale w drugiej połowie coraz bardziej zaczynają przebijać się klisze: od trudnej relacji z poznaną Nicole Appleton (cudowna Raechelle Banno), całkowity upadek i zniszczenie mieszkania, odwyk oraz triumf sceniczny, ze specjalnym koncertem. Nawet w tych chwilach Gracey potrafi pobawić się znajomymi schematami (ostatnie zdanie Robbiego – idealna puenta), będąc bliżej „Rocketmena” niż „Bohemian Rhapsody”. Aczkolwiek daleko mu do zeszłorocznego „Kneecap”, będącego totalną jazdą bez trzymanki.

A co w przypadku komputerowej małpy w roli głównej? To nie jest tylko sztuczka wizualna, ale dodaje pewnych dodatkowych warstw: Williamsa jako niedojrzałego człowieka, zderzonego i niegotowego na sławę; wytresowanego przez szołbiznes zwierza czy oglądanego i kochanego przez miliony, widzianego przez media oraz szołbiznes niczym w klatce. Uwielbiany, ale nienawidzący samego siebie.

Choć w drugiej połowie są pewne momenty przestoju i klisze zaczynają się przebijać, to „Better Man” jest jedną z lepszych oraz bardziej kreatywnych biografii muzycznych. Bardzo dobrze napisany, świetnie zagrany, pełen dzikiej energii i chwytliwych numerów. Czyli da się zrobić mniej standardową biografię muzyczną – idźcie i bawcie się dobrze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sztuka pięknego życia

Niby mamy styczeń, a już dostaliśmy film wręcz skrojony pod Walentynki. Film o miłości dwojga młodych ludzi, z poważną chorobą w tle, powinien dostarczyć masę emocji oraz spore zyski dla producentów chusteczek. Ale czy reżyser John Crowley był w stanie wycisnąć (nomen omen) emocjonalną opowieść?

Sama historia skupia się na dwojgu ludzi po przejściach. Tobias (Andrew Garfield) jest w trakcie rozwodu, pracując w IT w firmie produkującej… płatki śniadaniowe; Almut (Florence Pugh) jest właścicielką restauracji po rozstaniu. Poznają się w najbardziej nietypowy sposób, jaki możecie sobie wyobrazić – on zostaje potrącony przez nią autem. Jakże romantycznie! Powoli zaczynają do siebie zbliżać, nawet zaczynają mieszkać razem, ale – jak wszyscy wiemy – ten stan nie może trwać zbyt długo. Pojawia się paskudny nowotwór jajników. Choć początkowo udaje się go pokonać, to bydlak jest wredny i powraca po paru latach.

Reżyser bawi się chronologią i miesza w czasie, co początkowo może wywoływać pewną konsternację. Jednak łatwo można wskoczyć w ten pociąg, zaś przeplatanka chwil radości i celebracji z bardziej dramatycznymi momentami budzi skojarzenia z „500 dni miłości”. Oboje zaczynają dojrzewać do pewnych zmian (kwestia posiadania dziecka), w zasadzie jest jeden poważny konflikt z mocną kłótnią, dobrymi dialogami oraz bardzo delikatną muzyką. Sporo jest tutaj ciepła i zderzenia powagi z humorem w jednej chwili (poród na stacji benzynowej), jest odrobina napięcia (przygotowania oraz przebieg kucharskiej olimpiady), ale ogromna ilość uroku.

To wszystko by nie zadziałało bez grającego główne role duetu Andrew Garfield/Florence Pugh. Chemia między nimi jest tak namacalna i silna, że nie można od nich oderwać oczu. Te postacie budzą całkowitą sympatię, rozumiemy ich działanie (nawet jeśli nie do końca akceptujemy) i ożywiają cały ten film. Ich energia (zarówno jak są razem, jak i osobno) jest wręcz zaraźliwa, udzielając się także widzom.

John Crowley tym filmem zaskoczył i udaje mu się unikać stosowania emocjonalnego szantażu, głównie dzięki obsadzie. Może i ostatecznie jest to prosta, choć nie prosto opowiedziana, historia, jednak potrafi skłonić do pewnych refleksji. Nie tylko do oglądania we dwójkę.

7/10

Radosław Ostrowski

Wolf Man

Wilkołaki to obok wampirów najbardziej popularne potwory kina grozy. Zmieniające się nocą w żądne krwi zwierzęta pokazywano jako kierujące się instynktem oraz bardzo brutalne i bezwzględne. Na przestrzeni dekad pojawiło się kilka wariacji tej postaci, z której najbardziej znane to klasyczny „Wilkołak” z 1941 roku, komedio-horror „Amerykański wilkołak w Londynie” z 1981 roku czy uwspółcześniony „Wilk” z 1994. Teraz z nową inkarnacją wilkołaka postanowił się zmierzyć Leigh Whannell, który udanie odnowił innego klasyka Universala – „Niewidzialnego człowieka”. Czy tym razem też można odtrąbić sukces?

Fabuła „Wolf Mana” skupia się na rodzinie Blake’a (Christopher Abbott). Mężczyzna nie ma stałej pracy, skupiając się na wychowywaniu córki Ginger (Matilda Firth), zaś żona Charlotte (Julia Garner) jest dziennikarką niemal non stop w pracy. Małżeństwo jeszcze się trzyma, ale o wiele mocniej zbudowana jest więź ojca z córką niż między małżonkami. Wtedy Blake dostaje wiadomość o śmierci swojego ojca, z którym nie utrzymywał przez lata kontaktu. Mężczyzna decyduje się zebrać swoją familię do dawnego domu, by zebrać rzeczy oraz wzmocnić więzi. Jednak po drodze ciężarówka wypada z drogi, zaś Blake zostaje podrapany przez dziwne zwierzę.

Reszty historii możecie się domyślać. „Wolf Man” jest prostą historią rodzinną, która zmienia się w walkę w oblężonym domu. Sam początek, kiedy poznajemy naszego bohatera w wieku dziecięcym i jego relacji z ojcem, jest świetny. Polowanie w lesie trzyma w napięciu, poczucie izolacji jest namacalne. Kiedy jednak Blake z rodziną trafia do domu, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Z jednej strony mamy zagrożenie z zewnątrz, z drugiej ojciec czuć się coraz bardziej nieswojo: przestaje rozumieć słowa, ma wyostrzone zmysły (zapach i słuch) i zaczyna zmieniać się fizycznie (niczym w body horrorze). Wiemy, co oznaczają te zmiany i tatuś sam zmienia się w lykantropa. Problem w tym, że wszystko ogranicza się do uciekania oraz ganiania po okolicy, co z czasem staje się bardzo powtarzalne i monotonne. Widać tutaj ograniczenia budżetowe (jeden dom, stodoła, las), które nie pomagają za bardzo, zaś potencjalne pomysły (skupienie się na psychologicznym aspekcie przemiany) są całkowicie niewykorzystane.

Nie oznacza to jednak, że bawiłem się źle. Kilka razy podskoczyłem i czuć atmosferę, ale czułem dość spory niedosyt. Aktorzy próbują, co mogą (szczególnie Christopher Abbott w scenach przemiany), jednak w połowie filmowi brakuje iskry i staje się staroświecki w najgorszym tego słowa znaczeniu. Zbyt wiele tu starych klisz i za mało nowego spojrzenia na temat wilkołactwa.

6/10

Radosław Ostrowski

Bezdroża

Pewną inicjatywą w znajdującym się w mojej okolicy Multikinie są poniedziałkowe seanse z serii Kultowe kino. Czyli klasyka kina polskiego oraz światowego, zaś w styczniu postanowiono pokazywać produkcje związane ze studiem (Fox) Searchlight Pictures. Dlaczego? Bo studio świętowało w zeszłym roku 30 lat działalności. Wśród pokazywanych filmów („Birdman”, „Grand Budapest Hotel” i „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”) był jeden tytuł pominięty przeze mnie, czyli nakręcone w 2004 roku „Bezdroża”.

bezdroza1

Akcja filmu Alexandra Payne’a skupia się na dwójce przyjaciół tak różnych jak tylko jest to możliwe. Miles (Paul Giamatti) to nauczyciel angielskiego i koneser wina nie mogący sobie poradzić po rozwodzie. Próbuje swoich sił jako pisarz, lecz jego książka była odrzucona przez dwa wydawnictwa. Jest potencjalnie trzecie, ale mężczyzna nie robi sobie żadnych nadziei. Z kolei Jack (Thomas Haden Church) to podstarzały, ale cholernie przystojny aktor, co potrafi wyrwać niemal każdą kobietę. W końcu postanawia się ustatkować i wziąć ślub, zaś Miles ma być drużbą. Nim jednak do niego dojdzie, panowie ruszają na tydzień kawalerski przez Kalifornię, gdzie będą pić (wino), grać w golfa i może pomóc Milesowi poznać jakąś dziewczynę. Sytuacja zmienia się, gdy panowie trafiają najpierw na Mayę (Virginia Madsen) – kelnerkę w jednym z barów, gdzie nasz smakosz eleganckich alkoholi lubi wpadać oraz Stephanie (Sandra Oh) – pracownicę jednej z winnic.

bezdroza2

Reżyser Alexander Payne wykorzystuje konwencję kina drogi do opowiedzenia słodko-gorzkiej opowieści o – jak mówi jeden z tytułów filmu Woody’ego Allena – o życiu i całej reszcie. Poza sporą ilością wina i winnic, mamy tutaj zderzenie dwóch bohaterów, przechodzących kryzys wieku średniego. Obaj panowie czują, że coś zatracili bezpowrotnie i chcą zapomnieć o ich obecnej sytuacji, zatracić się ostatni raz. Dużo jest tutaj cierpkiego humoru, odrobiny slapsticku oraz bardziej refleksyjnego tonu. Jak ciągle liczymy, że następny dzień będzie lepszy od poprzedniego i łatwiej będzie nam znieść kolejne porażki, rozczarowania, poczucie frustracji oraz niespełnienia. Ale „Bezdroża” pozostają zaskakująco lekkie, bez popadania w depresyjno-mroczne tony, zostawiając odrobinę światła i nadziei, z niedopowiedzianym finałem.

bezdroza3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie rewelacyjna obsada. Absolutnie fenomenalny jest Paul Giamatti w roli Milesa. Z jednej strony, depresyjno-sfrustrowany facet, potrafiący nagle eksplodować (na wieść o odrzuceniu powieści), lecz pod tą fasadą kryje się złamany, bardzo wrażliwy i inteligentny człowiek. Widać to zarówno jak opowiada o winie z pasją niczym Bogusław Wołoszański o historii XX wieku (choć jest to na granicy obsesji), ale też w bardziej delikatnych momentach z przeuroczą Virginią Madsen (nie mogłem oderwać od niej oczu). I jak wiele ten aktor pokazuje samymi oczami, to jest magnetyzujące. Równie fantastyczny jest Thomas Haden Church. Niby popularny aktor, choć okres sławy ma za sobą i jest strasznym psem na baby – niby chce się ustatkować, jednak z jego zachowania raczej to nie wynika. Kolejna chodząca sprzeczność, która przykuwa uwagę.

Zaczynam rozumieć czemu „Bezdroża” uważane są za najlepszy film Alexandra Payne’a. Świetnie napisane, zagrane oraz potrafiące poprawić samopoczucie. Coś czuję, że z wiekiem ten film zacznie rosnąć w moich oczach. Nawet jeśli nie będę pił pieprzonego merlota.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stop Making Sense

Ja oraz koncerty to dwa kompletnie różne światy, które nie mają ze sobą fizycznej styczności. Szczególnie jeśli mają one miejsce w plenerze, a mianowicie z powodu współuczestników tego wydarzenia i ich tendencji do rozdeptywania nóg. Dlatego na koncertach nie pojawiam się od dłuższego czasu, a zmiana tego stanu rzeczy wydaje się mało prawdopodobna. Czy dlatego zdecydowałem się pójść do kina na koncert? Tak, ale nie na byle jaki, tylko odnowiony cyfrowo „Stop Making Sense”.

stop making sense 1

Film Jonathana Demme to zapis koncertu zespołu Talking Heads z grudnia 1983 w Pantages Theater. A dokładniej z trzech dni, zmontowane w jeden koncert. Bez żadnych wywiadów przed występem, making off, ujęć zza kulis. Nawet nie ma tutaj ujęć na publiczność (poza ostatnią piosenką), co dzisiaj może wydawać się szalonym pomysłem. A że to będzie nietypowy koncert, czuć to od samego początku. Najpierw kamera pokazuje same buty, wchodzące na scenę. Jak się okaże, to David Byrne. Z gitarą oraz magnetofonem, mówiąc: „Chce wam coś zaśpiewać”. Z taśmy leci perkusja, on chwyta gitarę i zaczyna grać „Psycho Killer”. A z każdym utworem dołączają kolejni członkowie zespołu, podczas grania piosenek widzimy ekipę techniczną przygotowującą scenę (miejsce dla perkusji, perkusjonaliów, klawiszy), wreszcie mamy nałożoną (coś jakby) płachtę. Nawet jak kamera stoi w miejscu, cały czas coś się dzieje: dwie chórzystki tańczą, gitarzysta wywija solówkę, wreszcie sam Byrne biega przez całą scenę.

stop making sense 2

Demme, ekipa realizacyjna z autorem zdjęć Jordanem Cronenwethem na czele oraz zespół tworzą bardzo precyzyjnie przemyślany spektakl. I cały czas byłem zaskakiwany: kiedy na chwilę pojawia się światło stroboskopowe, w tle są tylko widoczne cienie zespołu, a to za oświetlenie robiła tylko… lampa czy wreszcie Byrne występujący w o wiele za dużym garniturze. Wszystko pełne energii, gdzie niemal wszyscy są cały czas w ruchu. Wręcz widać na ich twarzach i podkoszulkach pot, ale jest jeszcze coś: czuć przyjemność z grania. Zespół ma zwyczajnie frajdę z tego, co robi, zaś energia jest bardzo zaraźliwa.

stop making sense 3

„Film Jonathana Demme i Talking Heads” – takie napisy pojawiają się na początku tyłówki i one oddają całkowicie charakter tego filmu. Połączenie kreatywnych sił reżysera i zespołu dało niesamowite doświadczenie, pełne pasji, celebracji oraz bardzo zaraźliwej energii. Nawet jeśli nie znacie zespołu Davida Byrne’a, zobaczcie to koniecznie. Zwłaszcza na dużym ekranie.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Babygirl

Ostatnimi czasy próbowano przywrócić kino o zabarwieniu erotycznym, co spowodowało falę produkcji pokroju „50 twarzy Greya” czy innych „365 dni”. Efekty zazwyczaj były rozczarowujące albo wręcz żenujące (może poza „Elle” Paula Verhoevena). Sytuację próbuje zmienić studio A24, a konkretnie reżyserka Halina Reijn ze swoją „Babygirl”.

babygirl1

Akcja dzieje się w okolicy Bożego Narodzenia w Nowym Jorku. Tutaj mieszka i pracuje Romy Mathis (Nicole Kidman) – prezes korporacji w firmie, która produkuje roboty. Ale spokojnie, żadne tam androidy i skomplikowane maszyny ze sztuczną inteligencją. Jednym słowem – kobieta sukcesu, z kochającym mężem (Antonio Banderas) oraz dwójką dzieci. Wszystko zmieni się, gdy pojawi się tajemniczy Samuel (Harris Dickinson), czyli młody praktykant przydzielony w ramach programu mentorskiego. Już przy ich pierwszej rozmowie coś zaczyna iskrzyć i dochodzi do… pocałunku. A to dopiero początek tej dziwnej relacji.

babygirl2

Na pierwszy rzut oka, fabuła tego filmu brzmi i wydaje się banalna. Biurowy romans, gdzie bardziej doświadczona i pewna siebie kobieta ulega młodszemu chłopakowi. Ale kto tu kogo tak naprawdę uwodzi? On ją czy ona jego? Bo reżyserka nie idzie na łatwiznę w pokazywaniu tej relacji, której sami bohaterowie nie są w stanie nazwać. Czy to romans, zauroczenie, fizyczne przyciąganie czy może jednak coś więcej? Co jest w nim takiego, że kobieta jest w stanie zrobić dla niego wszystko? Umówić się w pokoju, klęczeć i na kolanach zlizywać mleczko z miski? Być tą uległą i posłuszną? W czasach po #metoo taki film, bez jednoznacznego wskazywania oraz unikania robienia ofiar z kogokolwiek jest zaskakujący oraz nieoczywisty.

babygirl3

„Babygirl” bardzo działa na zmysły. Wystarczy wspomnieć teledyskowy montaż pod „Never Tear Us Apart” INXS czy tańczącego w spodniach Samuela do „Father Figure” George’a Michaela. Jednak film nie skręca w stronę porno, a miejscami wywołuje sporo niezręczności (mogącej zarówno budować napięcie, jak i humoru). Wszystko także jest bardzo dobrze sfotografowane, z absolutnie rewelacyjną muzyką oraz dość nieoczywistym finałem. Jedyny problem miałem ze sceną w dyskotece, gdzie dźwięk był podkręcony do tego stopnia, że wywołało to we mnie ból uszu. Do tego absolutnie elektryzujący duet Nicole Kidman/Harris Dickinson, gdzie wszystko wokół nich tworzy wiele niejednoznaczności – wiele niedopowiedzeń, manipulacji oraz dominacji.

Więcej nie zamierzam zdradzić, ale powiem jedno: „Babygirl” bardzo mnie zaskoczyło. To bardziej dramat psychologiczny skupiony na kobiecym pożądaniu niż pełnokrwisty erotyk, ale jest w nim miejsce na napięcie, odrobinę humoru oraz refleksji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Here. Poza czasem

Był kiedyś taki czas, że filmy Roberta Zemeckisa były dla mnie sporym wydarzeniem. Żaden inny reżyser nie był tak blisko bycia drugim Stevenem Spielbergiem, który potrafił zarówno zaangażować emocjonalnie oraz zachwycić kolejnymi technologicznymi sztuczkami. Ostatnimi czasy jednak twórca „Powrotu do przyszłości” za bardziej się skupia na aspekcie technologicznym, gdzie postacie oraz emocje zanikają. Czy tak będzie w przypadku adaptacji komiksu Richarda McGuire’a?

here2

Sam pomysł jest prosty i frapujący – kamera cały czas stoi w jednym miejscu, zaś akcja toczy się na przestrzeni kilku milionów lat. Czyli od czasów prehistorycznych, gdy nie było jeszcze Amerykanów przez XVIII wiek z nieślubnym synem Benjamina Franklina aż do czasów dzisiejszych i czarnoskórą rodziną. Choć większość czasu spędzimy wokół Richarda (Tom Hanks) oraz przyszłej żony Margaret (Robin Wright) – z radościami i smutkami.

here1

Cała sztuczka polega na tym, że te historyjki są a) poszatkowane chronologicznie, b) dzieją się równolegle. Jak to możliwe? Za pomocą pojawiających się okienek niczym w komiksowych kadrach, które zostają ożywione na naszych oczach. Jest to jednocześnie siła i słabość „Here”. Z jednej strony trudno nie oderwać oczu od tych dziejących się rzeczy, ale z drugiej nie wszystkie wątki są aż tak angażujące. Przeplatanie się czasów zaczyna wywoływać dezorientację, próbując sobie przypomnieć kto jest kim oraz KIEDY jesteśmy. Niczym oglądanie rozbitych kawałków zwierciadeł i próba sklejenia ich. Gdy jesteśmy bliżej Richarda oraz jego familii (szczególnie rodziców granych przez Paula Bettany i Kelly Reilly), tym bardziej byłem zaangażowany. Są tu drobne perełki i piękne sceny (scena ślubu, urodziny czy ostatnie spojrzenie na dom przed sprzedażą), odmłodzeni komputerowo Hanks z Wright wyglądają naprawdę dobrze, zaś scenografia świetnie pomaga wejść w epoki.

here3

Zemeckis w „Here” nadal próbuje znaleźć tą równowagę, która wyróżniała jego najlepsze filmy. Niemniej udało się zrobić co najmniej interesujący, choć nie wykorzystujący w pełni swojego potencjału dzieło. Dobrze zagrane, z niezłymi dialogami oraz solidną realizacją.

6/10

Radosław Ostrowski