Tyler Rake II

Trzy lata temu, kiedy większość ludzi zmuszona została do pracy zdalnej, zaś ośrodki kultury zostały zamknięte, na Netflixie pojawił się On. Młodszy brat twardzieli kina akcji pokroju Stallone’a czy innego Schwarzeneggera, który zgubił się w czasie i trafił do naszej epoki. Nazywał się Tyler Rake (Chris Hemsworth), miał twarz słynnego boga młotków – Thora oraz był niemal chodzącą kliszą: twardym najemnikiem z cierpiącą duszą i absolutnie niczym do stracenia. Wtedy szalał po Bangladeszu, by odbić syna szefa kartelu narkotykowego, zaś w finale… no nie był w najlepszym stanie fizycznym.

Jednak nie z takich opresji wychodził, został znaleziony przez kumpelę z ekipy Nik, a następnie trafił do szpitala. Paromiesięczna rekonwalescencja oraz pobyt w leśnym domku na terenie robią swoje, choć ręka na temblaku i noga jeszcze kuleje. Czyli raczej koniec akcji i naparzanki oraz początek spokojnej emerytury? No nie, bo inaczej ten film by nie powstał. Pojawia się tajemniczy koleś z brytyjskim akcentem i daje Rake’owi robotę, której nie może odmówić. Dlaczego? Tym razem celem do odbicia jest jego szwagierka i ich dzieci trzyma w gruzińskim więzieniu razem z mężem-gangsterem. Jak to zrobić? Po cichu i bez hałasu. Co może pójść nie tak?

W sumie jeśli miałbym opisać drugą część dzieła Sama Hargrave’a, to wygląda jak misja ze współczesnych odsłon Call of Duty, gdzie grasz na kodach i jesteś praktycznie niezniszczalny. Czyli jest jeszcze krwawiej, brutalniej, ostrzej i na większą skalę. Czuć, że dano większy hajs i reżyser jeszcze pewniej operuje kamerą niż poprzednio. I tak jak poprzednio historia jest pretekstem, by zobaczyć naszego wściekłego Rake’a w akcji. To ten typ, co mówi mało, jest cynicznym twardzielem, którego determinacja jest tak silna, że NIC nie może go powstrzymać. Choćby był dźgany, postrzelony, bity i połamany, niczym „Nobody” czy bohater „Sisu”.

Akcja jest jeszcze bardziej szalona niczym z komputerowej strzelanki, co dobitnie pokazuje ponad 20-minutowa (!!!), zrealizowana w jednym ujęciu (albo z poukrywanymi cięciami montażowymi) sekwencja ucieczki z więzienia. Czego tam nie ma: bunt więźniów, przebicie się przez spacerniak, ścigające motocykle, helikoptery czy atak na pociąg. Wszystko skąpane we krwi zmieszane z praktycznymi i komputerowymi efektami specjalnymi, wybuchami, oraz świszczącymi kulami. Bez żadnych większych ambicji, prób pokazania skomplikowanego świata czy głębokich portretów psychologicznych. To jest BRUTALNY, gwałtowny i intensywny film akcji dla dorosłych, gdzie ludzi morduje się z bezwzględnością zwierzęcia. Nawet z płonącą ręką!!! Naparzanka jest jeszcze bardziej satysfakcjonująca niż w poprzedniku, zaś Chris Hemsworth i (mający o wiele więcej czasu ekranowego) duet Golshifteh Faharani/Adam Bessa mają o wiele więcej roboty, będąc w swoim żywiole. Gdybym nie widział nowego Johna Wicka, byłbym pod jeszcze większym wrażeniem.

Wiele wyrazistszy jest antagonista, czyli psychopatyczny brat gangstera (Tornike Gogrichiani). Wychowany surową ręką jest w zasadzie lustrzanym odbiciem Rake’a – jest tak samo zdeterminowany, twardy, ale jest w stanie zrobić wszystko dla zemsty. Bez względu na cenę i ofiary jakie musi ponieść, włączając w to nawet swojego siostrzeńca, Sandro. A propos niego – chłopak oraz cała rodzinna drama jest dla mnie. I nawet nie chodzi o to, że to moment na złapanie oddechu przed kolejną rzeźnią oraz lepsze poznanie tych postaci. Ale dzieciak jest strasznie irytujący, choć raczej chodziło o wywołanie w jego głowie konfliktu między lojalnością wobec ojca i wuja a matką oraz ekipą Rake’a. Co doprowadza do śmierci kilku osób.

Ale poza tym wątkiem reszta była dla mnie dokładnie tym, czego się spodziewałem. Czyli ostrą, wściekłą młócką na większą skalę. I nie chodzi tylko o różne lokacje, ale o więcej wiader krwi oraz wręcz szalonych technicznie scen akcji. Hargrave rozwija się jako reżyser i tak dalej pójdzie, to może zostać postawiony obok klasyków gatunku. Od razu uspokajam, będzie część trzecia, której nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Osiem gór

Jest rok 1984 i do małego miasteczka nad górami przybywa z matką 12-letni Pietro – chłopak z Turynu. Tam poznaje jedynego dzieciaka w okolicy, Bruno. Powoli zaczynają się zaprzyjaźniać ze sobą i wspólnie spędzać czas w górach. To jednak tylko ma miejsce w wakacje, bo przez pozostały rok Pietro wraca do siebie. Podczas kolejnych wakacji rodzice Pietro oraz ciotka Bruno chcą, by ten drugi przeniósł się do miasta, na co Pietro reaguje wściekłością. Wskutek pewnych wydarzeń przyjaźń zostaje zerwana, a chłopcy spotykają się dopiero po ponad 20 latach. Potrzeba było do tego śmierci ojca Pietro oraz zapisanego w spadku kawałku ziemi w górach z wyniszczoną ruderą.

Belgijski reżyser Felix Van Groenighan dla wielu z nas najbardziej znany jest z filmów „W kręgu miłości” oraz „Mój piękny syn”. Tym razem wspierany przez swoją żonę Charlotte Vandermeersch wzięli na warsztat powieść Paolo Cognittiego (oczywiście, że jej nie czytałem). I jest to bardzo zaskakujący, spokojny film. Mówiąc spokojny mam na myśli, że nikt tu z niczym się nie spieszy, wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem. Zupełnie jakbyśmy trafili do innego świata, gdzie na pierwszym plan wchodzi wręcz monumentalna natura oraz zachwycające krajobrazy Alp i – w dalszej części historii – Himalajów. Z jednej strony jest to film o męskiej przyjaźni – co najważniejsze, bez żadnych podtekstów czy wątku romansowego – ze wzlotami i upadkami. Nawet jeśli pojawia się dłuższa przerwa, nie oznacza jej nieobecności czy wymazania z istnienia. Z drugiej mamy też silną miłość do natury, wręcz przywiązania do swojego miejsca. I pod względem film Belga przypominał film „Wszystko za życie” Seana Penna. Niby wydaje podążać w oczywiste tropy jak relacja ojciec-syn, przyjaciel-przyjaciel czy kontrast miasto-wieś, ale to nie jest pokazane tak szablonowo jak można się było spodziewać.

Całą historie (zza offu) opowiada już dorosły Pietro, który – jak wielu w tym wielu – przechodzi kryzys egzystencjalny. I jak wielu z nas szuka swojej życiowej drogi oraz miejsca na ziemi. Tak jak Pietro, nie mający żadnej stałej pracy, w zasadzie niejako wegetujący bez dużego celu. Niby coś tam pisze, pracuje w kuchni, ale dopiero ponownie spotkanie z Bruno oraz budowanie domku w górach staje się katalizatorem zmian. Absolutnie niespodziewanych, pozwalających także poznać bliżej tych, których odrzucił (ojciec i jego pasja do gór) oraz znaleźć niejako siebie. Ale to wszystko jest takie bez przedramatyzowania, takie zwyczajne, mimo przeskoków czasowych. Do tego mamy jeszcze zachwycające wizualnie krajobrazy, wręcz monumentalne niczym czas trwania tego filmu (niecałe dwie i pół godziny) oraz – rzadko się pojawiającą – piękną muzykę Daniela Norgrena, która z wami na dłużej.

„Osiem gór” jest bardzo specyficznym, wyciszonym, wręcz medytacyjnym filmem o życiu i całej reszcie. Nie brzmi zachęcająco, ale dajcie filmowi szansę na zanurzenie się w pozornie zwykłym, a jednak bardzo niezwykłym świecie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziwny świat

Coś Disney chyba dostał zadyszki, a produkowane przez nich filmy niespecjalnie znajdują swoją widownię. Czy to za mocna konkurencja, słaby (albo wręcz ledwo istniejący) marketing, zbyt duże budżety albo umieszcza tytułu jednocześnie w kinach oraz na platformie streamingowej – przynajmniej w latach 2020-22. Największą wpadką komercyjną Disneya w zeszłym roku był animowany „Dziwny świat” z ponad 180-milionowym budżetem, który w kinach zwrócił zaledwie połowę tej sumy. Słabiutko. Zwłaszcza, że ten film jest jedną z lepszych rzeczy z fabryki Myszki Miki.

Akcja skupia się na miasteczku Avalonia, otoczonymi przez góry i chyba odizolowane od reszty. Tutaj też mieszka Jaeger Klan, który postawił sobie za cel odkrycie krain za górami. Odkrywca i poszukiwacz przygód tak ostro trenował, że nic nie jest w stanie go powstrzymać. Nawet wyszkolił do tego swojego syna Oskarda, choć ten raczej nie ma takiego entuzjazmu. W trakcie jednej z wypraw ekspedycja znajduje tajemniczą zieloną roślinę (pando) i doprowadza do rozłamu. Jaeger rusza dalej, a cała reszta wraca z pando. Po 25 latach Oskard prowadzi farmę z pando, które jest głównym źródłem energii całego miasta. Ale roślina zaczyna tracić siły, jakby była atakowana przez chwasty. Dlatego prezydent Avalonii organizuje ekspedycję do serca pando, by je ocalić i Oskard wyrusza ratować świat.

Od pierwszych scen widać, że „Dziwny świat” zadziwia. Sam początek i poznanie miasteczka w formie kina z lat 50. oraz stylistyce bardziej pulpowych komiksów (wszystko w formie animacji 2D) łapie w swoje sieci. A jeszcze jak poznajemy samo miasteczko już po odkryciu pando wygląda niczym zrobiona przez fana retrofuturyzmu. Design pojazdów, latających maszyn robi wrażenie. Ale najlepsze zaczyna się podczas ekspedycji i trafienia na nowy świat, jakby żywcem wzięty (tylko w bardziej psychodelicznej formie) z „Podróży do wnętrza Ziemi” Juliusza Verne’a. To wszystko jest tak barwne, z pokręconymi istotami (różowe pterodaktyle!! niebieski, galaretkowaty towarzysz!!) jakich nie widziałem od dawna.

Sama fabuła jest pełna znajomych klisz, bo – oczywiście – mamy tutaj trudną relację ojca z synem, gdzie każdy z nich ma inny plan na przyszłość tego drugiego. Oczywiście, że po drodze trafiamy na uznanego za zmarłego Jaegera, który nadal podąża za swoją obsesją. I, oczywiście, wszystko okaże się zupełnie czymś innym niż się wydaje. Wciąga ta historia strasznie, nawet jeśli na końcu idzie w znajomym kierunku. Jeśli do tego wrzucimy jeszcze świetną, w duchu klasycznej przygody muzykę Henry’ego Jackmana oraz równie udany oryginalny dubbing, gdzie najbardziej błyszczy duet Dennis Quaid/Jake Gyllenhaal (czyli Jaeger i Oskard), powstaje prawdziwa mieszanka wybuchowa.

„Dziwny świat” utrzymuje (tak jak „Raya i ostatni smok„) bardzo wysoki poziom animacji Disneya. Studio Myszki Miki przypomina, że może stanowić konkurencję dla Pixara, czy DreamWorks w tworzeniu niezwykłych światów oraz tworzeniu zabawy dla dzieci i dorosłych. Podchodziłem sceptycznie, a dostałem najlepszy film przygodowy od lat.

8/10

PS. Tak, jest w tym filmie bohater LGBTQ, czyli syn Oskarda, Florian. Jeśli kogoś boli pewna tylna część ciała, to jego relacja z partnerem jest bardzo delikatnie poprowadzona, więc wszelkie kontrowersje były nieuzasadnione.

Radosław Ostrowski

Trolle 2

Jak każde studio DreamWorks ma swoje wielkie hity oraz tytuły bardziej rozczarowujące. Do tego drugiego grona wpisują się „Trolle” z fajnym pomysłem na świat oraz stylową animacją, ale kompletnie nijaką historią. Po prostu obejrzałem i zapomniałem, nawet ignorując sequel w chwili premiery. Czyli trzy lata po oryginale, więc co można było dodać do historii?

trolle2-2

A więc wracamy do naszych pozytywnie zakręconych trolli, co lubią popową muzykę i prowadzi ich królowa Poppy. Jak się dowiadujemy razem z nią jej lud NIE JEST jedynymi trollami na tym świecie. Bo dawno, dawno temu żyło kilka różnych królestw Trolli, co grały różną muzykę (country, pop, hard rock, funk, techno i klasyka), której źródłem była harfa ze strunami. Każda struna przynależała do konkretnego gatunku, jednak doszło do rozłamu. Harmonię zastąpiła izolacja i przekonanie o wyższości swojej muzyki. Albo życie w swojej bańce, które pewnie każdemu byłoby na rękę. Do czasu, gdy królowa rocka Barb chce zebrać wszystkie struny i zamienić trolle w jednorodną grupę rockowych zombie.

trolle2-1

Dwójka niejako podbija stawkę całej eskapady i rozszerza cały świat Trolli, co zdecydowanie jest ogromną zaletą. Nadal napędzane jest to przez muzykę zawierającą znajome hity (popowe numery nawet w formie sklejek po parę w jednym) w wykonaniu obsady, ale to tylko jeden element. Każdy z królestw ma swój własny styl – w sensie wyglądu miejsca, jak i samych Trolli, ich strojów – czyniąc historię o wiele atrakcyjniejszą wizualnie. Bo o czym są „Trolle 2”? O braniu odpowiedzialności za swoje decyzje, akceptowaniu inności, liczeniu się z głosem innych oraz sile muzyki. Bez względu na to czy dany gatunek (lub podgatunek) lubi czy niekoniecznie. Po drodze jeszcze będzie parę pobocznych kwestii jak zderzenie charakterów królowej Poppy i Mruka (ona bardzo pozytywnie nastawiona i pogodna, on bardziej zdystansowany i nieufny) czy poszukującego swoich żyrafowaty Kufer. Nic tu nie sprawia poczucia zbędnego dodatku, serwując parę niespodzianek jak łowcy nagród czy poznacie prawdziwej przyczyny rozłamu, prowadząc do niesamowitego – także wizualnie – finału.

trolle2-3

Wizualnie „Trolle 2” trzymają poziom do jakiego przyzwyczaił DreamWorks, tutaj nawet idąc jeszcze dalej. Bo miejscami klimat robi się westernowy (Królestwo Country Trolli – a jakże by inaczej), przy paru ujęciach zmniejszono klatkaż, a miejscami (Królestwo Funku) jest wręcz psychodelicznie. To zdecydowanie jedna z ładniejszych produkcji tego studia. Równie dobra jest zróżnicowana muzyka, gdzie wszystkie style: od popu i rocka aż po smooth jazz, reggaeton do techno oraz… jodłowania. Tak, jest jodłowanie a’la Focus. A to wszystko zasługa producenckiego duetu Justin Tmberlake/Ludwig Goransson.

trolle2-4

Do tego jeszcze cudownie dobrane role głosowe. Film oglądałem z oryginalną ścieżką dźwiękową, więc było parę niespodzianek w postaci cameo artystów muzyki jak Anderson .Paak, George Clinton czy sam… Ozzy Osbourne (a jak!!). Timberlake więcej niż dobrze odnajduje się w roli nieufnego Mruka – szorstki, wycofany, bardziej stąpający po ziemi. A jednocześnie strasznie zabujany w Poppy. Ale czy można się nie zakochać w głosie Anny Kendrick? Świetnie pokazuje jej ewolucję od przesadnie optymistycznej i zbyt ufnej w swoje siły władczyni do dojrzalszej, uważnej oraz otwartej. Z nowych postaci wybija się zdecydowanie kowbojski Orzech z cudnym głosem Sama Rockwella oraz zadziorna Rachel Broom jako punkowa królowa Barb.

Drugie „Trolle” okazały się dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem, które zostanie w głowie dłużej niż poprzednik. O wiele ciekawsza historia, zróżnicowana muzyka, kolorowa animacja oraz świetny dubbing, do tego z mądrym przesłaniem – jak tu się nie bawić dobrze?

7/10

Radosław Ostrowski

Biały Kieł

Było wiele adaptacji powieści Jacka Londona o mieszańcu psa i wilka, który żył w dzikich lasach. W 2018 roku sprawę postanowili ugryźć Francuzi, co samo w sobie nie jest dziwne. Ale że postanowili to zrobić w formie animacji – ŻE CO? Ci goście zawsze muszą wszystko komplikować, prawda?

W dużym skrócie twórcy zastosowali technikę motion capture do pokazania ludzi, a sama historia została złagodzona. Chyba po to, by móc pokazać ją młodszym widzom. Dlatego bardziej brutalne sceny są albo nie pokazywane wprost (starcie matki wilka z rysiem czy tresura za pomocą laski i bicia), albo nie pokazuje się krwi. Czy to osłabia ładunek emocjonalny? Tutaj mam pewien problem, bo powieści nie czytałem (nigdy nie miałem z nią styczności). Z drugiej jednak strony film powinien stać na własnych nogach, bez znajomości materiału źródłowego.

Kiedy poznajemy naszego bohatera, bierze udział w nielegalnych walkach psów. Tym razem zamiast jednego walczy z dwoma naraz, co kończy się dla niego poważnymi obrażeniami. Walka zostaje przerwana przez pojawienie się szeryfa Wheedona Scotta. A potem poznajemy historię naszego mieszańca. Poniekąd to pokazana z perspektywy zwierzęta historia inicjacyjna. Widzimy naszego zwierzaczka, gdy jeszcze razem z matką odkrywa uroki puszczy i początkowo trafia do Indian. Ich wódz poznaje w matce jednego ze swoich, przez co oboje trafiają jako psy zaprzęgowe. To jednak tylko kolejny etap jego wędrówki.

Opowieść o Białym Kle mogła być szansą na pokazanie zarówno okrucieństwa i piękna natury zderzonego z równie nieprzyjaznym światem ludzi. Ludzi napędzanych przez chciwość spowodowaną gorączką złota, ale także potrafiących traktować tą nieznaną stronę z szacunkiem. ALE ponieważ jest to animacja skierowana dla dzieci wiele mrocznych kwestii zostało ledwo zasugerowanych, liźniętych albo kompletnie porzucono. Nie chcę używać słowa zinfantylizowano, ale miałem wrażenie jakby czegoś tu brakowało.

Zdecydowanie wyróżnia się animacja, bardziej wyglądająca ręczną kreskę, przez co może początkowo wydawać się dziwna. Postacie ludzkie (zwłaszcza te złe) są pokazane w sposób groteskowy, wręcz przejaskrawiony, próbujący (być może na wyrost) imitować styl Ghibli na europejski styl. Same ujęcia przyrody wyglądają najlepiej i mają momenty zapierające dech. Gdy jeszcze dodamy do tego etniczną muzykę, całość może być bardzo przyjemnym doświadczeniem.

Więc czy warto polecić francuskiego „Białego Kła”? Oto jest zagwozdka, bo sam jestem bardzo zmieszany. Skierowanie i zaadaptowanie tak trudnego materiału dla dzieci było zadaniem karkołomnym, a jednak tego się podjęto. Wygląda to nieźle, choć czuć podjęte kompromisy i uproszczenia, które dzieciom raczej nie powinny przeszkadzać. Fani książki mogą jednak czuć się rozczarowani, więc tutaj decyzję każdy podejmuje sam.

6/10

Radosław Ostrowski

Flash

Chyba żadna superbohaterska produkcja w ostatnich 3-4 latach nie miała tak pod górkę jak solowy film o Flashu. Długie prace nad scenariuszem, zmiany zarządu, dokrętki, grający główną rolę Ezra Miller robiący jakieś pojebane akcje i mocno niszczący swoją reputację, a także nie pomagający marketingowo, większe koszty produkcji – smród ciągnął się za tym „dziełem”, że dla Warnera stał się gorącym kartoflem. Zwłaszcza, że doszło do kolejnej roszady w studiu i wśród ludzi od spraw DC, więc to ostatni etap przed nowymi produkcjami, tym razem z producenckim wsparciem Jamesa Gunna. Więc jaki ostatecznie jest film Andy’ego Muschettiego? Trochę chaotyczny i pokręcony, ALE… Po kolei.

Skupiamy się całkowicie na Barrym Allenie (osławiony Ezra Miller) aka Flashu, czyli supermocą jest zasuwanie szybciej niż Usain Bolt i wszyscy lekkoatleci razem wzięci (niczym A-Train aka Pospieszny z „The Boys”). Kiedy Batman oraz reszta Ligi Sprawiedliwości zajęta jest zajmowaniem się grubymi rybami i WIELKIM SYFEM, Barry zajmuje się troszkę mniejszym kalibrem typu zawalenie się szpitala. A poza tym jest bardzo wycofanym outsiderem, który pracuje w kryminalistyce (analiza dowodów) i życia prywatno-towarzyskiego nie posiada. I nie może pogodzić się z jedną rzeczą: śmiercią matki oraz oskarżeniem o tę zbrodnię ojca. Przypadkiem Flash odkrywa, iż jest w stanie tak szybko biec, że… może się cofać w czasie.

I chyba się zaczynać domyślać, co się stanie – pod warunkiem, że oglądaliście „Powrót do przyszłości”. Cofa się w czasie, jednak podczas powrotu do siebie, wpada w alternatywną linię czasową. Co to oznacza? Że jest go dwóch, nawiązuje z nim interakcję, co doprowadza do zaburzenia continuum czasoprzestrzennego. Mało wam? Może i oboje rodzice żyją, ALE „nasz” Barry traci swoje moce (wskutek pewnego działania), superherosi z supermocami nie istnieją, a jakby mało było problemów, przylatuje generał Zod (Michael Shannon) i chce rozwalić Ziemię. MASAKRA.

Więc zrobił się chaos, zaś Flashów 2-óch musi opanować cała sytuację. Tak jak reżyser próbuje opanować całą tą historię, która też wydaje się chaotyczna. Skoro jednak mamy podróżowanie w czasie i demolowanie przeszłości oraz przyszłości, nie mogło być inaczej. Ku mojemu zaskoczeniu sama historia jest bardzo zgrabnie opowiedziana, choć miejscami jest przewidywalna. Miejscami, bo jest tu kilka zaskoczeń i twistów, ale najbardziej zaskoczyły mnie dwie rzeczy.

Po pierwsze, to jak bardzo działa humor. Zwłaszcza, kiedy mamy na ekranie dwóch Barrych, co powinno być męczące, irytujące i działające na nerwy. Szczególnie w podwójnej dawce. Jednak dynamika między tą dwójką, gdzie „nasz” Barry jest o wiele dojrzalszy i poważniejszy, zaś drugi jest… niczym królik z reklam baterii to prawdziwe paliwo tego filmu. To jak się próbują dogadać, jeden próbuje być mentorem dla drugiego wciągało. Tak samo jak odnalezienie się w tej „nowej” rzeczywistości. Drugą rzeczą było pojawienie się Batmana, do którego powrócił Michael Keaton. Czyli to, czym ten film był promowany i reklamowany. I jest on absolutnie fantastyczny, wchodząc po latach z taką łatwością, jakby nie minęło ponad 30 lat odkąd nałożył strój Mrocznego Rycerza. ALE nie odwraca uwagi od głównego bohatera i jego problemów, tylko stanowi bardzo mocne wsparcie na drugim planie. Nawet wkroczenie tematu Danny’ego Elfmana pasuje tu idealnie, nie wywołując zgrzytów.

Niemniej jest tu kilka problemów. Największym jest bardzo nierówna jakość efektów specjalnych, których jest wręcz za dużo. O ile w scenach akcji (ze spowolnieniem czasu przez Flasha) są przyzwoite, zaś praca kamery miejscami zapiera dech, to głównie przy naparzaniu się w slow-motion (pierwsze wkroczenie Supergirl w Rosji czy pościg Batmana-Afflecka za bandziorem) widać, iż postacie są robione komputerowo. Tak samo w momentach jak Flash jest takiej kuli, gdzie są wydarzenia z przeszłości – sam koncept jest ciekawy, ale wykonanie jest ciężkie do oglądania. Tam postacie wyglądają jakby były z plasteliny. Po tylu latach post-produkcji (i takim budżecie) liczyłem na coś lepszego.

Drugim problemem była dla mnie Supergirl. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie mam nic ani do postaci, ani do grającej ją Sashy Calle. Problem z nią mam taki, że pojawia się zbyt późno w całej historii, przez co nie poznałem jej zbyt dobrze. Jej przemiany od wystraszonej i pełnej gniewu dziewczyny po stającej po stronie dobra wojowniczki jest poprowadzona za szybko. No i mój trzeci problem, czyli absolutnie niewykorzystany Michael Shannon w roli Zoda. Wydaje się tu kompletnie niepotrzebny, wypowiada parę zdań jakie mówi typowy antagonista i mówi je jeszcze tak, jakby w ogóle mu się nie chciało. Jak można w ogóle zrobić coś takiego? Za takie coś posłałbym parę osób na galerę albo pozbawiłbym życia w możliwie najmniej humanitarny sposób.

Nie jest to najlepszy film superbohaterski jak twierdzi James Gunn, ani nawet najlepsze dzieło DC ostatnich lat. Jest na pewno wiele lepszy niż się spodziewałem i przez większość czasu dostarcza masę frajdy, a także działa emocjonalnie. Bez chodzenia na skróty ani na łatwiznę. Nie bez wad, ale ma w sobie tyle serca i energii, że warto mu dać szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Niezwykła wędrówka Harolda Fry

W każdym sezonie kinowym pojawiają się produkcje w dość ograniczonej dystrybucji (głównie w kinach studyjnych), czekające dla wielu kinomanów i poszukiwaczy czegoś, co nie jest blockbusterem. Czasami zyskują dość spory rozgłos, przez co sala potrafi być zapełniona po brzegi (przypadek „Powodzenia, Leo Grande”), ale na dzisiejszym seansie była garstka ludzi. Być może trzeba nieść słowo, by zachęcić widzów, a może tematyka wydaje się niezbyt zachęcająca. Spróbuję was przekonać, więc zacznijmy od początku.

Poznajcie Harolda Fry (Jim Broadbent) – starszego pana, mieszkającego z żoną (Penelope Wilton) i prowadzącego bardzo monotonne życie. Nic się już chyba nie może wydarzyć, a między nim i jego partnerką już coś zgasło. Ale pewnego dnia dostaje list od dawnej koleżanki z pracy, Queenie. Kobieta znajduje się w hospicjum w Berwick-upon-Tweed, czekając na śmierć od raka. Mężczyzna początkowo chce napisać kartkę ze słowami wsparcia. Pod wpływem impulsu dochodzi do wniosku, że sama kartka to za mało. I decyduje się do niej… iść – tak jak wyszedł. Czyli w stroju raczej do chodzenia się nie nadaje. Poza tym ma do pokonania 500 mil, więc co to za problem.

Na pierwszy rzut oka to historia prostego, szarego człowieka, który decyduje się zrobić coś wbrew sobie. „Niezwykła wędrówka…” budziła we mnie trochę skojarzenie z „Prostą historią” Lyncha, jednak to porównanie nie do końca pasuje. Jasne, obaj bohaterowie to starsi panowie i ruszają w daleką podróż, spotykając kilka postaci. Ale to tyle w kwestii podobieństw, bo „Harold Fry” ma o wiele cięższy ton i jest bardzo poważnym dramatem. W momencie wyruszenia w drogę, narracja zaczyna przebiegać dwutorowo – z jednej strony mamy Harolda i jego determinację, a z drugiej pozostawiona w domu żona, która (tak jak ja) nie rozumie jego decyzji.

I tutaj zaczyna się dziać coś dziwnego – reżyserka Hattie Macdonald powoli zaczyna dawkować okruchy historii Harolda. Robi to na dwa sposoby: albo jako retrospekcja, dziejąca się niejako w głowie bohatera podczas niezwykłej podróży, albo przy rozmowach żony z sąsiadem Rexem. Ta narracja dodaje Haroldowi zarówno głębi oraz większego ciężaru emocjonalnego, ale też pozwala mu zmierzyć się ze swoimi demonami przeszłości. Wszystko w niezwykle miejscami pięknymi krajobrazami angielskiej prowincji, grupką wyrazistych i bardzo życzliwych postaci oraz delikatną muzyką w tle (z cudownymi piosenkami Sama Lee).

Więcej wam nie zdradzę, bo ta wędrówka/pielgrzymka potrafi zaskoczyć. Przede wszystkim dzięki bardzo poruszającej, wspaniałej kreacji Jima Broadbenta – zaskakująco oszczędna i stonowana, a jednocześnie pełna empatii i ciepła. Kamera w wielu miejscach jest bardzo blisko twarzy Harolda, gdzie malują się bardzo sprzeczne emocje: od determinacji przez zwątpienie i ból. To wszystko tworzy bardzo wielowymiarową postać, niejako dominując cały ekran. Nie można też nie wspomnieć o Penelope Wilton, czyli Maureen, niejako krążącą w podobnych rejestrach co Broadbent. Nawet jak nic nie mówi, potrafi wyrazić swoją frustrację, samotność, próbując zrozumieć to dziwne postępowanie męża. Ich wspólne sceny rozmów przez telefon mają w sobie wiele angażujących chwil.

Trochę nie do końca rozumiem, czemu polski dystrybutor zmienił oryginalną pielgrzymkę na wędrówkę, jednak to jedyna poważniejsza wada dzieła Macdonald. Proste, skromne, czasami kontemplacyjne kino drogi w słodko-gorzkiej tonacji. Jeśli lubicie „Prostą historię” Lyncha, będzie wam bardzo po drodze.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Transformers: Przebudzenie Bestii

Czy był sens robienia opowieści o Transformersach bez Michaela Baya? Finansowo być może nie, jednak artystycznie bardziej warto było ryzykować. Spin-offowy „Bumblebee” okazał się przyjemną niespodziankę, trochę w klimacie Kina Nowej Przygody. Teraz wracamy z nowym fragmentem opowieści o robotach z Cybertronu, co znajdują się na Ziemi.

„Przebudzenie Bestii” tym razem ma miejsce w 1994 roku w mieście Nowy Jork, skupiając się na Noah Diazie (Anthony Ramos) – byłym żołnierzu, bez stałego zatrudnienia. O pracę ciężko, bo nie jest zbyt dobry w grze zespołowej. Za to dba o swojego chorego braciszka i ma smykałkę do elektroniki. Ale pewną prostą robótkę – ma wykraść z garażu niebieskie Porsche. Brzmi jak coś prostego, prawda? W sumie prawda, chyba że auto jest tak naprawdę Transformersem. Po co zbiera się ekipa Optimusa Prime’a? Przez przypadkowo uruchomiony klucz, badany przez Elenę Wallace (Dominique Fishback), pozwalający się przenosić między planetami. I to pomogłoby Transformersom wrócić do siebie – Cybertronu. Jest jednak pewien poważny problem: imię jego Unicron, który pochłania i niszczy planety, w czym pomaga mu jego sługus Scourge.

Za tą część serii odpowiada Steven Caple Jr., czyli reżyser najbardziej znany z „Creeda II”. Więc w sumie ciężko było się tu czegokolwiek spodziewać, bo poprzeczka zbyt wysoko nie była zawieszona. Sama historia jest prościutka niczym konstrukcja cepa: szukamy pradawnego artefaktu znanego jako MacGuffin, którego szukają dwie strony – Autoboty i ekipy Scourge’a. Ci pierwsi bardziej starają się chować przed widokiem ludzi, drudzy mają to troszkę gdzieś i posuną się do osiągnięcia celu za wszelką cenę. Jest jednak jeszcze trzecia strona, czyli pilnujący (przynajmniej jednej części klucza) Maximale. Kto? Też roboty, ale o kształcie zwierząt pod wodzą Optimusa Primala. W przeciwieństwie do naszych samochodowych robotów, zbudowali więź z ludzkim plemieniem w Ameryce Południowej. I to pozwala Prime’owi na weryfikację swoich przekonań.

„Przebudzenie Bestii” ma o wiele więcej akcji niż „Bumblebee”, przez co cierpią interakcję między postaciami. Bohaterowie są dość prosto zarysowani (choć trochę więcej do pokazania mają Noah i Elena), ale na tyle wystarczająco, aby ich los nas w ogóle obchodził. Sceny rozpierduchy (no bo oczywiście, że demolki i eksplozji nie może zabraknąć) są ładnie zrobione i nie wywołują takiego poczucia chaosu czy przeładowania jak u mistrza Baya. Aczkolwiek muszę się przyznać, że parę razy moje uszy mnie bolały i dźwięk dawał popalić (szczególnie w prologu oraz finałowej konfrontacji) – nie wiem z czego to wynikało. Humor też dowozi (zwłaszcza Bumblebee porozumiewający się za pomocą… cytatów z filmów czy luzacka nawijka Mirage’a), pozwalając przekłuć balonik powagi, który jest aż nadto obecny.

I to jest dla mnie największa wada „Przebudzenia bestii” – że czasem traktuje się zbyt serio, zaś parę dialogów (głównie Scourge’a i Optimusa Prime’a) wkraczają w rewiry patosu, jakich żaden reżyser nie powinien przekraczać. Do tego jeszcze wchodzą niepotrzebne powtórzenia, ale to już takie czepialstwo na siłę. Bo jest jest to sporo dobra: od obsady głosowej (mając w składzie Petera Cullena, Rona Perlmana czy Petera Dinklage’a nie dało się tego schrzanić, ale szoł skradł Pete Davidson) przez dynamiczne sceny akcji aż po sympatycznych ludzkich bohaterów.

W ostatecznym rozrachunku kolejne „Transformersy” to kawałek przyzwoitej rozrywki. Sympatyczna rozwałka z bardzo solidnymi efektami specjalnymi, mocnym trzecim aktem i dobrą obsadą. Jestem bardzo ciekawy dalszego rozwoju serii.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kraina lodu II

Disney w XXI wieku raczej pozostawał w cieniu swojej konkurencji w postaci Pixara czy DreamWorks. Jednym z nielicznych strzałów w katalogu ich animacji był „Kraina lodu” z 2012 roku, która przywróciła animowany oddział Myszki Miki do gry. Inspirowana „Królową śniegu” baśń oczarowała wszystkich audio-wizualnie („Let It Go”!!!!), paroma zaskakującymi twistami oraz przesłaniem. Aż dziwne, że na ciąg dalszy tej historii trzeba było czekać 7 lat. Choć pytanie brzmi, czy potrzebowaliśmy kontynuacji?

Wracamy do Arrendell, gdzie rządzi królowa Elsa (to ona ma w/w Moc) z siostrą Anną. Wszystko wydaje się przebiegać spokojnie, ale – jak wszyscy pamiętamy – spokój nigdy nie jest dany na zawsze. I w mieście żywioły zaczynają wariować, zaś Elsa słyszy dziwny głos. Do kogo należy? Czego chce? I jaki związek z tym wszystkim ma Zaklęta Puszcza, co spowija ją mgła? Sprawę trzeba wybadać, inaczej nie będzie żadnego domu. Elsa razem z Anną i jej przyjaciółmi (Kristoff, renifer Sven oraz bałwanek Olaf) wyrusza do puszczy, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania.

Druga część nie skupia się na budowaniu postaci oraz relacji między nimi. Tutaj twórcy bardziej rozwijają ten świat, zapuszczając się w nowe miejsca. Co się stało w Zaklętej Puszczy? Czemu żywioły są nadal rozgniewane na Arrendell? Brzmi jak rozwiązywanie tajemnicy, której żadna z sióstr nie jest świadoma i stanowi duże zagrożenie. Powoli poznajemy kolejne tajemnice, uwięzionych w puszczy rodowitych mieszkańców oraz żołnierzy królestwa. Jednocześnie nasz bardzo nieśmiały Kristoff będzie próbował się oświadczyć Annie (i przez większość czasu nie radzi sobie z tym), zaś Olaf – jak to bałwan – jest uroczy oraz zabawny. Jak mówiłem, postacie nie za bardzo się rozwijają, tylko podążają za akcją. Ta jest poprowadzona nieźle, chociaż niespecjalnie też zaskakuje (poza brakiem antagonisty, chyba że za takiego uznamy przeszłość). Jak poprzednio mamy wstawki musicalowe – inaczej Disney nie byłby sobą – jednak piosenki są zaledwie poprawne.

Nadal wizualnie jest zachwycająco, choć zimową aurę zastąpiła jesień. Wrażenie robią nie tylko animowane postacie i zwierzęta (stada reniferów wyglądają cudnie), ale dla mnie prawdziwą perłą było przedzieranie się Elzy przez burzowe morze czy odkrycie tajemnicy we wnętrzu „jaskini”. Ilość szczegółów jest niepojęta, zaś użycie mocy dziewczyny jeszcze bardziej czaruje. I nawet jak do akcji wkracza magia, także nie brakuje małych fajerwerków (głównie fioletowych ogni), co nie pozwoli się znudzić najmłodszym kinomanom.

Nie będę udawał, że druga „Kraina lodu” oczarowała mnie tak jak pierwsza część. Bo tak nie jest, ale nie żałuję czasu spędzonego przy tym tytule. Nadal jest w nim pewna magia (lub jakby rzekł mistrz Yoda: „Moc silna tu jest”), kilka cudnych scen i satysfakcjonujący finał. Jedno, co mnie dziwi to ogłoszenie kontynuacji przez Disneya, bo nie wiem dokąd jeszcze możemy pójść z tymi postaciami. Ale Disney nie takie kontynuacje robił, co potrafiły pozytywnie zaskoczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Mój sąsiad Adolf

Jesteśmy w roku 1960 gdzieś w Ameryce Południowej. Naszym bohaterem jest niejaki Marek Polsky (David Hayman) – polski Żyd, mieszkający samotnie w domku. Obok niego jest podobna chata, lecz opustoszała. Przynajmniej do czasu, gdy pojawia się nowy lokator, niejaki Herzog (Udo Kier). I to doprowadza Polsky’ego do szewskiej pasji, a podczas jednej z awantur staje on jak wryty. Dlaczego? Bo zobaczył oczy swojego sąsiada i dostrzegł w nich… Adolfa Hitlera. Zaraz, zaraz. Ale przecież Hitler nie żyje, prawda? Tak też twierdzi wywiad ambasady Izraela i zbywa rewelacje Polsky’ego. Mężczyzna zaczyna szukać dowodów na swoją teorię.

moj sasiad adolf1

Już sam tytuł może wywołać ogrom kontrowersji. A jeśli dodamy fakt, że film Leona Prudovsky’ego to koprodukcja polsko-izraelsko-kolumbijska, niewiele brakuje do wybuchu. Bo w jakim kierunku ta historia może pójść? Opowieści o jedynym z rodziny, co ocalał z Holocaustu i prześladowanym przez traumę widzi w sąsiedzie Hitlera, wymuszając na nim zemstę – czyli thriller? Sąsiedzką komedię a’la „Sami swoi” czy „Dwaj zgryźliwi tetrycy” pełną docinków o tym, jak nienawiść doprowadza do eskalacji – czyli komedię akcji? A może będzie to odkrywanie spisku, mającego na cel reaktywację III Rzeszy i zbudowania nowego imperium zła?

moj sasiad adolf2

Reżyser początkowo wydaje się iść w stronę dreszczowca, gdzie zafiksowany Polsky próbuje bliżej poznać swojego tajemniczego sąsiada. Herzog ma cholernie dużą brodę, nosi ciemne okulary, do tego jeszcze maluje obrazy. O psie typu owczarek niemiecki nawet nie wspominam. Wszystko polane bardziej komediowym sosem, co wywołuje jeszcze większy mętlik. Bo pojawiają się pewne oczywiste poszlaki (malowanie, podobna postura, pies czy wrogość wobec palących w jego domu), ale może to tylko zbieg okoliczności? Powoli jednak zaczynamy poznawać nieznajomego, który – tak jak Polsky – lubi grać w szachy.

moj sasiad adolf3

I tutaj reżyser zaczyna zmieniać ton na poważniejszą historię dwóch poranionych ludzi przez przeszłość. Straumatyzowany Polsky kurczowo trzyma się dawnym nawykom (podlewanie czarnych róż, rozwiązywanie krzyżówek i logicznych zagadek szachowych), by w ten sposób jakoś funkcjonować. Z kolei tajemniczy Herzog też ma pewną niepokojącą tajemnicę, która rzutuje na jego całe życie. Świetnie grający swoje role David Hayman i Udo Kier tworzą bardzo zniuansowane postacie, zaś wspólne sceny z nimi to prawdziwe perełki. Od gniewu i wrogości do pewnego melancholijnego smutku oraz zrozumienia. Zaś zakończenie oraz poznanie prawdziwej tożsamości mnie poruszyło.

„Mój sąsiad Adolf” to bardzo kameralny, lecz zaskakujący film o mierzeniu się z traumą oraz przełamywaniu swoich lęków. Prudovsky’emu nie chodzi o wywołanie kontrowersji, zaś cała opowieść opowiedziana jest z dużym wyczuciem oraz zgrabnie balansując między komedią a dramatem. Świetnie zagrany i zrealizowany tytuł, będący jedną z dużych niespodzianek tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski