Król – Nielot

Nielot

Muzyka alternatywna w naszym kraju trzyma się naprawdę dobrze. Pamiętacie taki duet UL/KR? Jedna druga duetu postanowiła nagrać solową płytę, a jest nią niejaki Błażej Król. Taki młody a już chce być królem – ambitny facet.

„Nielot” zawiera raptem osiem utworów, w których dominują elektroniczne dźwięki. To już słychać w krótkim, ale bardzo melodyjnym „A więc teraz” z dziwacznymi, nakładającymi się głosami syntezatorów, delikatnie grającą gitarą elektryczną i bardzo oszczędną perkusją. Czuć w tym wszystkim inspirację zarówno stylistyka z lat 80-tych (delikatne tło we „Wczoraj”), są też minimalistyczne skręty (chwytliwe „Powoli”) czy różne dziwadła (latające ptaki na początku nowofalowego „Ciepła” z „zimnymi” klawiszami czy „trzaski” prądu w „Żarze”). Brzmi to dziwnie, tajemniczo, ale jednocześnie bardzo przebojowo. Wygląda to jak połączenia ognia z wodą? A z innych instrumentów wybija się gitara elektryczna, która robi jednak za tło wobec wszechogarniającej elektroniki.

Wokal Króla jest… bardzo delikatny i idealnie współgra z warstwą muzyczną. Tylko żebym jeszcze rozumiał o czym on śpiewa? Dla mnie teksty są trochę nieczytelne i nie do końca jasne. Na szczęście to jedyna wada tej bardzo intrygującej płyty.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Illusion – Opowieści

Opowiesci

Z grupami, które wracają po długiej przerwie zawsze jest większa obawa niepowodzenia z powodu legendy, jaką zespół zostaje otoczony. W Polsce taką grupą jest Illusion – inspirująca się grunge’owym granie ekipa pod wodzą Tomasza Lipnickiego. Ale to było w latach 90., potem doszło do rozpadu (Tomek założył Lipali, które działa do teraz, a perkusista Paweł Herbasch i basista Jarosław Śmigiel działali jako Oxy.gen, zaś gitarzysta Jerzy Rutkowski poszedł swoją drogę). W 2011 jednak panowie dogadali się i nastąpiła reaktywacja. I teraz właśnie pojawił się w sklepach pierwszym album po powrocie „Opowieści”.

Za produkcję odpowiada Adam Toczko (współpraca m.in. z Acid Drinkers, Lipali czy Coma) i mamy do czynienia z 9 opowieściami dotyczącymi człowieka w ogóle. Jedno nie ulega wątpliwości – to nadal jest mocne i ostre granie z jakiego znany jest ten zespół, a jednocześnie jest to bardzo zróżnicowany album. Gitara z perkusja robią po prostu rzeź (najbardziej to słychać w „O iluzjach” i „O trudzie wyboru”), pojawiają się wstawki elektroniczne („mantryczny” wokal w „O historii gatunku” czy wiejący wiatr w „O przyszłości”), oraz pozornie spokojniejsze fragmenty, które budują bardzo mroczny klimat (instrumentalny „Oddech” czy kończące całość bluesowo-jazzowe „O pamięci po sobie” ze spokojną linią basu oraz solówką saksofonu). Jest soczyście, wyraziście i głośno.

Każdy kto słuchał Lipińskiego czy to w Lipali czy z Illusion w latach 90-tych, ten wie na co go stać. Silny, wręcz agresywny wokal był znakiem rozpoznawczym grupy i to się nie zmieniło. Nawet w delikatniejszych fragmentach czuć siłę jego głosu. A warstwa tekstowa trzyma naprawdę wysoki poziom, a tematyka jest wyjaśniona w tytułach.

Dobrze się stało, że Illusion powrócił potwierdzając tylko, że stare nie musi być nudne. „Opowieści” to kawał soczystego rocka trochę w stylu grunge’u zmieszanego z hard rockiem. I oby na następny album Illusion nie trzeba było czekać 16 lat.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Co w takim razie z Lipali?

Chłopcy Kontra Basia – Oj tak!

Oj_tak

Jazz w Polsce trzyma się bardzo dobrze, co nie podlega jakiejkolwiek wątpliwości. Tym razem do ręki trafił mi debiut tria jazzowego Chłopcy Kontra Basia, który pozornie gra jazz (kontrabas, perkusja, wokal). W czym jest różnica?

W tekstach, które są stylizowane na ludowe przyśpiewki. Tempo i aranżacje są dość różnorodne, z bardzo wybijającą się sekcją rytmiczną (zapętlający się kontrabas w „Krzywej nodze” czy znacznie szybszy „Bociek”) czy utwory śpiewane a capella („Kasia”).  Jednak zdarza się, że pojawiają się instrumenty nietypowe dla muzyki jazzowej jak fujarki („Jerzy”), bardziej typowy klarnet („Mam ja męża”) czy fortepian Rhodes („O Martusi pchełce”). Wszystko to brzmi nieprawdopodobnie świeżo, dowcipnie (teksty) z czarującym wokalem Barbary Derlak. I więcej mówić nie trzeba.

George Michael – Symphonica

Symphonica

Trend nagrywania płyt z orkiestrą symfoniczną dotknął wielu. Ten album dotyczy pewnego artysty, którego od bardzo dłuższego czasu nie było słychać. Jest nim George Michael, czyli jeden z popularniejszych popowych wokalistów lat 80. i 90.  Już raz nagrał płytę z orkiestrą, która zawierała największe hity XX wieku („Songs from te Last Cenury”). I teraz po ponad 10 latach wydaje drugi album „symfoniczny”, że się tak wyrażę.

„Symphonica” to zapis trasy koncertowe Michaela z lat 2011-12, gdzie towarzyszyła Michealowi orkiestra i zaśpiewał z nią swoje ulubione (i parę swoich) przeboje. Słychać reakcję publiczności i jedna sprawa nie ulega wątpliwości, a nawet dwie. Jest to bardzo eleganckie brzmienie, gdzie nie brakuje tutaj zwiewnych smyczków („Praying for Time”), delikatnie grającej gitary akustycznej („A Different Corner”), chórków i klawiszy. Nastrojowe ballady („Let Her Down Easy” czy „The First Time Ever I Saw Your Face” z pięknym fortepianem) przeplatają się z bardziej skocznymi melodiami (jazzujące “My Baby Just Cares for Me”). Brzmi to naprawdę dobrze, choć może trochę za poważnie i czasami to nuży. Za to sam George Michael jest w świetnej formie jako wokalista i słuchanie go naprawdę sprawia wielką frajdę. Ale mam jednak małą nadzieję, że Michael wyda szybko nowy album i tym razem będą już własne kompozycje.

7/10

Radosław Ostrowski

Metronomy – Love Letters

Love_Letters

Ludzie listy piszą – śpiewali kiedyś Skaldowie. Ta stara prawda przyszła mi do głowy, gdy usłyszałem nowy utwór zespołu Metronomy pt. „Love Letters”. Kwartet z Wysp Brytyjskich po pójściu w elektronikę z lat 80-tych (po 3 latach) nagrywa czwarty album, który pozornie idzie w podobnym kierunku co poprzednik tej grupy (skład: Joseph Mount – wokal i gitara, Oscar Cash – klawisze, Anna Prior – perkusja i Olugbenga Adelekan – gitara basowa).

„Love Letters” zaczyna się bardzo retro od „The Upsetter”, gdzie dominują gitara akustyczna i elektroniczna perkusja. Swoje robią bardzo oldskulowe klawisze oraz grająca pod koniec solo gitarka elektryczna. W podobnym, chilloutowym tonie jest „I’m Aquarius”, gdzie poza delikatniejszymi dźwiękami klawiszy, pojawia się dodatkowy żeński wokal w refrenie. „Monstrous” ma bardzo interesujący wstęp na klawesynie, gdzie potem mamy „orientalną” elektronikę oraz perkusję. Singlowy „Love Letters” wyróżnia się świetnym saksofonem i trąbką na początku (choć bardzo spokojnym i stonowanym), ale reszta jest bardziej żywiołowa. Bardziej gitarowe jest za to „Mouth of Sundays”, przypominające delikatny pop z lat 70-tych i 80-tych (instrumentalny „Boy Racers”). Wrażenie oldskulowości brzmienia podtrzymuje bardzo delikatny wokal Mounta, który jest bardzo niedzisiejszy, a teksty są dość proste i nieskomplikowane.

„Love Letters” to chwytliwa i bardzo chilloutowa muzyka elektroniczna, która jest mocno zakorzeniona w przeszłości, a jednocześnie bardzo melodyjna i wpadająca w ucho. Przyjemne i bardzo rozluźniające.

7/10

Radosław Ostrowski

Neil Finn – Dizzy Heights

Dizzy_Heights

Po raz pierwszy poznałem tego wokalistę, gdy po raz pierwszy usłyszałem „Song for a Lonely Mountain”. I potem dowiedziałem się, że to uznany wokalista i gitarzysta z Nowej Zelandii, grający muzykę bardziej alternatywną. I teraz wychodzi jego siódmy album, sygnowany jego nazwiskiem.

Za produkcję albumu „Dizzy Heights” odpowiada znany ze współpracy z The Flaming Lips Dave Fridmann. I poza elektryczną gitarą, która gra bardziej surowo oraz w tle, ale dominują tutaj smyczki oraz zmieszana elektronika. Słucha się tego zaskakująco przyjemnie i nie brakuje też tutaj eksperymentowania (w „Divebomber” słyszymy dźwięki samolotu oraz podniosłe trąbki z werblami, zaś w „Better Than TV” są orientalnie brzmiące bębenki), ale jest nadal chwytliwe i bardzo melodyjnie. Co pozornie może nie pasować do siebie. Czasami zdarzają się „brudnawe” dźwięki elektroniki („White Lies and Alibis”), przewinie się jeszcze fortepian („Recluse”) i chórki („Stranglest Friends” z mocniejszą gitarą), a sam wokal Neila potrafi oczarować i przykuć uwagę do samego końca.

Pozornie nic specjalnego, ale jak dobrze się przy tym spędza czas? Taka mała niespodzianka.

7/10

Radosław Ostrowski


Johnny Cash – Out Among the Stars

Out_Among_the_Stars

Nazywano go Facetem w Czerni, był ikoną muzyki country i jej najlepszym przedstawicielem. I kiedy wydawało się, że po jego śmierci w 2003 roku już nic nie usłyszymy okazało się, że jest jeszcze sporo niepublikowanych pieśni. I tylko dzięki temu możemy poznać kolejne „zapomniane” utwory Johnny’ego Casha.

„Out Among the Stars” zawiera 12 piosenek, które Cash nagrał w latach 80-tych, ale nie był z nich zadowolony i schował te utwory do szuflady. Nie jest to nic, czego byśmy brzmieniowo nie znali, ale słucha się tego naprawdę dobrze. Jest delikatna gitara elektryczna, akustyczne folkowa gitarka, a nawet skręt w bluesa („I’m Movin On”) czy znacznie żywszych melodii („Baby Ride Easy” czy „I Drove Her Out Of My Mind”). Jeśli do tego dodamy bardzo charakterystyczny wokal Casha, gościnne wokale żony June i Waylona Jenningsa – mamy naprawdę dobre i przyjemne granie. Może i są to proste, ale na pewno bardzo poruszające piosenki. Polecam z czystym sumieniem.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Suzanne Vega – Tales from the Realm of the Queen of Pentacles

z66t4ez4

Dla wielu pozostała artystka jednego przeboju – „Luka”, ale jej dorobek jest znacznie bogatszy i ciekawszy. Do tej pory nagrała aż 8 płyt, cztery kompilacje (seria „Close-Up” z jej utworami w wersjach akustycznych) i kazała czekać aż siedem lat na nowy materiał. Jedno mogę wam powiedzieć – nie ma tutaj potencjalnych hiciorów, ale nie można powiedzieć, że czas został zmarnowany.

Za produkcję „Tales from the Realm of the Queen of Pentacles” (nie wiem jak wam, ale dla mnie to za długi ten tytuł) odpowiada znany ze współpracy z Davidem Bowie Gerry Leonard. I uderza tutaj bardziej delikatne, wręcz akustyczne brzmienie, choć parę razy pojawia się gitara elektryczna. Udało się stworzyć różnorodne piosenki, które bywają albo folkowe (skoczne „Fool’s Complaint” czy prawie akustyczne „Portrait of the Knight of Wands” z ciekawie wpleciona elektroniką), czasami skręcają w stronę bluesa (najlepsze na płycie „I Never Wear White”). Jest jeden dość porażający utwór, czyli „Don’t Uncork What You Can’t Contain” ze smyczkami (początek tego utworu brzmi naprawdę znajomo, mimo „orientalnego” brzmienia) czy klaskany „Jacob and the Angel”, ale dalej jest równie zaskakująco i ciekawie. Więcej nie zdradzę – sorry, taki klimat.

Jednak sam głos Vegi nie zmienił się specjalnie i nadal potrafi oczarować. Tak samo teksty, opowiadające raczej proste historie, ale też pełne dość zaskakujących obserwacji („I Never Wear White”). I nie ma tutaj miejsca na dość banalne historie miłosne, co to to nie.

Mówiąc już bez zbędnego pitolenia, baśnie od Suzanne Vegi są naprawdę dobrym i atrakcyjnym materiałem, który słucha się z naprawdę duża przyjemnością oraz poczuciem miłego spędzenia czasu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Stereophonics – You Gotta Go There to Come Back

You_Gotta_Go_There_To_Come_Back

Zazwyczaj jest tak, że płyty poszczególnych wykonawców są wydawana regularnie, czyli co 2-3 lata. Tak też było z zespołem Stereophonics. Jednak tym razem za produkcję odpowiadał sam wokalista, czyli Kelly Jones. Czy w związku z tym coś się zmieniło?

Trudno w zasadzie powiedzieć, bo nadal jest to alternatywne granie gitarowe. I to słychać już w „Help Me” z przesterowaną i i zadziorną gitarą oraz bardziej „podbrudzonym” wokalem. Ale już „Maybe Tomorrow” jest zupełnie odmienne. Grane bardzo delikatnie, z chórkiem w tle. Jednak w połowie wybrzmiewa gitara elektryczna oraz elektronika, co trochę zmienia atmosferę utworu. „Garażowe”, wręcz punkowe grania powraca w „Madame Helga”, która jest jednocześnie wpadająca w ucho tak jak „Moviestar” z niezłym rytmem oraz mocniejszymi wejściami gitary w refrenach. Pewnym odejściem jest bardziej akustyczne (przynajmniej do momentu wejścia gitary) „You Stole My Money Honey”, folkowym „Getaway” z ładnym pianinkiem, harmonijka ustną oraz przerobionym cyfrowo wokalem, a także w „Climbing the Wall” ze skrzypcami i dęciakami w tle. Mieszankę folkowo-garażową serwuje „Jealousy”, zaś pewne wyciszenie serwuje „I’m Alright” z delikatną elektroniką. I ta zmienność z utworu na utwór jest atutem tej płyty.

Wokal Jonesa nie ulega jakiejś specjalnej zmianie, nadal jest lekko chrypliwy, ale tutaj jeszcze przechodzi on cyfrową obróbkę, co wielu może wprawić w konsternację. Zaś teksty też są udane.

Tutaj zespół pozornie nie zmienia się, ale coraz bardziej skręca w stronę folkowo-akustyczną, co wychodzi zdecydowanie ciekawiej i jeszcze odezwie się w grupie kilka lat później. Po wydaniu tej płyty zespół opuści perkusista Stuart Cable. Ale to już inna historia.

8/10

Radosław Ostrowski

De Mono – Symfonicznie

00de_monosymfoniczniepl2014frontempik

Nagrywanie płyt z orkiestrą symfoniczną dotyka praktycznie wszystkich wykonawców. I zazwyczaj świadczy o tym, ze artyści nie mają kompletnie pomysłu na nowy materiał. I to też postanowił zrobić zespół De Mono, czyli Andrzej Krzywy i spółka.

Poprosili do pomocy Polską Orkiestrę Radiową pod batutą Jacka Piskorza, która tutaj dominuje, a zespół ogranicza się do śpiewania oraz delikatnego tła. A jak brzmią aranżacje? Są one bardzo rozbudowane i nadają większego rozmachu.  Jednocześnie muzycy bawią się konwencjami, co najbardziej widać w utworze „Moje miasto nocą” (bardzo szybkie smyczki i perkusja), zaś w połowie następuje kompletnie zmiana tempa w stronę bardziej jazzu. Pojawiają się trąbki, delikatny bas i plumkanie smyczków, a w tle słyszymy odgłosy syren i jeżdżących samochodów. Napięcie jest tu jeszcze potęgowane przez dość nerwowa grę smyczków, fortepian , gdzie do szybkich smyczków i perkusji, by pod koniec wszystko wróciło do normy. Taka lekkość w brzmieniu nadaje kompletnie nowego brzmienia, choć linia melodyczna pozostała w zasadzie bez zmian. Wprowadzenia do piosenek brzmią po prostu kapitalnie (początek „Statków na niebie”, gdzie popisują się różnego rodzaju flety, wiolonczele czy wibrafon), budując czasami bardzo liryczny nastrój (pięknie „walcowe” smyczki i gitara akustyczna w „Zostańmy sami” czy fortepian oraz harfa w „Siedmiu dniach”).

Jeśli zaś chodzi o dobór piosenek, to w zasadzie mamy tutaj największe hiciory (wyjątkiem są bardzo „afrykańsko” brzmiące „Kolory” – świetny chórek), czyli poza w/w „Znów jesteś ze mną”, „Ostatni pocałunek” czy „Póki na to czas” (tykający zegar na początku oraz walcowe smyczki, do których dołącza perkusja i gitara). Zaś Andrzej Krzywy jest w dobrej formie, choć brzmi on dość delikatnie.

I to jest przykład, że można stworzyć ciekawą i nie przynudzająca płytę symfoniczną. Zależy to od zgrania z orkiestrą oraz pomysłowych i bogatych aranżacji. To wszystko jest tutaj.

8/10

Radosław Ostrowski