Asia – Alpha

Alpha

Debiutancki album supergrupy Asia odniósł nieprawdopodobny sukces komercyjny. Kwartet postanowił pójść za ciosem i po roku wydał drugi album „Alpha”, a skład (także produkcyjny) nie uległ poważniejszym zmianom. Czyżbyśmy dostali to samo, co przedtem?

Jeśli chodzi o przebojowość, to absolutnie tak. Nadal jest to chwytliwy i melodyjny pop rock, okraszony progresywnymi wstawkami. I każdy robi swoje: widać większy wspływ tutaj klawiszy Downesa oraz sekcji rytmicznej, a gitara Howe’a jest gdzieś tam w tle (najbardziej się wybija w „Never in a Million Years”). Elektronika nadaje tutaj elegancji czy baśniowości (balladowe „The Smile Has Left Your Eyes”) oraz wspólnie śpiewane chórki. Perkusja nadal wyczynia nieprawdopodobne uderzenia, pojawi się też gitara akustyczna („My Own Time”) i to wszystko tworzy bardzo pogodny, wręcz ciepły klimat. Nie brakuje też rozmachu (“The Heat Goes On” z potężną perkusją, złożoną elektroniką oraz ostrzejszą gitarą z delikatniejszym środkiem), chwytliwości, przebojowości (praktycznie każdy numer) oraz delikatnych dźwięków fortepianu („The Last to Know”). To wszystko powoduje, że „Alphy” słucha się więcej niż bardzo dobrze. Mi trochę brakowało gitary Howe’a (nic dziwnego, że po tym albumie opuścił grupę), ale wokal Johna Wettona (trzyma formę i jakoś nie chce jej opuścić) oraz naprawdę dobre teksty powodują, że jest to naprawdę bardzo dobra płyta. Do przesłuchania bardzo gorąco namawiam.

8/10

Radosław Ostrowski

Luxtorpeda – A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki

000luxtorpedaa_moral_tej_historii_moglby_byc_taki_mimo_ze_cukrowe_to_jednak_burakipl2cd2014

Polska kapela metalowa pod wodzą Roberta Friedricha nadal trzyma formę i posiada coraz większe grono fanów. Tym razem na nowy materiał trzeba było poczekać rok dłużej niż zwykle. Ale chyba warto było.

Już sam tytuł albumu mocno rzuca się w oczy, ale nie będę go powtarzał, bo może zabraknąć mi miejsca. I czego można w zasadzie się spodziewać? Łomotu, energii oraz mocnych riffów, co słychać już w singlowym „Mambałaga”. Ale nie jest prawdą, że grupa stoi w miejscu i ciągle gra na jedno kopyto. Zdarzają się momenty spokoju (orientalna „Pusta studnia”, gdzie w refrenach dochodzi do mocniejszego ciosu), szybkiego dociśnięcia gazu („Cały cyrk”, „J’eu les poids”), „strzelającej” gitary połączonej z metalicznym basem („Nieobecny nieznajomy”) czy powolnego, ale bardzo ciężkiego grania („Smoła” z kapitalnym riffem pod koniec). Innymi słowy: niespodzianek nie ma, za to jest sporo energii i zadymiarstwa.

I jak zawsze mamy dwa charakterystyczny elementy: nawijka Hansa oraz wrzaski Friedricha, które się świetnie uzupełniają. Zaś teksty są naprawdę wnikliwe, pełne zaskakujących metafor oraz ważkich spraw (biurokracja, porządki, samotność czy chaos), które zawsze wypadają znakomicie. I jak zawsze dołączona jest druga płyta z piosenkami w wersjach instrumentalnych.

To jeden z nielicznych polskich zespołów, który ciągle trzyma formę. A jednocześnie serwuje taką energię, jakiej dawno tutaj nie było.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Artur Rojek – Składam się z ciągłych powtórzeń

Skladam_sie_z_ciaglych_powtorzen

Każdy fan polskiej muzyki wie, kim jest Artur Rojek. Dla większości osób to wokalista i jeden z filarów zespołu Myslovitz (tak było do 2012 roku). Poza tym jest dyrektorem OFF Festivalu, gdzie grana jest muzyka alternatywna. Dlatego dla wielu jego solowa płyta może być sporym zaskoczeniem.

„Składam się z ciągłych powtórzeń” to pójście w alternatywne brzmienia, co jednak nie jest niczym zaskakującym. Jeśli chodzi o instrumentarium, to sporo ma tutaj do powiedzenia elektronika oraz gitara elektryczna („Krótkie momenty skupienia” czy „Kokon” z dziwacznymi dźwiękami oraz szumami), ale o dziwo wszystko jest bardzo melodyjne i przyjemne w odsłuchu. Jednocześnie bardzo uderza bogactwo i nieszablonowość dźwięków (klawesyn w „Czasie, który pozostał”, chórki w „Beksie”), a także bardzo delikatne i oszczędnie w formie piosenki („Kot i Pelikan” z nowofalowymi klawiszami i gitarą akustyczną oraz pięknym fortepianem). Każdy utwór to inna historia, inne brzmienie i inne emocje, ale jest to bardzo spójne, pomysłowe i wciągające.

Rojek jako wokalista i autor tekstów trzyma fason i nie zawodzi. Barwne metafory i proste słowa tworzą mocną mieszankę. A to razem ze świetną produkcją, chwytliwymi i pomysłowymi aranżacjami tworzy nieprawdopodobną całość. Rojek zaskakuje i spełnia pokładane w nim wysokie oczekiwania.

8/10

Radosław Ostrowski

Pink Martini & The Von Trapps – Dream a Little Dream

Dream_a_Little_Dream

O 15-osobowej grupie Pink Martini już pisałem w trakcie opowiadania o płycie „Get Happy„. Tym razem orkiestra pod wodzą Thomasa Lauderdale’a tym razem połączyła siły z grupą The Von Trapps, która zajmuje się śpiewaniem.

I tak jak poprzednio podróżujemy po muzyce całego świata, sięgając po standardy światowej muzyki rozrywkowej. O ile jeszcze początek (śpiewana a capella „Storm”) może budzić zaskoczenie, a tyle już „Kuroneko no tango” już nie budzi wątpliwości. Smyczki, delikatna perkusja, fortepian – to Pink Martini, zaś wokal Chiny Forbes nadal sprawdza się w tych żonglerkach dźwiękowych i gatunkowych. Jest bardzo lekko, kolorowo i elegancko, nawet jeśli te piosenki słyszeliśmy już w kilkunastu wersjach (nieśmiertelne „Dream a Little Dream” z gitara akustyczną, fortepianem, banjo, harfą i chórkiem czy „Fernando” okraszone hiszpańską dynamiką – perkusyjkami, gwizdkami i dęciakami). Także język się zmienia: od angielskiego przez japoński, niemiecki (jodłujące „Die Dorfmusik”) czy francuski, co absolutnie nie przeszkadza w odbiorze i całkiem niezłej zabawie. I jest parę utworów śpiewanych a capella przez chórek (czyli The Von Trapps), ale ten dość spory rozrzut i chaos sprawdza się.

Niby nie jest to nic, czego już byśmy nie znali w przypadku Pink Martini, ale jest to naprawdę udana i bardzo ciekawa płyta. Taka, przy której ma się bardzo przyjemne sny.

7/10

Radosław Ostrowski

Miss Montreal – Irrational

Irrational

Kolejny towar eksportowy z Holandii. Naprawdę się nazywa Roos-Anne (Sanne) Hans, rocznik 1984 i pochodzi z Dedemsvaart. Do tej pory wydała jakieś trzy płyty, o których w życiu nie słyszałem. I wpadła mi w ręce płyta nr 4, która równie dobrze mogłaby przejść i nawet bym jej nie zauważył.

To delikatne pop-rockowe granie z dominujaca gitarą akustyczną. Nie brzmi to może aż tak plastikowo i tandetnie jak można było myśleć, ale niespecjalnie to porywa i wciąga. Melodie są proste i nieskomplikowane, co samo w sobie nie jest złe, ale jest to tak piekielnie wtórne, że można przy tym ziewnąć z nudów. I nie pomaga ani zróżnicowanie tempa czy popisy elektroniki, ani nawet przyzwoity wokal. Bronia się raptem tylko trzy utwory (na jedenaście): akustyczne „Tututu”, lekkie „Heavy World” oraz pianistyczne „Army in My Head”. Może jeszcze koncertowe „Moonlight Shadow” grane na gitarze jeszcze się broni. Ale to tylko tyle, jeśli chodzi o plusy. Cała reszta to kompletna strata czasu, potwierdza, że czasami bardzo łatwo można dać się zwieźć.

5/10

Radosław Ostrowski

RPWL – Wanted

Wanted

Niemiecki zespół RPWL rusza do natarcia. Ledwo wyszła płyta koncertowa, a już wydany został nowy studyjny album. I znów jest to concept-album, tym razem skupiającym się na postaci Giuseppe Garibaldiego.

Zespół brzmi tak jak zazwyczaj i nie wymyśla niczego nowego. Jest to nadal bardzo klimatyczne, progresywne brzmienie czerpiące z Pink Floyd. I to słychać już w otwierającym całość instrumentalnym „Revelation” ze „strzelającą” elektroniką, mocnymi uderzeniami perkusji i gitary oraz Hammondami w tle. Poza jednak muzyką słychać też krzyki, strzały czy marszowe kroki – innymi słowy to, co w przypadku wojny brzmieć powinno. Marszowe „Swords and Guns” jest mocniejsze i bardziej agresywne (poza delikatnymi refrenami z klawiszami), a wybija się najbardziej bas oraz klawisze pod koniec.  Krótsze, ale mroczniejsze jest „A Clear Cut Line” ze wstawkami elektronicznymi oraz wplecionymi słowami po włosku. Tytułowy utwór ma potencjał, by stać się radiowym hitem, podobnie „Perfect Day”. „Hide and Seek” z akustycznym wstępem, którym potem zostaje zmieniony w kakonadę perkusji, gitary i klawiszy (w drugiej połowie szaleją klawisze). „Disbelief” bardziej skręca w stronę mięsistego bluesa (ta gitara!!!), a zwrotki sa recytowane niż śpiewane, zas wyciszenie przynosi „Midguided Tonight” z ładna gitarą, Hammondami i spokojną perkusją oraz pojawiający się w wersji deluxe „Still Asleep”. Najmocniejsze pozostawili na sam koniec – „The Attack” to bardzo epicki i dynamiczny killer, zmocnymi uderzeniami perkusji oraz bardzo mocnym basem, a na finał dostajemy wyciszające „A New Dawn” z gitara akustyczną.

Nadal słychać tutaj inspiracje Pink Floyd (głównie przez grę gitary Kalle Walnera), także wokal Yogi Langa w paru miejscach przypomina Davida Gilmoura, jednak nie jest to w żadnym wypadku wada, a zespół jest bardzo mocno zgraną paczką. „Wanted” tylko potwierdza, że potrafią świetnie grać, tworzyć poruszające melodie oraz pisać naprawdę dobre teksty. Tu wszystko jest na swoim miejscu i gra naprawdę świetnie.

8/10

Radosław Ostrowski

Gazpacho – Demons

Demon

Muzycy z norweskiego Gazpacho przyzwyczaili do swoich progresywnych brzmień inspirując się m.in. Marillionem czy Purpucine Tree. Pojawiały się jednak zarzuty, że powoli zaczynają zjadać swój ogon. Pozornie „Demons” wydaje się podobną płytą wobec poprzedniego „March of Ghosts”. Ale tej ostatniej słuchałem dwa lata temu i pewnie coś mi się pokićkało.

„Demons” to kolejny koncept-album tej grupy. Punktem wyjścia dla historii opowiadanej na tej płycie jest znalezienie w Pradze tajemniczego manuskryptu. Jego autorem jest mężczyzna opętany przez demona. Utworów jest raptem cztery, ale mają one naprawdę siłę rażenia. I są one naprawdę różnorodne pod względem tempa. Więc prześledźmy poszczególne utwory.

„I’ve Been Walking part I” zaczyna się niepokojącą elektroniką. Potem delikatnie gra fortepian i wchodzi wokal, następnie dołączają skrzypce z kotłami i klawiszami, budującymi niepokojącą atmosferę kontrastowaną przez lekko grająca perkusję. Ale w ciągu półtorej minuty nastepuje wybuch perkusji i gitary elektrycznej, wyciszony przez klawisze i chórek, a także akustyczną gitarę. Wyciszenie, delikatna perkusja i klawisze, dochodzi melodia z pozytywki. Wraca fortepian i skrzypce, w połowie jest tylko pianino ze zmodyfikowanym głosem, brzmiącym jak nie z tego świata. I wtedy perkusja z gitara wracają na mocniejszych tonach (nawet drobne wyciszenie nie pomaga), coraz wyraźniej słychać organy, a na samym końcu „opadają” smyczki, gra mrocznie wiolonczela, a w tle elektronika.

„The Wizard of Altai Mountain” jest najkrótszy na płycie (niecałe 5 minut). Zaczyna się od „plumkającej” elektroniki i akordeonu z „pozytywkową” melodią. W dodatku bardzo wyciszoną i spokojną. W połowie utworu gra sam akordeon i to bardzo szybko, potem dołącza do niego kontrabas i skromna perkusja, co buduje bardzo etniczny klimat. A jak jeszcze do tego dodamy skrzypce, to już będzie po cygańsku.

I wtedy pojawia się pierwszy ponad 10-minutowy kolos, czyli druga część „I’ve Been Walking”. Zaczyna się delikatna melodią z pozytywki, do której dołączają delikatne głosy. W trzeciej minucie pojawia się żeński głos wzięty ze starej, gramofonowej płyty, do którego najpierw dołącza fortepian, by przyłoiła gitara z perkusją. I znów wyciszają za pomocą delikatnego fortepianu oraz solówki na skrzypcach, wspieranych przez chór, by pod koniec mocno zapętliła się perkusja z gitarą do „cięższego uderzenia”.

Na koniec zespół zostawił wejście do „Death Room”. Mocniejsza i ponura elektronika, wchodzi banjo, wokal przerobiony cyfrowo, w dodatku delikatnie gra perkusja i odzywają się „dziwne” głosy z fałszującymi smyczkami. Pojawiają się różne dzwonki, cymbałki aż w połowie pojawiają się pięknie grające skrzypce, podpierane przez banjo i zgraną sekcję rytmiczną. Wtedy pojawia się akordeon z banjem, a przez ostatnie sześć spokojna melodyjna z pianina zostaje „podrasowana” gitarą elektryczna oraz elektronicznymi wstawkami.

Nie przesadzali muzycy, twierdząc, że to najbardziej skomplikowany album w swoim dorobku. Piekna, mroczna i tajemnicza – wystarczy, żeby się zapoznać. Nawet jeśli wokal Jana Henrika Ohme nadal kojarzy się ze Stevem Hogartem z Marillion, co nigdy nie przeszkadzało w odbiorze.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wishbone Ash – Blue Horizon

Blue_Horizon

W latach 70-tych zespół był po prostu klasykiem. Kierowany przez Andy’ego Powella Wishbone Ash nadal działa, choć nie jest on aż taki popularny jak kiedyś, bo moda na hard rockowe/progresywne brzmienie powoli odchodzi. Ale Powell i spółka nie poddają się, mimo różnych perturbacji w składzie (do 2007 roku) regularnie nagrywa nowe płyty. I teraz wychodzi album nr 24.

„Blue Horizon” zawiera 10 melodyjnych, rockowych piosenek. Początek jest taki dość umiarkowany – nie za szybko, nie za wolno, ale z fajną melodią i dobrymi solówkami na koniec („Deep Blues”), czasem zabarwiając to wszystko folkowym entouragem (skrzypce w „Take It Back” i „All There Is To Say”), a nawet wstawkami bluesowymi („Being One”).  Znacznie mocniej i mroczniej jest pod koniec albumu, wraz z pojawienie się tytułowego utworu. Każda z piosenek brzmi dość spokojnie, co wielu może uznać za dość monotonne, ale mi taka gitara (obie ładnie grają) nie przeszkadza i po cięższym dniu pracy pozwala się rozluźnić i odprężyć. A delikatny wokal Powella działa bardzo kojąco.

Może i to są długie utwory, ale muzyka z tych utworów jest naprawdę dobra. Panowie trzymają formę i brzmią po prostu pięknie, choć mało ogniście.

7/10

Radosław Ostrowski


Panasewicz – Fotografie

Fotografie

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać. Wokalista i frontman zespołu lady Pank trzy lata temu wydał solowy album, który spotkał się z dobrym przyjęciem. Panasewicz poszedł za ciosem i postanowił wydać drugi solowy album.

„Fotografie” zawierają 10 piosenek utrzymanych w stylistyce pop-rockowej. Dlaczego warto przykuć sobie nim uwagę? Dwa nazwiska: Kuba Galiński (produkcja, współpraca m.in. z Anią Dąbrowską) i John Porter (kompozytor). Jak się dobiera takich współpracowników, to nie może być mowy o rozczarowaniu. Ma być chwytliwe, proste, melodyjnie, a jednocześnie bardzo przyjemnie i dobrze zrealizowane. Poza gitarą elektryczną, która miejscami przypomina macierz Panasewicza, choć pojawia się także bardziej „brudna” jak w „Nie ma w życiu ważnych spraw” („Nie zamykaj okien”), dominuje tutaj fortepian, pojawi się nawet gitara akustyczna (bardzo folkowe „Do góry głowa przyjacielu”), smyczki („Co będzie gdy”), a sekcja rytmiczna po prostu robi swoje. Ale co najciekawsze, dominuje tutaj zarówno różnorodne tempo zmieszane z melancholijnymi tekstami (wyjątkiem jest mroczny „Tępy nóż” czy idący w stronę oniryzmu „Facet na plaży”) oraz bardzo wyrazistym wokalem Panasa, który jest w naprawdę dobrej formie.

Teksty są pełne melancholii, ale tez nie są specjalnie skomplikowane. Nie o to przecież chodzi, bo to ma ręce i nogi, słucha się tego z dużą frajdą i nie przynudza. To trochę inne oblicze Panasewicza – bardziej refleksyjne, delikatne i dlatego „Fotografie” dla wielu mogą być niespodzianką. Niby dobry pop-rockowy album, ale każdy muzyk w naszym kraju powinien zazdrościć.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Asia

Asia

Kiedy w 1982 roku powstała grupa Asia, spodziewano się kolejnego świetnego zespołu grającego rocka progresywnego. Te wymagania nie wzięły się znikąd. Wystarczy spojrzeć na członków tej grupy. Steve Howe – gitarzysta, wcześniej członek zespołu Yes. Geoff Downes – klawiszowiec grający wcześniej w popowej grupie The Buggles, pracował z Yes przy albumie „Drama”. Carl Palmer – perkusista, znany z grupy Emerson, Lake & Palmer. No i wokalista i basista John Wetton – członek m.in. King Crimson. Musiało powstać coś wielkiego, ale chyba fanom w/w grup chyba nie o to chodziło.

Za produkcję „Asii” odpowiadał Mike Stone, który wcześniej współpracował m.in. z Queen czy Journey. A skąd wziął się szok? Ponieważ zespół złożony z tak wybitnym indywidualności zaczął grać prostą, wręcz pop-rockową muzykę, która nie mogła dorównywać dorobkowi Yes czy ELP. Ale wiecie na czym polega dowcip? Po pierwsze, piosenki są bardzo melodyjne i chwytliwe. Po drugie, nie brzmi to tandetnie i plastikowo, a każdy z muzyków daje z siebie wszystko. Howe bardzo pięknie gra na gitarze, gdy trzeba zrobić mocną solówkę, robi ją. Delikatne i przyjemne klawisze Downesa pachną popem (balladowe „Without You”), ale jest to bardzo piękne. Sekcja rytmiczna ma tutaj swoje momenty i potrafi zaskoczyć (początek i koniec „Time Again”, gdzie perkusja dowala do rytmu gitary i klawiszy czy „Wildest Dreams”), a aranżacje są tu naprawdę dopieszczone, choć skrojone pod radiowe wymagania. Każdy utwór na tej płycie ma potencjał hitowy, którego zazdrościły inne zespoły (z nieśmiertelnym utworem „Heat of the Moment”).

Świetne chórki, mocny wokal Wettona oraz całkiem niegłupie teksty wnoszą Asie na wyższy poziom, choć nic tego nie zapowiadało. Mógłbym wymienić każdy utwór po kolei i rozłożyć na czynniki pierwsze, ale mamy do czynienia tutaj ze świetnymi muzykami, którzy postanowili nagrać prosta i przyjemną muzykę. A to pozornie jest tylko łatwą kwestią niż zrobienie progresywnego kolosa. Im się udawało przez dłuższy czas, a debiut jest absolutnie udany i mimo lat nie chce się zestarzeć.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Świetna okładka po prostu.