The Baseballs – Game Day

Game_Day

Tych trzech Niemców konsekwentnie działa jako cover band, czyli nagrywa piosenki już raz napisane. Co ich wyróżnia? Oni nagrywają nowe utwory, tylko że one brzmią jakby powstały w latach 50. i 60., utrzymane w stylistyce rock’n’rolla i rockabilly. Pozornie „Game Day” nie wyróżnia się na tym polu.

Nie zabrakło oczywiście przeróbek takich topowych wykonawców jak Lordi („Royals”), Lana Del Rey („Video Games”), Rihanna („Diamonds”). Ale po raz pierwszy pojawiają się ich własne utwory pachnące rock’n’rollem, czyli mamy tutaj gitarkę elektryczną, perkusję, bas i pianino. Tempo jest dość szybkie, melodie proste, ale wpadające w ucho, pojawiają się też zgrabnie wplecione chórki. Czyli jest tak jak zawsze. A i nowsze piosenki takie jak „Let It Go” czy „My Baby Left Me for a DJ” są bardzo zgrabnie wplecione do całej reszty, zaś głosy Sama, Bastiego i Diggera są tak wpasowane w konwencję, że mucha po prostu nie siada (Elvis byłby z nich dumny). Najbardziej z tego zestawu wyróżnia się folkowe „On My Way”, mocne „Bull’s Eye”, akustyczne „What You Want” czy porywający „King Kong”, a jeśli chcecie poczuć stary klimat i jednocześnie zabawić się, to ten album jest idealny. Zarówno dla starszych jak i młodszych słuchaczy – oldskul zrobiony tu i teraz.

8/10

Radosław Ostrowski

Nina Persson – Animal Heart

Animal_Heart

Ta pochodząca ze Szwecji wokalistka znana jest jako frontmanka zespołu The Cardigans, której popularność przyniosły hity „Lovefool” czy „My Favourite Game”. Ale 40-letnia Nina Persson postanowiła wydać pierwszy solowy album. Pytanie czy to będzie to samo, co znamy wcześniej czy inne oblicze? A jeśli nie, to czy będą to dobre piosenki?

Za produkcję poza Persson odpowiadają grający tutaj na wszystkich instrumentach (poza perkusją) Nathan Larsson i Eric D. Johnson. I jest tutaj dość różnorodnie, od spokojniejszych kompozycji („Burning Bridges for Fuel” czy okraszone lekką elektroniką „Dreaming of Houses”) po bardziej bogatsze aranżacje i jeden szybszy numer (tytułowy utwór). Ale nie oszukujmy, to popowy album, który bazuje na stylistyce indie. Dlatego potrafi ona oczarować delikatnością elektroniki, rytmiczną grą basu i perkusji, czasami swoje zrobi gitara, choć tylko w tle („Clip Your Wings” czy „Food for the Beast”), a nawet pojawia się krótka wstawka (instrumentalne „Digestif”). I to wszystko tworzy bardzo specyficzny klimat – nie ma tutaj brudu czy różnych niedoskonałości, dźwięk jest bardzo czysty i to wszystko brzmi naprawdę ładnie. I w zasadzie trudno się do czegokolwiek przyczepić.

Ani do muzyki, ani produkcji, ani do samego głosu Niny – delikatnego, lekkiego, wręcz czułego. Dawno nie słuchałem tak sympatycznego albumu, choć teoretycznie powinienem mieć ochotę wyrzucić go za okno.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pustki – Safari

Safari

To jeden z najbardziej znanych zespołów polskich grających muzykę indie. Ostatnio doszło do małego rozłamu (grupę opuścił basista Szymon Tarkowski) i teraz działa jako trio. Jak sobie tym razem poradzili? Odpowiedzią jest nowy album „Safari”.

Tym razem jednak zamiast smęcenia, mamy bardzo delikatne, ciepłe i melodyjne piosenki. To już słychać w otwierającym całość „Się wydawało” – lekka gitara, chwytliwe klawisze i perkusja. Więcej robi tutaj elektronika („Wyjeżdżam!”, gdzie dźwięki klawiszy współpracują z pianinem oraz „etniczną”perkusją czy początek „Tyle z życia” – wręcz minimalistyczny), poza tym mamy tutaj różnorodność: od folku („Rudy Łysek” – świetny bas i zabawa formą) przez zapach nowej fali („Pokój” z ładnie brzmiącą gitarą) po r’n’b (minimalistyczne „Nie tu”, gdzie pod koniec dochodzi do kumulacji dźwięków). Takiej zmiany się nie spodziewałem i słucha się tego z naprawdę dużą frajdą.

Jeśli chodzi o wokal, nie powiem złego słowa o Barbarze Wrońskiej, bo nie ma się tu do czego przyczepić. W każdej piosence wypada świetnie – poza „Po omacku”, gdzie popisuje się Radek Łukaszewicz – nawet jeśli pojęczy („Wyjeżdżam!”), zaś teksty to bardzo inteligentne frazy, które dają wiele do myślenia.

„Safari” okazało się naprawdę dużą niespodzianką. Jest ona bardzo ciepła, bogato aranżowana (mimo użycia tylko trzech instrumentów) i energetyczna. Naprawdę dobra robota.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Robin McKelle & The Flytones – Heart Of Memphis

Heart_of_Memphis

Ten zespół pod wodzą pochodzącej z Memphis Robin McKelle gra stare utwory, utrzymując je w stylistyce rhythm’n’bluesa i jazzu. Nie inaczej jest w przypadku „Heart of Memphis”.

Więc nie zabrakło tutaj dęciaków, gitary i Hammonda. Jeśli chodzi o energię i instrumentarium skojarzyło mi się to z Blues Brothers jak i z ostatnią płyta Natu (Natalii Przybysz) – jest szybko i dynamicznie („Don’t Let Me Be Misunderstood” ze świetnymi klawiszami), ale i nawet w spokojniejszych momentach czuć sznyt i luz jak w „Control Yourself” ze smyczkami w tle czy pachnącym lekko country „Forgetting You”. Feeling jest mocno wyczuwalny, a oldskulowy klimat powoduje, że słucha się tego zaskakująco przyjemnie i nastrojowo jak w tytułowym utworze czy „Like a River”. W zasadzie rozpisywanie się na każdy utwór mija się z celem, ale nie czuć tutaj nudy, monotonii, jedynie oldskulowość. Także wokal jest mocno staroświecki i elegancki, świetny zgrany z muzyką.

Więc jeśli chcecie przeżyć podróż w czasie, „Serce Memphis” będzie idealną propozycją dla was. To dobra, bezpretensjonalna płyta, z muzyką jakiej się już nie gra.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Aria

Aria

Jest rok 1994. Dwa lata wcześniej Asia się reaktywowała i wydała nowy album, przy okazji zmieniając skład. Tutaj też doszło do roszad, odszedł Howe i Palmer, został Pitrelli, a nowym perkusistą został Mike Sturgis, który rok później dołączył do Wishbone Ash. I w tym składzie grupa zaczęła prace nad nowym albumem „Aria”.

Za produkcję i piosenki odpowiadali Payne z Downesem, czyli bas i klawisze powinny dominować. Początek jest dość tajemniczy i mroczny w „Anytime”, ale po „biciu” basem oraz przestrzennych klawiszach dołącza reszta grupy. I w zasadzie mamy starą, sprawdzoną formułę – nastrojowe klawisze, chwytliwe refreny śpiewane chóralnie i bardzo surowo brzmiącą (wtedy) gitarę elektryczną. Ale pojawiają się drobne elementy zaskoczenia jak „etniczna” perkusja i wokali w stonowanym „Desire”, gdzie jeszcze wpleciono elektroniczną wersję jednego z utworów Bacha, akustyczny wstęp w „Summer”, bardzo szybkie klawisze w refrenach „Don’t Cut the Wire (Brother)” + marszowa perkusja w połowie czy odgłosy jazdy konnej i strzały w dynamicznym „Rememberance Day” (perkusja z gitarą szaleją). Mimo że tak naprawdę niewiele się zmienia, a John Payne radzi sobie coraz lepiej na wokalu, to jednak płyty Asii słucha się naprawdę dobrze. Nadal jest przebojowo i dynamicznie, ale teksty są dość poważne, bo poza typowym miłosną treścią, nie zabrakło tutaj refleksji o wojnie i telewizji („Reality” z elektronicznie zmodulowanym głosem w refrenie).

„Aria” potwierdza, że Asia mimo przetasowań i zmian w grupie nie zmienia się specjalnie, nie zatraca się. Styl pozostaje ten sam i mimo upływu wielu lat, odbiór pozostaje pozytywny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

OSTR & Marco Polo – Kartagina

Kartagina

Kooperacje między polskim i amerykańskim środowiskiem hip-hopowym są czymś bardzo rzadkim. Jednak powoli naszym chłopakom udało się wyrobić własną markę, mimo to taka współpraca na pewno wywoła emocje. I teraz do niej doszło – jeden z najlepszych polskich raperów (OSTR) połączył siły z jednym z najważniejszych producentów amerykańskiej sceny rap (Marco Polo). I tak powstała „Kartagina”.

Jest to mieszanka oldskulowych brzmień, gdzie pojawiają się żywe instrumenty (bas, trąbki i fortepian w „Żywym lub martwym”) z bardziej współczesną elektroniką (pulsujące „Side Effects”). Choć to wszystko już znamy, to nie ma miejsca na przynudzanie. To wszystko tworzy bardzo specyficzny klimat – czasami mroczny i tajemniczy („Hip-Hop Hooligans” pachnące kryminałem czy „Długi” z zapętlającym się fletem, dęciakami), czasem nostalgiczny („Hołd blokom absolwentów” ze skreczami i dęciakami czy delikatnie grające „Nie słuchać przed trzydziestką”), na pewno bardzo różnorodny. Oczywiście, nie zabrakło też cytatów z filmów czy innych kawałków, co nadaje staroświeckiego charakteru i jest bardzo typowe dla Ostrego. A w podkładzie jazz i funk, co też nie jest żadną niespodzianką. Czy to jest wada? Dla mnie nie, bo produkcja jest przednia, odsłuch jest naprawdę przyjemny i trudno się do czegokolwiek przyczepić.

Ostry znany jest z tego, że jest najlepszym technicznie raperem w Polsce, także jego teksty trzymają fason. „Kartagina” tylko to potwierdza – nie brakuje tutaj krytycznego stosunku wobec rzeczywistości, nostalgia za młodością, o tym, że łatwo nie jest itp. Niby nic nowego, ale zrobione jest to w naprawdę inteligentny sposób. No i nie zabrakło gości, którzy po prostu robią swoje (m.in. Hades, Kochan czy Lil Fame).

„Kartagina” potwierdza to, co już w łódzkim raperze jest wiadome od dawna. Jeśli nie lubiliście jego poprzednich dokonań, to i ten album też się wam raczej nie spodoba. Ja zaliczam się do sympatyków, ale to chyba można wywnioskować z tego, co już napisałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Morten Harket – Brother

Brother

Gdy słyszę nazwisko Morten Harket, pierwsze skojarzenie to zespół a-ha, czyli bardzo melodyjne, nastrojowe i elektroniczny pop. Ale w 2010 roku, grupa postanowiła zakończyć działalność, jednak wokalista zespołu już wcześniej udzielał się solowo. I teraz ukazuje się jego szósty, solowy album „Brother”.

Za produkcję płyty odpowiada szwedzki producent i muzyk Peter Kvint. I choć można było się spodziewać powtórki z a-ha, to jednak do niczego takiego nie dochodzi. Nie jest to album aż tak mocno elektroniczny, choć klawisze odgrywają w nim istotną rolę (m.in. w „Whispering Heart”). Najwięcej roboty robi tu gitara elektryczna, która gra na tyle wyraziście, żeby ją wyłapać (tytułowy utwór), choć niespecjalnie się popisuje. Ale każdy z utworów, mimo dość różnego tempa, ma potencjał, by spodobały się w radiu. I nie ważne czy jest to nastrojowa ballada („Heaven Cast” z wyraźną gitarą oraz smyczkami w refrenie czy „There Is a Place” z towarzyszącym fortepianem i solówką skrzypiec na samym końcu) czy utwór odrobinkę szybszy lub bogatszy aranżacyjnie („Oh What a Night”), to słucha się tego z niekłamaną przyjemnością i bez poczucia straty czasu. Jest to bardzo nastrojowy i klimatyczny album.

Jaki jest wokal Mortena, każdy słyszy i jakoś niespecjalnie chce się zestarzeć. Jest delikatny, czarujący, a jak się wspina na wysokie rejestry, to potrafi zrobić wrażenie. Dopełnia on całości, tak jak teksty i mógłbym go słuchać w nieskończoność. Serio, serio.

„Brother” tylko potwierdza dobrą dyspozycje Harketa. Choć w trochę innym instrumentarium, gdzie dominują żywe instrumenty, ale nadal pozostaje interesującym wokalista.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Aqua

Aqua

Po wydaniu dwóch płyt w zespole Asia doszło do rozpadu. W 1990 roku doszło do reaktywacji grupy, ale ze zmienionym składem. Wrócił Steve Howe, Carl Palmer i Geoff Downes. Ciężko chorował John Wetton, którego zastąpił nowy basista i wokalista John Payne i doszedł drugi gitarzysta Al Pitrelli. W takim składzie w 1992 roku powstał kolejny album „Aqua”.

Tym razem za produkcję odpowiada Geoff Downes razem z Johnnym Warmanem – bardzo uznanym autorem tekstów i piosenkarzem. Tym razem efekt był dość zaskakujący. Album zaczyna i kończy instrumentalna „Aqua” podzielona na dwie części – delikatna gra gitar akustycznych i klawiszy. A potem pojawia się „Who Will Stop the Rain?” – znacznie delikatniejsze klawisze, piękne solo gitary akustycznej w połowie (słychać robotę Howe’a), surowa gitara elektryczna i na koniec pewien „etniczny” wokal. A dalej jest jeszcze ciekawiej i równie przebojowo, bo stylistycznie niespecjalnie się zmieniło (poza mocniejszą i zadziorniejszą gitarą). Jednak grupa zaczyna się otwierać się na inne gatunki – mamy mocno bluesowe „Back in Town”, „Love Under Fire” z plumkajacymi klawiszami udającymi harfę, nastrojowe „Crime of the Heart” ze smyczkami na poczatku czy mocno rockowe „Someday” ze spokojniejszym środkiem, co przypomina bardziej progresywne brzmienia. Ale im dalej, tym trochę mniej ciekawiej i pojawia się prosta naparzanka gitarowa („Little Rich Boy”), zaś ballady pokroju „The Voice of Reason” oparte w całości na gitarach wywołała we mnie znużenie (poza końcówką).

A jak wypada sam wokal Johna Payne’a? Jest taki bardziej amerykański i bardziej rockowy, co w mocniejszych numerach się sprawdza, ale bardziej „wbił” mi się w głowę Wetton. Także dość proste teksty sprawdzają się bez poważnych zastrzeżeń.

Ku mojemu zaskoczeniu „Aqua” okazała się porządna płytą z dobrymi melodiami, bardziej agresywnym brzmieniem oraz całkiem interesującym wokalistą. Nie brakuje tutaj odrobiny przełamywania barier i zabawy z innymi gatunkami, ale Asia nie zmieniła znacząco swojego stylu. I chyba dobrze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – Astra

Astra

Już po wydaniu drugiej płyty w Asii dochodzi do rozłamu. Ignorowany i nie mający dużego wpływu na kompozycje Steve Howe decyduje się opuścić grupę. Wtedy pozostali członkowie znaleźli nowego członka, którym został Mandy Meyer znany obecnie z grupy Unisonic. Co wyszło z tego połączenia?

Za produkcję „Astry” odpowiada sprawdzony już w boju Mike Stone, ale dołączył do niego Geoff Downes. I zaczyna się dość typowo, czyli płynna elektronika grająca bardzo delikatnie, jednak słychać już zmiany odkąd pojawia się gitara elektryczna – bardziej marszowa, wręcz agresywniejsza. Ale po raz kolejny słychać, że każdy z muzyków daje z siebie naprawdę wiele, co pokazuje już otwierające całość „Go”, którym można było zaszaleć na stadionie. Delikatnie grające klawisze Downesa (czasem imitujące klawesyn jak w „Voice of America”) skontrastowane z mocnymi uderzeniami perkusji Palmera oraz chwytliwym basem Wettona plus bardzo chwytliwe, wspólnie śpiewane refreny. Czy może być słabo? Tutaj jest tylko jeden problem – jest po prostu zbyt patetycznie jak w „Voices of America”. Ale zdarzają się szybsze utwory jak „Hard On Me” z mocniejszą gitarą oraz szybszymi klawiszami, wyciszające „Wishing” z „plumkającymi” klawiszami i „Love Now Til Eternity” czy mroczniejszy „Countdown to Zero” z „kosmicznym” wstępem, mocniejszymi dźwiękami muzyków oraz przerobionym cyfrowo głosem w połowie utworu.

Asia kolejny raz sięga po sprawdzone patenty, jednak nie wywołuje znużenia (odświeżeniem jest tutaj gra Meyera). Podniosłe chórki, mocne uderzenia perkusji („Too Late”), soczysta gra gitary elektrycznej, podniosły charakter wynikający m.in. z silnego wokalu Johna Wettona, drobne efekty dźwiękowe (odgłos silnika w „Countdown To Zero” czy szum wiatru z grzmotami w „Suspicion”) czy wyraźne inspiracje innymi („strzelająca” perkusja w „Rock and Roll Dream” wzięte żywcem z new wave’u) powodują, że „Astra” zaskakująco dobrze radzi sobie w porównaniu z poprzedniczkami. Ale potem w Asii doszło do kompletnej rewolucji personalnej, ale to już temat na inna opowieść.

8/10

Radosław Ostrowski

Kari Rueslatten – Time to Tell

Time_to_Tell

Ta wokalistka wcześniej grała w norweskim zespole metalowym The 3rd and the Mortal, jednak w 1995 roku opuściła zespół, nagrywając kilka solowych płyt. Ale nie były one tak ostre jak się spodziewano. Najnowszy album tylko to potwierdza.

„Time to Tell” to dość spokojny album, pachnący folkiem, za którego produkcję odpowiada Jostein Ansnes – bardzo uznany producent z krainy Wikingów. Całość bazuje na akustycznych instrumentach (głównie gitara, perkusja i bas) plus pianino/klawisze. Nie ma tutaj żadnych fajerwerków, zaś bardzo spokojne tempo działa bardzo kojąco. Czy jest to zróżnicowany materiał? Trochę tak, choć dotyczy to głównie sposobu użycia instrumentów, mocniejszego uderzenia perkusji czy wyraźniejszej gry gitary elektrycznej, która ciągle pozostaje delikatna („Hold On” czy „Rainy Days Ahead”). Tak samo delikatny jest wokal Kari, który brzmi bardzo naturalnie i ma w sobie coś kołyszącego (z braku lepszego słowa). Nie ma sensu rozróżnianie czy wyróżnanie poszczególnych utworów, bo tak jak w przypadku ostatniej płyty Becka albo całość przyjmiecie albo odrzucicie. Na mnie zrobiło to niezłe wrażenie, choć ciekawsza była Marissa Nadler. Ale tutaj też jest całkiem przyzwoicie.

6,5/10

Radosław Ostrowski