Guova – Śmietnik

Smietnik

Być może kiedyś wspominałem, że rap nie jest zbyt mocno sfeminizowany i to w żadnym kraju. Ale pojawiło się kilka pań, które też rapują – u nas duet Paręsłów czy Wdowa. Teraz do tego grona chce dołączyć debiutująca Aleksandra Głowińska z Włodawy, lat 20, bardziej znana jako Guova.

Jej debiutancki album „Śmietnik” zawiera piosenek 18, z czego 3 ostatnie to remixy, a dwie to skity beatboxerów Prusa i Muzamana. Podkłady są bardzo oldskulowe, a odpowiadają za nie m.in Grek Zorba, Kosaaa, Kamska i Ambeatny.  Nie zabrakło typowego bitu, skreczy, a także wykorzystywanych w podkładach fortepianu („Mam to”, „Nic”), smyczków („Nic”), wokalizy („Nic”), zahaczeń orientalnych („Piramida”) czy gitary („Szansa”). Tu nie ma żadnych rewolucji, ale słucha się tego naprawdę nieźle.

Także nawijka samej Gouvy wypada więcej niż przyzwoicie. Słychać zaangażowanie i pasję, ale też technika jest naprawdę dobra, nie brakuje przyśpieszenia. Warstwa tekstowa też jest dość ciekawa i jak z tytułu wynika jest róznorodnie. Nie brakuje tutaj mocnych punchy („Krytykiem jestem niezłym, hejterem jeszcze lepszym”) i metafor („Panna E”), poważnych tematów („Tato” o odejściu ojca) czy autoironicznego portretu („Supergirl”). Zaś pojawiające się parę razy bluzgi nie drażnią.

Debiut nie jest może idealny (bity mogły być lepsze), ale dziewucha nie ma czego się wstydzić. mam małą nadzieję, że jeszcze o niej usłyszymy i że następne płyty będą lepsze.

7/10

Radosław Ostrowski

Enya – Watermark

watermark

Rok po swoim debiucie pewna irlandzka wokalistka nagrała przełomową płytę, która zmieniła jej życie i dzięki niemu stała się popularna.

„Watermark” z 1988 roku zawiera 12 i utrzymane są w stylistyce i gatunku zwanym new age. Zaś artystce towarzyszyli Neil Buckley (klarnet), Chris Hudges (perkusja) oraz Davy Spillane (uillean pipes, gwizd), zaś na klawiszach i innych instrumentach sama Enya. Klimat jest lekko zbliżony do poprzedniego, czyli jest magicznie, ale wpływy celtyckie są w śladowych ilościach. Za to z tej płyty pochodzą pierwsze przeboje Irlandki  – „Storms in Africa” (piękna elektronika i wokalizy, z towarzyszącą lekko „etniczną” perkusją; druga część bardziej dynamiczna została wykorzystana przez Petera Weira w filmie „Zielona karta”)  oraz „Orinoco Flow”, którego nie trzeba przedstawiać. Pozostałe utwory może nie podbijały list przebojów, ale nie zmienia faktu, że nadal mamy klimatyczną muzykę, w której nie zabrakło zarówno wokaliz i chórków czy bardzo minimalistycznych kompozycji („On Your Shore”), a także języka gaelickiego („Storms in Africa”, „Na Laetha Geal M’óige”), ale dominuje tutaj angielski język. Są tez tutaj dwie instrumentalne kompozycje: pianistyczny „Miss Clare Remembers” oraz „River” (elektronika bajeczna). A całości słucha się o wiele lepiej od debiutu, choć stylistyka zbliżona.

Niby niewiele się zmieniło, ale jest jednak inaczej. Czuć tu spory progres i większą przepraszam za określenie przebojowość. Niezwykła muzyka w połączeniu z nieziemskim wręcz wokalem oraz ciekawymi tekstami musiało eksplodować. „Watermark” mimo lat jest bardzo dobrą i atrakcyjną płytą, która nie straciła nic ze swego uroku mimo lat.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

PS. Bardzo ładna okładka.

Black Rebel Motorcycle Club – Specter at the Feist

specter_at_the_feast

Zespołów rockowych jest od cholery wiele i ciągle przybywa. Jedną z takich kapel jest pochodząca z San Francisco Black Rebel Motorcycle Club. Do tej pory trio nagrało 6 płyt, które spotkały się z dobrym przyjęciem. A teraz trio w składzie: Peter Hayes (wokal, gitara, bas, klawisze), Robert Levon Been (wokal, bas, gitara, fortepian) oraz Leah Shapiro (perkusja) pojawia się z siódma płytą.

„Specter at the Feast” zawiera 12 piosenek wyprodukowanych przez zespół. Utwory te wyróżniają się dwiema rzeczami: długością (najkrótszy niecałe 3 i pół minuty, najdłuższy ponad 8 minut) oraz klimatem, bardziej ponurym i surowo granym. Poza basem i gitarą elektryczną kluczowym dźwiękiem jest elektronika, budująca dość senny, wręcz oniryczny klimat („Fire Walker”), który jest ważniejszy od melodyjności i ładnych dźwięków, których też tu nie brakuje jak „Let the Day Beign” z równo walącą perkusją, bardzo ładnego „Lullaby” granego na akustycznych gitarach czy najszybsze w całym zestawieniu „Hate the Taste” (naprawdę ładnie gitara tutaj zasuwa i jeszcze ten tamburyn), „Rival” i „Teenage Disease” idące w lekko punkowej stylistyce. Słowem dzieje się tu wiele, choć nieróżni się to od innych kapel.

Wokal też jest całkiem niezły. Nie brakuje tutaj zarówno krzyku („Teenage Disease”), jak i szeptania („Some Kind of Ghost”, „Sometimes the Light”) i w obu przypadkach wypada to przyzwoicie. Także warstwa tekstowa, która opowiada o czymś więcej niż tylko o miłości zasługuje na pochwałę.

Mówiąc krótko „Specter at the Feast” nie jest przełomowym czy kompletnie nowym albumem. To po prostu dobra płyta rockowa z kilkoma potencjalnymi hitami, posiadająca swój własny klimat i zrobiona porządnie. Niby niewiele, ale frajdy jest sporo.

7/10

Radosław Ostrowski

Cesaria Evora – Mae Carinhosa

mae_carinhosa

Wydawanie płyt po śmierci artysty to nie jest nic nowego. Ale tym razem mamy do czynienia z artystką, która zmarła niedawno, bo w 2011 roku. Mowa o Cesarii Evora, bosonogiej wokalistce z Wysp Zielonego Przylądka, której specjalnością było fado i morna. A teraz jak wspomniałem wychodzi płyta zawierająca niewydane do tej pory piosenki.

Tych utworów jest 14, a całość zrealizował Jose da Silva – stały współpracownik Cesarii. Piosenki są przede wszystkim bardzo spokojne i brzmią bardzo elegancko, budując bardzo letni i niespieszny klimat. Ale nie zabrakło tez bardziej żywszych kompozycji („Cme Catchorr”, „Emigue Ingrote”). Jeśli chodzi o aranżacje i instrumenty zaserwowane, jest tutaj bardzo bogato. Nie zabrakło skrzypiec („Essencia D’Vida”, „Esperanca”), gitary („Quem ten Odio”, „Mae Carinhosa”), fortepian („Caboverdianos d’Angola”, „Essencia d’Vida”), klarnet („Dos Palavras”), cymbałków („Esperanca”) czy chórków („Mae Carinhosa”). Nie czuć tutaj jednak znużenia, a całość brzmi naprawdę przyjemnie i przypomina starsze piosenki z lat 40. czy 50. Jest zróżnicowanie, oldskulowo, ale nie monotonnie.

Jednak najmocniejszym atutem jest głos Cesarii, który choć wydaje się spokojny, to w środku aż kipi od emocji, dzięki czemu piosenki nabierają siły.

Niby napisałem niewiele, ale wydaje mi się, że wystarczająco. Bo jest to płyta piękna, elegancka oraz po prostu bardzo dobra, więc jeśli szukacie czegoś rozluźniającego, to powinniście iść do sklepu.

8/10

Radosław Ostrowski

Kate Nash – Girl Talk

girl_talk

Znowu Wielka Brytania i znów artystka znana raczej wąskiemu gronu. Nagrała do tej pory 2 płyty, otrzymała nagrodę BRIT Award i jest moją rówieśniczką. Mowa o Kate Nash, której trzecia płyta właśnie się ukazała.

„Girl Talk” zawiera 15 piosenek, wyprodukowanych przez Toma Billera i Jeffa Ellisa, utrzymana w stylistyce indie rocka. Tu gitara elektryczna ma co robić i robi naprawdę dużo – potrafi być zadziorna i ostra („Convencional Girl”), ale też potrafi być bardzo delikatna i stanowi tło dla skocznych piosenek. Bo są one bardzo melodyjne, gdy trzeba dynamiczne albo zmieniają tempo w trakcie („OHMYGOD!”), rytmiczne, nie brakuje też rockowego rapu („Rap for Rejection”) czy utworu a capella („Lullaby For An Insomniac”) i trochę do siebie podobne. Podobne, ale nie nudne czy monotonne. A poza gitarką jest jeszcze świetna sekcja rytmiczna, pojawiają się chórki („Cherry Pickin'”) i zmodyfikowany komputerowo wokal („Cherry Pickin'”), delikatna elektronika („Labyrinth”) oraz akustyczna gitara („You’re So Cool, I’m So Freaky”).

Za to wokal pani Nash jest dla mnie dość intrygujący. Z jednej strony dość delikatny i kontrastujący z podkładem, ale gdy zajdzie potrzeba potrafi ona drzeć się i pójść w stronę większej ekspresji („Sister”, „All Talk”), co jest dla mnie pewnym pozytywnym zaskoczeniem. Tekstowo zaś mamy do czynienia z opowieściami o miłości, ale pozbawione banalności, z chwytliwymi refrenami oraz odrobiną humoru.

Sympatyczny, uroczy i bardzo rytmiczny album nie pozbawiony przebojowego potencjału. Tylko tyle i aż tyle.

8/10

Radosław Ostrowski

Tede – Elliminati

eliminati

Czy chcemy czy nie Jacek Graniecki zwany Tede jest jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny hip-hipowej. I bardzo płodnym twórcą, działającym od ponad 20 lat. I teraz po zeszłorocznym „Mefistotedesie” znów serwuje nam podwójny album. I jak wypada „Eliminati”?

Jest bardzo intrygująco. Za produkcję odpowiada już współpracujący od dłuższego czasu Sir Michu, po raz kolejny pokazują na co go stać. Nie brakuje energetyki (tytułowy kawałek), minimalizmu („Tak się robi hip-hop”), elektronicznych cuda wianków („Mainstream”), sampli („To ja twój syn”, „Szklane domy”), mocnych bitów („Jak nie my to ktoo”), ale też lekkości i inspiracji amerykańskim rapem („Jest rap”, „Biały murzyn”) oraz autotune’a. Michu pokazuje, że jest jednym z najlepszych obecnie producentów polskiego rapu (nawet gościnnie nawija w „To takie smutne”), każdy kawałek ma swój wyrazisty klimat, a jednocześnie wpada w ucho.

Gospodarz radzi sobie naprawdę dobrze, choć nie stosuje spowolnień ani przyśpieszeń, jednak jego wyrazista barwa oraz flow jest naprawdę na wysokim poziomie, nawet mimo pewnej wtórności w tematyce – bragi, BMW, fele, hejterzy, Warszawa, ale nie brakuje też tutaj autoironii o Kabatach, blokach, hedonizmie czy o czeskim metanolu, co szalał ostro.

Ale poza TDF pojawiło się tu wielu gości od Abla ze Smagalaz („Metanol”) przez Gurala („300 sekund”), VNMa, Pelego, Numera Raza („Tak się robi remix”), Sety („Mów więcej”, „Fajnie żyć”) do Zgrywusa („Lamba Doorsy”). I wszyscy nie zawiedli.

Tede mówił przed premierą, że to jego najlepszy materiał. I trudno się z tym nie zgodzić, a dzięki „Elliminati” polski rap powoli robi się coraz ciekawszy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jaromir Nohavica – Tak me tu mas

tak_me_tu_mas

Czy można stworzyć ciekawą muzykę mając do dyspozycji gitarę i akordeon? Wydawało się, że czasy bardów minęły już. Ale nie w Czechach. Tam od 1988 roku działa Jaromir Nohavica, który jest też znany także u nas. I właśnie z dwuletnim poślizgiem trafia jego najnowsza płyta „Tak me tu mas”.

Album ten zawiera 14 piosenek, które jeśli chodzi o treść można włączyć do poezji śpiewanej, zaś formą do folku. Poza gitarą pojawia się tu tylko akordeon, zaś w „Zbloudily korab” gra fortepian. Ale nie nazwał tego albumu nudnym. Bliższe byłoby określenie melancholijna czy refleksyjna, dominuje tutaj spokój, ale nie brakuje trochę żywszych utworów („www.indes” czy „Jine to nebude”). Ale muzyka nie jest tutaj najważniejsza, nawet nie głos Jaromira, który jest bardzo autentyczny i refleksyjny, tylko teksty. A w nich autor mówi i o przemijaniu („Minulost”, „Telegram”), miłości  w nieprzyjemnym świecie („www.indes”, gdzie wiadomości kontrastują z emocjami), godzenia się z losem („Jine to nebude”), o wewnętrznym bogactwie („Ja chci poezji”) czy zagubienia („Zbloudily korab”). Wszystko to nie pozbawione zarówno głębi jak i odrobiny humoru („U nas na severu”), dzięki czemu jest to łatwe do przyswojenia. Krótko piszę, bo moim zdaniem więcej nie trzeba, bo ta muzyka broni się sama. Na tę późną zimę idealny materiał.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Hurts – Exile

exile

Kiedy 3 lata temu brytyjski duet Hurts wydał swój debiutancki album, szturmem podbijali listy przebojów na całym świecie, także i u nas. Panowie zdecydowali się pójść za ciosem i po 3 latach przerwy (zaledwie) wracają z nowym materiałem „Exile”. Czym tym razem zaskakują Theo i Adam?

W zasadzie niczym, bo „Exile” idzie w kierunku debiutu, czyli synth popu z domieszką gitary elektrycznej. Nie brakuje tu zarówno chwytliwych melodii w zwrotkach, rozmachu w refrenach (m.in. dzięki chórkom jak w „Sandman”) i stonowania w spokojniejszych kawałkach (w których przewijają się smyczki lub fortepian – w utworze „Help” na pianinie gra sam Elton John), które nie są jednak pozbawione potencjału na hit. Całości słucha się po prostu wybornie, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Czuć inspirację zarówno popem lat 80-tych, ale też i ostatnimi dokonaniami Coldplay („Miracle” i „Blind” lekko zajeżdża „Princess of China”), a nawet dubstepem („Mercy”), co akurat nie jest wadą, bo utwory po pierwsze są zróżnicowane, po drugie kompletnie nieprzewidywalne, a po trzecie bije z nich dość pozytywna energia. I tak przez prawie godzinę, bez poczucia nudy, co zdarza się niezbyt często.

Nieźle za to wypadają teksty (choć tematyka jest ograna – uczucia do kobiet, pragnienie wolności i szukanie swojego miejsca na świecie) oraz wokal Theo miejscami budzący skojarzenia z Davem Gahanem.

„Exile” pozytywnie zaskakuje, a Hurts chyba znalazło swój złoty środek na przyciągnięcie słuchaczy. Ja nie muszę zachęcać, sami kupcie i się przekonajcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Low – The Invisible Way

the_invisible_way

Tzw. spokojniejsze granie jest w zasadzie znacznie trudniejsze to zrealizowania, bo jak przyciągnąć uwagę słuchacza mając do dyspozycji zaledwie gitarę akustyczną, bas i perkusję. Taką próbę podejmuje amerykański zespół Low z Minnesoty. Trio w składzie: Alan Sparhawk (gitara, wokal), Mimi Parker (perkusja, wokal) oraz  Steve Garrington (bas, od 2008 roku) pojawia się z dziesiątym materiałem „The Invisible Way”.

Album zawiera 11 piosenek bazujących na folku, a produkcją zajął się Jeff Tweedy – gitarzysta i muzyk zespołu Wilco. I tak jak wspomniałem, nie ma tutaj dynamicznego czy szybkiego brzmienia. Czy udaje się zespołowi przykuć uwagę? Wydaje mi się, że tak, nie ma tutaj monotonii. Nawet jeśli pojawia się gitara elektryczna, to jest ona bardzo spokojna („Clarence White”). Rock jest tutaj umówmy, tutaj zespół bardziej stawia na nastrój i klimat, niż przyciskanie gazu oraz ostrego brzmienia, co dla wielu może być wadą i uznają ten album za nudny. Aczkolwiek jest tutaj parę zaskakujących utworów. „So Blue” z szybkim pianinem na początku oraz pięknym głosem Mimi Parker, „Clarence White” z „klaszczącą” perkusją oraz ciekawymi solówkami na gitarze oraz mój faworyt „Just Make It Stop” z bardzo ładnie brzmiącą gitarą oraz perkusją.

Zaś oboje wokaliści zarówno solo jak i przede wszystkim razem śpiewają naprawdę dobrze, dorównując poziomem do całej płyty. Druga sprawa to dość proste teksty, w której zespół opowiada zarówno o rodzinie („Mother”) czy o relacjach z innymi. Tu nie ma specjalnego kombinowania.

Prosty album, prosta muzyka, a ile przyjemności potrafi dać. Nie wiem jak oni to robią, ale naprawdę to potrafią. Dobra robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Depeche Mode – Delta Machine

delta_machine

Ten zespół to jedna z ikon muzyki nowofalowej. Delikatne i przyjemne dźwięki elektroniczne z czasem stawały się mroczniejsze i mniej przebojowe, a że działają już ponad 30 lat nadal imponują kreatywnością. Chodzi o trio Depeche Mode, a wspominam o nich, bo zbliża się już 13 studyjna płyta.

Na 13 płycie „Delta Machine” jest nomen omen 13 piosenek, które pachną elektronicznym popem. I znów Martin Gore pokazał co potrafi jako kompozytor. Ta płyta jest po prostu naszpikowana elektroniką, tak jak ostatnie płyty zespołu. I tak jak zawsze nie brakuje tutaj zarówno spokojniejszych, ale bogatych kompozycji („Welcome to My World”), klawisze pulsują („Soft Touch/Raw Nerve”), mieszają i tworzą bardzo dziwne dźwięki, których słucha się z niekłamaną przyjemnością. Każdy utwór ma swój własny klimat, poza klawiszami oraz perkusją (zazwyczaj elektroniczną), pojawia się też gitara elektryczna (najbardziej słyszalna w „Heaven”). Poza dynamicznymi czy wręcz dyskotekowymi kawałkami („Broken”) są znacznie spokojniejsze i oszczędniejsze utwory („Slow” czy „The Child Inside”). Nie wiem jak oni to robią, ale nie ma tutaj utworów słabych czy nieudanych. Są w najgorszym wypadku dobre, w najlepszy bardzo dobre a nawet świetne.

Ale Depeche Mode poza elektronicznymi brzmieniami mają jedną mocno wyróżniającą od reszty zespołów rzecz – Davida Gahana. Nie wiem jak on to robi, ale jest pełen emocji, zarówno spokojniejszy („Secret to th End”) jak i bardziej ekspresyjny („Heaven”). Ale też jest zgrany z muzyką, a to + bardzo intrygujące teksty, w których nie ma miejsca na banalne słówka.

Kiedy słuchałem płyty Soulsavers, w którym śpiewał Dave Gahan zastanawiałem się czy uda się przeskoczyć Gore’owi poprzeczką zawieszoną przez tą płytę. I teraz bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć: Depeche Mode trzyma fason, nawet nie nagrywając przebojowych hiciorów. Panowie, tak dalej.

8/10

Radosław Ostrowski