The Game – Jesus Piece

jesus_piece_300x300

The Game jest jednym z tych raperów, którym wodzi się dość różnie, a ostatnie płyty spotkały się z dość średnim przyjęciem. Teraz pojawiły się wieści, że wyszła nowa płyta. A ci co ją słyszeli twierdzili, że jest świetna. Nie wierząc, postanowiłem sprawdzić ten album.

Już okładka wydaje się dość dziwna. Czarny Jezus to nic nowego, ale ubrany w dresie, noszący złoty łańcuch i z maryśką w tle – w dodatku wszystko jako witraż. Mocne uderzenie na dzień dobry, a w środku 15 (wersja deluxe) kawałków, za które odpowiadają m.in. duet Cool & Dre, Black Metaphor czy K. Roosevelt. I co ja będę mówił, bity są świetne, kreujące klimat będący mieszanką tego co święte (chórki i wokalizy) z codziennym w tych bardziej stonowanych numerach. Nie zabrakło też energetyzerów jak „Name Me King” czy  „Church”. Bbardzo zgrabnie połączono zapożyczone sample, m.in. z utworów Florence + The Machine (genialne „Ali Bomaye”) czy D’Angelo („All That (Lady)”. Słucha się tego z niekłamaną frajdą, a lepszy od Gracza był tylko Nas.

Sam Game jest w naprawdę świetnej dyspozycji, zaś jego nawijka to wysoki level. A o czym nawija Gracz? O gangsterce („Scared Now”), o religii („Hallelujah” – zapytanie, co naprawdę przyciąga ludzi do kościoła; „Church” – myśl o pójściu do klubu ze sptriptizem w trakcie mszy), o kobietach („All That (Lady)”) czy o balandze („Celebration”) i o dziwo, gościu potrafi trochę pomyśleć. Mógł przerazić za to featuring, gdyż raper zaprosił masę gości (nie pojawiają się tylko w dwóch kawałkach) i szczerze powiedziawszy, można było z paru zrezygnować, gdyż nie zostali w pełni wykorzystani (serio, Kanye West tylko w refrenie?? I to z jednym zdaniem?? Litości). Za to najbardziej należy pochwalić Pusha T („Name Me King”) oraz Kendricka Lamara („See No Evil”), którzy pozamiatali najbardziej, zaś reszta też raczej nie zrobiła wstydu.

Nie będę ściemniał i powiem krótko: The Game wraca do gry i pokazuje, że jeszcze może namieszać. Czy uda się zatrzymać tę formę? Will see.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Bruno Mars – Unorthodox Jukebox

jukebox_300x300

Młody, 27-letni chłopak, który zawojował i dość dobrze sobie radził na listach przebojów, posiada smykałkę do robienia hitów. Wystarczy wymienić choćby „Grenade”, „The Lazy Song” czy „Just The Way You Are”. Mowa o niejakim Bruno Marsie, który wydał swój drugi album. Czy udany?

„Unorthdox Jukebox” zawiera 11 piosenek utrzymanych w szeroko pojętej stylistyce pop. Produkcja jest robotą tria producenckiego The Smeezingtons (Bruno Mars, Philip Lawrence i Ari Levine), wspierani m. in. przez Diplę, Marka Robsona czy Benny’ego Blanca. Efekt jest zaskakująco przyzwoity. Nie ma tu drażniącej elektroniki, są za to eksperymenty i czerpanie z innych gatunków jak retro pop we’a w „Locked Out of Heaven”, reggae w „Show Me”, soulu w „When I Was a Man” (z ładnym fortepianem) czy nawet dyskotekowych dźwięków  stylistyce lat 80-tych („Moonshine”) czy niemal przedwojnia (kończący album „Old & Crazy” w duecie z Esperanzą Spalding, brzmiący niemal jakby żywcem wzięty z gramofonu). Czyli jest dość różnorodnie i całkiem spoko.

Także wokal Bruno jest zdecydowanie na plus i bardziej słychać, że śpiewa. Głos jest również ok i trudno się przyczepić do czegoś. Tekstowo jest tak jak w każdym popie być powinno, czyli ma się dobrze słuchać i bez ambicji. Mars głównie śpiewa o kobietach i o tym jakie są złe („Money Makes Her Smile”), ale też traktuje je jako obiekt miłości („Treasure”), czyli kobieta zmienną jest.

Bruno Mars stworzył naprawdę niezły album przeznaczony głównie na imprezy. Fajnie, nie ma nudy czy monotonii, ale mogło być lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Chickenfoot – LV

Chickenfoot_LV_300x300

Amerykańska supergrupa grająca hard rocka nagrała już dwie studyjne płyty. Sammy Hagar (wokalista Van Halen), Michael Anthony (basista Van Halen), Joe Satriani i Chad Smith (RHCP) tym razem pokazali swoją nową płytę – tym razem koncertową. Z trasy promującej ostatnią płytę, gdzie odwiedzili m.in. Seattle, Chicago, Boston i Phoenix. I właśnie stamtąd pochodzi ten album.

Płytę mogę opisać jednym słowem: świetna. Panowie bardzo dobrze grają razem, choć najbardziej pamięta się solówki Satrianiego (najlepsze w „Down The Drain” oraz „Turnin’ Left”) oraz wokal Hagara (ale więcej czasu się drze), choć Chad Smith i Michael Anthony też mają swoje pięć minut („Turnin’ Left” czy „My Kinda Girl”). Każdy utwór jest energetyzerem, który może i zaczyna się spokojnie, ale potem rozkręca się do nieprawdopodobnych rozmiarów (najdłuższy utwór ma 9 minut), odczuwalny jest klimat rocka z lat 70-tych, a wszystkiego słucha się więcej niż dobrze i więcej niż z przyjemnością. Wyjątkiem od ostrej jazdy jest zamykający album „Learning To Fall”, który brzmi bardziej podniośle i spokojniej.

„LV” to czysty rock, który może i ma swoje lata, ale nadal się broni, zaś publika żywo reaguje na popisy muzyków. Więc koniec gadania i marsz do sklepów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Katy B – Danger EP

KatyBDanger_250x250

Kiedy pojawiła się jej debiutancka płyta w 2011 roku, świat oszalał na jej punkcie (ja też). „On A Mission” było przykładem świetnego popu – mocno elektronicznego, ale bardziej lightowego, pełno bardzo rytmicznych przebojów. Kiedy wszystko przycichło, pod koniec zeszłego roku Katy B opublikowała EP-kę (dostępna za darmo na jej stronie internetowej) zapowiadającą nowy materiał. Przyjrzyjmy się bliżej tej płytce.

4 piosenki trwające razem 20 minut – czyli malutko. Ale w tym przypadku ważniejsza jest jakość. A ta jest z najwyższej półki. Całą zabawę zaczynamy od „Aaliyah”, czyli energetyczny house brzmiący dość oldskulowo (delikatne, synth popowe dźwięki przeplatane różnymi dźwiękami) produkcji Geeneuse’a – znanego głównie z dubstepowych brzmień. Tutaj Katy jest wspierana przez świetną Jessie Ware. Drugi w kolejce jest „Get Paid” – pędzący na złamanie karku energetyzer z połamanymi bitami, mieszaniną mechanicznych dźwięków, za które odpowiada Zinc z kolektywów Ganja Kru i True Playaz. Także tutaj wokalistka jest wspierana, tym razem przez rapera Wileya, który też pędzi na złamanie karku. Potem następuje wyciszenie i uspokojenie w „Light As A Feather” z pulsującym bitem oraz loopami + dancehall, co jest robotą Dipla. I znów na gościnnych występach, tym razem Iggy Azalea – raperka z Nowej Zelandii. A na koniec mamy tytułowy kawałek napisany przez Jacquesa Greene’a – bardziej powolny i oniryczny podkład idący w r’n’b.

A wszystko to bardzo przyjemnie zaśpiewane. Katy B ma bardzo ciekawą barwę głosu i choć jest mniej ekspresyjna niż na debiucie, nadal zaciekawia, bywa rozmarzona, ale nigdy nudna.

Jedno na chwilę mogę powiedzieć – to bardzo fajne 20 minut spędzone przy słuchaniu muzyki. Zaś druga płyta Katy B zapowiada się bardzo ciekawie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Eric Clapton – Slowhand (35th Anniversary Deluxe Edition)

slowhand_400x400

To jeden z najbardziej znanych gitarzystów bluesowych. Od lat 60. grywał w zespołach i solo. W zeszłym roku doszło do reedycji jego najbardziej znanej płyty „Slowhand”. A imię jego Eric Clapton się zwie. Jak broni się muzyka po ponad 35 latach?

Jest to bardzo spokojne gitarowe granie będące mieszanką rocka, bluesa i nawet country. Album zaczynają dwa największe hity – „Cocaine” oraz „Wonderful Tonight”. Dalej mamy utrzymane w country „Laydown Sally” oraz „Next Time Will See You”. Najbardziej dynamiczny oraz najdłuższy (8 i pół minuty) jest „The Core” ze świetnymi solówkami gitary oraz saksofonu, a także bluesowy „Meet Old Frisco” z żywszą gitarą elektryczną Claptona, zaś kończone jest instrumentalnym „Peaches and Diesel” z piękną gitarową solówką. To podstawowa zawartość płyty, gdzie poza gitarami jest oldskulowy Hammond („Next Time Will See You”) i pianino („Mean Old Frisco”), jednak w dwupłytowej reedycji są jeszcze 4 utwory, które wcześniej nie ujrzały światła dziennego. Zaczyna się od spokojnego „Looking at the Rain” z oszczędnie grającymi gitarami. Potem mamy lekko folkową „Albertę” oraz utrzymaną w podobnej stylistyce „Greyhound Bus” z harmonijką i żeńskim chórkiem. A ostatnią premierową piosenką jest trochę żywsze „Stars Always and Ashtrays”. Wszystkie utwory dorównują poziomem całej reszcie, zaś spokojny i lekko podniszczony głos Claptona brzmi dobrze, dopełniając całej reszcie.

Ale to nie koniec atrakcji. Bo w wydaniu deluxe jest jeszcze druga płyta będąca zapisem koncertu Claptona w Hammersmith Odeon z dnia 24 kwietnia 1977 roku. Tam Clapton gra różnorodnie. Nie brakuje stricte rocka („Tell The Truth”, „Layla”), reggae („Knockin’ On Heaven’s Door”) czy bluesa („Storym Monday”). Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością, a pozytywnie zaskakuje dobra jakość dźwięku.

Ten album powinien koniecznie pojawić się na waszych półkach. A jeśli tam nie jest, należy natychmiast go kupić. Muzyka wiecznie żywa.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Poparzeni Kawą Trzy – Musculus Cremaster

musculus_cremaster

Takiego zespołu nie ma chyba na świecie. Założyli go dziennikarze radiowi, z Radia Zet i RMF FM. Choć powstali w 2005 roku w korytarzach Sejmu, na ich płytę trzeba było poczekać pięć lat. W końcu wyszedł album „Musculus Cremaster” – pytanie czy należy to traktować jako ciekawostkę czy zawodowy zespół?

Po kolei jednak. Członkami tego pokręconego składu są: Roman Osica (wokal i saksofon), Krzysztof Zasada (gitara, wokal) – obaj z RMF FM; Marian Hilla (saksofon tenorowy i wokal ) – Radio Eska, Wojciech Jagielski (perkusja), Mariusz Gierszewski (bas) – obaj z Radia Zet, Krzysztof Tomaszewski (trąbka) oraz Jacek Kret (puzon) – brat bliźniak Jarosława Kreta, prezentera pogody z TVP. Najpierw zaczęli śpiewać covery rosyjskiego zespołu undergroundowego Leningrad. Ale potem zaczęli własne utwory, które też pojawiły się na debiucie.

Muzyka, którą grają panowie określa się jako ska. Ze spokojną gitarką oraz świetną sekcją dętą, której słucha się z wielką frajdą, chociaż nie brakuje żywszych kawałków jak punkowa „Feministka” czy „Życie ułożysz” z zapętlającą się i przyśpieszającą sekcją dętą, przypominającą bardziej muzykę Gorana Bregovica. Ale dominuje spokojniejsze tempo jak w „Dziwce z naprzeciwka” czy „Kawałku do tańca”. Na albumie pojawiły się też trzy piosenki rosyjskie „Super good”, kultowy „Soldat”, „Prognoz pogody” (z wplecionym tematem z „Emmanuelle” zagranym na dęciaki) oraz „Banany”. Niemniej całość wypada fantastycznie i świeżo, zaś wokal Romana Osicy prezntuje całkiem niezły poziom.

Za to teksty (poza rosyjskimi piosenkami) napisane przez Rafała Bryndala to przykład jak o poważnych sprawach opowiadać w lekki sposób, zarówno o miłości („Życie ułożyć”, „Chyba się zakochałem”), polityce („Jarosław Ka”), pijaństwie („Trzeba się napić”) oraz zabawie („Kawałek do tańca”).

Po raz pierwszy o nich usłyszałem, gdy wystartowali w konkursie na przebój Euro 2012 (super kawałek „PiłkarSKA”), a panowie już zapowiadają nowy materiał. „Musculus Cremaster” to lekki, świeży i kapitalnie brzmiący debiut jakiego u nas nie było od czasów Elektrycznych Gitar. Świetna zabawa i super sprawa.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paresłów – Elektrohop

elektrohop_400x400

Jak wszyscy powszechnie wiemy, hip-hop nie jest gatunkiem muzycznym mocno sfeminizowanym. Jednak w 1999 roku spotkały się dwie Doroty i tak powstał Paresłów. Do tej pory nagrały dwie płyty i pojawiły się gościnnie na czterech albumach. Teraz po 9 latach przerwy Dora i Fala wracają z nowym trzecim albumem.

Za produkcję 12 piosenek odpowiada stały współpracownik duetu, Marek Domański znany jako WuBe. Jednak ci, co spodziewali się stricte rapowego brzmienia mogą poczuć się zaskoczeni, a nawet zszokowani zawartością tego albumu, co zapowiada już sam tytuł. „Elektrohop” jest wręcz naszpikowany elektroniką, idąc w stronę house, elektro popu, clubbingu i synth popu. To miało bardziej otworzyć skostniałe i konserwatywne środowisko w nowe patenty. Dodajmy jeszcze do tego zabawę autotunem to może zapachnieć to herezją. O dziwo brzmi to całkiem nieźle. Bity są mocne, refreny melodyjne i sprawdza się to na parkiecie. Kawałki są zróżnicowane i nie ma mowy tu o nudzie.

Dore i Fala nawijają razem i choć nie było ich dość długo, nie czuć tej przerwy. Panie radzą sobie dobrze, zwłaszcza Dore. Choć czasami zdarza się pójść w banał, to jednak liryka mocno się wyróżnia, pełna ironii z imprezową lub hedonistyczną tematyką w tle („Weź mnie”, „Co noc”) czy nabijanie się z konsumpcjonizmu („Kupuj graty”). Zaś goście przewijający się przez album radzą sobie różnie. Ania Brachaczek (refren w „Mój miły głos”) oraz skład Smagalaz („My”), wczuli się w klimat imprezowy, o tyle Warszafsky Deszcz w „Co noc” jako nocni playboye wypadają całkiem nieźle, choć można było liczyć na więcej.

Dla dość konserwatywnych fanów hip-hopu, ten album obok „Radia Pezet” jest najbardziej kontrowersyjnym albumem. Jednak dla mnie był całkiem niezłą zabawą oraz fajnie spędzonym czasem. Ale to tylko dla odważnych. Czy będzie więcej takich albumów u nas? Czas pokaże.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Alicia Keys – Girl on Fire

Girl_on_Fire_400x400

Choć ma 31 lat, nagrała cztery płyty, jedną koncertową i zagrała w paru filmach. Uznawana za jedną z najlepszych wokalistek r’n’b początku wieku. Mowa o Alicii Keys. Od ostatniej płyty minęły trzy lata i stwierdziła, że najwyższa pora pokazać coś świeżego. I wreszcie dnia 27 listopada 2012 pojawił się nowy album „Girl on Fire”. Jak to brzmi?

Stylistycznie nie ma jakiś zmian, to nadal r’n’b zmieszane z soulem. Ma być nastrojowo, podkład ma wpadać w ucho, zaś bity i sample mają przyciągnąć uwagę. I tak jest. Nie brakuje ballad z fortepianem w tle (singlowe „Brand New Me” czy „Not Even the King”), ale co najważniejsze nie ma  tutaj monotonii, zaś producenci (w tym sama artystka jako producent wykonawczy, ale też m.in. Swizz Beatz, Babyface czy Dr. Dre) postarali się, by było zróżnicowanie dźwięków oraz zdynamizowania poszczególnych utworów („When It’s All Over”, „New Day” czy bujające „Fire Me Wake” z gitarowymi solówkami Gary’ego Clarka Jra na końcu) czy zmieniając tempo w trakcie („Tears Always Win”).

Za brzmieniem i muzyką idzie ręka w rękę wokali Alicii, a ona choć śpiewa dość delikatnie a jednocześnie bardzo intymnie i zmysłowo. Tego po prostu chce się słuchać. Choć tekstowo jest dość średnio. Wiadomo, jak jest r’n’b to wiadomo, że będzie o miłości i całej reszcie. Słowa wpadają w ucho i zwyczajnie nie gryzą. Jest przyzwoicie i tyle.

Mimo tego „Girl on Fire” ma to, czego się spodziewać należy: świetną produkcję i wokal oraz klimat, który w tego typu muzyce jest najistotniejszy. Dla fanów zarówno Alicii jak i dobrej muzyki po prostu.

8/10

Radosław Ostrowski

Zeus – Zeus. Nie żyje

Zeus._Nie_zyje.

Hip-hop w ostatnich kilku latach przechodzi totalną metamorfozę i staje się coraz mniej konserwatywny zarówno formalnie jak i treściowo. Po albumach Gurala, Bisza czy VNM-a do grona twórców z wyższej półki aspiruje Kamil Rutkowski bardziej znany jako Zeus. Raper po przerwie (1,5 roku) pokazał nowy, już czwarty materiał „Zeus. Nie żyje”.

Już uprzedzam, pogłoski o śmierci są przedwczesne, a raper zaskakuje pozytywnie. Łodzianin bardzo zgrabnie łączy oldskulowe bity z nowoczesnym brzmieniem, a słucha się z wielką przyjemnością, co jest zasługą świetnej produkcji, za którą odpowiada sam Zeus i maja power. Bo nie brakuje zarówno już rzadko wykorzystywanych skreczy („Śnieg i lód”), sięgania po lekko klasyczne dźwięki („Hipotermia” z dźwiękami smyczków, chórkiem i pulsującą perkusją, lekko funkowa „Lekcja patriotyzmu” ze świetną gitarą elektryczną, pachnąca latami 80-tymi „Słońce” ze świetną wokalizą, basem oraz elektroniką czy jazzujący „Tony Halik”), lekko nowoczesnymi („Muzyka, miłość, przyjaźń” z dobrą elektronika, rewelacyjnym tempem oraz bardzo dobrą perkusją czy „Świt” ze smykiem w tle) i choć tematyka jest poważna, muzyka brzmi bardzo przyjemnie, co jest paradoksalnie świetne.

A jak wypada nawijka? Rewelacyjnie. Nie brakuje zarówno akcentowanie końcówek („Mr. Underground”), wściekłości („Śnieg i lód”) czy modulacji głosem („Lekcja patriotyzmu”), a choć tematyka nie jest zaskakująca, to sposób opowieści zasługuje na uznanie. Nie brakuje zarówno o problemach („Hipotermia”), krytycznego spojrzenia na środowisko („Śnieg i lód” – „Wracają dziś dinozaury, co przez dekadę/ Nie nagrały nic i skamieniały syf pchają na ladę” czyWydałeś klasyk? Jeśli mam być szczery, klasykiem się nie staje chłam przez datę premiery”), pędu ku szybkiemu życiu („Strumień” – Wszystko na wczoraj, wszystko prędko, piekło będzie też z mikrofali?/A może piekło jest już tu, nadawane w HD TV Belzebub), podróżach („Tony Halik”) czy o fanach nie dających spokoju (dowcipny „ODP”).

Zeus żyje, a jego ostatnią płytę można postawić na jednej półce obok „Wilka chodnikowego” Bisza. Obu panom nie brakuje pomysłów na siebie oraz inteligentnych metafor. Po prostu kapitalny album.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Best of Eva Cassidy

eva_cassidy_front_400x400

Na początku lat 90-tych w mieście Waszyngton objawiła się pewna młoda dziewczyna z gitarą, która śpiewała, bo kochała muzykę. Współpracowała m.in. z Chuckiem Berry i koncertowa. I kiedy wydawało się, że w końcu po wielu perturbacja nagra swoją pierwszą solową płytę, los okazał się okrutny. Wykryto u niej czerniaka w zaawansowanym stanie. Ale zanim zmarła nagrała koncert dla najbliższego grona fanów, przyjaciół i rodziny, a sześć tygodni później zmarła. Od tej pory Eva Cassidy zyskała drugie (pośmiertne) życie oraz sławę, której się nie doczekała.

Teraz wyszła kompilacja zawierająca 19 najbardziej znanych piosenek Amerykanki oraz jeden niepublikowany utwór „You Take My Breath Away”. Są to covery, m.in Stinga, Cyndi Lauper czy Johna Lennona. Aranżacje są bardzo proste (w większości oparte tylko na gitarze akustycznej i glosie Evy), jednak atmosfera jest intymna, co jest największą siła tego przedsięwzięcia. Zaś głos pani Cassidy jest bardzo poruszający i wręcz nieziemski. Jednak zdarza się też obecność innych instrumentów (skrzypce w „I Know You By Heart”, fortepian w „What a Wonderful World”, klaskanie i Hammond w rytmicznym „Wade in the Water” czy gitara elektryczna i perkusja w „True Colors”), ale one tylko wzbogacają ten kompozycje. Zaś kilka z tych utworów bije pierwowzory („Fields of Gold” czy „Time After Time”). Ale to tylko moje skromne zdanie.

Nie będę już więcej rozwodził, bo i nie ma o czym. Znakomita kompilacja, z najlepszymi i bardzo pięknymi utworami. Z czystym sumieniem zachęcam do sięgnięcia.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski