Black Country Communnion – BCC IV

BlackCountryCommunionIV

Moje spotkanie z Black Country Communnion odbyło się z okazji przesłuchania trzeciej płyty “Afterglow” z 2012 roku. Kiedy rok Joe Bonamassa ogłosił, że odchodzi z grupy (i zabronił pozostałym członkom szukania zastępstwa na to miejsce), skupiając się na solowej karierze, fani blues rocka poczuli smutek. Rok temu gitarzysta oznajmił, że wraca i pracuje nad nowym materiałem. Reszta grupy (wokalista Glenn Hughes, klawiszowiec Derek Sherinan oraz perkusista Jason Bonham) ruszyła do pracy, a efektem jest “BCC IV”.

Razem ze wspierającym grupę od początku producentem Kevinem Shirleyem, czerpią garściami z rockowych brzmień lat 60. oraz 70. I to od początku, czyli singlowego “Collide”, garściami inspirowanego ciężkim graniem spod znaku Deep Purple, Black Sabbath czy Whitesnake. Riffy Bonamassy brzmią cudownie, perkusyjne ciosy Bonhama dodają tylko ognia. Surowiej wybrzmiewa “Over My Head” z pozornie wolną grą muzyków, jednak konsekwentnie niepozbawioną mocy. Tym dziwniej dzieje się w przypadku zderzenia spokojnej, akustycznej gitary z mocnymi uderzeniami perkusji oraz folkowymi naleciałościami (solo smyczków) w “The Last Song for My Resting Place”, śpiewanej tym razem przez Bonamassę oraz rozkręcającej się z każdą minutą (a trwa on ponad 7 minut). Powrót do hard rocka serwuje “Sway” z orientalnymi smyczkami w tle oraz dziwacznie brzmiącym fortepianem, by wejść w spokojne, choć mroczne odcienie bluesa w “The Cove” i “Wanderlust” czy pełnym mocnego basu galopującym “The Crow” i “Love Remains”.

Wokalnie całość trzyma Hughes, który nadal ma kopa w tym, co robi. Tak samo Bonamassa atakującym ostrymi, agresywnymi riffami, w czym też pomagają popisy perkusyjne Bohnama oraz schowany w cień Sherinan. Rzadko zdarza się, ze takie supergrupy działają tak długo. Ale wygląda na to, że Black Country Communnion nie zamierza spocząć na laurach, dalej kosząc w brzmieniu hard rockowych klasyków. Oby na kolejne wydawcnitwo nie trzeba było czekać sześć lat.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Diana Krall – Turn Up The Quiet

61Mp7xaHKyL._SX522_

Jesień powoli się zbliża, co oznacza że można ją muzycznie spędzić na dwa sposoby. Albo dać sobie coś ostrego I gitarowego, albo wejść w ten klimat, sięgając po bardziej melancholijne, spokojne, wręcz nastrojowe płyty. Takie jak nowe wydawnictwo jazzującej wokalistki Diany Krall, od lat głównie śpiewającej covery. Ale zawsze po swojemu, z dość oszczędnym zespołem (kontrabas, fortepian i perkusja), lecz zawsze z klasą. Czy tak też będzie w przypadku “Turn Up the Quiet”?

Tak, mimo iż artystka sięga po standardy z tzw. Great American Songbook, czyli jazzową klasykę z początków XX wieku. Jednak znowu wyszła elegancka, czarująca płyta. Początek w postaci “Like Someone in Love” z dominującym kontrabasem oraz duetem fortepiano gitara obiecuje przyjemne doznania. Dalej jest bardzo zmysłowe “Isn’t It Romantic?” z cudownymi smyczkami w połowie. Żywiej się robi w “L-O-V-E”, gdzie fortepiano z gitarą elektryczną pozwalają sobie na więcej, by znów uwieść w “Night and Day” oraz “I’m Confessin’ (That I Love You)” z prześlicznym solo skrzypiec. Nawet jeśli pojawiają się odrobinę powolne, wręcz monotonne utwory (gitarowo-knajpiarskie “Moonglow”), to pewnymi drobnymi zabiegami aranżacyjnymi nie przynudzają. A prawdziwą perłą tego wydawnictwa jest genialne “Sway”, zaczynające się bardzo wolnymi solówkami gitary akustycznej, nabierające bardzo zmysłowego charakteru.

Sama Krall ma tak pociągający i uwodzicielski głos, że nie da się wobec niej przejść obojętnie. I to jej głos ubarwia te interpretacje klasyków amerykańskiej muzyki rozrywkowej. Pięknie wykonanej, czarującej, eleganckiej i stylowej. Idealne na jesienny czas.

7/10

Radosław Ostrowski

Foo Fighters – Concrete and Gold

Concrete_and_Gold_Foo_Fighters_album

Każdy fan muzyki rockowej zna (lub przynajmniej słyszał) o zespole Foo Fighters. Grupa powstała na zgliszczach Nirvany w 1995 roku, kierowana przez Dave’a Grohla (zamienił perkusję na gitarę oraz wokal) oraz Pata Smeara (grał w Nirvanie jako gitarzysta na koncertach). Do tej pory wydali 8 płyt, które spotkały się z fantastycznym odbiorem. Czy będzie tak samo z nowym dzieckiem, “Concrete and Gold”?

Kiedy pojawiły się wieści, że producentem będzie Greg Kurstin, czyli osoba współpracująca z wykonawcami bardziej popowymi (Lily Allen, Sia, Pink, Adele), miałem pewne wątpliwości, że zamiast czadu i kopyta, dojdzie do złagodzenia brzmienia. Pełniący role intra “T-Shirt” wydaje się takim spokojniejszym wprowadzeniem. Akustyczna gitara I niski wokal Grohla mogą zapowiadać spokój, ale po Całość oparta tylko na akustycznej gitarze oraz niskim głosie Grohla, ale pół minuty później robi się głośniej, dzięki perkusji oraz ostrym riffom, by pod koniec się wyciszyć. Wtedy do akcji wchodzi singlowe “Run”, które po parudziesięciu sekundach serwuje brutalną sieczkę rozpisaną na naparzającą perkusję, wrzaski Grohla w zwrotkach oraz zapętlone, gęste riffy. Dalszy rozpęd gwarantuje niemal punkowe (lecz melodyjne) “Make It Right”, co jest zasługą świetnego wstępu oraz wręcz zapętlonego finału. Spokój przychodzi w wolniejszym, ale pełnym wrzasku “The Sky is a Neighborhood”, do którego dołączają się świetnie zaśpiewany refren oraz gitara, by wejść w “brudny” “La Dee Da”.

Wtedy pojawia się bardzo spokojny, akustyczny “Dirty Water”, wzięty niczym z klasycznego rock’n’rolla, dopiero w połowie zmieniając nastrój. W podobnym tonie grane jest mocniejsze “Arrows” oraz kompletnie wyciszone “Happy Ever After (Zero Hour)”, idące w stronę bardziej folkowo-bluesową. Powrót do mocnych riffów daje “Sunday Rain”, choć też wydaje się łagodniejszy od reszty. Ale prawdziwa moc wraca dopiero w finale, gdzie słyszymy wolno rozkręcający się utwór tytułowy.

Grohl jest w dobrej dyspozycji wokalnej, na przemian niemal szepcząc i zawodząc, by w odpowiedniej chwili krzyczeć, warczeć I atakować. Tylko nie mogłem pozbyć się wrażenia, że siły, mocy, ognia starczyło tylko na początek oraz koniec, a w środku brakuje pomysłów. Innymi słowy, konkretów niby sporo, ale niewiele zmieniło się w złoto. Jest tylko dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Gizmodrone – Gizmodrone

f43d0c53-9ba7-4ecb-93ec-5c94a53616e6

Bardzo nie lubię terminu supergrupa. Termin ten oznacza grupę indywidualistów, którzy mieli wielkie sukcesy jako soliści czy członkowie innych zespołów, którzy postanowili się spotkać i razem coś zagrać. Zazwyczaj ma się wrażenie, że jest to bezczelny skok na kasę. Czy tak jest w przypadku Gizmodrone? Grupa powstała w tym roku we Włoszech, a należą do niej: gitarzysta i wokalista Adrien Belew (King Crimson, Talking Heads), basista Mark King (Level 42), klawiszowiec Vittorio Cosma oraz perkusista Stewart Copeland (The Police). Co z tego wyszło?

Bardzo energetyczne I dynamiczne granie, czerpiące z rocka, bluesa i jazzu. Tak jest w otwierającym całość “Zombies in the Mall”, gdzie mamy dęciaki, chórek, mocne riffy (pod koniec), delikatne klawisze, wspólny zaśpiew w refrenie. A im dalej w las, tym ciekawsze pomysły, aranżacje oraz potężna dawka energii. Zabarwione “orientalnie” brzmiącymi fletami, surowe “Stay Ready”, reagge’owa perkusja w lekko podchmielonym “Man In The Mountain”, przypominającym The Police czy nawet skoczna akustyczna gitara w przyjemnym “Summer’s Coming”. Swoje też robi pozornie spokojny “Sweet Angels (Rules The World)”, zmieniający tempo w refrenie ku reggae (gitarka fajnie buja) czy wybrana na singla “Amaka Pipa”, pełna egzotycznych dodatków, świetnego solo na gitarze i przerobionego wokalu, jakby śpiewającego przez megafon. Z dalszej części płyty najbardziej zapada w pamięć mroczne, niemal hard rockowe “Ride Your Life”, pełne “latynowskich” zaśpiewów oraz odgłosów ptaków “Zubatta Cheve” czy najdłuższe w zestawie “Spin This” z wybijającym się basem z organowymi klawiszami.

Słychać, ze muzycy świetnie się bawili podczas realizacji, co także czuć w kazdym z utworów. Belew na wokalu nadal ma w sobie to coś, co przykuwało uwagę, a reszta muzyków równie wywiązuje się bardzo dobrze ze swoich zadań. Co pokazuje, że istnienie supergrup może nie być tylko skokiem na kasę. Pytanie tylko czy to będzie jednorazowy project, czy będzie coś na więcej. Ale na odpowiedź trzeba będzie jeszcze troszkę poczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

The National – Sleep Well Beast

Sleep_Well_Beast

Trzeba było troszkę poczekać na nowe dzieło formacji The National. Cztery lata po przebojowym i w pełni udanym “Trouble Will Find Me” Matt Beringer z kumplami postanowił kolejny raz zaskoczyć. Już tytuł zapowiada, że będzie mroczniej niż poprzednio. Jakież to bestie mają spać dobrze?

Początek jest dość niepokojący, bo mamy powoli uderzającą perkusję coraz mocniej jak echo, do której dołącza fortepian w “Nobody Else Will Be There”. Nawet wokal Beringera sprawia wrażenie ospałego, zmęczonego, by potem razem ze smykami się ożywić. Wszystko przyspiesza w bardziej gitarowym “Day I Die”, gdzie wszystko jest bardziej dynamiczne, chociaż wstęp jest bardzo eteryczny (perkusjonalia, organy). Obowiązkowo musi się pojawić elektronika w świdrującym uszy “Walk It Back”, jakby żywcem wzięty z lat 80., a mroczniej robi się w singlowym “The System Only Dreams in Total Darkness” ze zgrabnie wplecionymi chórkami na początku i coraz bardziej zapętlającą się melodią grana przez fortepian z gitarą (cudowny riff pod koniec). Pulsujący początek “Born To Beg” zapowiada intymną wyprawę ku elektronice, a ducha punka czuć w szybkim “Turtleneck”.

Narodowcy bardziej trzymają się mieszanki elektroniki I żywych instrumentów, by zbudować miejscami oniryczny klimat jak w “Empire Line”, bardziej nerwowe “I’ll Still Destroy You” z nabijającą niczym telegram perkusją czy zmieniające tempo “Guilty Party”. Na mnie jednak największe wrażenie zrobił pianistyczny “Carin at the Liquir Store”, wręcz romantyczne “Dark Side of the Gym” (te smyczki na końcu – magia) oraz bardzo rozmarzony utwór tytułowy pojawiający się w samym finale, brzmiący tak jak na twór wytwórni 4AD powinien brzmieć.

Beringer tutaj coraz częściej śpiewa na niższych rejestrach, niemal szepcząc, delikatnie podnosząc głos. Pozornie jest bardziej spokojnie niż zazwyczaj w The National. Jednak nie znaczy to, że jest nudno i spokojnie. Czuć obecność mroku i niepokoju, co dają bardzo ciekawe teksty. “Sleep Well Beast” intryguje, prowokuje, uwodzi, zaskakuje swoim klimatem. Idealne na obecną porę roku.

8/10

Radosław Ostrowski

The Night Flight Orchestra – Amber Galactic

Amber Galactic

The Night Flight Orchestra to szwedzka formacja obchodząca w tym roku 10-lecie działalności. Do tej pory wydali dwie płyty, a w skład grupy wchodzą: wokalista Bjorn Strid, gitarzysta David Andersson, basista Sharlee D’Angelo, klawiszowiec Richard Larsson, perkusista Jonas Kallsback oraz grających na kongach i gitarze Sebastian Forslund. Teraz przypominają o sobie nowym albumem “Amber Galactic”.

Zespół gra klasycznego rocka, stawiając na melodię i ocierając się o brzmienia lat 70., stawiając na mocne riffy oraz “kosmiczną” otoczkę. Czuć tu już w otwierającym całość “Midnight Flyer” z pociągającą elektroniką, wręcz epickim rozmachem oraz bardzo szybkim tempem, jakiego można było się spodziewać choćby po Thin Lizzy czy Toto (finałowe solówki gitary i klawiszy). “Star of Rio” ma bardziej podkręconą perkusję z soczystymi solówkami oraz chóralnym refrenem. Podobnie magiczny singiel “Gemini” z wplecionym zdaniem po… polsku, rozpędzając się niczym Pendolino czy bardziej bluesowy (fortepian) “Sad State of Affairs” z wolniejszym I spokojniejszym mostkiem. Kameralniej robi się przy “Jenine” z fortepianem oraz smyczkami na początku czy idącym w stronę pulsującego Orientu funkowe “Domino”. Wszystko jest tutaj na wysokim, równym poziomie, tworząc spójny klimat oraz ogromny potencjał na podbicie radiowych stacji (kapitalna “Josephine” czy wybrane na drugi singiel spokojniejsze “Something Mysterious”), ale nie pozbawione progresywnych naleciałości (“Saturn in Velvet”).

Muzycy znają się na swojej robocie świetnie, dodając sporego kopa energii. Tak samo jak świetnie robiący swoje Strid, przez co całość brzmi jeszcze bardziej staroświecko (skojarzenia z Davidem Paichem z Toto wskazane). Na sam koniec (w wersji deluxe) dostajemy cover “Just Another Night” Micka Jaggera ze świetnym solo saksofonu, który zgrabnie wieńczy dzieło. Jeśli jesteście gotowi na kosmiczną wędrówkę oraz pop-rockowe granie z najwyższej półki, “Amber Galactic” jest cudownym powrotem do przeszłości. Na pewno jeszcze wrócę do tej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski

Alice Cooper – Paranormal

Alice_Cooper_Paranormal

Jeden z weteranów muzyki rockowej, czyli bardzo brzydki, lecz niepozbawiony talent Alice Cooper znowu daje o sobie znać. Od poprzedniego albumu minęło 6 lat, a rockman w między czasie stworzył supergrupę Hollywood Vampires. Teraz wraca wspierany przez samego Boba Ezrina oraz klasyczny skład z czasów świetności (gitarzysta Michael Bruce, basista Dennis Dunaway oraz perkusista Neil Smith – nie we wszystkich utworach) plus jeszcze kilku gości (m.in. Roger Glover z Deep Purple, Billy Gibbons z ZZ Top I Larry Mullen Jr. z U2). I tak narodził się 27 (!!!) album “Paranormal”.

Początek jest mocny, bo tytułowy utwór to klasyczny rockowy numer z pazurem, wręcz epickim wstępem oraz szybką grą sekcji rytmicznej w zwrotkach. “Dead Flies” pędzi na złamanie karku, a surowy “Fireball” z marszową perkusją ma w sobie podkręca klimat. Dziwaczny (na pierwszy rzut ucha) jest “Paranoic Personality”, gdzie mamy dziwne głosy oraz szumy na dość spokojnym początku, by zaatakować niemal “świdrującą” gitarą. Bujający “Fallen in Love” brzmi jak odrzut z ZZ Top, ale świeży, pełen energii. Podobnie jak nakręcony i szalony “Dynamite Road”, mocno pobrudzony “Private Public Breakdown”, pełen dęciaków “Holy Water” czy przypominający Pink Floydów (te klawisze) “The Sounds of A”.

Cooper konsekwentnie gra swoje, czyli mocnego rocka, niepozbawionego melodyjności, energii oraz pazura. 70-letni wokalista nie brzmi jak parodia siebie, co jest sporym plusem. Miłym dodatkiem jest drugi album w wersji deluxe, gdzie mamy dwa nowe kawałki z klasycznym składem (przebojowy “Genuine American Girl” oraz hardrockowy “You and All of Your Friends”)  i zapis koncertu zespołu z Columbus w Ohio dnia 6 maja 2016, gdzie zagrano takie hity jak “School’s Out” czy “No More Mr. Nice Goy”.

“Paranormal” jest przykładem solidnego, dobrego rockowego grania w starym stylu. Bez pójścia na łatwiznę, z luzem oraz energią jakiej wielu ludzi może zazdrościć 70-letniemu Cooperowi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tori Amos – Native Invader

Native_Invader

Rudowłosa wokalistka, specjalizująca się w ambitniejszym popie, postanowiła powrócić po trzech latach. Amos ma takie grono fanów na całym świecie, że każda jej płyta jest czymś mocno oczekiwanym. Nie inaczej może być z piętnastym albumem “Native Invaders”, gdzie znowu przygląda się światu.

Początek to ponad 7-minutowy “Reindeer King”, który dla wielu może być ciężkostrawny ze względu na bardzo wolne tempo (mimo mocnych uderzeń fortepianu), podparte ambientowymi plamami w tle. Bardziej popowo I mroczniej się dzieje w “Wings” z minimalistyczną perkusją oraz delikatnie przygrywającą gitarą, z chwytającym za serce refrenem. Ale najciekawiej jest wtedy, gdy pojawiają się naleciałości bluesowej gitary: czy to w niepokojącego, wręcz drapiącego “Broken Arrow” z cudnymi organami i akustyczną gitarą, singlowego “Cloud Riders” czy tajemniczego “Wildwood”. Także folk jest naturalnym środowiskiem artystki, co czuć w przypominającym Petera Gabriela pokręconym “Up the Creek” z nakładającymi się głosami na wstępie, szybkimi smyczkami oraz pulsującą perkusją z elektroniką, minimalistycznym “Chocolate Song” czy chwytliwym “Bats”. Powrót do eleganckiego oblicza Tori serwuje podniosły, pianistyczny “Breakaway” czy “Climb”.

Im dalej, tym bardziej swoja obecność zaznacza elektronika. I o dziwo, nie wywołuje to zgrzytu, lecz jest spójną częścią świata. Poza w/w czuć to w “Chocolate Song”, gdzie w tle słyszymy jakieś szumy (podobnie w krótkim “Benjamin”) czy niemal epickim “Bang”, gdzie gitara i perkusja uderzają mocno. Aranżacyjnie jest po prostu tak bogato, ze wymienianie poszczególnych utworów mija się z celem.

Sam głos Amos jest anielski, a jednocześnie bardzo ekspresyjny i idealnie współgrający z tym, co słyszymy. W swoich tekstach opowiada o naturze i życiu w zgodzie z nią, polityce (“Russia”), ale też o miłości, jednak nie w ten plastikowy sposób jak gwiazdeczki pop. “Native Invaders” jest mieszanką popu (tego z wyższej półki), bardzo wysmakowanego, eleganckiego oraz chwytającego za serducho. Na jesień będzie idealny do słuchania.

8/10

Radosław Ostrowski

OMD – The Punishment of Luxury

the punishment of luxury

New romantic czas największej świetności miał w latach 80., gdy grały takie zespoły jak New Order, Visage, Ultravox, Human League czy Pet Shop Boys. Równie Orchestral Manoeuvres in the Dark, czyli pochodzące z Merseyside OMD kierowane od początku przez Andy’ego McCluskeya i Paula Humphreysa. Po reaktywacji składu w 2010 grupa wydała dwie kolejne płyty, które spotkały się z ciepłym przyjęciem. Czy będzie tak także w przypadku “The Punishment of Luxury”?

Grupa od zawsze inspirowała się dorobkiem niemieckiego Kraftwerku oraz ambientowych dźwięków Briana Eno, co już zapowiada singlowy utwór tytułowy, gdzie towrzyszy niemal mechaniczne wstawki, przyjemne klawisze oraz niemal dyskotekowa perkusja. Bardziej dynamicznie jest w “Isotype”, gdzie pojawia się także sklejona zbitka słów z wypowiedzi wielu osób oraz wręcz epicko brzmiącym refrenie. Bas prowadzi w szorstkim “Robot Man” z przesterowanym, niskim wokalem na przodzie. Cieplej się robi przy przestrzennej balladzie “What Have We Done” oraz pełniacej role przerywnika lekko gitarowego “Precision & Decay”, a minimalistyczny, chropowaty “As We Open, So We Close” wprowadza w krainę mroku, przez niepokojącą perkusję, by lekko ocieplić brzmienie “słoneczną” elektroniką . Nie inaczej jest z tajemniczym, choć lekko tandetnym “Art Eats Art” z niemal świdrującym tłem ambientowym I różnymi dziwadłami po drodze., by wrócić ku romantycznemu obliczu w “Kiss Kiss Kiss Bang Bang Bang Bang” oraz “One More Time” czy sakralnym “La Mitrailleuse” ze strzałami I ładowaniem magazynka. I na finał (niemal) dostajemy bardzo uspokajający “Ghost Star” z odgłosami ptaków na początku.

Grupa nie zaskakuje niczym nowym, tylko garściami bierze to, co najlepsze w swoim dorobku, podkłada do tego skoczną melodię z klimatem, dodając bardzo ciepły głos McCluskeya. Nie sposób też niedocenić tekstów, gdzie twórcy nie idą w strone prostych kawałków o miłości. Jest troszkę skrętów w stronę plastiku, jednak nie zostaje ta granica nigdy przekroczona. Fajne, elektroniczne granie na poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Natalia Przybysz – Światło nocne

711b7a5d-9f40-40db-afbb-5b1031fd4eb4

Ta wokalistka i kiedyś jedna czwarta składu Sistars bardziej robiła szum swoim wywiadem, w którym przyznała się do aborcji oraz stając się twarzą Czarnego Protestu. Te kontrowersje wiele osób zniechęciły, a w międzyczasie Natalia rozkręciła jeszcze zespół Shy Albatross. Teraz mamy nowe, solowe dzieło zwane “Światłem nocnym”. O co tu chodzi, bo tytuł wprawia w konsternację?

Brzmieniowo to nadal stricte rockowe dzieło, inspirujące się stylem lat 60., co czuć w niemal sennym “Vardo”, gdzie do przygrywających instrumentów (gitara jest tu obłędna), Natalia jakby od niechcenia niemal recytuje imiona żeńskie, ale im dalej, tym bardziej do krzyku. Znacznie szybciej robi się przy “Nic osobistego”, pełnym garażowego riffu, niczym wiertło oraz wybranym na singiel, pełnym pulsującej elektroniki utworze tytułowym. To znacznie bardziej skoczny utwór, gdzie tekst jest niemal zagłuszany jest instrumenty, przez co trudno jest zrozumieć o co chodzi. Podkręcana, przesterowana “Mandala” z bardziej spokojną zwrotką potrafi uwieść, by na końcu zaatakować najpierw riffem, a następnie perkusyjnym bałaganem na końcu. Buja gitara kojąco w “Dzieciach malarzy” oraz bardziej pobrudzonym bluesisku “Świat wewnętrzny”. Wolniejszy “Czarny” jest nakręcany przez perkusję, a akustyczny “Przez sen” skłania bardziej ku refleksji, podobnie jak znakomity i mroczny “S.O.S.” z wygrywaną na gitarze i klawiszach wiadomości Morse’m, by w finale uciszyć “Domem”.

“Światło nocne” nie tylko kupiło mnie konsekwentnie trzymaną stylistyką, ale także tekstami dotyczącymi dualizmu świata, niepokoju, zagubienia swoich uczuć, tłumienia ich przed resztą świata (“Świat wewnętrzny”). Sam głos Natalii też zaskakuje swoją wszechstronnością: od bardzo delikatnych rejestrów po bardziej ekspresyjne fragmenty, dając prawdziwego kopa. Warto zobaczyć to nietypowe światło.

8/10

Radosław Ostrowski