Amarok – Hunt

rec_hunt_0593ce7c903113

Kolejny przykład polskiego progresywnego rocka, tym razem jest to solowy projekt multiinstrumentalisty Michała Wojtas. Amarok wraca i to nie tylko w postaci zremasterowanej dyskografii z początku drogi, ale także z nowym materiałem, nagranym po 13 latach. Pytanie, czy tak długa przerwa nie osłabiła Wojtasa?

To nadal rock progresywny polany sosem elektroniczno-ambientowym czy wręcz trip-hopu spod znaku Massive Attack czy Tangerine Dream. Już otwierające całość pulsujące “Anonymous” zachwyca niepokojącym tłem, gdzie mamy szczekanie psa, nerwową elektroniką, soczystą solówką na gitarze i wykorzystaniem stuletniego (!!!) indyjskiego harmonium. Bardziej wyciszony jest przepiękny, wybrany na singla “Idyll”, gdzie słyszymy Mariusza Dudę z Riverside, gdzie powoli dochodzą kolejne instrumenty, z wszelkiej maści gitarami. Bardziej eksperymentalny jest “Distorted Sould”, gdzie agresywna elektronika przeplata się z riffami a’la David Gilmour, cudnymi smykami oraz… thereminem czy niemal polany etnicznym sosen (duduk) instrumentalny “Two Sides”. Tajemniczy jest “Winding Stairs”, pełen elektronicznych ubariweń, wspartych przez delikatną gitarę, podobnie jak mieszający agresywne riffy z ambientem “In Closeness” oraz “Unreal”, po raz kolejny skręcając w dokonania Mandarynkowego Snu. Równie minimalistyczny “Nuke” z Colinem Bass (Camel) porywa swoim klimatem. A największym dla mnie był ponad 17-minutowy utwór tytułowy z chropowatą elektroniką, angielskim lektorem w tle, coraz bardziej dodawanymi instrumentami )gitara, klawisze, theremin), ale melodia jest niemal taka sama.

Za to Wojtas grający na wszystkich instrumentach jest w niesamowitej formie. Także ze swoim bardzo eterycznym wokalem, przypominającym troszkę Mariusza Dudę, co nie jest żadną wadą. Także goście wokalnie nie zawiedli, dodając wiele do tekstów opisujących życie we współczesnym, wirtualnym świecie. “Hunt” to jedna z najładniejszych płyt polskiego prog-rocka, która powinna trafić w swój czas. Kto się z nią spotka, nie przejdzie obojętnie. Warto upolować to dzieło.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Julia Holter – In The Same Room

Juliaholterinthesameroom

Ta amerykańska wokalistka sceny alternatywnej, coraz intensywniej zaczęła nagrywać. Po poprzednim albumie “Have You In My Wilderness” oraz stworzeniu muzyki do filmu “Opłacone krwią” (o tym opowiem wkrótce), Julia Holter nagrała pierwszą płytę koncertową. O tyle nietypową, że są to piosenki nagrane w londyńskim RAK Studios w ramach projektu wytwórni “Domino Documents”, pokazujących pracę nad materiałem. Czy w ogóle warto jest nagrywać takie albumy? ”In The Same Room” daje na to odpowiedź.

Pierwsze, co uderza to silniejsza obecność wokalu Holter i przesunięcie go na pierwszy plan, a w tle słyszymy fortepiano, oszczędne smyczki i perkusja. Czuć to od bardzo rozedrganego “Horns Surrounding Me”, czaruje “So Lillies” z nakładające się głosami oraz klawesynem, by zaraz zawrócić w stronę eleganckiego jazzu pod postacią poruszającego “Silhouette”, by wejść w niemal melancholijny nastrój (smyczki w “How Long?”). Klawesyn wraca do dynamicznego, eterycznego “Feel You”, a prawdziwa magia pojawia się w niemal onirycznym “Lucette Stranded on the Island”, gdzie czarują perkusjonalia zmieszane z fortepianem oraz smyczkami, a także wspartym na basie rozbrykanym “In the Green Wild” czy powoli snującym się “City Appearing”. Także “Vasquez” z długim środkiem instrumentalnym potrafi oczarować.

Pięknie zaaranżowane piosenki wsparte przez niesamowity, pełen emocji, chociaż bardzo delikatny, wręcz dziewczęcy. Nowe brzmienie piosenek w studio robi jeszcze większe wrażenie niż na studyjnych płytach, co nie zdarza się często. Holter kolejny raz potwierdza klasę, a stare piosenki nabrały nowego koloru. Więc jest sens nagrywania płyt w wersji live.

8/10

Radosław Ostrowski

Kalina – Czyste szumienie

czyste szumienie

Są takie płyty, które trzeba przesłuchać i mieć, bo potrafią zaintrygować – okładką, tytułem, wykonawcą. Tak też się stało w moim przypadku z niejaką Kaliną. To bardzo rzadkie imię, a pod nim kryje się zawodowa aktorka (Kalina Hlimi-Pawlukiewcz), która śpiewa – głównie w teatrze. Jednak doszła do wniosku, że byłoby to egoistyczne, gdyby szersza widownia nie miała kontaktu z jej muzyką. Stąd mamy płytę “Czyste szumienie” (najpierw myślałem, że mi się przywidziało i powinno być sumienie), wyprodukowaną przez Maxa Skibę.

Co dostajemy? Szeroko pojęty elektro-pop, siegający do brzmień lat 80., ale jednocześnie bardzo współczesny. I tak się zaczyna “Biuro rzeczy znalezionych” mieszające etniczne dźwięki perkusji z bardzo metalicznym basem, przyspieszajac w refrenie. A w finale wszystko leci w stronę mieszanki funku, tłustych bitów z basem. Bardziej melancholijnie, a jednocześnie magicznie czaruje walczyk “Syreni śpiew”, gdzie każdy dźwięk coraz bardziej rozkręca się kontrastując z delikatnym wokalem, pod koniec brzmiąc niczym kołysanka. Wybrane na singla “Nawet jeśli” jest mroczniejsze i zanurzone w synth popowych dźwiękach (fragment utworu wykorzystano w “Twój ojciec nie był myśliwym” z wykorzystaniem… harfy jako instrument), zaś “Pamiętam Cię” to murowany przebój dyskotek z rozmarzonymi dźwiękami syntezatorów (I nawet remix umieszczony w formie dodatku nie jest w stanie tego zepsuć). I kiedy wydaje się, że dojdzie do ataku dyskotekowych dźwięków, następuje wolta w postaci pianistyczno-smyczkowycego “Grilla i tukanów”, płynnie przechodząc do onirycznego “Dotykam ziemi stopami” (refren zostaje zapętlony w “Słodkim życiu w niebie”), wspartego bardzo oszczędnymi dźwiękami, klimatem przypominając dzieła new romantic (tam samo zapętlone funkiem “Cześć tato”), a nawet idąc w psychodelię jak “Motylandia”. A taki instrumentalny “Bug” spokojnie mógłby się znaleźć na ostatnim albumie Arcade Fire, a wyróżniają go dźwięki puszczone od tyłu oraz wokalizy, by na finał dać utwór tytułowy – bardzo intymny, oszczędny, a jednocześnie ciepły.

Kalina jak na tego typu muzykę śpiewa bardziej delikatnie, zwiewnie niczym sukienka w wietrze. Ta lekka kreska w każdym utworze tworzy intrygującą mieszankę. Do tego bardzo bogata warstwa tekstowa, która daje wiele pól do interpretacji, przez co będzie się do “Czystego szumienia” wracać wielokrotnie. Tylko, że te powtórki można sobie zwyczajnie odpuścić, bo tylko sprawiają wrażenie zapychaczy. Inaczej album byłby bardzo dobry, ale I tak jest to pop z wysokiej półki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Carla Bruni – French Touch

268x0w

Choćby nie wiem, ile płyt nagrała Carla Bruni zawsze zostanie zapamiętana jako Pierwsza Dama Francji (żona Nicolasa Sarkozy’ego), jednak nie zamierza zrezygnować z nagrywania płyt. Tym razem otrzymała wsparcie legendarnego producenta Davida Fostera, który zaproponował jej dzieło pełne coverów. Co jest w stanie dać “francuski dotyk”?

Na pewno oznacza nieoczywiste aranżacje, chociaż utwory pozornie wydają się ograne. Ale kiedy pojawia się “Enjoy the Silence” na fortepian, gitarę akustyczną I smyczki. Przyznaję, że zabrzmiało to więcej niż ładnie, a eteryczny wokal Bruni dodał elegancji. Wręcz staroświecki “Jimmy Jazz” czaruje zgrabnym sznytem jakby żywcem wziętego band z Nowego Orleanu (dęciaki, fortepian i gitara), a niemal akustyczne “Love Letters” nabierają bardzo delikatnej barwy. Tak samo zaskakuję “orientalne” brzmienie perkusji oraz smyczków w “Miss You”, porusza akustyczne “The Winner Takes It All” (gitara + wiolonczela), ale kompletnie nic nie przygotowało mnie na “Highway To Hell” (czysto jazzowe cudeńko) czy duet z Willie Nelsonem (okraszony country “Crazy”). Także okraszone “francuskim” brzmieniem walczyka “Perfect Day” Lou Reeda nabrało skoczności. Żeby jednak nie było tak słodko, zdarza się słabszy fragment w postaci zbyt podobnego do oryginału “Moon River”, ale cała reszta jest bardzo ciekawa.

Swoje robi także bardzo delikatny, jakby rysujący cienką kreską głos Bruni, potrafiący uwieść niejednego słuchacza. Dotyk francuski w tym wypadku oznacza delikatny, bardzo nastrojowy album pełen nieoczywistych aranżacji, skojarzeń, podejść. Bruni znowu mnie uwiodła, pokazując jak należy przerabiać cudze utwory.

7/10

Radosław Ostrowski

Dominic Miller – Silent Light

61ZDp5Jb7L

Ten znany gitarzysta jazzowy kojarzony jest głównie jako członek zespołu Stinga, z którym współpracuje od ponad 15 lat. Ale Miller nagrywa nie tylko dla innych wykonawców (współpracował m.in. z Luciano Pavarottim, Peterem Gabrielem, Patem Methanym czy Backstreet Boys), lecz wydaje solowe dzieła. Takie jest też jego ostatnie wydawnictwo, czyli “Silent Light”, nagrane tylko z perkusistą Milesem Bouldem.

Więc nie należy oczekiwać fajerwerków, co czuć w spokojnym, bardzo delikatnym “What You Didin’t Say”, gdzie gitara powtarza tą samą melodię, by w połowie mocniej zaznaczyć swoją obecność, ubarwiając całość perkusjonaliami. Podobnie, choć szybciej od początku gra “Urban Waltz” oraz bardziej melancholijny “Water”, gdzie gitara niemal płacze, ubarwiając dźwiękami jakby odbitymi od szklanki. Czasem perkusja “tyka” jak w zegarku (“Baden”), czasem “sypie” jak przyprawami (“En Passant”), ale największym problemem jest pewna monotonia wynikająca z grania niemal tej samej melodii w tym samym tempie przez Millera. Wyjątkiem od tej reguły jest “Fields of Gold” czy jazzujące “Chaos Theory”, ocierające się czasami o flamenco.

Sam Miller na gitarze robi to, co potrafi najlepiej. Dopiero pod koniec płyty potrafi pokazać jak szybko potrafi grać (“Valium”, “Le Point”), ale konsekwentnie buduje klimat, idealnie komponując się w długie, jesienne wieczory. Wtedy jest tak cicho, że gitara ma dla siebie całą przestrzeń. Szkoda tylko, ze większość utworów nie zapada w pamięć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Styx – The Mission

Styx_The_Mission_album_cover_%282017%29

Czy ktoś z tu obecnych kiedyś słyszał o grupie Styx? To jeden z amerykańskich weteranów rocka z elementami progresywności, który lata świetności miał w latach 70/80, osiągając multiplatynowe nakłady. Tylko kto to pamięta, zwłaszcza że ostatni album wyszedł w 2003 roku. Ze starego składu ostał się “szkielet”, czyli wokalista i gitarzysta Tommy Shaw, basista Chuck Panozzo oraz gitarzysta James Young, lecz reszta brzmienia pozostała po staremu. Czego się spodziewać po nowym dziele?

“The Mission” to concept album, opowiadającym o misji na Marsa. Choć utworów jest dużo, to sporo z nich nie przekracza nawet dwóch minut, pełniąc role łączników jak choćby epicki, instrumentalny wstęp “Overture” czy “All Systems Stable”. Całość brzmi jak rock z lat 70., czyli dużo gitar, syntezatorów, a wokalnie czuć zgranie, jakby to był jeden głos, a nie trzy. Dominuje tutaj spokój, chociaż początek jest bardzo czaderski (szybkie “Gone Gone Gone”), będący podrasowanym i melodyjnym wcieleniem Queen. Spokojniej, choć nie bez gitar i basu, jest w “Hundred Million Miles from Home”, a refren brzmi świetnie (harmonia wokalna). Do tego jeszcze fortepian pod koniec. Bardziej w stronę reaggae (dziwaczna perkusja  oraz wolny riff) skręca “Trouble At The Big Show”, by mocniej zagrać riffami z każdą sekundą. Rozmach powraca w podniosłych balladache “Locomotive”, “The Greatest Good” oraz “Radio Silence”, dając spore pole instrumentom (organom, klawiszom i gitarom), a agresywniej się na początku “Time May Bend”, co jest zasługą świdrujących klawiszy.

A im bliżej końca, tym robi się ciekawiej jak w epickim “Red Storm”, szybkim pianistycznym walcu “Khedive” ze sporadyczną ilością smyczków, przesiąkniętym mocno Vangelisem (te klawisze na początku) “The Outpost”, zmieniającym się w hard rockowy popis, kończąc pogodnym “Mission To Mars”.

Cóż, ja mogę powiedzieć? Styx nie idzie zgodnie z prądem i nowymi trendami, tylko gra swoje. A że nie jest to dzisiaj muzyka popularna, przynosząca milionowe nakłady, to już inna kwestia. Za to jest spójnie, klimatycznie i miejscami z dużą dawką ognia. Oby jeszcze formacja pokazała, na co ją jeszcze stać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Benjamin Clementine – I Tell a Fly

I_Tell_A_Fly

Dwa lata temu światu objawił się pewien Brytyjczyk, który nagrał album niemal w całości oparty tylko na swoim głosie oraz brzmieniu fortepianu. Ale Benjamin Clementine potrafił tymi skromnymi środkami zbudować intymną, silną emocjonalnie muzykę. I czekaliśmy na to, co będzie dalej, aż po dwóch latach muzyk powrócił z kolejnym autorskim materiałem. Co dostaliśmy tym razem?

Początek “I Tell a Fly” wprowadza w zakłopotanie, gdyż mamy nakładające na siebie głosy niczym echo atakujące ze wszystkich stron. Ale “Farewell Sonata” dość szybko zaczyna się uspokajać, dodając charakterystyczny fortepian w tempie walca. Takiego instrumentalnego wstępu się nie spodziewałem, zwłaszcza że w połowie pojawia się przerobiony klawesyn niczym melodia z wesołego miasteczka, a wtedy wkracza niemal krzyczący Clementine oraz bardzo dynamiczna perkusja z funkowym basem, by wskoczyć w niemal kosmiczne dźwięki oraz wrócić do początku. Podobny koktajl serwuje “God Save The Jungle”, tylko perkusja jest bardziej oszczędna, klawesyn z fortepianem tańczą, gdzieś w tle przewija się gitara. Szybciej i potężniej (bo z chórem w tle) dzieje się w niepokojącym “Better Sorry Than Asefe” oraz zmieniającym tempo (od jazzowego po militarno-afrykańskie) “Phantom from Aleppoville”. Początek “Paris Cor Blimey” to szybki wstęp pianistyczny, a dalej też wszystko pędzi, budząc jednocześnie grozę (wycie w tle). Bardziej przebojowo i niemal radiowo jest w krótkim “Jupiterze” oraz opartym na retro elektronice “Ode from Joyce”, jednak zachowano spójny klimat.

Z kolei “One Ankward Fish” to szybka gra perkusji, wsparta elektroniką, równie dynamicznym klawesynem, a nad całością unosi się duch muzyki lat 60., a występujące w tle głosy odbijające się od siebie, budują poczucie niesamowitości. Równie melodyjnie jest w “By The Ports of Europe”, z chóralnie zaśpiewanym refrenem oraz finałowym “Ave Dreamers”.

Benjamin w bardziej bogatszym aranżacyjnie świecie, nadal zachował autentyczność oraz emocje. Tym razem w tekstach dominuje motyw imigrantów oraz poczucie obcości w świecie, co jest pewną świeżością w świecie popu. Całość jest bardzo spójna, mieszająca stare, wręcz klasyczne brzmienia z bardziej współczesnym podejściem producenckim. Wyszła z tego mocna, piękna mieszanka.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Strachy na Lachy – Przechodzień o wschodzie

przechodzien-o-wschodzie-b-iext51096308

Każdy fan polskiej muzyki rockowej słyszał o Krzysztofie “Grabażu” Grabowskim. Najpierw w punkowej formacji Pidżama Porno, z dużą goryczą oraz wściekłością opisywał rzeczywistość lat 90., po czym zawiesił działalność idąc w stronę bezpretensjonalnych, skocznych piosenek w formacji Strachy na Lachy. Ale od “Dodekafonii” było już coraz mroczniej, gniewniej i ostrzej jak w czasach Pidżamy. Czy tak też jest w przypadku szóstego albumu “Przechodzień o wschodzie”?

“Nie tchórzę/Ja to pierdolę” – takie są pierwsze słowa, pochodzące z singlowego “Co się z nami stało”. Jest niby melodyjnie, ale i agresywnie, co jest zasługą zapętlonych riffów oraz mocnych uderzeń perkusji. Stare, dobre Strachy, które zapadają w pamięć. Równie ostry i bardzo mroczny, z powodu elektroniki jest “Nazywam się Grabowski”, a kompletną woltę daje niemal taneczna, wręcz rozmarzona “Katastrofa szczęścia” oraz bardziej dynamiczna “Matka Boska”, dodając odrobiny lekkości i przypominając początki grupy. W tym samym kierunku wydają się iść “Twoje motylki”, próbujące być nową wersją “Dzień dobry, kocham Cię”, ale dość nieudolną. Jedynie końcówka ocierająca się o western (gwizd Iistonowana perkusja) jest ciekawa. A tekst przyprawia tutaj o mocny ból głowy. Grabażu, nie idź tą drogą.

Po tych eksperymentach powraca niemal minimalizm w smutnym “Nie zakochuj się w wietrze”, gdzie w tle mamy smyczki oraz łagodniejszą gitarę. To wszystko jednak zmyłka, albowiem wszystko zaczyna podkręcać. Drugą niespodzianką jest reggae’owy “Przechodzień w ogrodzie” ze wspólnie śpiewanym refrenem. Równie szybki, choć pełen elektronicznego tła, jest “Obłąkany obłok” dodający odrobiny magii. Podobnie jak mieszający nowoczesne brzmienie z etniką w “Krótkim sznurze”, by zaatakować w finale “Podziemnym przejściem”.

Grabaż wokalnie nadal jest w formie, a tekstowo jest bardziej refleksyjny. Może mniej sfrustrowany niż ostatnio, choć nie brakuje wściekłości (“Co się z nami stało”, “Podziemne przejście”), kwestii miłości (“Nie zakochuj się w wietrze”) czy nawet odrobiny humoru (“Matka Boska”). Muzycznie też jest to destylat tego, co znamy z poprzednich płyt. Grupa nadal gra różnorodnie, bez poważnych kiksów (poza “Motylkami”), trzymając fason. Więc przechodniu, powiedz fanom Strachów, że nie zawiedli.

8/10

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – nowOsiecka

nowosiecka-b-iext49353366

Agnieszka Osiecka zawsze była inspiracją i źródłem, z którego dorobku wielu artystów czerpało, czerpie i będzie czerpać dalej. Dowodem na to jest wydawnictwo „nowOsiecka”, w którym wykonawcy szeroko pojętej muzyki alternatywnej postanowili zmierzyć się z jej wieloma niezapomnianymi tekstami. Po raz pierwszy te utwory wybrzmiały podczas koncertu poświęconego twórczości Osieckiej w katowickim NOSPR w listopadzie 2016 roku.

I rzeczywiście skład wykonawców jest imponujący: Natalia Grosiak (Mikromusic), Misia Furtak, Brodka, The Dumplings, Krzysztof Zalewski, Łona i Webber. To nie wszyscy, ale już to robi wielkie wrażenie. Zaczyna pani Grosiak wspierana przez melancholijne smyczki, ze swoim bardzo charakterystycznym głosem chwyta za serce w „W dziką jabłoń Cię zaklęłam”. Po minucie utworu nagle wchodzi perkusja oraz gitara elektryczna, smyki zaczynają plumkać, zmienia się tempo, by pod koniec wszystko wraca do normy. Mroczniej, co jest spowodowane dźwiękami organów i ostrych dźwięków perkusyjno-gitarowo-dęty, jest w „Kto tam u Ciebie jest?”, wykonywanym przez Brodkę. Wokalistka dźwiga ten utwór, pozornie beznamiętnym głosem, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Nosowska wypadła lepiej w tym utworze. Czesław Śpiewa podszedł ambitnie i połączył pięć krótkich opowieści w jedną ośmiominutową kompilację, mieszającą akordeonowe popisy z elektroniką, perkusją oraz swoim zaśpiewem, ciągle zmieniając klimat, tempo i rytm. Psychodelia gwarantowana (jedyny utwór w wersji koncertowej). Niespodzianką był dla mnie przygnębiający, polany smyczkami, trąbką i elektroniczną perkusją „Ja nie chcę spać” w wykonaniu… Piotra Roguckiego.

Bardziej tanecznie próbuje zagrać Misia Furtak, podparta przez bas i perkusję w „Zabaw się w mój świat”, jednak nadal zachowana zostaje melancholijna aura, co jest też spowodowane barwą głosu Misii. I wtedy pojawia się drugi (po Mozilu) strzał w postaci onirycznego „Ach nie mnie jednej”, pachnącego elektroniką lat 80. od The Dumplings (Justyna Święs czaruje swoim delikatnym, ale niepozbawionej dużego ładunku emocjonalnego – posłuchajcie refrenu), idealnie pasując do słodko-gorzkiego spojrzenia na miłość. Ale kiedy kończy się utwór, pojawia się rozczarowanie w postaci „Chwalmy Pana”, czyli psychodeliczno-jazzowa aranżacja wiernie (nawet za bardzo) trzymająca się oryginału. Nawet głos Krzysztofa Zalewskiego wydaje się troszkę zachowawczy. Szaleństwo wraca z raperem LUC-iem, który tym razem próbuje śpiewać i rapować (na szczęście, nie jednocześnie). „Rajski deser” brzmi wyjątkowo apetycznie, mieszając bity ze smyczkami (pod koniec), co fanów rapera raczej nie zaskoczy. Bardziej elegancko, bo z fortepianem wchodzi Mela Koteluk w ładnej wersji „W naszym domu nie ma drzwi”, a zaskoczeniem jest tutaj wejście… thereminu. Niby drobiazg, a zmienia wszystko. Podobnie jak gitarowa wersja „Urody”, dodająca odrobiny mroku. Riffami czaruje Raphael Rogiński, a głosem – Natalia Przybysz, co też jest mocnym strzałem, dodając odrobinę lekkości.

Co mamy pod koniec wędrówki? Instrumentalny, funkowo-jazzową wersję „Wymyśliłem Ciebie” od Przemek Borowiecki nO Band (też dość wierny oryginałowi, choć ma klasę), oparty na klasycznych Hammondach „Karnawał raz w życiu” w big-beatowej wersji od Joanny Ewy Zawłockiej, która całkiem nieźle się bawi. Jednak końcówka to zdecydowanie popis Łony, dokonującego własnej wersji „Na zakręcie”, traktując oryginał jako punkt wyjścia do własnego tekstu. Profanacja? Absolutnie nie, gdyż raper sprytnie ogrywa tekst (zachowany zostaje refren), a w połączeniu z minimalistycznymi bitami Webbera „Ostatnia prosta” jest najlepszym kawałkiem na płycie. A o „Polonezie” DJ-a Feel-xa oraz Gutka wolę się nie wypowiadać.

Jak odebrać tą kompilację? Nie brakuje ambicji i kilku pomysłów na spore dzieło, ale brakowało większego naznaczenia utworów swoim piętnem. I nie chodzi tylko o glos czy sposób ekspresji, lecz własny styl tak jak zrobili The Dumplings, Natalia Przybysz z Rogińskim czy Czesław Śpiewa. Troszkę mi tego zabrakło, chociaż nie mogę odmówić pozostałym wykonawców podjęcia wyzwania i wyjścia z tego obronną ręką.

7/10

Radosław Ostrowski

Aurelia Luśnia – Po godzinach

Po_godzinach_cover

O tej wokalistce nie miałem kompletnie pojęcia. Jak podaje Internet, pochodzi ona z Gdańska, gdzie ukończyła Akademię Muzyczną, a jej repertuar stanowiła poezja śpiewana. Do tej pory wydała trzy płyty i  to ta ostatnia z zeszłego roku została wzięta na celownik przeze mnie. Artystkę tym razem wsparli od strony producenckiej Leszek Biolik oraz Andrzej Izdebski, tworząc „Po godzinach” – pierwszy autorski materiał Luśni.

I jest to popowy album, ale nie w negatywnym znaczeniu tego słowa. Zaczyna się piękną mieszanką akordeonu, fortepianu oraz jazzowej perkusji w „I żeby było tak”. Jest skocznie, barwnie oraz przyjemnie. Podobnie próbują czarować „Rany”, chociaż delikatny fortepian skontrastowano z niepokojącymi dźwiękami elektroniki oraz (pojawiających się w środku) riffów, by zaraz wskoczyć w bardzo dynamiczną „Fajną niefajną”, gdzie szaleje bas. Czary wracają w brzmiącej niczym kołysanka „Rozdroża” oraz wspartej przez akordeon i ludowe naleciałości „Marionette” (utwór śpiewany po angielsku). Bliżej współczesności krąży „Zaklinanie”, gdzie gra delikatna gitara zmieszana z elektroniczną perkusją, by zaraz skręcić ku folkowi w ciepłej „Miejskiej grze” oraz melancholijnych „Kata-Strofach”. „Nienazwany szkic” jest pop-rockowym energetykiem, pełnym rozmachu (smyczki w refrenie) oraz chwytliwym refrenem, by płynnie przejść do wyciszonego, akustycznego walczyka „Little Bird” oraz nastrojowego, pełnego elektroniki „Świtania”.

Sama Aurelia ma bardzo dziewczęcy, pełen dużej energii głos, potrafiący wręcz rozsadzić całość. Do tego bardzo refelksyjne, a nie durne frazy na temat relacji damsko-męskich oraz ogólnie o życiu. I jest to propozycja warta uwagi nie tylko po godzinach i nie tylko jesienią.

7,5/10

Radosław Ostrowski