Steven Wilson – To The Bone

to the bone

Drugiego tak ważnego dla brzmień progresywnych muzyka jak Steven Wilson po prostu nie ma. W tym roku 50-letni muzyk i wokalista najpierw powrócił w wielkim stylu z Blackfieldem, teraz postanowił wydać piaty album solowy, po dwuletniej przerwie. Jednak tym razem Wilson zmienił wytwórnię (Kscope tym razem zastąpiło Caroline Records) i na dzień dobry dostaliśmy aż pięć singli. Pojawiły się głosy, że nasz kochany frontman sprzedał się. Jaka jest prawda?

Truth is individual calculation. Which means, because we all have different perspectives, there isn’t just one singular truth, is there? – tymi słowami zaczyna się cały album oraz tytułowy utwór, który jest bardzo mroczny. Elektroniczna, minimalistyczna perkusja, mocne odgłosy harmonijki niemal żywcem wzięte z „Again”, wokaliza w tle, a potem dołącza mocna gitara, by pod koniec wyciszyć się. I już tutaj słychać skręt Wilsona w stronę bardziej popowego i przystępnego grania. Bardziej nastrojowo robi się przy „Nowhere Now”, gdzie całość oparta jest na fortepianie i akustycznej gitarze. A kiedy wydaje się, że cały czas będzie ostro wchodzi pierwszy singiel, czyli pełna ciepłego tła ambientu „Pariah” z gościnnym udziałem Ninet Tayeb. Spokojna kompozycja coraz bardziej nabiera wyrazistości, by w finale zaatakować dźwiękową ścianą, by zaraz wrócić do pop-rockowego (z naciskiem na rockowego) kopniaka w postaci „The Same Asylum as Before”, gdzie Wilson śpiewa… falsetem, by znowu wejść do ambientu w „Refugee” – magia wraca, by znowu podkręcić całą aurę i zaatakować najpierw perkusją, smyczkami, gitarą oraz harmonijką.

Ale co się odwaliło w „Permanating” to nie jestem tego w stanie zrozumieć. Takie taneczne, wręcz dyskotekowe popisówki fortepianu, Wilson znowu myśli, że jest zaginionym bratem Gibb i to tak gryzie się z cała resztą, że sprawia wrażenie wrzuconego na siłę. Podobnie krótki, oparty na flecie „Blank Tapes”, a ogień wraca w rytmicznym „People Who Eat Darkness”. „Song of I” zaśpiewane ze szwajcarska wokalistką Sophie Hunger początkowo odpycha minimalistyczną, niepokojącą perkusją oraz smyczkami, działając dość usypiająco. Z wyjątkiem środkowej partii, gdzie znów dochodzi do dźwiękowej eksplozji. A najlepsze dostajemy na koniec – 9-minutowy „Detonation” to mieszanka styli i gatunków, czyli stary dobry Wilson. Tutaj mamy elektroniczno-perkusyjne cykania, przesterowany głos, ostre wejścia gitar, mocna perkusja, skręt w cudowny ambient ze smyczkami oraz niemal reagge’owe riffy. I na finał „Song of Unborn” – wyciszona, piękna kompozycja z niemal sakralnym zakończeniem (te chórki są cudowne).

„To The Bone” to bardzo problematyczny i nierówny album, w którym Wilson za bardzo chce zaszaleć stylistycznie. Problem w tym, że jako całość jest zbyt rozstrzelona, gryzie się ze sobą i jest niespójna. Muzyk za bardzo upraszcza, przez co dawna magia pojawia się tylko fragmentarycznie. Troszkę szkoda, ale mam nadzieję, ze to tymczasowy wyskok.

7/10

Radosław Ostrowski

Muzyka Końca Lata – Złoty krążek

e0393ac2aa6e1c628fa1895e7feebd68

Warszawski kwintet Muzyka Końca Lata specjalizuje się w bezpretensjonalnym brzmieniu klasycznego rock’n’rolla niczym z czasów swojej największej świetności, czyli lat 60. Na swoim piątym albumie kontynuują ścieżkę wyznaczoną przy swoim debiucie, ale tym razem (przynajmniej tekstowo) jest bardziej poważnie.

Początek jest romantyczny oraz pełen szybkich gitar, czyli “La Bella”, lecz to tylko instrumentalny wstęp, a melodia jest kontynuowana w pełnym popisów perkusji “Chłopaku z futerałem”, gdzie swoje też dodaje… harmonijka. Równie szybcy są “Słowaccy piłkarze”, a tytułowy utwór jest bardziej kojącym fragmentem spokoju, gdzie wykazać mogą się niemal senne klawisze z perkusją. Niemal czuć klimat gór w “Juhasie” (początek gitarowy) – najszybszym numerze na płycie, by dać prawdziwego kopa w “Chorym”. “Świąteczny” – jak sama nazwa wskazuje – ma wiele wspólnego z Bożym Narodzeniem, jest bardzo spokojny, z cudnymi wokalizami Oli Bilińskiej, delikatnymi dźwiękami perkusji i trąbką, dodającą animuszu, by lekko przyspieszyć w “Gorzej już nie może być”, gdzie także trąbka ma swoje pięć minut.

Tym bardziej zaskakuje fakt, że pod koniec utwory zaczynają przekraczać trzy minuty. Bardzo dynamiczny i szybki “Chocholi taniec”, pełen melodyjnej gry gitary. Refleksyjnie się robi w “Będzie, co będzie”, a bęben (nie perkusja) zmienia wszystko na początku niemal recytowanego “Słońca na wiatr”, gdzie pod koniec perkusja wali po garach, by wszystko załagodzić w “Starym zaklęciu”.

Śpiewający tutaj (najczęściej na przemian) Ola Bilińska z Bartkiem Chmielewskim tworzą zgrany duecik. On jest bardziej szorstki, ona delikatna, niemal dziewczęca. W połączeniu z bardziej refleksyjnymi tekstami dotyczącymi związków i wszystkiego wokół (rozstań, rodziny, zakochania, tęsknoty – wszystko nie pozbawione humoru, ale z głową I drugim dnem), tworzy bardzo mocną mieszankę.

Niby brzmieniowo jest spod znaku rock’n’rolla I muzyka jest bardzo przyjemnie staroświecka, to jednak “Złoty krążek” jest bardzo dojrzały, dowcipny oraz inteligentny z tzw. przekazem. To się rzadko zdarza w muzyce rozrywkowej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Van Morrison – Keep Me Singing

Van_Morrison_Keep_Me_Singing

Irlandzki wokalista Van Morrison dzisiaj obchodzi 72. urodziny. Brzmiący niczym czarni wykonawcy bardzo dobrze się czuł w mieszance rocka, soulu I klasycznego popu. Niezmordowany, pełen energii nagrywa kolejne płyty, choć nie zmieniają jego kariery. W zeszłym roku pojawił się album numer 36. “Keep Me Singing”.

Już otwierający całość “Let It Rhyme” pokazuje, że niewiele się zmieniło. W tle grają ładne smyczki, fortepiano, czasem przewinie się harmonijka, a Morrison wspierany jest przez ładny wokal kobiecy. Nigdzie się tutaj nie ma co spieszyć, a artysta próbuje jakoś ubarwić całość czy to za pomocą trąbki (nastrojowe “Every Time I See a River”), podkręcając tempo z klawiszami (utwór tytułowy), dodając akustyczną gitarę do ładnej ballady (“Out In The Cold Again”), pojawia się nawet poczucie nostalgii (smyczkowo-gitarowe “Memory Lane”) I bardzo delikatny blues (“The Pen Is Mighter Than The Sword”). Pare razy zaskoczy przyjemny fragment (solo fortepianu w “Holy Guardian Angel”) czy nieoczywiste wejście gatunkowe (naleciałości reggae w opartym na Hammondach “Share Your Love with Me”).

Morrison swoim szorstkim głosem sprawdza się świetnie, a najbardziej w jazzowym klimacie jak w przypadku krótkiego “Look Behind The Hill” czy ostrzejszego (bo z harmonijką) “Going Down To Bangor”. Zawsze jednak liczył się tekst, gdzie autor słodko-gorzko opowiada o życiu. Nie ma tutaj czegoś oczywistego czy oryginalnego, bo Morrison nie musi nikomu niczego udowadniać. To solidne, porządne rzemiosło, unikające bycia tylko ramotą. A za miesiąc wychodzi nowy album tego artysty, który nie zamierza przechodzić na emeryturę. I niech sobie śpiewa.

7/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Szprycer

okladka

Ten cholernie zdolny raper był objawieniem ostatnich lat, który swoim EP-kami potrafił załatwić konkurencję trafnymi obserwacjami, ciętymi one-linerami oraz płynnym flow. Jednak pełna płyta “Marmur” rozczarowała I okazała się ogromną porażką. Jednak nasz ziomek nie złamał się i postanowił własnym sumptem nagrać oraz opublikować w Internecie kolejną EP-kę “Szprycer”, gdzie zdecydował się zmienić swoje oblicze. Jak mu wyszło?

Przyjrzyjmy się “Szprycerowi”, który znowu powstał w kooperacji z Rumakiem. I otwierająca całość “Nostalgia” zaczyna się od szybkich, mocnych ciosów perkusji skontrastowanych z ambientową wręcz elektroniką, a sam Taco próbuje śpiewać (całkiem nieźle, gdyby nie to ej), a pod koniec dostajemy ładne smyczki. Kompletnie zmienia się klimat w “Chodź”, gdzie mamy trapowanie w rytm orientalnej elektroniki (fajny, bujający bit) oraz niemal szybko nawijanym refrenem. Kawałek imponuje tempem, a pod koniec jeszcze mamy śpiewany refren nakładany na nawijkę Taco. “Tlen” to klasyczny trap, gdzie tło brzmi jak przerobiony alarm, a niski, głęboki głos Taco idealnie się odnajduje w tym klimacie, by przyspieszyć w niemal tanecznym “Głupim bycie”, pachnącym latami 80. podobnie jak mroczny “Dele” z ponurymi klawiszami i elektroniczną perkusją.

Ale nawet ja nie spodziewałem się takiego niemal dyskotekowego “I.S.W.T.” (choć wpleciony fragment “Chłopców z ferajny” jest mocny), szybko wpadającego w ucho z bardzo fajnym refrenem. Krótki “35” jest  kolei bardziej surowy, co jest zasługą imitacji gitary elektrycznej i rockowej perkusji, a przestrzenna “Karimata (Mute)” pełna jest wyciszonej elektroniki oraz najbardziej epicki w tym zestawieniu “Saldo ‘07”.

Taco nadal ma kilka panczlajnów (“Karimata”, “Dele”) I tym razem nie idzie w stronę banału czy kiczu. Nadal obserwuje swoje przywiązanie fanów do niego, podgląda relacje damsko-męskie, nałogi oraz próbuje zdystansować się wobec swojej sławy. Najbardziej jednak drażniło mnie w jego flow te wstawki typu “ej, ej” I całkiem nieźle śpiewa. Nie wywołuje on bólu, agresji. W takich małych dawkach Taco Hemingway był najlepszy, a “Szprycer” to potwierdza. Raper wraca do formy, choć nie w pełni zmazuje wpadkę jaką był “Marmur”.

7/10

Radosław Ostrowski

Queens of the Stone Age – Villains

Villains_cover_artwork

W 2013 roku Queens of the Stone Age kompletnie zmieniło swój styl muzyczny na płycie “…Like Clockwork”, bardziej skręcając w stronę komercyjnego rocka, co wprawiło swoich fanów w kompletne zakłopotanie. Cztery lata minęły, a Josh Homme I spółka postanowili zakotwiczyć w tym rewirze na dłużej. Ale czy może być inaczej, skoro “Villains” powstało ze współpracy z producentem Markiem Ronsonem (współpraca m.in. z Amy Winehouse, Bruno Marsem, Adele czy Lady Gagą)? A może się jednak mylę?

Siódma płyta zespołu jest też pierwszą w historii kapeli, gdzie nie ma żadnych gości. Początek to ciężkie I mroczne “Fell Don’t Fall Me” z dziwacznymi szmerami, szumami, powoli (lecz konsekwentnie) atakującą perkusją oraz bardzo pulsującymi klawiszami. Jakby tego było mało, to wokal Homme’a jest bardzo oddalony i słyszalny jak echo. Niecałe dwie minuty później wszystko staje się zwarte, perkusja wali mocno, a gitary wykonują melodyjny taniec (w połowie nawet riff jest lekko podchmielony), zaś Homme jest bardziej wyraźny niż na początku, dodając do pieca. Ale singlowy “The Way It Used to Do” utwierdził mnie w przekonaniu, że dawni stone rockerzy chcą walczyć z… Franzem Ferdinandem. Jest dość szybka melodia, skoczna gra instrumentów niczym z lat 70. i klaskaną perkusją, by na koniec wpuścić troszkę mroku, kontynuowanego w “Domesticated Animals” brzmiących bardzo orientalnie (gitara), by nagle się uspokoić I zaświdrować uszy perkusją, wspólnie z “egipskimi” klawiszami, dając prawdziwego kopa. Mroczniejsze “Fortress” to coś, co mi utkwiło w pamięci najbardziej, dodając odrobinę psychodelii (gitary i klawisze), a “Head Like a Haunted House” to szybki, niemal punkowy strzał z przesterowanymi gitarami oraz rozpędzoną perkusją. Stare dobre brzmienie Królowych czuć w “Un-Reborn Again” zdominowamym przez tłuste brzmienie syntezatorów, mocniejszy bas oraz zadziorniejsze riffy.

Niby spokojniej robi się w utrzymującym tempo walca “Hideaway” z czarującym refrenem. Bardziej ostro jest w “The Evil Has Landed” ze śpiewanym  capella wstępem oraz kompletnie zmieniającym się tempem, a na koniec dostajemy bardzo mroczne, pełne laboratoryjnych dźwięków “Villains of Circumstances” z bardzo powolnymi, ale gęstymi od napięcia riffami, by po dwóch minutach pójść drogą niemal klasycznego rock’n’rolla z przesterem.

Sam Homme swoim głosem parę razy zaskakuje, wywraca tempo i potrafi być bardzo delikatny, ale najlepiej czuje się w mocniejszych numerach. Tylko ta wolta stylistyczna może wielu fanów wprawić w zdumienie. Dużo melodyjności, więcej elektroniki I sporo kawałków, które pasowałyby do dyskoteki, gdyby grano tam rocka. Czy to się spodoba? Być może, choć dla mnie te 9 utworów bywało niespodziankami, a noga podrygiwała, więc było dobrze. Homme i spółka nie zmienili się w łotrów, więc ocean tylko jedna:

7/10

Radosław Ostrowski

Iron & Wine – Beast Epic

uploads%2F1496903264613-IronandWine_BeastEpic_600

Tajemnicza nazwa Iron & Wine może sugerować, ze mamy do czynienia z zespołem.tak naprawdę pod tą ksywą ukrywa się jeden człowiek – Sam Beam. Kompozytor, gitarzysta i wokalista, czyli człowiek wielu talentów. I po czterech latach wraca z premierowym materiałem, ale nadal obracamy się wokół folku oraz niezależnego wcielenia rocka.

I dominuje tutaj akustyczna gitara, tworząca bardzo spokojny nastrój jak w wyciszonym “Claim Your Ghost”, gdzie dołącza jeszcze perkusja, fortepian oraz skrzypce. Potrafi czasem ubarwić swoje melodie wejściem gitarą elektryczną (“Thomas County Law”), nakładającymi się głosami (“Bitter Truth”), przyspieszeniami (“Song in Stone”) czy gitarą slide (“Summer Clouds”). Choć pozornie dzieje się niewiele, to energii jest tutaj sporo jak w singlowym “Call It Dreaming” albo w “Last Night” opartym tylko na dźwiękach smyczków. Układa się to w jedną, spójną całość, podpartą bardzo wyrazistym wokalem. Niby spokojnym, delikatnym, ale nie znaczy to, że pozbawionym ekspresji.

“Beast Epic” to bardzo wyciszony, ciepły album pełen bardzo letniego (ale nie upalnego) klimatu, zrobiona ze smakiem. Może wielu przeszkadzać małe zróżnicowanie całości, jednak trudno oderwać uszy od tego dzieła. A to już wiele mówi.

7/10

Radosław Ostrowski

U2 – The Joshua Tree (30th Anniversary Edition, Super Deluxe Edition)

the-joshua-tree-30th-anniversary-edition-super-deluxe-b-iext49509105

1987 rok dla muzyki rozrywkowej przyniósł wiele płyt uznawanych za wybitne. Ci, co nie mieli szczęścia ich posłuchać w dniu premiery, gdyż nie było ich na świecie, mają na to szansę, m.in. dzięki remasteringom oraz specjalnym reedycjom. Nie inaczej jest z piątą płytą bardzo popularnego irlandzkiego kwartetu U2 wyprodukowanym przez Daniela Lanois oraz Briana Eno “The Joshua Tree”.

Album ten uważany jest najlepszy w karierze zespołu, co spowodowane było mieszanką chwytliwych melodii, głębokich, refleksyjnych tekstów oraz świetnego zgrania grupy. Już otwierające całość “Where The Streets Have No Name” uderza swoim organowym, niemal sakralnym wstępem, do którego dołącza tnąca gitara Edge’a. Ale reszta ferajny też mocno zaznacza swoją obecność płynnym basem i perkusją, coraz bardziej przyspieszając. Dwa następne utwory (“I Still Haven’t Found What I Looking For” oraz “With or Without You”) to już megahity, grane przez stacje radiowe do dnia dzisiejszego. Mocno psychodeliczny jest “Bullet The Blue Sky” z dziwacznie przesterowaną gitarą (melodię przejmuje bas), mocnymi uderzeniami perkusji oraz Bono niemal krzyczącym I recytującym. Zaskoczeniem jest utrzymany w niemal folkowo-westernowym tonie “Running To Stand Still”, gdzie największą robotę robią klawisze, a “Red Hill Minning Town” czaruje mocniejszymi riffami, z kolei szybkie tempo jest najmocniejszym punktem “In God’s Country”.

Powrót do folkowo-westernowego świata otrzymujemy w “Trip Through Your Wires” z łagodniejszą gitarą oraz harmonijką ustną. Najbardziej przyjemne było dla mnie lekko egzotyczne w brzmieniu “One Hill Tree” z niemal orientalnie “tańczącą” gitarą oraz bardzo kojącymi klawiszami, by na koniec rzucić smyczkami. Tym bardziej zaskakuje minimalistyczny “Exit”, gdzie na początku mamy… cykanie świerszczy. Ale im dalej w las, tym mocniej atakują pozostałe instrumenty (środek to agresywniejsza gitara, a finał to perkusyjne petard)), by na koniec pomieszać pulsująco-chropowatą elektronikę, udającą etniczne instrumenty oraz sample w “Mother of the Disappeared”. Tak się kończy album, który dziwnie się broni świetnymi melodiami, mocno wyczuwalną chemią miedzy członkami grupy oraz porywającym wokalem Bono.

Ale jeśli ciągle wam mało, to wydawnictwo super deluxe edition zawiera jeszcze trzy dodatkowe krążki. Pierwszy to zapis koncertu z Madison Square Garden, który odbył się 28 września 1987 roku. Poza kawałkami ze swojego, wtedy najnowszego wydawnictwa, zagrali również swoje poprzednie hity jak “I Will Follow”, “Sunday Bloody Sunday”, “New Year’s Day” czy “October”. I co ja tu będę więcej opowiadał, U2 to koncertowe zwierzęta, łatwo nawiązujące kontakt z publicznością. Trzeci album to zestaw alternatywnych miksów piosenek dokonany m.in przez Briana Eno, Daniela Lanois, Steve’a Lillywhite’a. A czwarty album to piosenki ze strony B singli oraz odrzuty, w tym dwie kompozycje oparte na wierszu Williama Blake’a (“Beautiful Ghost/Introduction to Songs of Experience”)  oraz Allena Ginsberga (“Drunk Chicken/America”).

I to ten materiał jest dodatkową zachętą do zmierzenia się z “Drzewem Jozuego” – kapitalnej, głebokiej, rewelacyjnej płyty pop-rockowej. Poezja.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

London Grammar – Truth Is a Beautiful Thing

London_Grammar_-_Truth_Is_a_Beautiful_Thing

Brytyjskie trio London Grammar od początku swojej ścieżki było porównywane do innego słynnego tria – The xx. Z kolei eteryczny I czarujący wokal Hannah Reid budził skojarzenia z Florence Welsh oraz Jessie Ware. Czy drugi album zmieni tą optykę czy skojarzenia te staną się nieodłącznym elementem ścieżki zespołu z Nottingham?

Przy produkcji “Truth Is a Beautiful Thing” (podoba mi się ten tytuł) zespół wsparł sztab doświadczonych producentów pod wodzą Paula Epfortha (Adele, Florence + The Machine, Coldplay czy Lianne La Havas) oraz Grega Kurstina (Beck, Sia, Lily Allen, the Shins). Podstawą znowu jest przestrzenna elektronika zmieszana z fortepianem, gitarą oraz wokalem Reid. Początek to spokojne I troszkę nudnawe “Rooting for You”, które trzyma na swoich barkach Reid. Znacznie żywsze oraz bardziej przestrzenne “Big Picture” (co jest sporą zasługą perkusji), pełne pulsującego tła “Wild Eyed” czy okraszone chropowatą gitarą “Oh Woman Oh Men” (w refrenie nakładają się głosy) bardziej przyciągają uwagę. Nawet powoli rozkręcające się “Hell to the Liars” z prześlicznymi smyczkami na końcu potrafi oczarować.

Pojawiają się pewne drobne modyfikacje jak obecność przestrojonej gitary akustycznej i werblowej perkusji (“Everyone Else”), zapętlone i “kosmiczne” klawisze (pochodzący jakby z innej dekady “Non Believer” – troszkę szkoda, ze jest mało takich utworów), wplecione niczym echo wokalizy (“Bones of Ribbon”) czy “roztańczony” duet gitara-fortepian w “Leave The War with Me”.

Nadal czaruje wokal pani Reid, który bywa czasami bardzo niski, wręcz “gruby”, by zaraz wznieść się na wyższe, niemal sakralne tony. Fani zespołu powinni się wyposażyć w wersję deluxe z dodatkowymi kawałkami. I nie są tylko zapychacze (może poza dwoma wersjami demo). Jest niemal instrumentalny “What a Day”, nagrany w studio Maida Vale (należy do BBC) cover “Bitter Sweet Symphony” The Verve oraz niemal organowy “Control”. I ten materiał podnosi ocenę całości z przyzwoitej (gdyż mimo spójności klimatu bywa dość monotonnie) na dobrą.

7/10

Radosław Ostrowski

Haim – Something to Tell You

Something_To_Tell_You_Haim

Trzy siostrzyczki zapatrzone w pop-rockowe brzmienia lat 80. przykuły uwagę swoim debiutem “Days Are Gone”. Ale to było cztery lata temu i do tego czasu Alana, Danielle oraz Este Haim postanowiły troszkę zmienić klimat, używając bardziej “organicznych” dźwięków. Czy udało się to założenie? Odpowiedź ma dać “Something To Tell You”.

Zaczyna się od potencjalnego hitu na lato, czyli singlowego “Want You Back” pełnego eterycznej elektroniki, “klaskanej” perkusji oraz bardzo nośnego refrenu, a także odbijającego się głosowego echa niczym z Jamesa Blake’a. I ta mieszanka pop-rockowa brzmi więcej niż fajnie, troszkę przypominając The xx, lekko Jessie Ware (wokale) oraz stylem lat 80., co słychać w “Nothing’s Wrong” z elektroniczną perkusją, skoczną gitarą oraz lekkim “przymuleniem” ambientowym pod koniec czy bardzo tanecznym (aczkolwiek polanym sosem indie) “Little of Your Life” z podkręconą perkusją, soulowym sznytem oraz zgrabnym riffem pod koniec. Sporo tutaj przestrzennych, ambientowych eksperymentów pełnych oszczędnej perkusji (“Ready for You”), potrafiącej się też rozpędzić (“Kept Me Crying”), rozmarzonych klawiszy (utwór tytułowy czy “You Never Knew”), większej obecności gitar wziętych od Ariela Pinka (“You Never Knew”), a nawet żwawych smyczków (“Found It In Silence”).

Ale im dalej w las i coraz bardziej siostry próbują się bawić dźwiękami, to po prostu brakuje tego kopa z początku albumu. Do tego jeszcze nie brakuje niebezpiecznych skrętów w stronę plastikowego popu jak w “Walking Away” z niezłymi pogłosami. Nie mogę też odmówić uroku bardzo delikatnym głosom sióstr (razem mają siłę huraganu), co też nie psuje przyjemności.

Drugi album Haim to taki album do przesłuchania na letnie dni – pełen ciepła, rozmarzonego klimatu oraz paru chwytliwych kawałków. Dobre, delikatne (może za bardzo) i mimo pewnych udziwnień realizacyjnych dostarcza wiele przyjemności.

7/10

Radosław Ostrowski

Arcade Fire – Everything Now

Everything-Now

Kanadyjczycy jak zawsze kazali na siebie poczekać kilka lat (dokładnie cztery) i jak zawsze wywrócili cała muzykę do góry nogami. Tym razem wiele zmieniło się w warstwie producenckiej, gdzie poza zespołem swoje dorzucili m.in. Thomas Bangalter (Daft Punk) oraz basista Pulp Steve Mackey. Już to powinno mówić, że prawdopodobnie będzie tanecznie.

Otwierające całość krótkie intro w postaci „Everything Now (Continued)” (melodia ta też zamyka całość, pełna pulsującej perkusji oraz dziwacznego, przerobionego tła) oraz tytułowy utwór dają energetycznego kopa. Dostajemy mieszankę disco ze smyczkami, fortepianem, gitarą akustyczną, chwytliwym basem oraz… fletami. Nie brakuje także klaskania  jak w zaczynającym się syrenami policyjnymi „Signs of Life” z zapętlonymi smyczkami oraz saksofonem. Piosenka swoim rytmem oraz tempem przypomina „Reflektor”, tylko bardziej podrasowany i pędzący bez hamulców. Jednak już „Creature Comfort” opiera się na szybkich, 8-bitowych syntezatorach polanych ambientowym sosem. Nadal jest tanecznie, ale i bardziej mrocznie (wręcz zakrzyczany, „mechaniczny” refren), ale konsternację wywołuje niby-reagge’owy (przemielona trąbka z dziwaczną perkusją) „Peter Pan” oraz jeszcze bardziej dziwaczne „Chemistry” z wybijającymi się saksofonami oraz agresywniejszą gitarą.

To początek dźwiękowego chaosu, jaki będzie nam towarzyszył. Punkowe, choć krótkie „Infinite Content” i wyciszone, niczym z lat 60. „Infinite_Content” (to jeden i ten sam utwór), pełen elektropopu imitującego „azjatyckość” „Electric Blue” opartym na piskliwym głosie Reginy Chassagne czy oszczędny, gitarowy „Damm God Man” wprawiły mnie w poczucie zagubienia. Wszystko jednak wróciło na właściwe tory, dzięki „Put Your Money on Me” oraz bardzo rozmarzony „We Don’t Deserve Love”.

Grupa jak zawsze zmieniła styl, coraz bardziej zaskakując. Tym razem miałem poczucie przesytu i zagubienia, a zarówno zgrabne wokale Butlera i Chassagne w połączeniu z niegłupimi tekstami nie były w stanie całkowicie usunąć tego wrażenia. „Everything Now” jest zaledwie przyzwoitym dziełem, które nie przebiło „Reflektora”, chociaż szło tym samym kierunkiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski