Lorde – Melodrama

135e9ae4d19e7816e0ffdd9a95922a0c.1000x1000x1

Na nowe dokonanie debiutantki z Nowej Zelandii trzeba było czekać 4 lata. Lorde – teraz 20-letnia kobieta – sama zajęła się produkcją wsparta przez Jacka Antonoffa, współpracującego m.in. z Taylor Swift, Sią, fun czy St. Vincent. No i pytanie: dostajemy to samo czy będzie coś lepszego?

Artystka nadal otacza się stylistyką dream popu pełnego elektroniki. Otwierający całość “Green Light” zaczyna się od krótkich uderzeń fortepianu, przyspieszających w refrenie, dodając szybką perkusję. Pulsujące, pełne minimalistycznej perkusji oraz nakładających się wokali w tle “Sober” brzmi niczym zakoszony St. Vincent, gdyby nie te dęciaki pod koniec refrenie. Rozmarzony klimat poprzedniego albumu wraca w “Homemade Dynamite” I gitarowym “The Louvre” z zapętlonymi klawiszami. Zaskoczeniem dla mnie była pianistyczna ballada “Liability” o ciemnej stronie sławy (I utrzymana w podobnym tonie “Writer in the Dark”) czy pełen elektroniki, smyczków oraz “pstrykanej” perkusji “Hard Feelings/Loveless”, zmieniająca w połowie klimat, bardziej idąc w stronę lat 80. (dziwne szumy, perkusyjne eksperymenty). Melancholijny “Sober II (Melodrama)” uderza wstępem smyczkowym (skrzypce jeszcze się tu przewiną), zgrabnym nakładaniem się głosów w refrenie oraz cykaczami w połowie. Ale prawdziwą petardą jest tutaj dynamiczny “Supercut” stworzony wspólnie z Jean-Benoit Dunckelem (Air).

Sama Lorde mocno poprawiła swój warsztat, parę razy chwytając za gardło (“Writer in the Dark”), bardziej dojrzewając tekstowo, nie tylko opowiadając o beztrosce, ale też o rozczarowaniach. Do tego wszystko podrasowane przebojową muzyką, pełną pokręconych dźwięków. Niby jest tak samo, ale inaczej i nie ma żadnej dramy.

8/10

Radosław Ostrowski

Lorde – Pure Heroine

Lorde_Pure_Heroine

Kolejna intrygująca przedstawicielka Nowej Zelandii, krainy hobbitów, pięknej przyrody oraz Gotye.to właśnie stamtąd pochodzi Ella Marija Lani Yelich-O’Connor, bardziej znana jako Lorde. Swój pierwszy album wydała cztery lata temu, sama osiągając ledwo 16 lat. Czy wtedy była z niej taka “Czysta heroina”?

W kwestii produkcji wsparł ją spec z ojczystego kraju Joel Little, który współpracował m.in. z Lee Goulding, Imagine Dragons czy Samem Smithem, dając mieszankę popu z elektroniką. “Tennis Court” uderza przestrzennym fortepianem, zmieniającym się, “tykającymi” klawiszami niczym z 8-bitowej gry oraz minimalistycznej perkusji, zmieniającej się znane z rapu cykacze, by w refrenie nabrać chropowatości. Minimalizm ten jest obecny cały czas: czy to w opartym na tłustym bicie ze “świdrującą” elektroniką (“400 Lux”), przebojową perkusji (singlowe “Royals”), wokalnego zapętlenia (rozmarzone “Ribs”z perkusją jak petard – przynajmniej na początku), odbijającego się niczym echo fortepianu (“Buzzcut Season”) czy początek a capella okraszony orientalnymi wstawkami (“Team”), dodając oszczędne klawisze.

Nawet jeśli poszczególne utwory brzmią troszkę na jedno kopyto, to jakimś cudem udaje się utrzymać zainteresowanie. Zarówno rozmarzonymi klawiszami (“Still Sane” czy brzmiące niemal kołysankowo “White Teeth Teens”) czy wejściem gitary elektrycznej (“A World Alone”). Lorde bardzo przypomina klimatem oraz stylem Jamesa Blake’a, troszkę The xx niż Lanę Del Rey, do której często jest porównywana. Dziewczyna miała bardzo delikatny głos, którym bardziej mruczy czy rapuje niż śpiewa, ale w tym rozmarzonym świecie dźwięków to zupełnie wystarczyło.

“Pure Heroine” mogło wielu podrażnić pójściem z prąd wobec współczesnych trendów muzyki popularnej, ale singlowe numery mocno zapadały w pamięć. Po przesłuchaniu całości stwierdzam, że jest to dobry materiał z kilkoma nośnymi numerami. Wersja deluxe serwuje jeszcze parę cacek jak postrzelony “Million Dollar Bill” czy bujający “The Love Club” dają wiele satysfakcji. Już nie mogę się doczekać, gdy dostane do ręki drugi album.

7/10

Radosław Ostrowski

Zbigniew Wodecki – Zbigniew Wodecki

reedycja_cd

Kto z nas nie kojarzył tego trębacza, skrzypka i wokalisty obdarzonego poruszającym, pełnym energii głosem oraz lwią grzywą? Zmarły w maju 2017 roku Zbigniew Wodecki zostawił spory dorobek, choć do dziś kojarzy go głównie z “Pszczółką Mają”. Sytuację zmienił album koncertowy nagrany z Mitch & Mitch, zawierający piosenki z zapomnianego i niedocenionego debiutu z 1976 roku. Czemu o tym mówię? Albowiem ten debiut postanowiono wydać na płytach, poddając go remasteringowi.

Troszkę bałem się tego, gdyż aranżacje duetu Mitch & Mitch rozpisane na orkiestrę bardzo mocno zapadły mi w pamięć. Okazuje się, że dość wiernie trzymano się wersji z oryginału, które są ładne, pełne dęciaków i smyczków, jak to w przypadku eleganckiego popu z lat 70., nie sprawiając dużej różnicy. Dźwięk brzmi czysto, przestrzennie, dając wiele instrumentów do odkrycia. Na dzień dobry dostajemy przeurocze “Rzuć to wszystko co złe” z ładnymi dęciakami między zwrotkami. Równie piękny jest oparta na Hammondach “Pieśń ciszy”, gdzie jest też uroczy chórek w refrenie oraz subtelne solo na trąbce. Szukający bardziej dynamicznych piosenek pokochają “Wieczór już” (na końcu fantastyczne solo skrzypiec), “Opowiadaj mi tak” z fantastycznym wstępem dęciaków. Resztę dominuje liryczny, ale zawsze elegancki pop. Czy to bardzo nostalgiczna “Ballada o Jasiu i Małgosi” z pięknymi perkusjonaliami oraz fletem, oparte na gitarach “Panny mego dziadka” czy “Dziewczynę z konwaliami” (akurat wersja późniejsza – koncertowa znacznie fajniejsza).

Wodecki jest tutaj bardzo delikatny, jakby ledwo rysował głosem każdą piosenkę (“Kochałem Panią kilka chwil”), uwodząc wręcz poetyckimi tekstami, nie ocierającymi się o banał, co w przypadku piosenek o miłości było łatwo. Dodatkowo wygrzebano utwór, który nie zmieścił się na winylu i teraz “Tak daleko, tak blisko” można premierowo usłyszeć. Bardzo stylowa, elegancka płyta z niegłupimi tekstami oraz bardzo cudownym głosem Wodeckiego. Tego głosu już więcej nie usłyszymy, ale pozostają jeszcze piosenki oraz płyty.

Radosław Ostrowski

The Ceez – O chłopcu polskim…

o chłopcu polskim

Nazwa wykonawcy kompletnie nic nie mówiła mi. Pod pseudonimem The Ceez ukrywa się Piotr Okrasa – wokalista, kompozytor i producent muzyczny, mieszający gatunki muzyczne. Mieszka w USA, a swój najnowszy album “O chłopcu polskim…” to próba stworzenia muzycznego portretu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Tak, jest to album z wierszami poety, ale skupiamy się tu na okresie przedwojennym. Co dostajemy w rzeczywistości?

Mieszankę popu, rocka i jazzu, wspartego przez elektronikę. Krótka “Ars poetica” serwuje sporą dawkę elektronicznych dziwadeł oraz krzyku zamiast wokalu, by płynnie przejść do “Wiosny” mieszającej soul (wokalizy w tle) z jazzem (cudowny saksofon), uderzająca niczym budząca się przyroda. Zdarza się zapętlenie elektroniki (“Stuletni wieczór”) z szorstką gitarą, czaruje dźwiękami przypominającymi harfę (“Morze wracające”) skręca troszkę w soul, daje zaszaleć funkowemu basowi (“Erotyk” zakończony dynamicznym riffem gitary), by zwrócić się ku bossanovie jak w “Słowach do deszczu”.

Nie brakuje klasycznego jazzu (oparte na fortepianie i trąbce “Już nie pamiętam”), akordeonowego tanga (“Warszawa”), jak I pomieszania wszystkiego, co się da jak w 7-minutowym “O mój Ty smutku cichy”. Najpierw dostajemy żwawe solo trąbki, do której dołącza się sekcja rytmiczna I gitara akustyczna. Swoje też robi schowana w tle gitara elektryczna, odzywająca się mocniej w połowie razem z klawiszami, kończąc solówką trąbki. Nawet orientalne smyczki (“Drzewa”) nie są tylko efektownym bajerem, mającym zwrócić naszą uwagę. Finał z kolei jest bardzo mroczny: zarówno gitarowa “Elegia o… chłopcu polskim”, pełna pasażowego tła oraz bluesowa“Śmierć” dają mocnego kopniaka.

Sam wokal Ceeza jest ekspresyjny, niemal chłopięcy, ale nigdy nie przesadza, nie denerwuje, a ułożenie piosenek nie jest zbiegiem okoliczności. “O chłopcu polskim” układa się w spójną historię od narodzin do śmierci sklejona ze słów Baczyńskiego. Dla wielu ten rozrzut stylistyczny może sprawić dezorientację czy chaosu, ale wszystko jest pod kontrolą. To bardzo piękna płyta z kilkoma niesamowitymi momentami, której trzeba dać szansę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Monika Borzym – Jestem Przestrzeń

p%C5%82yta_jestem_przestrze%C5%84_ok%C5%82adka

Teraz pora na obecne wydawnictwo wydane przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Tym razem jest to poezja śpiewana w jazzowych aranżacjach. Wybrane wiersze Anny Świrszczyńskiej (w czasie powstania sanitariuszki) – selekcji dokonała reżyserka teatralna Agnieszka Glińska – postanowiła wykonać ceniona zagranicą wokalistka Monika Borzym. Wsparta przez pianistę Mariusza Obijalskiego, który napisał muzykę oraz zaproszonych gości, poszła w stronę kobiecego spojrzenia na świat.

Album zaczyna się od “Intra”, gdzie pojawia się Glińska (nakładające się fragment jej wypowiedzi, recytującej wierze) i słyszymy przyczyny realizacji tego przedsięwzięcia. Ale sama poezja – wręcz surowa, pozbawiona ozdobników, waląca prosto w oczy, pełna intensywnych emocji, pozbawiona rymów – może wprawić w konsternację. Wszystko jest tutaj bardzo wyciszone, delikatne, minimalistyczne. Jazzowy skład (perkusja, gitary, trąbka, fortepian) jest tylko tłem dla eterycznego wokalu. I jeszcze jedno – nie ma tutaj w ogóle miejsca na wojnę czy powstanie. Przynajmniej nie wprost. Borzym idąc tropem poetki, skupia się na jej przeżyciach, emocjach, lękach. Trudno przejść obojętnie wobec mrocznego “Muszę to zrobić” z pędzącym fortepianem czy pełnego chropowatości oraz przygnębienia “Bardzo smutnej rozmowy nocą” z udziałem Wojciecha Waglewskiego. Nawet krótkie “Jestem napełniona miłością” zaskakuje brzmieniem niczym ze starej płyty. Swoje miejsce dostaje też mniej przyjemne elektroniczne tło („Wszystkie chwyty dozwolone” z monotonnymi i nerwowymi smyczkami czy wręcz ambientowe „Pękam ze śmiechu”), gitara elektryczna Johna Scofielda i Mitchella Longa („Pękam ze śmiechu” i „Jak głupi pies”), wycofana trąbka („Ogniotrwały uśmiech”), imitacja syreny („Czternastoletnia sanitariuszka myśli zasypiając”).

Monika bardzo delikatnie, ale pełnym emocji głosem pozwala wejść i ten intymny świat miłości nietrafionej w czas, skąd tak wiele smutku i goryczy. Wszystko to pozbawione patosu, ale słowa trafiają czasami jak obuchem: „przeszłam przez kąpiel z ognia, jak wybornie wzmacnia ogień”; „żeby wszystkie kule na świecie trafiły we mnie,to by już nie mogły trafić w nikogo”; „i żebym umarła tyle razy, ile jest ludzi na świecie”; „muszę cię zabić”; „stojąc przed lustrem pękam ze śmiechu”. Te fragmenty nie pozwolą o sobie zapomnieć, chociaż nie brakuje bardziej lirycznych utworów jak „Przestrzeń” czy „Jestem przepełniona miłością”.

„Jestem przestrzeń” jest bardzo oszczędną w formie, ale poruszającą i piękną muzyką. Bardzo szczere i miejscami szorstkie słowa zmuszają do refleksji, głos Moniki wali jak młot, choć jest to jej pierwsza płyta po polsku. By ją w pełni docenić trzeba się zatrzymać i wsłuchać się w każde słowo. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, by kompletnie się w tym zanurzyć. Ale ostrzegam: bardzo uzależnia ta płyta.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Radosław Ostrowski

Smolik Grosiak Mioush – Historie

0005NT57H1QLS6GU-C122

Dziś przypada kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego – heroicznej walki o wolność, wbrew wszystkiemu. Obyśmy nigdy więcej nie musieli dokonywać takiego poświęcenia. I jak co roku Muzeum Powstania Warszawskiego z tej okazji wydaje płyty o tej tematyce. Zanim przejdę do tegorocznego wydawnictwa, opowiem o projekcie z zeszłego roku, w którym maczały palce aż trzy osoby.

Andrzej Smolik – kompozytor, producent muzyczny współpracujący m.in. z Wilkami, Krzysztofem Krawczykiem, Noviką. Natalia Grosik – wokalistka zespołu Mikromusic i autorka tekstów obdarzona bardzo delikatnym, ale silnym emocjonalnie wokalem. Miłosz Brocycki – raper z Katowic, nie bojący się eksperymentów z gatunkami. Razem ta trójka stworzyła concept-album “Historie”, opowiadający losy czwórki bohaterów: Ireny, Alunii, Henryka I Danusi. Każda z postaci dostaje po trzy utwory: instrumentalną kompozycję Smolika z wplecionymi wypowiedziami powstańców (te utwory są nazywane “Archiwum”) i piosenek wykonywanych na przemian przez Natalię Grosiak oraz Miousha (wyjątkiem jest “Henryk”, gdzie pod koniec wchodzi raper). Wszystko zaczyna się od “Ireny” z poruszającymi smyczkami w tle, kapitalnie zgranym z bardzo chwytającym za serce wokalem pani Natalii. Dopiero pod koniec pojawiają się trąbki, klaskanie, kompletnie rozsadzając wszelkimi emocjami. Pozostałe piosenki Grosiak są utrzymane w podobnej stylistyce, choć nie zabrakło mieszanki elektroniki z żywymi instrumentami (poruszająca “Alunia” w połowie niemal eksplodują dźwięki, opisująca rozstanie z ukochanym, co “wojnie oświadczył się”), a nawet psychodeliczno-melancholijny “Henryk” z chropowatą perkusją, wręcz “orientalnymi” smyczkami oraz mocno podniszczonym, nieprzyjemnym wokalem I atakującymi smyczkami jazzową “Danusią”.

W przypadku Miousha jest to bardziej surowa mieszanka rytmicznego bitu, elektronicznych sampli, smyczków, fortepianu, dęciaków oraz gitary. Tak jest w niemal agresywnej “Irenie”, perkusyjno-gitarowej “Alunii” (drugie spojrzenie, tym razem mężczyzny), opartym tylko na smyczkach “Henryk” oraz bardziej bazującej na żywych instrumentach “Danusi”.

Siłą są teksty opowiadające o rozstaniu, wygnaniu, samotności, ukrywaniu się oraz zniszczeniu miasta. Nie mówią o tym wprost, ale szyfrowanie jest zrobione w tak czytelny sposób, że nie da się w tym pogubić. Do tego bardzo szeroko wykorzystywana muzyka tworzy prawdziwą petardę. Wobec “Historii” trudno przejść obojętnie, ale nie czuć tutaj pójścia na łatwiznę czy koniunkturalizmu. Spójna opowieść, chwytająca za gardło, szczera i uczciwa.

Radosław Ostrowski

Bovska – Pysk

pysk-b-iext48587067

Sam pseudonim nic mi nie mówił, ale Bovska nie jest debiutantką. Naprawdę nazywa się Magda Grabowska-Wacławek – wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, grająca na klawiszach. W zeszłym roku namieszała debiutanckim „Kaktusem”, zdobywając nawet nominacje do Fryderyka. Teraz pojawia się następca w postaci „Pysku”, gdzie Bovska znowu odpowiadała za wszystko, wsparta przez Jana Smoczyńskiego.

I znowu jest to szeroko muzyka alternatywna, naszpikowana elektroniką. I to czuć już w kosmicznie brzmiącym „Kosmodronie”, pełnym bardzo przestrzennych dźwięków, echa, przerobionego wokalu w tle. Ale perkusja, delkatnie naznaczająca swoją obecność, rozpędza się w połowie, dając prawdziwego kopa. Tak samo jak nawarstwiający się, pozornie minimalistyczny „Smog, Lastriko” z tak pulsującym bitem, jakbyśmy cofnęli się prawie 30 lat wstecz. Nawet cykające i płynące niczym fale „Ciemno”, gdzie znowu zaskakuje zmienna perkusja oraz w bardziej oszczędnym wcieleniu „Pysk”, w refrenie z intensywniejszą elektroniką oraz mocniejszą perkusją pod koniec. Nawet jeśli całość skręca w stronę 8-bitowych dźwięków (mroczna „Firanka” z przeplatanymi wokalizami), a nawet idzie w konszachty z rapem (psychodeliczny „Wek”), to ciągle przypomina to odwiedzanie Krainy Czarów.

Surrealistyczne dźwięki (przerobiony ksylofon i imitacja mantralnego głosu w „Cyrku”, „tykające” tło w „Nie dzielę na dwa”, agresywniejszy puls w „Autoresecie”), współgra z warstwą tekstową, pełną wieloznaczności, groteski. Więc jeśli za pierwszym razem, nie załapiecie o co chodzi, to jest to stan normalny. Z każdym kolejnym odsłuchem „Pysk” zyskuje na sile, wywracając wszystko do góry nogami. Głosem Bovska uwodzi, czasem melorecytuje, rapuje, a nawet krzyczy. Trudno przejść obojętnie, ale całość jest strawna i „Pysk” poraża. Choć nie wszystko mi się podoba („Autorestart”, „Lubię” i „Haj”), to jednak jest to potężna dawka energetycznego grania popu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Girls on Fire – Siła kobiet

sila kobiet

Kolejny przykład na to, że program typu talent show są w stanie wyłuskać interesujące osobowości. Pod warunkiem, że nie zostaną przemielone do wymogów współczesnego rynku. Trzy panie z Wrocławia: Marta Dzwonkowska, Joanna Cholewa i Monika Wiśniowska-Basel, czyli trio Girls on Fire na pierwszy rzut oka wydaje się tylko kolejnym girlsbandem. Ale debiutancki album “Siła kobiet” to pop z wyższej półki.

To mieszanka czarnych brzmień z funkiem I odrobiną rocka. Już tytułowy utwór zaczyna się z pazurem (gitara oraz nośny refren), wchodzi w ucho z prędkością światła, zostając na dłużej. Parkiet byłoby w stanie podbić funkowe “The Rat Race” z cudnym Hammondem oraz rozpędzonym basem. “Kto da więcej?” zaczyna się od wyliczanki, by dodać cięższą elektronikę (czuć ducha lat 80.) zmieszaną z nośnym refrenem. Podobnie jak w żwawym “No dalej, hej!”, a ducha soulu i jazzu (dęciaki) czuć mocno w bardzo skocznym “Lazybones”. Osoby szukające czegoś intymniejszego oraz spokojniejszego polubią liryczną “Poście-love”, choć pod koniec dochodzi do ostrego wejścia gitary elektrycznej.

Niespodzianką było funkowe i oparte na synthpopowych klawiszach “Social Media”, do których w tle dołącza gitara z fortepianem. Równie syntezatorowe (I mroczniejsze) klimaty podrzuca “Virtual Heroes”, który z każdą sekundą rozpędza się swoimi instrumentami. Powrót do początku daje “Nie!grzeczny bądź” zaczynający się śpiewaną a capella przyśpiewką, by wrócić do popowo-soulowej stylistyki, razem z dynamicznymi “Kłamstwami” czy “Jaka bym była”.

Wszystkie panie radzą sobie świetnie, także śpiewając po angielsku, a wspólne zaśpiewy to prawdziwe petardy. Zarówno w momentach wyciszenia, jak I bardziej ekspresyjnych fragmentach. Także teksty nie tylko skupione na relacjach damsko-męskich (“Nie!grzeczny bądź”), losie kobiety (wyciszone “Do K.”) czy wirtualnym życiu (“Social Media”), ale nigdy nie ociera się o kicz czy banał. Zrobione z pomysłem, bez skrętów w plastik “Siła kobiety” ujmuje swoim bezpretensjonalnym urokiem, pełnym pasji. Czekam na więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

The Fruitcakes – 2

 the-fruitcakes-2-b-iext49884699

Kolejny intrygujący debiut muzyczny, tym razem z Polski. Kwartet The Fruitcakes tworzą Kuba Zwolan (wokal, gitara prowadząca), Łukasz Tymański (perkusja), Przemek Bartos (bas) i Tomasz Ziętek (gitara), działają od 2013 roku. Mocno inspirują się rockiem lat 60., co postanowili pokazać w – przewrotnie nazwanym – debiucie “2”. Wsparci przez producenta Maćka Cieślaka (Skalpel), stworzyli swoje dzieło.

I od samego początku czuć inspirację starym brzmieniem, jakbyśmy wygrzebali jakiś album sprzed 50 lat. Letnim klimatem czaruje “Suntime” z uroczą gitarą oraz przestrzennymi klawiszami. Perkusja luźniej podchodzi w pełnym orientalnego klimatu “Little Girl” (ten sitar i klawisze), czuć troszkę ducha Beatlesów jak w “Whatever I Get”, gdzie pod koniec dostajemy różne piszczałki czy romantycznym “Sleepless” z imitacją klawesyna oraz wspólnym zaśpiewem refrenu. Brudniej robi się w przypadku “Let Inside The Light”, gdzie gitara jest cięższa, a “He’s Calling You” ma w sobie odrobinę psychodelii. W ogóle muzyka jest tutaj lekka, ładna i przyjemna, niepozbawiona też zabawy (zabarwiony organami “Night & Day” czy pianistyczny walczyk “It’s Better”). Na mnie największe wrażenie zrobiło “Dreaming My Days Away”, które klimatem przypominało… “Golden Brown” The Stranglers.

Słychać zgranie zespołu, wokale są zgrane z cała resztą I nie czuć zwyczajnie fałszu. Czuć ducha starego rock’n’rolla z lat 60., ale nie jest tak melodyjny jakby to mogło być. Czekam na kolejny album i jestem ciekawy, co dalej będzie.

7/10

Radosław Ostrowski

Beth Ditto – Fake Sugar

Fake_Sugar_cover

Trudno nie zauważyć Beth Ditto – wokalistki bardzo popularnego w latach 90. Gossip. I nie chodzi tu tylko o gabaryty, ale o spore umiejętności wokalne. Tym razem artystka (po 6 albumach z macierzystą formacją) postanowiła spróbować sił solo, czego efektem jest “Fake Sugar”.

Od strony producenckiej Ditto dostała wsparcie od Jennifer Decilveo, współpracującą m.in. z B.o B., Rynem Weaverem czy Melanią Martinez. Czuć tutaj zarówno popowe ciągoty producentki zmieszane z lekko rockowym zacięciem. Taki jest otwierający całość wyciszony “Fire”, który przy obecności perkusji dokonuje (niewielkiego, ale jednak) przyspieszenia. Równie spokojny jest “In and Out” z nakładajacym się echem, ale tytułowy utwór z aktywniejszą perkusją pasuje do tańca (i jeszcze te cudne chórki). Takiego, bardziej intymnego oblicza się nie spodziewałem, choć zgrabnie wykorzystywana elektronika tworzy specyficzny klimat.

Czy to znaczy, ze brakuje szybszych numerów? Absolutnie nie, bo tempo przyspiesza od połowy wydawnictwa. Taki jest “Savoir Faire”, ocierający się o alternatywny pop, “We Could Run” z “brudną” elektroniką oraz dynamiczną perkusją (końcówka jest świetna), bardziej skoczny “Oh La La” z zakrzyknięciami w tle czy najostrzejszy w zestawie “Go Baby Go” oraz mocne gitarowo “Oh My God”. Dopiero pod koniec płyty wszystko się uspokaja i wycisza jak w niemal eterycznym “Love in Real Life”.

Ditto zaskakuje tym, jak bardzo łagodnie, wręcz delikatnie wykonuje swoje utwory, rzadko pozwalając sobie na ekspresję. To bardzo liryczna płyta, pełna miłości, ale i smutku, co dobrze oddają teksty. I nie jest to w żaden sposób przesłodzone, co w przypadku pop-rockowego grania jest bardzo łatwo. Może troszkę dla mnie było za spokojnie, niemniej “Fake Sugar” jest przykładem dobrej, nieoczywistej, popowej muzyki zrobionej z głową.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski