Pumarosa – The Witch

pumarosa_album_01

Wielka Brytania to taki kraj, gdzie każdy debiutant jest traktowany niemal jak objawienie, zagłaskiwanym przez krytyków. Czy tak będzie też z zespołem Pumarosa? Wszystko na to wskazuje, bo grupa skupiona wokół producenta Dana Careya (współpraca m.in. z Bat for Lashes, Emilianą Torriani czy Franz Ferdinand) oraz wokalistki Isabel Munoz-Newsome (poza nią grupę tworzą basista Henry Brown, perkusista Nicholas Owen, gitarzysta James Neville oraz klawiszowiec John Tomoya Forster).

Zaczyna się to dziwacznym połączeniem elektroniki i smyczków niemal onirycznym “Dragonfly”, gdzie wokal Isabel jest tak delikatny i leciutki, jakbyśmy słyszeli… Kate Bush. Po minucie dochodzi perkusja, gitara z cymbałkami tworzą dziwną parę, by w finale wyciszyć się. Im dalej, tym mocniej czuć skojarzenia ze sceną alternatywną. I nieważne, czy to jest gitarowe “Honey”, ocierające się o garażowo-punkowe klimaty, bardziej rozmarzony utwór tytułowy z elektroniczną perkusją oraz wycofaną gitarą, dając sporo przestrzeni dla klawiszy (końcówka jest porażająca), w podobnym tonie gra “Priestess”, tylko jest bardzo oszczędna w formie, ale gdy w połowie wchodzi saksofon, jest wtedy cudnie. “Lion’s Den” zaczyna się od fortepiano, by przejść do rocka z lat 70. (tak mi się wydaje po gitarze I perkusji), gdzie nawet riffy są zapętlone, a końcówka utworu ostra, wręcz wybuchowa.

Podobnie jak połączenie rozmarzonych, ciepłych klawiszy z mocniejszą gitarą w “My Gruesome Loving Friend” czy oniryczno-jazzowy “Red”, który z sekundy na sekundę rozkręca się w coraz bardziej psychodelicznym kierunku. Mnie zaskoczył w tym zestawie akustyczno-elektroniczny “Barefoot” z bardzo silnym głosem, delikatnie wchodzącą perkusją oraz mroczny “Hollywood” (klawisze jak przesterowane organy), gdzie gitara pod koniec brudzi, by na końcu wejść w taneczny “Snake” wzięty z innych czasów.

Pumarosa debiutem mocno czerpie z przeszłości, jednocześnie brzmi bardzo świeżo i intrygująco, co jest zasługą niesamowitego, hipnotyzującego głosu Munoz-Newsome, zawłaszczającego każdy utwór. Jest kilka mocnych melodii, obiecując rozkręcenie się w następnych albumach.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski

L.Stadt – L.Story

0006LNCBJ3TTQ907-C122

Łódzki zespół L.Stadt kierowany przez Łukasza Lacha, zawsze inspirował się dawnymi brzmieniami oraz zawsze nagrywał płyty po angielsku. Po dwóch albumach i EP-ce, grupa zrobiła duży zwrot i po raz pierwszy śpiewa po polsku. Jaki jest efekt? Pokazuje to trzeci album “L.Story”.

Osiem piosenek, niecałe 40 minut oraz spora przestrzeń dla instrumentów. Już otwierający całość “Strumień świadomości” pachnie odrobinę psychodelią i elektroniką lat 80., co daje na początku zapętlony fortepian, by w refrenie jeszcze rzucił się chór, a pod koniec daje się miejsce dla gitary elektrycznej. Singlowe “Oczy kamienic” kupiły nostalgicznym klimatem, poruszającym tekstem i chwytliwym refrenem. A wszystko skąpane elektronicznym sosem, sklejonym z fortepianem. Można słuchać tego utworu w nieskończoność. Tak samo zaskakuje swoim kolażem krótkie “Halo”, gdzie znowu całość nakręca fortepiano oraz elektroniczna perkusja z szorstkim tłem. Mroczniejszy jest “Most” z zapętloną i niepokojącą gitarą zmieszaną z “kosmiczną” elektroniką, wręcz dyskotekową perkusją oraz przerobionym cyfrowo głosem, kontynuując tą ścieżkę w “Pozwól zasnąć/Idzie sen” (dziwacznie brzmi tam saksofon).

Dlatego kompletnym szokiem może być mieszanka etniczno-gitarowo-elektroniczna w dziwacznym “Gdybym”. A na koniec wszystko wraca do początku, czyli mamy chóralnie odśpiewany refren pierwszego utworu w “Strumieniu” oraz dorzucić niemal sakralne “Od nowa”, oparte na fletach, mrocznych klawiszach I szybkiej perkusji.

“L.Story” jest tajemniczym, frapującym i intrygującym concept-albumem, gdzie postrzelona muzyka i teksty są nieodłącznym elementem spójnej całości. Każdy dźwięk tworzy całość, a świetnie brzmiący głos Lacha oraz wejścia chóralne zwyczajnie miażdżą. Choć czas trwania bardziej pasowałby do vinyla, jest tu multum emocji tak intensywnych, że bardziej się nie da.

8/10

Radosław Ostrowski

De Mono – XXX

b5zn1qm4q144

Kto nie pamięta takich piosenek jak “Statki na niebie”, “Kochać inaczej” czy “Kamień i aksamit”, ale ostatnio o De Mono mówi się z powodu kłótni między obecnymi i byłymi członkami zespołu, a ostatnia płyta zawierała symfoniczne wersje znanych hitów. Więc pora usłyszeć je w wersji akustycznej z okazji 30-lecia działalności. Nie brzmi to zbyt fajnie, prawda?

Ale na początek dostajemy premierowy kawałek, czyli “Próżno nie chcę czekać na twoją miłość” – sympatyczny numer z gitarą akustyczną oraz klimatem takim karaibskim. Jednak im dalej, tym pojawia się pare ciekawych pomysłów jak ubrane w tango “Póki na to czas” ze skocznym akordeonem czy bardzo “płynący” fortepian w “Zostańmy sami”. Także kompletnie podkręcona perkusja I ciepłe klawisze zmieniają nastrój “Statków na niebie”, a saksofon dominuje w “Ostatnim liście”, gitara przyspiesza w skocznej, wręcz tanecznej wersji “Nasza jest cała ta noc”, mocniej atakują dęciaki w “Naszym mieście nocą”. Można się czepiać, że sięgnięto po bardzo znane numery, ale aranżacje dodają im drugiego, ciekawego życia jak w przypadku “afrykańskich” “Kolorów” z fantastyczną perkusją oraz zaśpiewem w refrenie.

Krzywy jest w dobrej dyspozycji wokalnej, jakby głos mu zakonserwowali i nadal ma młodzieńczą energię. Reszta zespołu też dobrze się bawi, a muzyka sprawia wielką frajdę wszystkim. Może brakuje odrobinki szaleństwa, ale efekt jest satysfakcjonujący. Liczę jednak na nowe kawałki.

7/10

Radosław Ostrowski

Radiohead – OK Computer OKNOTOK 1997-2017

Radiohead.oknotok.albumart

Gdy nagrywało swoje płyty Radiohead, wtedy nie interesowałem się specjalnie muzyką. Ale kiedy zacząłem słuchać ostatnich dokonań grupy Thoma Yorke’a, miałem wątpliwości. Kwintet z Abington postanowił jednak zaszaleć I z okazji rocznicy najważniejszego albumu w swoim dorobku (20 lat!!!), dokonali reedycji “OK Computer”, czyli niemal esencji britpopu oraz ich stylu.

Pierwsza płyta to materiał znany, czyli podstawka. Ale dla mnie absolutne novum, z odrestaurowanym dźwiękiem. I jest to mieszanka brudnego, ostrego gitarowego grania, przeplatana elektroniką jak w openerze “Airbag”, gdzie tamburyn oraz mellotron w tle nie są w stanie złagodzić brzmienia gitar, zahaczając o… Orient I skrecze pod koniec. Krótkie pikanie wprowadza do pierwszego hitu z tego materiału, czyli “Paranoid Android” – akustycznego, wyciszonego i delikatnego, ale jednocześnie pełnego elektroniki oraz spokojniejszej gitary elektrycznej, a Yorke niemal brzmi jak nastolatek. Ale w środku dochodzi do ataku gitary z perkusją, by kompletnie zmienić tempo, dodać nakładające się niczym echo głosy I na końcu dołożyć do pieca. Spokojnie, wręcz romantycznie zaczyna się “Subterreanean Homesick Alien”, by zaatakować świdrującą, “kosmiczną” dźwiękową plamą. Mi do gustu przypadł akustyczny “Exit Music (For a Film)” z podniosłym chórem, choć pod koniec zmieniło się brzmienie oraz niemal oniryczne “Let Down” czy gorzkie w treści “Karma Police” z przewodzącym fortepianem. Ciekawostką jest brzmiący jakby wypowiadany przez robota “Fitter Happier”, a w tle przygnębiające smyczki i fortepian. I nawet rock’n’rollowe (choć przesterowane gitary) “Electrioneering” nie jest w stanie usunąć tego poczucia beznadziei w tekście tak samo jak bardzo mroczne i pełne dziwnych tekstur “Climbing Up the Walls” oraz niemal kołysankowe “No Suprises”.

Za to zawartość drugiej płyty intryguje, bo na dzień dobry dostajemy trzy niepublikowane wcześniej utwory: “I Promise”, “Man of War” I “Lift”. Pierwszy poraża swoim rozkręcającym tempem, podkręconym werblową perkusją, drugi jest bardzo melancholijnym popisem klawiszów oraz ostrzejszej gitary, a trzeci kontynuuje ścieżkę “Man of War”. Dalej jest jeszcze ciekawiej: odrobinę jazzujący (perkusja I cymbałki) “Lull”, “Meeting in the Aisle” bardziej miesza elektronikę, gitarę oraz “horrorowe” smyczki, pasażowy “Melatonin” czy ostrzejszy “Polyethylene”. Nie są to tylko zbędne zapychacze, ale pokaz umiejętności muzyków zanim postawili na przerost formy nad treścią.

“OK Computer” mimo 20 lat na karku prezentuje się bardzo dobrze, z dodatkowy dysk nie jest tylko skokiem na kasę wysępioną od fanów. Każda piosenka się klei I tworzy mocny portret zagubionego człowieka, co czuć w tekstach, jak się wsłuchacie.

8/10

Radosław Ostrowski

The Avalanches – Wildflower

Wildflower_Avalanches_cover_art

Nigdy się nie uważałem za wielkiego fana elektroniki, uważając tą muzykę za sztuczną i mechaniczną, jakby zautomatyzowaną. Ale kolejne spotkania z płytami opartymi na tych dźwiękach zmusiły mnie do weryfikacji tych przekonań. Czy tak też będzie z albumem australijskiego duetu The Avalanches? Tworzą go Robbie Chater oraz James Dela Cruz, zajmujący się muzyką, a każdy utwór śpiewa kto inny. W zeszłym roku wydali swój drugi album po 16 (!!!) latach przerwy.

Czy warto było czekać na „Wildflower”? Po krótkim intrze (sample pełne rocka) dostajemy mieszankę sampli, elektroniki i rapu, co widać mocno w „Because I’m Me”, pachnącym muzyką z lat 60. (smyczki, dęciaki, funkowa gitara), a jednocześnie bawią się samą formą, nagle wyciszając podkład i dając tylko wokal czy wrzucając odgłos zmienianej stacji. I takich mieszanek jest multum: singlowy „Frankie Sinatra” ma w sobie i jazzowy sznyt (fortepian i klarnet) zmieszane z mocniejszym bitem i skreczem, do którego dochodzi jeszcze chórek, podkręcone dźwięki „robotyczne” w „Subways” czy zapętlony funk z lat 70. („Going Home”). Dorzucą jeszcze perkusjonalia (niemal taneczny „If I Was a Folkstar”), przerobione głosy brzmiące jakby to dzieci śpiewały („Colours”) czy odgłosy jedzenia w skocznym, brzmiącym niemal z dziecięcej bajki „The Noisy Eater”. Duet miesza, zaskakuje i podkręca, ciągle dodając coś innego, nieoczywistego.

Problemem dla wielu mogą być krótkie przerywniki między piosenkami, ale stanowią one spójną całość z resztą co słychać w tytułowym utworze. Dla mnie jednak problemem jest to, ze w połowie (czyli od „Live a Lifetime Love”) całość zaczyna tracić tempo, będąc zdominowanym przez przerywniki. Zdarzają się ciekawe strzały jak niemal baśniowy „The Wozard of Iz”, zapętlony „Sunshine” czy finałowy „Saturday Night Inside Out”, to jednak za mało, by nazwać całość więcej niż przyzwoitą.

I więcej z tego chaosu po prostu nie dało się wycisnąć. „Wildflower” z jednej strony pachnie przepięknie, zachwyca, z drugiej wprawia w stan zamulenia. Sami musicie zdecydować, co wolicie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kazik & Kwartet ProForma – Tata Kazika kontra Hedora

tata-kazika-kontra-hedora-b-iext49261289

Tata 2, Tata Kazika niedługo przyjdzie pora
Tata Kazika kontra Hedora

Tak 20 lat temu w piosence “12 groszy” Kazik zapowiadał coś, czego miało nie być. Jak się okazało, archiwum teksów jego ojca jest bardzo bogate, a nagrane z Kultem dwie płyty to tylko mały procent całości. Tym razem jednak Staszewskiego wsparł Kwartet ProForma i musiała z tego powstać ciekawa rzecz.

Po krótki intrze złożonym z fragmentów wypowiedzi Stanisława Staszewskiego, dostajemy zestaw piosenek utrzymany w stylistyce rockowo-knajpiarskiej, jakby zrealizowano to w dawno minionym systemie. Obowiązkowo pojawia się gitara elektryczna i akustyczna, fortepian, akordeon, trąbka oraz perkusja – jakby za czasów Kultu nagrywającego piosenki starszego Staszewskiego, czyli z lat 90. Niemal uliczne tango “1947” (akordeon błyszczy), singlowa “Ta droga była daleka” z szybką grą fortepiano I cudnym riffem w środku, bardzo liryczny “Ogrodnik” zmieniający tempo w środku, galopując na złamanie karku w przeciwieństwie do nostalgicznego “Mostu”. A kiedy myślicie, że będzie tak spokojnie to dostajemy marszowo-rockowy “Klub Cynicznych Egoistów”,  podchmielony “Kongres Nauki Polskiej”, który mógłby spokojnie zostać zaśpiewany przez Marka Dyjaka, by wrzucić wyższy bieg przy “Starszym asystencie Johnie”.

“Leonardo” jest zmianą klimatu na bardziej jazzowy klimat, a początek troszkę przypomina “Do Ani”, by w połowie przyspieszyć klawiszami I trąbką, a ostra gitara powraca w mrocznym “Ay pee, ah yee”, gdzie zaskakuje obecność… mandolin. Z kolei “Jest między nami obcość” atakuje bardziej podniosłym nastrojem (ta atakująca perkusja oraz bardziej operowy głos na początku), by zmienić całość w skoczny numer do tańca. Wszystko wraca do normy przy “Gdybym miał kogoś” oraz gorzkiej “Zmysłowej i pijanej” (wyjątkiem od tej reguły jest pachnący Black Sabbath “Apel poległych”).

Kazik prezentuje się wokalnie dobrze i czysto, co wielu może się nie podobać. Ale w tym całym akompaniamencie pasuje tak, jak powinien. Kwartet równie mocno jest zgrany z Kazikiem, że mogliby śmiało grać jako Kult. No i jeszcze te teksty, pełne gorzkich obserwacji, rozczarowań, smutku, ale niepozbawione humoru. Czy jest tutaj miejsce na nowego “Baranka” czy “Celinę”? Czas pokażę, a nawet jeśli nie, nie zmienia to faktu, że Kazik nadal ma coś do powiedzenia i ciągle jest w dyspozycji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Marc Cohn – Careful What You Dream: Lost Songs and Rarities

Careful_What_You_Dream

Artystów jednego przeboju było, jest i będzie całe mrowie. Dlaczego nie udało im się wylansować więcej niż ten jeden pamiętny utwór? Nie wiadomo. Jednym z takich wykonawców jest niedawno świętujący 58 urodziny Marc Cohn, którego utwór “Walking in Memphis” z debiutanckiej płyty słyszał niemal każdy. W zeszłym roku artysta z okazji 25-lecia działalności wydał nietypowy album.

Jest to zbiór piosenek, które napisane zostały przed wydaniem debiutu, ale nigdy nie zostały opublikowane. Słychać, że to nagrania z prób (obecność realizatorów), bo słychać realizatorów oraz krótkie próby. Cohn i fortepian są niemal idealną parą, co pokazuje bardzo poruszający “Maestro”, walczyk “Nowhere Fast” ze wsparciem akustycznej gitary (podobny duet, acz bardziej melancholijny jest w “From the Faraway Nearby”, gdzie strunowiec jest traktowany na równi i dochodzi mandolina ze skrzypcami). Ten minimalizm oraz pozorna monotonia okazuje się kluczem do sukcesu, ale ciągle dodawane są różne instrumenty: delikatna elektronika i perkusja (troszkę przypominająca Petera Gabriela “The Color of Monday”), romantyczna gitara elektryczna (“The Good in Everyone”), płynące pięknie smyczki (“Hold on for Me” oraz niemal orkiestrowa wersja “Nowere Fast”). Ale najważniejszy zawsze jest fortepian oraz mocny, bardzo emocjonalny wokal Cohna. Obydwie te rzeczy wystarczą w zupełności, by zbudować klimat, co świetnie pokazuje w “Street of Windows” czy przepięknym “Silent Movie”.

Bardzo ciepły, delikatny, ale i bardzo przejmujący to głos, opowiadający proste, ale niegłupie historie. I ostrzega: uważajcie o czym marzycie. Jest to brzmienie takie, które kiedyś zwano eleganckim popem zrobionym z żywych instrumentów, a nie opierając się na plastikowym umpa umpa, więc przejdzie bez echa. Co nie znaczy, że jest to dzieło pozbawione jakiejkolwiek wartości. Szlachetny pop w dobrym wydaniu I stylu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Katie Burden – Strange Moon

a1537124247_10

Dawno nie było jakiegoś interesującego debiutu. Mimo, że album wyszedł jesienią zeszłego roku, dopiero teraz znalazłem czas, by podczas deszczowego szaleństwa zmierzyć się z nim. Jest to dzieło Amerykanki pochodzącej z Colorado, przez chwilę mieszkającej w San Francisco, a obecnie krążącej po Nowym Jorku – mieście bohemy, sławy i kasy. Pokręcili się wokół niej pewni muzycy (m.in. gitarzysta Jet Turner i perkusista/producent Norm Block), pomagając przy nagraniu EP-ki „My Blind Eye”. I w zeszłym roku wyszedł pełnoprawny album.

Już okładka sugeruje kosmiczne wrażenia oraz stylistykę psychodeliczną w duchu hippisowskim. Takie wrażenie pokazuje otwierający całość „Don’t Ask” z dziwacznie przesterowaną i brzmiącą niczym elektroniczne echo gitarą. Dołącza do niej po pół minucie niemal werblowa perkusja, zmieniając tempo i budując poczucie dziwnej przestrzeni. Atak elektroniki niczym syrena alarmowa towarzyszy przez całe „Run for Your Life” kontrastowana łagodnym fortepianem oraz cieplejszym refrenem. I wtedy następuje skręt w stronę melodyjnego pop-rocka w „I Can See It Clear”, gdzie szansę wykazać dostaje gitara oraz bardzo melancholijnego, gitarowego, pełnego mroku „Cut The Wire”, które mogłoby się pojawić na soundtracku do filmu Davida Lyncha. Podobnie jest z bardzo minimalistycznymi „Ears”, które po minucie pokazuje swoje ciemniejsze oblicze (elektronika znowu robi swoje), by uspokoić wszystkich w magicznym „Hunter”.

Psychodelia wraca w utworze tytułowym, gdzie dziwacznie brzmi perkusja oraz bardzo oniryczna elektronika, by w połowie znowu zmienić kompletnie instrumentarium, tempo i klimat, stając się bardziej powściągliwe. „My Kind” to powrót do melodyjnego popu, podobnie jak bardziej rockowy „Too Good for Love”, a finałowe „Coffee” nadal czaruje mrokiem.

Burden ma głos bardzo delikatny i miejscami mocno przeszywający na wskroś, a jednocześni taki bardzo niedzisiejszy. Tajemniczy, zmysłowy, czarujący – te słowa cisną mi się w pierwszej kolejności i nie poradzę na to. Księżyc wieczorem o tej porze roku wydaje się dziwaczny, ale i piękny. Tak jak „Strange Moon”.

8/10

 

Radosław Ostrowski

Kansas – The Prelude Implicit

Kansas-The-Prelude-Implicit

Jak wszyscy wiemy, ojczyzną rocka progresywnego była Wielka Brytania. Ale jest pewien zespół grający ten nurt na początku jego istnienia w Stanach Zjednoczonych. To weterani z zespołu Kansas, których przeciętnych słuchacz kojarzy z poruszającego „Dust In The Wind” oraz hard rockowego „Carry On Wayward Son” (ostatnio przerobione przez Anthrax). Od ostatniej płyty formacji minęło 16 lat i w tym czasie frontman oraz klawiszowiec Steve Welsh (w 2014 roku przeszedł na emeryturę), zastąpiony przez Ronniego Platta. Z pierwotnego składu ostał się tylko perkusista Phil Eilart oraz gitarzysta Rich Williams. Tak powstało zeszłoroczne dzieło grupy – „The Prelude Implicit”.

Czy warto było czekać? Zaczyna się od szybkich uderzeń perkusji oraz przestrzennych klawiszy w „With This Heart”, do której dołącza się gitara oraz skrzypce, nadając wręcz epickiego rozmachu. Ciężej i mocniej się dzieje przy „Visibility Zero”, gdzie gitara pozwala sobie na więcej, tłumiona przez klawisze. Spokojniej się robi przy „The Unsung Heroes”, gdzie znów klasę pokazują smyczki oraz fortepian. I jeszcze całkiem niezły, podniosły riff. Problematyczne jest „Rhythm In The Spirit”, który zaczyna się hardrockowym ciosem gitarowo-klawiszonym, by w zwrotce zmienić się w banalny, popowy kawałek jakich wiele. Ale to tylko na pierwszej zwrotce, potem wszyscy dają do pieca, by na koniec się wyciszyć. Stary fanom na pewno spodoba się poruszające, akustyczne „Refugee” oraz utrzymane w duchu progresywności 8-minutowe „The Voyage of Eight Eighteen”, gdzie muzycy mają szansę się popisać swoimi umiejętnościami. Równie ostry jest mocarny „Camuflage” z bardzo soczystym riffem, napędzającym całość oraz mocarne „Crowded Isolation”.

Problemem dla mnie jest bardzo delikatny wokal Platta, który bywa zagłuszany przez instrumenty i nie zawsze jestem w stanie zrozumieć padające słowa.  Brakuje w nim mocy, jakby ktoś mu nie dał wystarczającej siły. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły czy słaby wokalista, tylko miałem wrażenie, że nie pasuje do reszty składu. Ale nie zmienia faktu, że weterani nadal potrafią oczarować swoją muzyką, nie rezygnując z klimatu oraz popisów instrumentalnych. To dużo jak na grupę, która teoretycznie powinna być w muzeum.

7/10

Radosław Ostrowski

Krystyna Prońko & Sławek Wierzcholski – Samotna kolacja

samotna-kolacja-b-iext47990815

Połączenie tak intrygujące, że nie można było tego przeoczyć. Ona – jedna z najbardziej cenionych „czarnych” głosów w Polsce, on – frontman legendarnego zespołu Nocna Zmiana Bluesa. Połączył ich piszący teksty Robert Obcowski i zaczęła się tworzyć bardzo intrygująca płyta. Dodatkowo parze towarzyszyła śmietanka doświadczonych muzyków w osobach m.in. Jerzego Styczyńskiego (gitarzysta Dżemu), Ryszarda Sygitowicza (ex-Perfect) czy perkusisty Pawła Dobrowolskiego. I tak narodziła się „Samotna kolacja” – bardzo intymna, refleksyjna muzyka.

A że taka będzie, to widać już po okładce. Jest to mieszanka gitary, jazzu i soulu, prowadzonego w formie dialogu między wokalistami. Czasami jest to bardzo spokojne i lekkie brzmienie („Nieokreślony” czy jazzujące „Małe podróże” z pięknym fortepianem), czasem mocniej dołoży harmonijka ustna („Moja ambicja”), gitarka popłynie i zabuja („Śmiesznie uparty”), doprowadzi do tańczenia („Jedynie przyjaźń”) lub wrzuci surowe riffy („Druga taka osoba”).

Płynie ten album niespiesznie, chociaż nie brakuje skocznych numerów. Jednak prawdziwą siłą są bardzo refleksyjne teksty: o przyjaźni, wierności swojej muzyce oraz swoim zasadom, niespełnionych ambicji, a jednocześnie o tęsknocie, samotności. Nie jest to całkowicie na serio, bo odrobina humoru potrafi być zbawienna. I jeśli do tego dodamy spokojnego Wierzcholskiego oraz bardziej ekspresyjną Prońko, to mamy prawdziwy koktajl. Nie zmieni to mocno świata, ale i tak zagwarantuje dobrze spędzony czas w miłym towarzystwie.

7,5/10

Radosław Ostrowski