Korn – The Serenity of Suffering

Korn-The_Serenity_of_Suffering-album_cover

Był kiedyś taki czas, że Kron był jedną z popularniejszych grup nurtu muzycznego zwanego nu metalem. Ale ostatnie lata dla kapeli Jonathana Davisa nie były zbyt udane – eksperymentowanie z dubstepem, większa obecność elektroniki – odrzucała dawnych fanów, a nowych nie przybywało zbyt wielu. Więc Korn postanowił sięgnąć po sprawdzonego producenta Nicka Raskulinecza i wrócić do korzeni z zeszłorocznym albumem „The Serenity of Suffering”. Czy w pełni się to udało?

Jak najbardziej, co daje już otwierający całość „Insane” – jest ciężko, mroczno i duszno, gitara tnie, nawet obecność smyków nie łagodzi brzmienia. No i Davis growluje jak nigdy przedtem, ustawiając wszystkich do pionu. Także wybrane na single numery, mimo pewnej prostoty, dają prawdziwego kopniaka w cztery litery: mocarny „Rotting in Vain” oraz „Take Me”. Dominują tutaj surowe riffy, ostry i mroczny klimat, a Davis przypomina sobie jak to jest mocno dołożyć do pieca, nawet w tak niepozornym „The Hating” z wolnym wstępem, gdzie gitara gra jakby to był tykający zegar. Moc ma też „A Different World”, gdzie wsparcia wyjącego udzielił Corey Taylor ze Slipknota, a elektronicze tło tylko nakręca poczucie zagubienia i obłędu.  Całość jest bardzo wyrównana i trzyma poziom, choć dla wielu te kawałki mogą zlewać się w jedno. Ostrzejsze, ogrzane soczystym wstępem „Everything Falls Apart”, pełne mruczenia „Die Yet Another Night”, perkusyjne bombardowanie w „When You’re Next In Line” – dzieje się tu wiele.

Jedno nie pozostawia wątpliwości – mroczne czasy Korna, pełne zagubienia oraz gonienia za trendami zniknęły. Grupa wróciła do tego, co umie najlepiej i atakuje z całą wściekłością, mocą oraz surowością. Może nie wszystkie kompozycje zapadają w pamięć, ale i tak jest to dobre. Nawet dodane do wersji deluxe 3 utwory nie są tylko wypchanymi dodatkami, by wysępić dodatkowy szmal od fanów. Z obłędem  zdecydowanie im do twarzy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Blondie – Pollinator

Blondie%27s_%22Pollinator%22_album_cover

Pamiętacie taki zespól Blondie? Jeden z prekursorów punk rocka (obok Ramones i Sex Pistols), który mieszał tak naprawdę różne gatunki: od rocka przez disco, funk i reggae, osiągając szczyty popularności w latach 80. Potem doszło do rozpadu, a Debbie Harry i spółka skrzyknęli się pod koniec lat 90. (ze starego składu ostali się tylko gitarzysta Chris Stein i perkusista Clem Burke), czasy się zmieniły, a grupa nie odnosiła tak spektakularnych sukcesów. Nie mniej nie odpuszczają, dzięki czemu trafiła jedenasta studyjna płyta.

Przy „Polimatorze” od strony produkcyjnej wsparcia udzielił John Congleton, zaś utwory na albumie są stworzone przez takie postacie jak Johnny Marr (gitarzysta The Smiths), Sia, David Sitek (TV On The Radio) czy Nick Valenci (The Strokes). Nad całością czuć ducha dawnego, przebojowego oblicza Blondie, co czuć już w energetycznym „Doom or Destiny”, gdzie wokalnie wsparcia udzieliła Joan Jett. Szybkie riffy, delikatne i rozbuchane klawisze, dynamiczna perkusja – brzmi jak czad? I tak też jest. Echa nieśmiertelnego „House of Glass” czuć w rytmiczno-nostalgicznym „Long Time” czy delikatnym „Already Naked” z zadziorniejszą gitarą w refrenie. Potencjalnym killerem imprezowym jest singlowe „Fun”, gdzie mamy nośny refren, chwytliwą nutę, funkową gitarę i dyskotekową perkusję z lat 70. oraz niemal punkowy „My Monster” (ta gitara szaleje). Nie brakuje też miejsca na bardziej romantyczne fragmenty, gdzie szansę ma się popisać klawiszowiec w „Best Day Ever” czy mroczniejszym „Gravity”, nie wspominając o niemal akustycznym „When I Gave Up on You”. Nie brakuje i dęciaków (niezły „Love Level”).

Blondie trzyma się swojej stylistyki, a wokal Debbie Harry jest na tyle wyrazisty, że nie można jej z nikim pomylić. Ale wiek zrobił swoje (wokalistka ma już 72 lata!) i choć nie ma on takiej mocy (wokal, nie czas) jak kiedyś, to nie wywołuje ona rozdrażnienia. Jest to solidny poziom, jakiego wiele osób może pozazdrościć.

„Polinator” to powrót Blondie do dobrej formy i przyjemnego, przebojowego popu zrobionego w starym, lecz nie archaicznym stylu. List przebojów i nowych fanów raczej nie zdobędą, ale nie mają czego się wstydzić. Dinozaury nadal się fajnie gibają i nie zamierzają jeszcze przenieść się do muzeum.

7/10 

Radosław Ostrowski

Yann Tiersen – EUSA

YannTiersen_Eusa_Packshot-584x584

Ten francuski kompozytor stał się rozpoznawalny na całym świecie dzięki ścieżce dźwiękowej do film “Amelia”. Nie znaczy to jednak, że Yann Tiersen zrezygnował ze swojego barwnego dźwiękowego świata, co pokazał na poprzednim wydawnictwie, czyli „Infinity”. Tym razem maestro poszedł w bardziej klasyczne brzmienie, co wielu mogło wprawić w konsternację.

Całość jest niepowtarzalna, oparta tylko na fortepianie. W „Hent I” uderza wejście dziwacznego odgłos jakby ptaka, do którego dołącza fortepian – pojedynczo atakujący swoja delikatnością – z szumiącym wiatrem, zupełnie jakbyśmy byli w jakimś lesie. Do tego jeszcze pojawia się kobiecy głos melorecytujący po francusku, by płynnie przejść do przypominającego Michaela Nymana „Pern”, szybkiego walczyka, zmieniającego się w bardziej mroczny „Hent II”, wracajacy do melodii z początku.  I tak jak wcześniej, melodia staje się powolna, wręcz ospała. Te części, robiące za przerywniki są dość krótkim momentem (wyjątkiem jest część IV, bardzo zapętlona i dziwaczna oraz finałowa część VIII), dla całej reszty pięknej muzyki jak w pozornie wolnym „Porz Goret” (troszkę przypominał Abla Korzeniowskiego), gdzie powoli zaczyna się rozkręcać i kończy odgłosami ptaków czy następującym potem „Lok Gweltz”.

Tiersen zmienia tempo, choć pozornie wszystko wydaje się bardzo podobne do siebie. Rozpędzony „Kereon” bardziej przypomina grę na gitarze elektrycznej (to zapętlenie na początku jest cudowne), długi i zmieniający rytm „Roc’h Ar Vugale” z szumem morza na początku i wyciszeniem na końcu czy bardzo rozmarzony „Penn Ar Lann”. A finałowy „Hent VIII” i poprzedzający go wręcz taneczny „Kadoran” rozsadza na czynniki pierwsze. Album zdecydowanie do słuchania w pojedynkę, wymagający otwartego umysłu oraz skupienia. Wtedy jest w stanie pokazać się z najlepszej strony.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maciej Balcar – Znaki

0006D9D9G59XXWR2-C122

Każdy fan polskiego rocka zna Macieja Balcara, czyli obecnego wokalisty Dżemu. Ale wokalista próbował też wydawać własne płyty z muzyką dość odmienną od formacji. Nie inaczej jest w „Znakach”, będących mieszanką delikatnego rocka zmieszanego z bluesem oraz bardziej refleksyjno-poetyckimi tekstami.

I to już czuć w pianistycznym „Trafie”, przyjemnie bujającym numerze, gdzie dochodzą łagodnie grające gitary. To bardziej liryczne oblicze Balcara jest konsekwentnie budowane do samego końca, czy to w zgrabnym, niemal tanecznym „O maku” (płyną te gitary) z bardzo chwytliwym refrenem, przesyconym folkiem „Do ludzi” (prześliczne solo smyczków, także w cudnych „Gruszkach”). Nie boi się także eksperymentować, co czuć w pełnym elektroniki, agresywnym „Wiarusie”, który wprawił mnie w osłupienie.

Dla fanów bluesa jest gitarowo-harmonijkowe „Dzień mija” oraz 7-minutowy „Trzecia rano”, a osoby szukające ostrego grania dostaną je w niemal hard rockowym „Ogarnij”. W tych numerach Balcar czuje się jak ryba w wodzie i od „Dzień mija” mocniej naznaczona jest obecność gitary elektrycznej. Zarówno w refleksyjnym „Pamiętaj” (gitara + smyki = świetna rzecz), jak i wcześniejszych numerach czuć kopniaka. A na koniec dostajemy romantyczne „Pokochaj” z obowiązkowo pięknym fortepianem.

Balcar pokazuje swoje bardziej refleksyjno-romantyczne oblicze i mimo mocnego głosu, potrafi uwieść nim i nie dziwi mnie to. Także bardzo delikatne, refleksyjne teksty, bez popadania w banał czy nadmierny patos. Piękny album, który najlepiej słucha się z drugą połówką.

8/10

Radosław Ostrowski

Maja Kleszcz & Kwartet Prowincjonalny – Dudzie-Graczowi

dudzie-graczowi-b-iext48340519

Z panią Kleszcz miałem kontakt słuchając ostatnią płytę nagraną z IncarNations i przykuła uwagę swoim magnetyzującym wokalem. Tym razem artystka połączyła siły z Kwartetem Prowincjonalnym, by oddać hołd jednemu z najsłynniejszych polskich malarzy XX wieku – Jerzemu Dudzie-Graczowi. Pomóc miały w tym teksty napisane przez córkę artysty, reżyserkę teatralną  Agatę, z którą Kleszcz wielokrotnie współpracowała.

Efekt jest porażający. Już na dzień dobry dostajemy bardzo oniryczne „A pod Częstochową”, gdzie smyczki z cymbałami tworzą aurę nierzeczywistości. Gdy do tego zestawu dodamy głos Mai, trudno oderwać uszy i wymazać utwór z pamięci, mimo że druga połowa utworu jest instrumentalna.  Ten zestaw dźwięków będzie nam towarzyszył do samego końca, ale nie ma tutaj miejsca na nudę. Intryguje „Mój anioł się sprzedał niedrogo”, który zaczyna się bardzo spokojnie, by w połowie kompletnie przyspieszyć i dodać bardziej mroczny. Bardziej „knajpiarski” w duchu Toma Waitsa jest „Będzie ci źle” z gorzkim tekstem (podobnie brzmi tango „A może miałby pan ochotę”) oraz bardzo minimalistyczna „Modlitwa o Nie-Bycie” z dziwacznym echem w tle. Powrót do „egzotyczności” serwują „Lęki jak…” z podkręconą grą skrzypiec oraz oparte na perkusjonaliach „Zostawiłam ręce oparte”.

Każdy z tych utworów się mocno wyróżnia czy to odrobinę absurdalnym humorem (dwuznaczne „A może miałby pan ochotę”), atmosferą wręcz mistyczną. Nad wszystkim czuć ducha Kapeli ze wsi Warszawa, która też czerpała z etnicznej stylistyki. Choć niektóre fragmenty mogą wywołać przerażenie (bardzo powolny i długi „Jurajski”, pokazujący mocno surrealistyczny obraz), to jednak trudno odmówić całości bardzo spójnego klimatu oraz uroku. Sam głos Mai bardzo dobrze współgra z muzyką, tworząc wrażenie niemal mistycyzmu. Wiem, że wielu może odrzucić ten klimat, ale rzadko tego typu połączenie pojawia się w muzyce popularnej i warto dać szansę. Ja jestem oczarowany.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bobby Kimball – Mysterious Sessions

a4111100574_16

Przez wiele lat Bobby Kimball był rozpoznawalnym wokalistą zespołu Toto, grając z nimi na początku swojej działalności do 1984 roku. Potem jeszcze wrócił w latach 90., ale ciągle grywał solowo. I w zeszłym roku wydał dość nietypowy album, gdzie zagrał swoje znane z macierzystej formacji piosenki plus kilka swoich ulubionych. Różnica w tym, że pozapraszał paru gości i tak wyszło to cudo.

Początek jest mocny i soczysty, bo takie zawsze jest „Hold The Line”, nawet jeśli nie jest specjalnie modyfikowane. Utwór broni się po prostu sam, a gitara nadal ma w sobie ten czad jak w dniu nagrania. Drugi w zestawie jest cover Pink Floyd „Have a Cigar”, gdzie wokalistę wsparli Mike Porcaro z Toto, Bruce Kulick z Kiss i Greg Bissonnette (współpraca m.in. z Davidem Lee Rothem i Joe Satrianim). Od oryginału różnią go mocniej grane riffy, choć klawisze zdradzą wpływ grupy Rogera Watersa. Coverem jest też zadziorne „Get Back” z udziałem muzyków Yes: Tony’ego Kaye’a i Alana White’a oraz wyciszone „I’m Not In Love”. Bardziej podniosłe jest „Who’s Crying Now” z klawiszowym wsparciem Billy’ego Sherwooda, dającego tutaj radę. Ale kompletnym strzałem jest „Africa”, pełna bogatych ozdobników etnicznych w postaci fletów, cymbałków, sitara i perkusjonaliów, dających prawdziwego kopa (za to odpowiadają Patrick Moraz i Nektar). Dalej też pojawiają się drobne smaczki jak gwałtowne solo saksofonu w „Give a Little Bit”, funkowa gitara w „Something About You” czy poruszające smyczki w „The Dance”.

Wszystko to spina mocny wokal Kimballa, który mimo lat nadal ma w sobie wiele siły. I miejscami tylko on jest w stanie uratować piosenkę przed porażką jak w przypadku „I’m Not In Love” czy troszkę na siłe wciśniete „Please Come Home for Christmas”. Na finał dostajemy niezapomnianą „Rosannę”, która częściowo nagradza wszelkie niedoróbki.

I mam problem z tą „nową” płytą ze starym materiałem. Kimball ma głos, muzycy znają się na swojej robocie i trudno się do czegokolwiek przyczepić. Tylko to wszystko jakoś nie angażuje i nie wciąga, sprawiając wrażenie mechanicznej roboty i solidnego rzemiosła. Zaledwie porządna robota, która może (choć nie musi) zainteresować osoby chcące poznać Toto oraz klasykę rocka lat 70.

6,5/10

Radosław Ostrowski

 

Anathema – The Optimist

The_Optmist_%28Anathema_album%29

Brytyjska progresywna formacja Anathema kierowana przez braci Cavanagh skupiła moją uwagę przy znakomitym „Weather Systems” z 2012 roku. Następca („Distant Satellites”) już nie zrobił na mnie takiego wrażenia, więc z pewnymi wątpliwościami podchodziłem do najnowszego dzieła. czyli „The Optymist”. Ale może tym razem będzie więcej niż dobrze?

Za produkcję odpowiada Tony Doogan, najbardziej znany ze współpracy z Mogwai oraz Belle & Sebastian. Czyżby prog-rockowa grupa miała zamiar uprościć swoja muzykę? Początek jest krótki i tajemniczy w postaci „32.63N 117.14W”, gdzie słyszymy jazdę samochodem, sapanie, kopanie, by skończyć na włączeniu radia. Kończący fragment minimalistyczna, elektroniczna perkusja nakręca „Leaving It Behind”, gdzie odzywa się mniej przyjemna gitara, a głosy braciszków podkręcają poczucie niepokoju. Druga połowa to przyspieszenie tempa oraz wręcz kosmiczną elektronikę. Petarda, po której dostajemy spokojniejszy „Endless Ways”, do którego wprowadza nas fortepian z ciepłym głosem Lee Douglas. Lecz po minucie robi się coraz agresywniej i ostrzej, co jest zasługą zmieniającej tempo perkusji, by na koniec wyciszyć się… dźwiękiem telefonu. Tytułowy utwór znowu czaruje fortepianem oraz wokalnym duetem, by w połowie zmienić tempo perkusją, a na finał zaatakować tnącymi niczym żyletki riffami. Zaskoczeniem jest instrumentalny „San Francisco” oparty na szybkim temacie pianistycznym, wokół którego dołączają kolejne instrumenty, osiągając wręcz spektakularne wymiary.

„Springfield” tym razem zaczyna się gitarowo-pianistycznym wstępem, do którego dołącza Lee ze swoim czarującym głosem, pełnym ekspresji. Jak dodamy do tego mocniejsze wejścia gitarowe, to mamy kolejnego killera. Tempo zmienia się w oszczędnym „Ghosts”, gdzie elektronika buduje dziwną aurę, tak jak wokalizy i jazzowa perkusja. A gdy dochodzą jeszcze smyczki, robi się po prostu pięknie. Dynamiczniejszy „Can’t Let Go” jest bardziej rozmarzony niż się wydaje tak jak spokojniejszy (lecz nie kojący) „Close Your Eyes”, gdzie pod koniec pojawia się trąbka. To jedyny utwór nie do końca pasujący do reszty. A na koniec muzycy zaskakują „Wildfires”, gdzie wokale brzmią jakby były puszczone od tyłu, a dalej jest w stylu grupy (spokój i coraz silniejsze rozkręcanie) i dostajemy ponad 10-minutowy „Back To The Start”. Morza szum, gitara gra, ładnie śpiewa się, potem perkusja z fortepianem dołączają (by się nie nudzili). I kiedy myślicie, że to wszystko, w środku wchodzą smyczki, jakieś klaskanie, pukanie, otwieranie drzwi, pytanie „How Are You?”  i… cisza. Trwa ona aż trzy minuty, bo ostatnie półtorej minuty utworu to ukryty kawałek, śpiewany przez dziecko.

„The Optymist” to przykład tego, co w zespole z Liverpoolu najlepsze: klimatyczne piosenki grane w typowym dla nich tempie, czyli powoli rozkręcające się kompozycje, chwytające swoim wysmakowaniem oraz energią. Czyste progresywne granie z ładnymi wokalami i drobnymi wstawkami. Z pozytywnymi nadziejami bierzcie ten materiał.

8/10

Radosław Ostrowski

The Baseballs – Hit Me Baby

Hit Me Baby

Tych trzech chłopaczków z Niemiec obserwuje od niemal początku swoje drogi. Sam, Digger i Basti konsekwentnie wyglądają jakby zostali zahibernowani na 65 lat, ciągle lubią rock’n’rolla oraz rockabilly. Do tej pory wydali aż pięć płyt (włącznie ze świątecznymi klasykami) I w zeszłym roku zrobili kolejny album w swoim niepodrabianym stylu. Czy to znaczy, że będzie nudno?

Absolutnie nie, bo nadal panowie się bawią podczas grania. Gitarka tnie łagodnie I skocznie, podobnie jak sekcja rytmiczna z fortepianem. Muszą też pojawić się pstryknięcia oraz wspólnie śpiewane fragment. Na czym polega zabawa? W rozpoznawaniu piosenek, bo wzięto bardzo znane przeboje na warsztat, kompletnie zmieniając aranżację. Utrudnia to skojarzenie, chyba że zaczniecie wsłuchiwać się w tekst. A co przerobiono? Zaczęło się od “Back for Good” Take That, jednak w prawdziwą konsternację wprawiło mnie “Survivor”, chociaż po wstępie pianistycznym powinienem się domyślić. Takich niespodzianek jest cała masa, a rozpoznanie utworów Ace of Base, R. Kelly’ego, Cher, Josha Grobana czy Spice Girls nie będzie takie proste jak się wydaje. Przynajmniej jeśli chodzi o muzykę. “Let’s Talk About a Sex” zmienia się w romantyczną balladę z ciepła gitarą i chórkami, zadziorniejszy stał się “…Baby One More Time” z saksofonami w finale, “Shackles (Praise You)” niemal pędzi ku dzikim preriom, by ustąpić miejsca dzikiemu “Daylight in Your Eyes”. Więcej piosenek nie podam, bo nie chcę wam psuć zabawy.

“Hit Me Baby” to przykład na to, że nawet grając w kółko tą samą muzykę można robić to w ten sposób, by nie wywoływać znużenia. Panowie śpiewają cudnie I odnajdują sie w tej konwencji jak ryba w wodzie, sama muzyka bardzo pozytywnie zaskakuje (choć niby znamy te sztuczki) I trudno nie uśmiechnąć się w trakcie słuchania. Ja przynajmniej nie potrafiłem i wierzę, że jeszcze parę osób też się będzie na tym świetnie bawić.

8/10

Radosław Ostrowski

Kari – I Am Fine

skscykdxwpw4

Ta mieszkająca od lat na Wyspach Brytyjskich wokalistka I producentka ciągle zaskakuje. Już od debiutanckiego “Daddy Says I’m Special” Kari Amirian stała się nowym głosem na polskiej scenie muzyki alternatywnej. Od tego czasu zamieszkała w Leeds i nagrała jeszcze jeden album. Teraz wychodzi trzeci twór, który ma uspokoić wszystkich fanów: „Mam się dobrze”, ale czy na pewno?

I tutaj coraz mocniej czuć mieszankę tego, co było poprzednio – przebojowego popu w wersji alternatywnej, gdzie ciągle czuć skandynawski las. Ale coraz mocniej odzywa się elektronika I skręca to wszystko w kierunku muzyki tanecznej, co zapowiada “Runaway” z zapętlonym wstępem oraz rożnymi przeszkadzajkami, dodającymi dzikiego rytmu. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że słucham odgrzebany album Bjork sprzed lat, tylko bardziej przystępny, pełen brzmień z elektro-popu lat 80.. Nie brakuje i inspiracji Orientem (klawisze oraz imitacja sitaru w “Talk To Me” czy “Sirens”, gdzie weszły niby-flety), perkusyjnych strzałów przeplatanych nakładającymi się wokalami (“Jungle Boy”), dźwiękowymi zabarwieniami trudnymi do opisania, ale tworzącymi ciekawą mozaikę (“Birds of Paradise”).

Fani poprzedniego wcielenie Kari też znajdą coś dla siebie. Jest bardzo rozmarzona, minimalistyczna “Tammy” z cudnym fortepianem oraz rozkręcającą się perkusją, a także finałowa, mieszająca style “Unanswered”. I nawet takie skoczne, szybkie numery jak “War” czy troszkę przypominający OMD “Reason” potrafią zaskoczyć. Więcej wam nie zdradzę, gdyż każdy powinien zapoznać się z “I Am Fine”.

Kari nadal czaruje swoim delikatnym, niemal eterycznym głosem, sklejając wszystko w jedną, spójną całość. I to ma w sobie siłę, nawet jeśli tylko lekko go podnosi. Ta delikatność bardzo silnie łączy się z cała resztą dzieła. Wokalistka zrobiła powolny, ale konsekwentnie poprowadzony krok do przodu. Osobiście wolę Kari z poprzednich płyt, jednak to nowe, bardziej taneczne oblicze nie wywołuje szoku czy konsternacji i parkiety będą szalały.

8/10

Radosław Ostrowski

Natalia Niemen – Niemen mniej znany

0006EO1WLD4GXCVH-C122

Choć wielu współczesnych młodych ludzi może tego nie wiedzieć, Czesław Niemen był jedną z najbardziej wyrazistych postaci w historii polskiej muzyki rozrywkowej, mierzącym się z niemal każdym gatunkiem muzycznym. W świadomości słuchaczy (sporej większości) pamiętany był głównie dzięki przebojom z lat 60. („Dziwny jest ten świat”, „Pod papugami”, „Sen o Warszawie”). Jednak córka artysty, Natalia postanowił nagrać tribute album dla swojego ojca. Nic dziwnego, ale wybór piosenek zasługuje na uznanie, gdyż artystka rzuciła się na piosenki z dwóch ostatnich płyt Niemena („Terra Deflorata” z 1989 i „spodchmurykapelusza” z 2001) i zmieniła aranżacje na żywe instrumenty, w czym pomógł producent Piotr Dziubek.

Zaczyna się od dziwacznego miksu w „Pojutrze szary pył”, gdzie słyszymy na początku fortepian połączony z bardzo egzotycznie brzmiącą gitarą, która potem zmienia się w surową riffową rzeź. Gdy dochodzi do tego sekcja rytmiczna, zmienia się klimat kompletnie, a riffy stają się coraz agresywniejsze i psychodeliczne. Równie ostro jest w jazz-rockowym „Począwszy od Kaina”, gdzie saksofon z gitarami oraz klawiszami tworzy zwarty trójkąt. Ale gdy dochodzi do głosu Krzysztof Zalewski, to jest już pozamiatane. Pianistyczna „Zezowata bieda” zaskakuje rytmem oraz minimalistyczną formą, a „Spojrzenie na siebie” po skręt w progresywne eksperymenty (podniosłe klawisze na początku, skręcające w sposób wręcz bujający – sekcja rytmiczna podkręca atmosferę, a gitara brzmi niemal hard rockowo, by na koniec wszystko się wyciszyło). Mocny rollercoaster, podobnie jak niemal soulowo-funkowy „Trąbodzwonnik”(perkusja z klawiszami brzmią świetnie) z ostrymi wejściami gitary i saksofonu. W podobne rewiry wchodzi „Dolaniedola” z rytmicznym basem oraz funkowymi klawiszami.

Ale nie byłem w stanie przewidzieć jak ładnie gra fortepian w prostym, bardziej jazzowym „Spodchmurkapelusza” pełnym loopów oraz cofania (na początku). I potem wchodzi mroczny „Antropocosmicus” z pulsującym latami 70. „Jagody szaleju” (funkowy bas, szybka perkusja oraz chórek w refrenie). Trzeba pochwalić pomysłowe aranżacje, gdzie nawet znalazło się miejsce na folk (modlitewna „Terra Deflorata” z poruszającym solo skrzypiec i cymbałów) czy bardziej klasyczne wstawki (pianistyczne „Nie wyszeptuj” z szalonymi smyczkami), przez co bogactwo potrafi wręcz oszołomić.

Natalia ma podobną barwę głosu i sposób śpiewania jak ojciec, co nie jest w tym przypadku wadą, czasami jednak potrafi być nadekspresyjna, ale w połączeniu z muzyką efekt jest piorunujący jak po eksplozji granatu. Razem z bardzo wnikliwymi tekstami, gdzie pokazane są różne tematy: od ludzkiej zawiści przez pochwałę natury. To wszystko tworzy fascynujące, wielowarstwowe dzieło, które po każdym odsłuchu tylko zyskuje. Takiego Niemena nie znało zbyt wielu, a popularyzacja może tylko wspomóc.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski