Procol Harum – Novum

Procol_Harum_Novum

Równo 50 lat temu swój debiutancki album wydał brytyjski zespół Procol Harum kierowany przez Gary’ego Brookera. I to właśnie z niego pochodzi najsłynniejszy przebój zespołu, czyli klawiszowy „A Whiter Shade of Pale”. Do tego czasu doszło do rozpadu grupy (front man odszedł na 14 lat), wielu roszad w składzie (z pierwotnego założycielskiego ostał się tylko Brooker) i ciągle nagrywa. Na nowe wydawnictwo trzeba było czekać aż 14 lat. To sporo czasu, ale czy „Novum” jest spełnieniem tego oczekiwania?

Zaczyna się od ładnego pianina w bluesowym „I Told On You”, gdzie tnie gitara Geoffa Whitehorne’a oraz sam Brooker na klawiszach. Klimat zmienia się na cieplejszy w wyciszonym „Last Chance Motel” z wybijającymi się klawiszami oraz troszkę mocniejszym refrenem. Ciężej, choć nadal w duchu bluesa szaleje „Image of The Beast”. Znowu odzywa się gitara, wsparta przez klawisze, mieszające organy z fortepianem, pod koniec pozwalając sobie na odrobinę psychodelii. Uszy mi drażniła plastikowy początek w rozmarzonym „Soldier”, w którym wszystko inne układa się w piękna całość. Kontynuuje tą atmosferę „Don’t Get Caught” z ładną, delikatną gitarą, co w refrenie (razem z klawiszami) pozwala sobie na więcej. Krótkim oddechem jest szybkie (ale krótkie) „Neighbour” z akordeonem, pozwalające sobie na luz.

Kompletnie wprawiło mnie w zaskoczenie nostalgiczne „Sunday Morning” z pięknym klawesynem na początku, werblową perkusją oraz gitarą akustyczną. Nawet te elektroniczne smyczki spinają wszystko w śliczną całość. Pozornie spokojny „Businessman” to powrót do bardziej rockowych brzmień. Podobnie jak najdłuższy w zestawie „Can’t Say That” mający w sobie bluesowy sznyt, zgrabne popisy klawiszowe oraz solówki gitary i perkusji w środkowej części utworu. W zbliżonym stylu, choć bardziej pianistyczny jest „The Only One” i finałowy „Somewhere”.

Grupa nie wywraca niczego do góry nogami, ale powraca w wielkim stylu, czarując i dając wiele pięknych melodii. Głos Brookera nadal ma siłę ognia (troszkę przypomina Zucchero, ale tylko w wyższych rejestrach), reszta grupy też ma swoje pięć minut i przypominają, że mają u siebie gitarzystę nie bez powodu. Żadne „Novum”, ale bardzo wysoka półka.

8/10

Radosław Ostrowski

Piotr Bukartyk – O zgubnym wpływie wyższych uczuć

PiotrBukartyk_OZgubnymWplywieWyzszychUczuc

Ten gitarzysta i wokalista znany jest fanom radiowej Trójki, gdzie w każdy piątek prezentuje swoje nowe piosenki, grane z Krzysztofem Kawałko. Nieuniknione jest jednak to, ze te piosenki (w nikłym stopniu) trzeba także wydać na płytę, gdyż nie każdy ma radio i może posłuchać. Po trzech latach ukazuje się nowe dzieło barda – “O zgubny wpływie wyższych uczuć”, które wydano 2 miesiące temu.

Zaczyna się mocnym ciosem w postaci singlowego “O przyjaźni” z prostą, ale chwytliwą melodią na gitarze akustycznej. Ale w refrenie wchodzi gitara elektryczna (dość łagodna), która pod koniec pozwala na ostrzejszy fragment. Dominuje jednak brzmienie akustyczne, wspierające niski wokal Bukartyka oraz jego bardzo refleksyjne teksty opowiadające o kwestiach natury intymnej (czyli bliskości, przyjaźni, samotności i miłości). Tak jest z łagodnym, melancholijnym “Tylko o nas” czy ocierającym się o western “Niech sobie śpi”. W ogóle duch Dzikiego Zachodu jest tutaj mocno odczuwalny, nawet w bardziej elektrycznym “Leje wieje”, by nagle skręcić w stronę bluesa (“Łajdak i świnia”, “Ten sam punkt”), niemal skocznego walca (“Teraz ci zapłacę”) czy delikatnego folku (“Tusz do rzęs”). Bukartyk nie spieszy się, bo nie ma specjalnie po co i opowiada swoje mikroopowieści, gdzie nie brakuje miejsca także dla humoru (troszkę gorzkiego jak w “Piosence spóźnionego na kolację”).

Sam Bukartyk ze swoim niskim głosem sprawdza się dobrze, chociaż nie jest on najważniejszy, lecz tekst oraz riffy Kawałki, dostosowujące się do tempa I nastroju. Wszystko się tu zgrabnie układa w lekką, fajną całość, ale niepozbawionej głębszej refleksji. Bukartyk nie przynudza, ciągle zaskakując tekstami. I ciągle trzyma poziom.

7,5/10

Radosław Ostrowski

SBB – Za linią horyzontu

0005Y1V1XS9WSB3K-C122

Fani polskiego rocka progresywnego muszą znać zespół SBB. Trzy lata temu do grupy powrócił perkusista Jerzy Piotrowski, więc kapela Józefa Skrzeka dalej działa jako trio. W zeszły roku wydali swój premierowy materiał (po 4 latach przerwy) „Za linią horyzontu”, który miał być powrotem do formy. Czy tak było?

Na dzień dobry dostajemy epickich „Słonecznych wojowników”, gdzie słyszymy ładnie brzmiącą elektronikę, a w tle wspiera ją troszkę ostrzejszą (ale tylko troszkę) gitarę. W podobnym, spokojnym tempie grany jest „Najwyższy czas”, gdzie ciągle wybija się Moog oraz nakładające się głosy Skrzeka (jeden śpiewający, drugi bardziej recytujący). Ale w połowie wchodzi Piotrowicz tnącą gitarą robiąc przebojową solówkę. Mroczniej i wręcz onirycznie robi się w długim, instrumentalnym „360 do tyłu”, gdzie sklejka riffów (brzmiących bardzo egzotycznie), perkusji oraz nakładających się klawiszy tworzy koktajl Mołotowa. Zaskakuje spokojniejszy, ciepły „Goris” zdominowany przez bardzo łagodną elektronikę, jazzowo-reggae’ową perkusję oraz drobne wokalizy Skrzeka. Powrotem do zwartej, szybkiej piosenki jest numer tytułowy ze zwartą solówką Lakisa (w połowie dochodzi do ostrej konfrontacji między gitarą i perkusją), by dać potem odsapnąć wolniejszemu „Pacific”, gdzie Lakis maluje niczym pędzel spokój oceanu. Czuć błogi nastrój przy tym utworze, tak samo w cichym „Zielonym, niebieskim, żółtym” (najkrótszy utwór na płycie), który mógłby się spokojnie znaleźć na solowej płycie Davida Gilmora.

Ale na sam koniec dostajemy „Suitę nr 9”, czyli to oblicze SBB jakie lubią jego najwierniejsi fani. 15-minutowa kompozycja, zaczynająca się niczym szybki, rockowy numer (perkusja pędzi jak szalona), gitara czasami skręca w strone funku, ale klawisze (te ciężkie smyki w tle) tworzą atmosferę niemal z horroru. Wchodzi z impetem i nawet, jeśli pojawiają się chwile oddechu (łagodniejsza gitara od 3 minuty), to nie pozwalają oderwać uszu od pierwszego planu, gdzie szaleje Skrzek na klawiszach, coraz bardziej atakując i dominując do samego końca. Ale okolice 5:30 następuje bardzo ostrożne spowolnienie, chociaż perkusja wydaje swoje ostatnie chwile, a klimat staje się bardziej epicki. Gitara jest podniosła, Skrzek wrzuca swoja wokalizę i czuć prog-rocka z lat 70., by znowu przyspieszyć, a na sam finał dając totalne wyciszenie z cichym głosem Skrzeka, wracając do melodii z początku.

SBB wraca do swojej dobrej formy i fani będą usatysfakcjonowani. Ale czy młodsi też zwrócą uwagę? Obecność na zeszłorocznym Męskim Graniu świadczy, że jest zapotrzebowanie, więc może się trafi jakiś wrażliwy człowiek zaintrygowany „Za linią horyzontu”, iż może sięgnąć po poprzednie dzieła SBB.

7,5/10

Linkin Park – One More Light

Linkin_Park%2C_One_More_Light%2C_album_art_final

Dawno, dawno temu (tak na przełomie wieków) rozpoczął działalność kozacki zespół, który mocno zmieszał ostre rockowe granie z rapem I elektroniką. Linkin Park po dwóch płytach (“Hybryd Theory” I “Meteora”) zyskali rzesze ulubieńców. Potem bywało różnie, brzmienie zaczęli łagodzić I skręcać w stronę popu, ale trzy lata temu albumem “The Haunting Party” wrócili do korzeni. Zapowiadany na ten rok “One More Light” miał pójść w stronę bardziej popowego brzmienia. Ja rozumiem, że nie można ciągle grać jednego i tego samego, bo w końcu wszystkim się to znudzi. Prędzej czy później muzyka przechodzi ewolucję, ciągle zmieniając swoje brzmienie, ale pod jednym warunkiem. Że będzie dobra. Czy tak jest w tym przypadku?

Zaczyna się nieprzyjemnym „Nobody Can Save Me” z płynącą ambientową elektroniką, przerobionymi odgłosami (a’la Indie) i całość jest tak plastikowa, jakby nagrała ją współczesna gwiazdeczka próbująca przebić się do szerszego grona odbiorców. Nawet gitara wydaje się płaska i sztuczna. Chciałbym powiedzieć, ze dalej będzie tylko lepiej. Ale nie. Pianistyczna nuda w postaci „Good Goodbye” ratuje tylko rapowana wstawka Mike’a Shinody (facet jest w świetnie formie przez cały materiał) oraz gościnne wejście Pushy T i Stormzy’ego), troszkę mocniejsze „Talking To Myself” ma całkiem niezły riff na początku, ale dalej jest strasznie elektronicznie (przerobione głosy, „organowe” tło), podobnie jak „Battle Symphony” – batalia jest tu ciężka, z elektroniczną perkusją. Czy w ogóle jest jakiś dobry kawałek? Odpowiedź jest brutalna i brzmi: NIE. Za dużo pójścia z prądem, za mało melodii.

Chester Bennington złagodniał strasznie i wypada strasznie blado. Nawet nie chodzi o to, że nie drze swojej japy, bo ten głos dziwnie pasuje do tej konwencji – tandetno-plastikowej. Już nawet kawałki z „LIving Things” wydają się bardziej wyraziste i zapadające w pamięć od tej mętnej nijakości. Nie taki Linkin Park chcę pamiętać, bo to po prostu kiepskie jest. Może się sprawdzić jako tło podczas pracy, ale to chyba za mało jak na taki zespół. Półgodzinne zło w czystym wydaniu.

1/10

Radosław Ostrowski

Bob Dylan – Triplicate

Bob_Dylan_-_Triplicate_%28album_cover%29

Ubiegłoroczny noblista z literatury Bob Dylan zwyczajnie nie odpuszcza I dalej flirtuje ze standardami amerykańskiej muzyki rozrywkowej. Teraz to Dylan może sobie nagrywać co chce I jak chce, a że ostatnio preferuje klasykę muzyki rozrywkowej, to cóż zrobić. Ale muzyk tym razem naprawdę zaszalał, bo “Triplicate” to nie jedna, lecz trzy płyty po 10 piosenek.

Początek jest ciekawy, bo brzmi to nie tylko jak piosenka nagrana w latach 40., ale też Dylanowi towarzyszy mała orkiestra, a dęciaki dodają koloru w takim “I Guess I’ll Have to Change My Plans”. Sam Dylan gran a swej gitarze niespiesznie, powoli, bo i nie ma się po co ani dokąd spieszyć. Tak jest w “September of the Years”, gdzie wybija się wiolonczela na początku czy gitara pedal steel w niemal hawajskim “I Could Have Told You”. Nawet trąbka ma swoje pięć minut (“Stormy Weather” czy zwiewne “Braggin’”). Problem jest jednak w czymś innym: piosenki zaczynają się po pewnym czasie (po piątej piosencej) sklejać się w jedną papkę, którą trudno odróżnić od siebie. Owszem, pare razy udaje się zmienić I lekko przyspieszyć tempo (“Trade Winds”), co troszkę uprzyjemnia czas i pare razy potrafi ładnie zagrać (“How Deep Is The Ocean”), ale słuchanie 90 minut (!!!) potrafi zmęczyć nawet największego twardziela.

Do tego jeszcze ciężko się słucha samego Dylana – mocno podniszczony, bardziej mruczący i na wyższych rejestrach wręcz sprawiający ból. Męczy się i próbuje ciągle sprawić frajdę swoim fanom, jednak trzeba pochwalić wybór piosenek. To jednak dla mnie za mało, by kolejny raz sięgnąć po “Triplicate”. Chciałbym, by Dylan przestał smęcić I tym razem napisał coś własnego. Przecież potrafił to zrobić 5 lat temu w “Tempest”, więc co szkodzi.

6/10

Radosław Ostrowski

London Grammar – If You Wait

London_Grammar_-_If_You_Wait

O tym triu – jak w większości sytuacji – usłyszałem przypadkowo, lecz nie miałem wtedy czasu ani możliwości przyjrzeniu się bliżej tej grupie z Brytanii. Tworzą ją znajomi ze studiów: wokalistka Hannah Reid, gitarzysta Dan Rotherman i klawiszowiec Dominic Major, a nazwa London Grammar istnieje od 2009 roku. A swój pierwszy album wydali 4 lata temu, podbijając świat. Czy zasłużenie?

Brzmienie to bardzo delikatny, bardzo wymarzony pop pełen zgrabnej elektroniki. Zaczyna całość powoli rozkręcający się “Hey Now” z odbijającą się niczym echo perkusją oraz duchem elektropopu z lat 80. (nawet gitara brzmi jakby z tamtego okresu pochodziła). Równie wyciszony jest “Stay Awake” z bardzo rozmarzoną elektroniką, a wszystko zmienia przyspieszająca perkusja, rozpędzając cale towarzystwo I gwałtownie się kończąc. Ładniej się robi przy gitarowo-pianistycznym “Shyer” oraz bardziej tanecznym “Wasting My Young Years”, choć można odnieść wrażenie, iż piosenki zlewają się ze sobą, tworząc spójny klimat, znany choćby z dokonań The xx (cudny cover “Nightcall”).

Jednak pojawiają się utwory wybijające się z tego monotonnego (ale ładnego) świata. Taki jest przestrzenny “Strong” z pulsującą elektroniką, idący w stronę trip-hopu “Metal & Dust”, przebojowy “Darling Are You Gonna Live Me” z barwnymi perkusjonaliami w tle czy nagrany z Disclosure taneczny “Help Me Lose My Mind”. Nie wywołuje to zgrzytu z resztą wydawnictwa, przez co odbiór jest naprawdę przyjemny.

Panowie grają bardzo delikatnie i ciepło, ale uwagę skupia niesamowity wokal pani Reid, który troszkę przypomina Florence Welsh, tylko młodszy oraz mniej ekspresyjny. Wykorzystuje go w taki sposób, że każdy utwór (dzięki niej) jest w stanie zapaść w pamięć, chwyta za serce, zostając na dłużej. Wersja deluxe debiutu zawiera aż 17 piosenek, co dla wielu może być ciężką barierą. Jednak warto się skusić i dać się zanurzyć w tym klimatycznym dziele, po warunkiem, że poczekacie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lindsey Buckingham & Christine McVie – Lindsey Buckingham/Christine McVie

Buckingham_McVie

Dawno temu w latach 70. (I troszkę 80.) wielką popularnością cieszyła się brytyjska rockowa formacja Fleetwood Mac, która po latach planowała powrócić z premierowym materiałem. W 1998 roku grupę opuściła jedna z dwóch wokalistek, Christine McVie. Ale trzy lata temu kobieta, postanowiła wrócić do macierzystej formacji I zamknęła się w studio, razem z gitarzystą Lindsayem Buckinghamem, by na nowo docierać. Tak zaczęła się tworzyć płyta, która miała być nowym dziełem Fleetwood Mac (duet wsparli pozostali członkowie zespołu, poza Stevie Nicks, która wydała w międzyczasie udaną, solową płytę), ale ostatecznie została wydana pod szyldem duetu Buckingham/McVie. Premierę miała wczoraj I postanowiłem rzucić okiem.

Zaczyna się bardzo delikatnie, wręcz letnio, bo taki jest “Sleeping Around The Corner” – spokojna gitara, bardzo minimalistyczna, choć ciepła perkusja, ale wtedy wchodzi niezbyt przyjemna elektronika – taka chropowata I przyciężka, a jedynie wstęp I koniec są najładniejszymi fragmentami tego utworu. Wszystko się zmienia (na lepsze) przy bardziej tanecznym “Feel About You” (znowu cudne perkusjonalia budzące skojarzenia z pobytem na jakiejś wyspie) z wpadającym w ucho refrenie czy singlowy “In My World” z ładnym wstępem na gitarze akustycznej i basie (a w środku ładny fortepian). Czasem więcej do powiedzenia ma perkusja (śliczne “Red Sun”), przyłoży I zabuja gitara akustyczna (ciepłe “Love Is Here To Stay”), rozmarzy elektryczna („Lay Down for Free”), a sekcja rytmiczna lekko się pobawi tempem („Too Far Gone”). I obowiązkowo musi pojawić się nastrojowy fortepian (najlepsza w zestawie „Game of Pretend” oraz żwawsze „On with The Show”).

To po prostu zestaw dobrego, pop-rockowego grania z wysokiej półki. McVie nadal ma czarujący wokal, odnajdujący się I w nastrojowych piosenkach, jak I bardziej żywiołowych. Z kolei mocno szarpnięty przez czas Buckingham brzmi całkiem przyzwoicie, choć na początku odstraszał. Ale im dalej, tym było już lepiej. Ładna muzyka zrobiona dla dojrzałego i wrażliwego odbiorcy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bjorn Riis – Forever Comes To An End

KAR126CD_Digital_Front_Cover-e1490215402120

O tym, że norweski rock progresywny ma się świetnie wie każdy, kto nie tylko słucha Gazpacho, ale też coraz bardziej przebijającego się do naszego kraju działalność grupy Airbag. Do tej pory grupa wydała aż pięć płyt (w tym 3 EP-ki), przesiąkając całkowicie brzmień późnego Pink Floyd, co jest spowodowane grą gitary Bjorna Riisa. Muzyk ten wydał też trzy lata temu swój solowy debiut. A teraz wydaje drugi solowy album, który intryguje (tak jak poprzednik).

Przy nagrywaniu pomagali koledzy z macierzystej formacji (perkusista Henrik Fossum oraz wokalista Asle Torstup – tutaj programujący dźwięki). Całość zaczyna się od tytułowego utworu, który ma mocny i szybki początek niczym rozpędzony pociąg pozbawiony hamulców, ale w drugiej minucie dochodzi do spowolnienia tempa, wchodzi gitara akustyczna i ciepłe klawisze. To był jednak tylko refren i jeszcze raz pojawi się taki postój po kolejnym przyspieszeniu. Za drugim melodia zapętla się, a gitara coraz bardziej zaczyna grać pojedyncze, niepokojące riffy, wiercąc niczym młot pneumatyczny z atakującą we wszystkich kierunkach perkusją, na koniec dając silny podmuch wiatru, łączący z krótkim „Absence”, gdzie gra bardzo melancholijny fortepian (a używa go Simen Calldal Johannessen) i łkająca gitara. To tylko instrumentalny przerywnik, kończący się dźwiękiem morskich fal. I to one zaczynają „The Waves”, gdzie znów zaczyna fortepian i brzmi to jak Airbag. Nawet wejście perkusji niewiele zmienia w tej materii. Dopiero gitara zaczyna się zapętlać niczym wichura dookoła domu i na koniec dać odsapnąć.

Nawet początek instrumentalnego „Getaway” zapowiada chwilę oddechu z ładnymi klawiszami, choć pulsującymi. Dochodzą potem smyczki i elektroniczne wstawki jakby tykające, by wejść w delikatne, aczkolwiek szybkie riffy gitary oraz bardziej przestrzenne klawisze niczym płynące łzy. Kiedy w połowie dochodzi do spowolnienia, a wchodzi minimalistyczna perkusja, zapowiada się spokój. Nawet wchodząca wtedy gitara bardziej koi niż atakuje. Wtedy wraca wszystko do początku, a riffy są corz cięższe i ostrzejsze, aż czuć rękę hard rockową. Ukojenie przynosi niemal akustyczny „Calm”, z fortepianem grającym walczyk i… śmiechem ludzi. To wprawka przed 10-minutowym „Winter”, gdzie dzieje się strasznie dużo i nie da się tego słowami opisać. Tak samo jak intensywny finał w postaci „Where Are You Now”.

Zaskakuje bardzo ciepły i delikatny wokal Riisa (troszkę przypominający… młodego Davida Gilmoura), który scala się w jedność z muzyką i nie wywołuje irytacji. Jednak to jego umiejętności gitarowe wnoszą całość na bardzo wysoki pułap, jak w przypadku debiutu. I kolejny raz jest to najpiękniejsza rzecz, o jakiej może marzyć fan rocka progresywnego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Blues Pills – Golden Treasures

R-8808955-1469259282-2615.jpeg

O szwedzkiej formacji Blues Pills opowiadałem już nie raz, bo formacja grająca rocka w stylu lat 60. i 70. spod znaku psychodelii oraz cięższego grania zdobyła sobie sporą popularność na całym świecie. Do tej pory wydali dwie płyty, ale w zeszłym roku wyszła dość nietypowa kompilacja.

Na czym polega nietypowość? Jest dość krótka i zawiera tylko trzy studyjne kompozycje (wszystkie z ostatniej płyty „Lady in Gold”), ale nie tylko. Po przesłuchaniu mocnego „Lady in Gold”, przyspieszonego i psychodelicznego „Elements and Things” oraz bardziej gitarowego (w duchu Hendrixa) „Bliss” zaczyna się właściwa część, czyli zapis koncertu w ramach Rock Hard Festiwal z 2014 roku. Innymi słowy, są to wersje live utworów z debiutu. I wtedy słychać jaką moc posiada grupa. Fantastyczny „High Class Woman” (ta gitara i sekcja rytmiczna są zgrane jak nigdy), szybki niczym galopujące konie „Ain’t No Change”, wreszcie pozwalające na odpoczynek łagodne, pachnące Led Zeppelin „Dig In”, szalejące na początku „Black Smoke” idące w stronę wolnego bluesa oraz „Devil Man”.

Ktoś powie, że to nie wiele, ale ilość tym razem poszła w jakość. Trudno nie oderwać uszu od znakomitej gry gitary Doriana Sorrieaux, bardzo dobrze zgrana sekcja rytmiczna dająca sporo czadu, ale przede wszystkim wybija się śpiewająca Ellin Larsson, mającą takiego kopa w głosie, ze mogłaby pobudzić setki ludzi (słychać na szczęście widownię reagującą oklaskami na występ). Kompilacja tylko potwierdza talent i umiejętności muzyków, ale trudno pozbyć się wrażenia, iż jest to odgrzewany kotlet.I tak czekam na nową studyjną płytę.

Krzysztof Napiórkowski – 10 x Twardowski

twardowski-okladka

W zeszłym roku obchodzono setną rocznicę urodzin oraz dziesiątą rocznicę śmierci ks. Jana Twardowskiego – bardzo skromnego kapłana i poety. Z tej okazji powstało też wiele okolicznościowych płyt, a jedną z nich wydał kompozytor, multiinstrumentalista oraz wokalista Krzysztof Napiórkowski. Album zawiera 10 piosenek do wierszy poety i jest mieszanką różnych stylistyk.

Zaczyna się delikatnym „Powiedzcie to dalej” z prowadzącą trąbką i fortepianem. To instrumentarium będzie towarzyszyć przez cały czas, zmieniając tempo oraz układ brzmienia. Tak jak w leniwym „Nie martw się” czy płynącym „Ważne”. Wyjątkiem od tej reguły są krótkie i gitarowe „Pytania”, gdzie przyspiesza perkusja (jest jeszcze powtórka). To jednak tylko skromny przerywnik, który pozwala dodać dynamiki.Podobnie, ale dłużej szaleje „Będzie”, gdzie też gitara ma wiele do powiedzenia.

By przełamać ten spójny i lekki klimat, Napiórkowski zaprosił gości. Czaruje swoim zwiewnym głosem Anna Maria Jopek („Nie martw się”), mocniejszy wokal Adama Struga pojawia się w refrenie pod koniec „Wierzę” oraz w refleksyjnej „Drugiej jesieni”. A sam Napiórkowski ze swoim bardzo leciutkim jak piórko wokalem unosi się nad wszystkim i dodaje lekkości refleksyjnym obserwacjom księdza Jana.

Ciepła, spójna, poetycka płyta do spokojnego słuchania. Takie rzeczy zdarzają się rzadko, ale im głębiej się wejdzie, tym ciekawsze rzeczy się dzieją.

7/10

Radosław Ostrowski