The Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Sgt._Pepper%27s_Lonely_Hearts_Club_Band

1 czerwca 1967 roku zdarzyła się rzecz, której fani muzyki rozrywkowej pamiętają. Popularna brytyjska grupa rockowa The Beatles wydała najbardziej psychodeliczny album w swojej karierze, czyli opowieść o Zespole Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza”. Z okazji 50-lecia premiery, postanowiono wydać ten album na kompakcie I nie tylko ze zremasterowanym dźwiękiem, ale też dodatkowym materiałem (a nawet trzema, jeśli was na to stać).

Zaczyna się od tytułowego utworu, gdzie mamy szorstkie riffy, szybszą perkusję oraz… reakcję widowni, jakby to był prawdziwy koncert. I nawet podniosłe, wręcz orkiestrowe dęciaki nie zmieniają klimatu, by płynnie przejść do szybkiego walca “With a Little Help from My Friend” (ładny chóralny zaśpiew), spopularyzowane przez Joe Cockera, podczas jego występu na Woodstock. Po nim następuje nieśmiertelne “Lucy in The Sky with Diamonds” z cudownymi klawiszami na początku oraz strasznie nośnym refrenem, gdzie wokale są zgrane z archaiczną elektroniką. Skoczniej i gitarowo jest w bujającym “Getting Better”. Zaskoczeniem są utwory z wpleionymi instrumentami kojarzonymi z muzyką klasyczną jak klawesyn (dworskie “Fixing a Hole”) czy skromne smyczki (walczyk “She’s Leaving”). Kompletnie nieoczyiste w tym zestawieniu jest prawie 5-minutowe “Within You Without You”, gdzie wykorzystano po raz pierwszy sitar oraz bardzo wyluzowany I oparty na klarnetach “When I’m Sixty-Four”.

Takich niespodzianek jest więcej jak choćby pianistyczna “Lovely Rita” czy zaczynający się pianiem koguta energetyczne “Good Morning Good Morning”. Do tego na finał dostajemy reperyzę piosenki z początku oraz bardziej wyciszony “A Day in the Life”, gdzie więcej do powiedzenia ma fortepian oraz zagrana kilka razy orkiestra niczym puszczona od tyłu oraz… zapętlone wypowiedzi ludzi.

Panowie McCartney i Lennon na wokalach są po prostu doskonali. Ich głosy się wspaniale uzupełniają ze sobą, tak samo jak przewijający się w tle Harrison ze Starrem. Właściwie trudno się tu do czegokolwiek przyczepić – dźwięk jest kapitalny i czysty, kompozycje się nie zestarzały. Dodatkowa płyta (akurat ta wersja wpadła mi w ręce) zawiera materiał z realizacji – różne podejścia, inne aranżacje, wersje instrumentalne I rozmowy. To tylko podnosi zainteresowanie tym kapitalnym albumem.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Roger Waters – Is This the Life That Really Want?

Roger_Waters_-_Is_This_the_Life_We_Really_Want%3F_%28Artwork%29

Fani progresywnych dźwięków znają dorobek Rogera Watersa. Basista, wokalista i kompozytor odpowiedzialny za największe przeboje grupy Pink Floyd rzadko nagrywa swoje płyty. Na swoją obecną kazał czekać 25 lat, więc fani liczyli na bardzo wiele, a od strony producenckiej za całość odpowiada klawiszowiec Radiohead, Nigel Goodrich. I znowu dostajemy ważkie pytanie: czy takiego życia chcemy (mocny tytuł), ale ważnie brzmiało czy warto było czekać?

Początek to bardzo krótkie intro, które przypomina odsłuchiwanie serwisu informacyjnego, gdzie nakładają na siebie głosy, a w tle słyszymy tykanie zegara. Te dźwięki będą wielokrotnie się pojawiać, przez co słyszymy jak mocny wpływ na nas mają media („The Last Refugee” zaczyna się życzeniami i pożegnaniami, a kończy podniosłymi smykami i odgłosem mew). Wszystko to płynnie przechodzi do „Deja vu”, które rzeczywiście brzmi znajomo. Akustyczna gitara niemal wzięta z „Wish You Were Here” (fortepian też), do których dochodzi reszta muzyków z chwytliwymi smyczkami w tle (od połowy). Mroczniej się robi przy gitarowym, zapętlonym „Picture That”, gdzie słyszymy coraz bardziej niepokojące obrazy zniszczeń i cierpienia i kumulując w środku (szybka gitara, nakładające się pasaże i riffy), by następnie wyciszyć się w niemal folkowym „Broken Bones” z wyciem w tle oraz niemal spektakularnym finałem. Podobnie trzyma za gardło melancholijny utwór tytułowy, gdzie smyki dają bardzo nieprzyjemny pomruk, a gitara niemal płacze (i nawet słychać krzyki w tle), płynnie przechodząc do „Bird In a Gale” ze strzelającą perkusją na początku oraz bardziej brudnymi gitarami. Ale w połowie wszystko się niby uspokaja, jednak tak naprawdę bicie dzwonów i zapętlone głosy ludzi wprawiają w zakłopotanie, a końcowy śmiech bardziej przeraża.

Wielu może zaskoczyć nostalgiczno-melancholijne „The Most Beautiful Girl” z przewijającym się na pierwszym planie fortepianem, ale już singlowe „Smell The Roses” utrzymuje się w tonie Floydów. Na koniec dostajemy trzy bardziej intymne utwory, układające się w swoistą trylogię: „Wait for Her” (do tekstu palestyńskiego poety, Mahmuda Darwisha), krótki mostek w postaci „Oceans Apart” i „Part of Me Died”. I tutaj swoje miejsce ma przede wszystkim fortepian oraz gitara akustyczna.

Sam Waters bardziej recytuje czy krzyczy niż śpiewa, ale jest w tym wszystkim moc. Także w bardzo ostrych tekstach, gdzie atakuje głupotę, prezydenta Trumpa, wojnę i wszelkiego rodzaju niesprawiedliwość. Jak zawsze celuje w punkt i prowokuje do myślenia. Co prawda czuć tutaj mocny wpływ Pink Floyd, przez co fani zespołu znajdą wiele odniesień i skojarzeń do dawnych piosenek. Na szczęście nie jest to autocytowanie, tylko silna inspiracja, która daje podwalinę do mocnej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski

The Afghan Whigs – In Spades

In_Spades_%28Afghan_Whigs_cover%29

The Afghan Whigs było jedną z ciekawszych amerykańskich kapel sceny alternatywnej lat 90., ale w 2001 roku doszło do rozpadu. Ale kiedy fani po 10 latach doczekali się reaktywacji, to Dulli bardziej działa jako autorski projekt. „In Spades” to drugi album nagrany po reaktywacji i jest to najkrótszy (mógłby być wydany na winylu). Czy to oznacza, że to słaba płyta?

Nie. Duli wie, co robi i stara się zintensyfikować swoje brzmienie. „Birdland” to dziwaczny opener, gdzie wybijają się smyczki w tle. To jednak tylko zasłona dymna przed bardzo gwałtownym „Arabian Heights” z przesterowanymi gitarami oraz bardzo pokręconą grą perkusji. Zmyłką jest pianistyczny wstęp do „Demon in Profile”, który dalej serwuje cudaczny riff. Ta mieszanka gitar i smyczków narzuca się w pięknym „Toy Automatic” z minimalistyczną perkusją oraz lekko „orientalnymi” riffami w tle. Potem jeszcze dostajemy trąbki i bardziej rozbuchany środek. Równie ciekawy jest akustyczny „Oriole” z cudnymi dzwoneczkami, zmieniający się w mocną, rockową balladę czy bardzo surowego „Copernicusa” ze strzelającą niczym automat perkusją. Nawet cudne „The Spell” (delikatne klawisze i piękne smyczki) z saksofonem na koniec robi świetną robotę.

„In Spades” ciągle zaskakuje, choć pozornie wydaje się ono chaotyczne i niespójne jak pianistyczny „I Got Lost” czy wręcz patetyczny (i znowu z fortepianem) finałowy „Into the Floor”, to wszystko zaczyna układać się w spójną całość. To wszystko jest zasługą mocnego głosu Dulliego, który troszkę (ale tylko troszkę) przypomina Dave’a Grohla z Foo Fighters. Wszystko to połączone niesamowitą wyobraźnią, ciekawymi tekstami oraz aranżacjami tworzy pokręcony i nieoczywisty miks. Smakowity, ciągle odkrywający nowe rzeczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Afghan Whigs – Black Love (20th Anniversary Edition)

Black_Love_%28Afghan_Whigs_album%29

Amerykański zespół rockowy kierowany przez Grega Dulli w zeszłym roku obchodził 30-lecie działalności. I z tej okazji została wydana reedycja nagranej w 1996 roku piątej płyty grupy “Black Love”, która przyniosła im największy rozgłos. Wtedy grupę tworzyli jeszcze: gitarzysta Rick McCullum, basista John Curley oraz perkusista Paul Buchignani.

Razem stworzyli bardzo intrygujący concept album, inspirowany filmami oraz literaturą noir. Że nie będzie przyjemne, przekonujemy się po odsłuchu „Crime Scene Part One” z przygrywającymi organami na początku oraz… odgłosami szyny kolejowych. Dopiero po dwóch minutach wchodzi gitara (drażniąca swoją monotonią, jednak rozkręcająca się coraz bardziej) oraz dość mamroczący głos Dulliego. A wtedy reszta grupy zaczyna atakować i robi się jeszcze mroczniej. Ostrzejsze, brudne riffy w szybkim „My Enemy” doprowadzają do zjeżenia włosów czy bardziej grunge’owym „Double Day” (bardzo mocny, wręcz krzyczany refren). „Blame, Etc.” bardziej skręca w stronę bluesa, gdzie zaskakuje nietypowa perkusja i (pozornie ładne) smyczki, a refren to płynny strzał w ciężkie brzmienie.

I gdy wydaje się, ze zostajemy zmasakrowani, pojawia się wyciszony „Step Into the Light”, chociaż pojedyncze dźwięki gitary świdrują mniej przyjemnie (niczym syrena). Równie zaskakujące jest bardziej intensywne pod względem riffów „Going To Town” z dziwaczną elektroniką w tle, a „Honky’s Ladder” to powrót grunge’owej psychodelii. Równie niepokojący jest minimalistyczny „Night by Candlelight”, ale w połowie dochodzi do emocjonalnej eksplozji w czym pomaga klawesyn oraz solo smyczkowe. Prawdziwym ogniem atakuje niemal progrockowy „Bulletproof” z nakładającymi się perkusjonaliami, szybkim wstępem klawiszowym oraz zadziorniejszymi riffami czy pełen popisów gitar „Summer’s Kiss”, a wszystko dopina klamrą epicki(ale 8-minutowy) „Faded”, gdzie mamy fortepian, niemal „reggae’ową” gitarę oraz spokojną perkusję.

Poza zremasterowanym dźwiękiem, wydawcy dodali (co nie jest niczym nowym w tego typu wydawnictwach) dodatkowy materiał. Najbardziej warty uwagi z tego zbioru jest druga część „The Crime Scene”, akustyczny „Go To Town” z dziwacznym echem w tle oraz instrumentalny „Leaving Town”. Nie zmienia to faktu, że ta edycja est absolutnie udana i zachęca do bliższego zapoznania się z zespołem. Zwłaszcza, że nie dawno wydał nowy album.

8/10

Radosław Ostrowski

Anna Maria Jopek & Gonzalo Rubalcaba – Minione

minione

Anny Marii Jopek przedstawiać nie trzeba: to jedna z najbardziej znanych na świecie polskich wokalistek jazzowych. Od ostatnich płyt (bo wydała jednocześnie aż trzy – kto zabroni) minęło aż sześć lat, co nie znaczy, że wokalistka zrobiła sobie przerwę. W lutym wydała nowe dzieło, zawierające przedwojenne tanga, przearanżowane i wykonane przez kubańskiego pianistę, Gonzalo Rubalcabę. Tak powstało „Minione”.

Pierwsze, co uderza po przesłuchaniu to… spokój. Przynajmniej na początku w postaci rozleniwionego „Twe usta kłamią”. Tutaj dominuje fortepian, a sekcja rytmiczna jest mocno wycofana w tle. I nawet bardziej przyspieszone solo fortepianu nie jest w stanie tego zmienić. Bardziej zgrabny i żywszy jest „Kogo nasza miłość obchodzi”, gdzie jeszcze swoje daje w połowie kontrabas czy melancholijne „Co nam zostało z tych lat” z marszową perkusją, a nawet karaibsko płynne „Miasteczko Bełz”. Trudno odmówić albumowi spójnego klimatu, ale jako całość zaczyna zwyczajnie nudzić swoją monotonią jak w mruczanym „Besame Mucho”, chociaż trudno mi się do czegokolwiek przyczepić. Muzycy grają więcej niż dobrze, a bardzo delikatny, niemal eteryczny wokal pani Jopek potrafi działać wręcz kojąco.

Tylko to wszystko nie zawsze jest w stanie zapaść mocno w pamięć. Wszystko jest zbyt spokojnie (chociaż bardzo elegancko), a Rubalcaba potrafi czarować swoją grą na fortepianie („Rebeka”). Tylko dla wielu może być to trudne do przejścia, mimo drobnych aranżacyjnych detali.  Ale i tak efekt jest bardzo przyzwoity.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Patrycja Zarychta – Szczęście

PZ-Szcz%C4%99%C5%9Bcie-DOPRACOWANA-WERSJA-wi%C4%99cej-ramion-DO-AKCEPTACJI

Tym pora przedstawić osobę, która dopiero zaczyna swoją muzyczną przygodę (czyli debiutantkę). Mam nadzieję, że to będzie przygrywka przed następnymi, równie ciekawymi projektami. Kim jest Patrycja Zarychta? To wokalistka jazzowa z Katowic, która sama pisze i komponuje. Do tej wygrywała różne konkursy i festiwale jazzowe, ale o jej talencie wiedziało tylko środowisko. Teraz wyszedł jej debiutancki album, który powinien przynieść rozpoznawalność szerszemu gronu odbiorcy. I czy „Szczęście” da słuchaczom sporo szczęścia?

Całość zaczyna się bardzo krótkim intrem, które czaruje swoimi perkusjonaliami oraz bardzo subtelnym wokalem. I wtedy zaczyna się właściwa część, czyli „Microworld”. Bardzo oszczędna (trochę mechaniczna) perkusja, działająca niczym mechanizm zegara, przestrzenne i falujące klawisze, które tylko podkręcają aurę niesamowitości razem z fortepianem. Ale pod koniec wszystko zaczyna gwałtownie przyspieszać (poza Hammondem) i dochodzi do dźwiękowej psychodelii. Takie zderzenie tradycji z nowoczesnością jest fundamentem tego wydawnictwa. Tak samo jest z energetyczną „Kobietą”, gdzie wznoszą się dęciaki razem z bardziej bitową perkusją niczym w soulowym numerze, by w końcu zaszalał na smyczkach sam Michał Urbaniak czy w uwodzącym swoim ciepłem „My Strenght”.

Co nie znaczy, że brakuje silnego zabarwienia jazzowego. Taki jest klawiszowy „Empathy”, gdzie wchodzi do pomocy raper Sweet Lee. Schemat przełamuje pełen perkusji funkowy „Keep Dream Alive”, gdzie popowy sznyt miesza się z wyrafinowaną aranżacją oraz zaczynający się mocnymi uderzeniami perkusji „Set Me Free”, do których dochodzą klawisze i bas jakby wzięty z dyskotekowych lat 80.. W podobnym tonie jest elektroniczny „Completely”, który wprawia do tańca (a ta oszczędna perkusja czaruje) czy stonowany „Slowly”. A niespodzianką jest brzmiący niczym z winyla niemal epicki (chórek na początku) w „Love Yourself”.

Wokal Patrycji jest czymś dla mnie nieodgadnionym i ciągle zmiennym, zarówno w formie ekspresji, jak i skali. Dominuje niemal dziewczęca łagodność, choć potrafi zaskoczyć mocniejszym wejściem („Keep Dream Alive”). Taka skala zapowiada osobę, która jeszcze może zaskoczyć. A dodatkowo jeszcze płyta zawiera trzy utwory w wersji koncertowej i jedną piosenkę („Set Me Free”) śpiewaną w języku polskim, co daje obraz brzmienia scenicznego Patrycji. I jestem absolutnie pewny, że jeszcze o tej dziewczynie usłyszymy, a album jest w pełni udanym zbiorem energetycznego jazzu jakiego nigdy dość. Nawet te bardziej wyciszone fragmenty nie są tylko balastem.

8/10

Radosław Ostrowski

Paula i Karol – Our Town

0006LNARNLY2G47M-C122

Czy w Polsce można grać muzykę folkową? Odpowiedź jest bardzo prosta: tak, jeśli się chce. Tak od kilku lat się chce duetowi Paula i Karol, który tworzą – co chyba nie będzie żadnym zaskoczeniem – Paula Bialski i Karol Strzemieczny. I po dość krótkiej (bo dwuletniej) przerwie powracają, by zaprosić do swojego miasta. Bo tak też się nazywa nowe wydawnictwo – „Our Town”.

I jest to wędrówka pełna bogatych dźwięków, co nie chcą się wcisnąć w żadną szufladkę. Otwierający całość singlowy „Rocky” daje pozytywnego kopniaka, który działa szybko. Ta płynąca gitara i niemal „tańcząca” perkusja z klawiszami wzięty z jakiegoś starego komputera z lat 80. (nie jestem w stanie powiedzieć jakiego) daje bardzo uzależniającą mieszankę. Ale już „Heart Is A Force” uderza swoim spokojem, przynajmniej na początku, bo głosy odbijają się niczym echo, wsparte jedynie przez fortepian. To jednak tylko zasłona dymna, bo tempo przyspiesza i atakuje bardzo „ciepłą” elektroniką, by na finał wyciszyć się z gitarą. Nie mogło zabraknąć folkowej gitary akustycznej (westernowe „My Friends” i przyjemne „Lost But Not Forgotten” z cymbałkami w tle), bardzo lekkiej elektrycznej („Calling Sun”) czy zahaczeń o nowofalowe dźwięki punka (utwór tytułowy, gdzie metaliczny bas i elektroniczna perkusja robi robotę), a nawet bardzo subtelnego rock’n’rolla („Check Me Out”).

Do tego uderzyło mnie, jak mocno są zgrane głosy duetu. Tak naprawdę jakby to była jedna osoba wykonywała, a to w duetach nie zawsze się zdarza. Nawet jeśli słychać pewne różnice w głosach, to czuć bardzo silną chemię między tą dwójką.

Każdy utwór wydaje się dźwiękową miniaturą, która zaczyna powoli sklejać się w jedną historię, wciągającą i angażującą do ostatniego dźwięku. Dawno nie czerpałem frajdy z takiego oszczędnego i pogodnego brzmienia. Jeżeli macie doła, czujecie się przygnębieni i wszystko wydaje się do bani, wycieczka do „Our Town” pozwoli doładować baterie oraz da takiej dawki energii, ze będziecie chcieli zrobić wszystko.

8/10

Radosław Ostrowski

Jack Savoretti – Sleep No More

Sleep-No-More-e1475213711867

Od dłuższego czasu przyglądam się karierze tego brytyjskiego wokalisty, co z gitarą lubi grać. Po poprzednim (w pełni udanym) „Written in Scars” powrócił w zeszłym roku z nowym wydawnictwem, które – nie wiedzieć czemu zostało przeze mnie przeoczone. Piąty album kontynuuje ścieżkę poprzedników, czyli dostajemy mieszankę popu, rocka i folku.

Taki jest singlowy, pełen ciepłej elektroniki opener w postaci „When We Were Lovers”, przyspieszając jedynie w refrenie. Miły i sympatyczny początek. Bardziej wyciszony jest niemal akustyczny „Deep Waters”, jednak w refrenie bardziej ożywa perkusja oraz lżejsza gitara elektryczna z żeńską wokalizą czy śliczny „I’m Yours”, gdzie bardziej wybija się fortepian oraz romantycznie brzmiące smyczki. W takich fragmentach Savoretti czuje się najlepiej. Próbuje jak zawsze mieszać i dodać coś szybszego, chociaż skręca to w stronę popu („Helpless” z delikatnym i chwytliwym refrenem, chociaż ta perkusja drażni czy okraszony drobnymi perkusjonaliami oraz ślicznym smykiem „We Are Bound”) czy folku (silny emocjonalnie „Tight Rope” czy niemal westernowo-gwizdany utwór tytułowy). Na szczęście nie jest to plastikowe dziwadło grane przez radia, chociaż sam muzyk gra troszkę na tych samych patentach. Co z tego, skoro to nadal działa jak w cudownym „Only You”

Nie zmieniło się za to jedno: głos nadal jest mocnym filarem. Zarówno, gdy trzeba być delikatnym i romantycznym, jak i trzeba silniej naznaczyć swoją obecność („Tight Rope”, „We Are Bound”). I piosenki też brzmią naprawdę dobrze, bez kiczowatości. Fani wiedzą na co się piszą, a niezdecydowani może się przekonają. Bardzo delikatna, liryczna i miejscami silne emocjonalnie wyznanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Soundgarden – Batmotorfinger (25th Anniversary Edition)

Soundgarden

Wczoraj w wieku 52 zmarł Chris Cornell – jeden z najbardziej wyrazistych głosów w historii muzyki rockowej oraz ikona muzyki grunge. A skoro tak, by nie zapomnieć o tym twórcy, sięgnąłem po jeden z albumów macierzystej grupa faceta z Seattle, czyli Soundgarden. W zeszłym roku album „Batmotorfinger” obchodził 25-lecie premiery, więc z tej okazji wydano specjalną edycję płyty, ze zremasterowanym dźwiękiem. Była to pierwsza płyta nagrana z basistą Benem Shephardem.

Zaczyna się od szybkiego uderzenia w postaci powtarzających swoje riffy gitar w „Rusty Cage”, do których dołącza perkusja i bas (mocno wybijający się w środku). Ale w okolicy trzech minut, następuje gwałtowne spowolnienie, gdzie wybija się wyłącznie waląca perkusja, z krótkimi riffami. Mroczniej (i bardziej grunge’owo) czuć w „Outshined”, chociaż na początku myślałem, że to Alice in Chains. Ale po minucie wszystko zaczyna nabierać lekkiego przyspieszenia (chórek w tle, żwawsza gra gitary), by w zwrotce wrócić do stanu początkowego i na koniec podkręcić aurę. Równie wolny, choć riffy niepokojące, jest w „Slaves & Bulldozers”, których nie powstydziłby się Black Sabbath (i nie chodzi tylko o sołowki gitar, ale cały klimat). Przy „Jesus Christ Pose” dochodzi do niemal dzikiego przesteru gitar, co wywołuje dezorientację, a riffy wydają się lekko „orientalne”. Brzmi to wręcz zwierzęco, a mimo lat ma w sobie potężną moc (końcówka to już jazda bez trzymanki, gdzie perkusja może się wyszaleć), podobnie jak bardziej punkowe „Face Pollution” (wpleciono trąbkę) czy zaczynające się przerobionym głosem, mocnym „Somewhere”, gdzie zgrabnie wpleciono akustyczną gitarę. Wolniej zaczyna się „Searching With My Good Eye Closed”, gdzie na początek dostajemy… narratora (Damon Stewart) i odgłosy zwierząt (a także zapętlony riff), by uderzyć sekcją rytmiczną i dwie minuty przed końcem strzelić kompletnie w innym kierunku (głos Cornella niczym echo nakłada na siebie).

Ale nic nie było w stanie przygotować mnie na „Room a Thousand Years Wide”, zaczynającego się od wrzasku oraz przesterów, doprowadzających do ciężkich ciosów gitarą, która tnie niczym osa (i tak samo bzyczy), a na sam koniec jeszcze atakuje psychodeliczny saksofon Scotta Granlunda z krótkimi wejściami trąbki. By ochłonąć, dochodzi do spokojniejszego wyciszenia w „Mind Riot”, gdzie delikatnie gra gitara oraz minimalistyczna perkusja, lecz to tylko zasłona dymna, gdyż zaczyna się robić mroczniej. „Drawing Files” to powrót do siarczystego, brudnego i ostrego grania z kolejną dawką trąbki z saksofonem. Tak samo ciężki (ale bez saksofonu) jest „Holy Water”, a riffy znowu kłują i żądlą oraz wściekły „New Damage”.

Dźwięk robi niesamowite wrażenie, tak samo jak bardzo silny głos Cornella, który na wysokich rejestrach (i wrzaskach) daje z siebie więcej niż wszystko. A jednocześnie każde słowo jest zrozumiałe i czytelne. Nie znaczy to jednak, że nie dostajemy nic więcej. Dochodzą jeszcze trzy płyty (w wersji super deluxe jeszcze DVD), które zawiera wersje studyjne piosenek, czyli przed miksowaniem (plus wydane później „Cold Bitch”, „She’s a Politician”, „Birth Ritual” oraz „Black Rain”) oraz zapis koncertu w Paramount Theatre w Seattle z 1992 roku. I te bonusy czynią całość jeszcze bardziej atrakcyjną, a fani takiego grania muszą mieć tą edycję. Mimo 25 lat na karku, to nadal smakowity album, bez którego rock nie byłby taki sam.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Alter Bridge – The Last Hero

alter_bridge_the_last_hero

Rockowa grupa kierowana przez Mylesa Kennedy’ego (współpracującego ze Slashem) postanowiła o sobie przypomnieć. A jak wiadomo, dobrego rocka nigdy dość i jest potrzebna energia na tą ciepłą porę roku. Dodatkowo wsparty przez stałego producenta, Michaela „Elvisa” Baskette’a, dodają mocne dzieło w postaci „The Last Hero”.

I na dzień dobry dostajemy sygnał, że nie będzie drogi na łatwiznę, bo ostry jest „Show Me a Leader”, chociaż początek zapowiadał się zupełnie inaczej z „orientalnie” grającą gitarą, do której coraz szybciej i szybciej dobija perkusja z basem. Wtedy całość staje się siarczysta, krwista oraz mega brutalna, jak to w hard rocku bywa. To jednak miała być dopiero rozgrzewka, bo „The Writing on the Wall” daje jeszcze większego kopa w postaci kanonady perkusyjno-dzwonowej i orientalnego wrzasku na początku, by tylko w refrenie pozwolić na chwilkę oddechu. Tak jak pełen wokaliz wstęp do mrocznego „The Other Side” z coraz bardziej tnącymi riffami. I nawet jeśli czuć inspirację innymi, to kapela przetwarza to po swojemu. Tak jest z „My Champion” z riffami jakby wziętymi od AC/DC, tylko bardziej podkręconymi czy w „Poison in Your Veins”, którego nie powstydziłby się… Nickelback, gdyby tak grał od samego początku (i te perkusyjne ciosy na początku – nokaut gwarantowany). I nie zmieniają tego nawet krótkie momenty postoju (niemal akustyczny początek epickiego „Cradle to the Grave” czy w niemal akustycznym „This Side of Fate”), które nie pozwalają w pełni złapać oddechu.

Alter Bridge nie pozwala na wyciszenie, tylko coraz bardziej doprowadza do stanu emocjonalnego wrzenia, co jest także zasługą silnego wokalu Kennedy’ego. Trudno znaleźć jakiekolwiek słabe kompozycje (nawet umieszczony jako bonus „Last of Our Kind” daje mocnego kopniaka), a poziom wykonania robi ogromne wrażenie. O taki rock walczyliśmy i walczyć będziemy.

8/10

Radosław Ostrowski