Steven Tyler – We’re All Somebody from Somewhere

Steven_Tyler_We%27re_All_Somebody_from_Somewhere

Czy jest jakiś fan muzyki rockowej, który nie znałby Stevena Tylera? Frontman bardzo popularnej formacji Aerosmith, posiadający ogromną charyzmę oraz bardzo mocno podniszczoną przez życie twarz, dopiero w zeszłym roku zdecydował się na solowy debiut. Jednak fani rockowego grania, przeżyli ogromny zawód, gdyż był to album w stylu country. Czy to oznaczało porażkę?

Za realizację odpowiadał sztab producentów kierowany przez T-Bone’a Burnetta, więc wydawać się mogło, ze będzie dobrze. I początek jest bardzo obiecujący w postaci wyciszonego, ale bogatego aranżacyjnie „My Own Worst Enemy”. Tam, poza ładną gitarą akustyczną, mamy starobrzmiący fortepian, akordeon oraz minimalistyczną perkusję. Ale pod koniec (półtorej minuty) dochodzi do eksplozji dźwięków oraz mocnego uderzenia. Dopiero wtedy pojawia się utwór tytułowy, gdzie swoje zaczyna robić ostrzejsza perkusja z gitarą elektryczną. A nawet swoje pięć minut ma trąbka. Nawet jeśli pojawiają się pewne udziwnienia (przesterowany wokal w brudnym „Hold On”) czy bardziej festynowy charakter (drażniące uszy „It Ain’t Easy” z obowiązkowymi smyczkami i steel guitar), to zawsze można wyłowić coś interesującego. Nawet w takim „patatającym” „Love Is Your Name”, gdzie ładnie śpiewa żeński głos, ale całość brzmi tandetnie czy w klaskanym „I Make My Own Sunshine” z mandoliną. Ale wtedy całość staje się znośna tylko dla fanów country i pstrokacizny muzycznej.

Nawet jeśli pojawia się fragment ostrzejszego łojenia jak w „Only Heaven” czy singlowego „Red, White & You”, to wszystko jest tak polane nudnymi i ogranymi dźwiękami country, że wywołuje ono bardzo silne znużenie. Także troszkę zużyty i miejscami bardzo wycofany wokal Tylera, sprawia wrażenie zmęczonego. I nie pomaga ani mroczniejszy cover „Janie’s Got a Gun” czy rozbudowany „Piece of My Heart”. Absolutnie średnie dzieło, pozbawione jakiejkolwiek pasji.

5/10

Radosław Ostrowski

Dr Misio – Zmartwychwstaniemy

ru-1-r-640,0-n-2358717kZKy

Arkadiusz Jakubik i reszta ferajny znana pod szyldem Dr Misio powraca z trzecim wydawnictwem. Konsekwentnie trzymając się rockowej stylistyki, ale tym razem wspierani przez producenta Kubę Galińskiego. Czy to znaczy, że złagodnieli i nie będzie punkowo-alternatywnego sznytu?

Już tytułowy utwór wprawia w zakłopotanie: minimalistyczna, etniczna perkusja, w tle organy (prawie jak w kościele), do tego jeszcze sitar. I dopiero w połowie wchodzi gitara, która daje lekkiego ognia, by na koniec znowu zgasnąć, a kobiecy wokal w refrenie dodaje niesamowitości. Równie intrygujące jest szybki, perkusyjny „Mordor” z krzykliwie kiczowatą elektroniką oraz wplecionymi rozmowami, jakby żywcem wziętymi z biura jakiejś korporacji, przez co nabiera charakteru kpiny z korpo-świata. Wyciszenie przychodzi w singlowym „Piśmie”, ocierającym się o niemal akustyczne brzmienie, z chwytliwym riffem oraz „sakralnymi” organami oraz bardziej nowofalowym (czyli pełnym minimalistycznej elektroniki) „Bądź moim Googlem”. Mroczniej się robi w minimalistycznym „Ochroniarzu” oraz tandetnym (celowo) „Nonsensie”, gdzie całość wydaje się strasznie kiczowata.

Zespół gra znacznie przystępniejszą muzykę, przez co na pewno zyska większych zwolenników, nawet jeśli wydaje się to na początku dziwaczną sklejką. Sam Jakubik daje radę, bardziej recytując niż śpiewając, ale pasuje do całości. Nie zawodzą za to teksty, tworzone przez Krzysztofa Vargę i Marcina Świetlickiego. Panowie nie szczędzą ostrych słów wobec Kościoła, korporacji, wirtualnego życia oraz pewnego rozczarowania („Klubokawiarnia Smutek”). I to uderza z prawdziwą siłą.

„Zmartwychwstaniemy” to najbardziej przystępny i mocno postrzelony stylistycznie album Dr Misio. Jakubik i spółka bardziej bawią się w alternatywny pop, naszpikowany elektroniką, co może wielu wprawić w konsternację, ale jest to na tyle dobrze zrobione (do tego te teksty i charyzma Jakubika), iż można to wybaczyć. Dobra i bezpretensjonalna płyta.

7/10

Radosław Ostrowski

The Cranberries – Something Else

Cranberriessomethingelse

Ktoś jeszcze pamięta irlandzki zespół The Cranberries? W latach 90. była jedną z popularniejszych grup pop-rockowych, co było zasługą zarówno zgrabnych melodii, jak i hipnotyzującego wokalu Dolores O’Riordan. Po rozpadzie wydawało się, że nic już nie będzie. Ale w 2011 doszło do powrotu i całkiem fajnej płyty „Roses”. Teraz jest nowe wydawnictwo, ale nowości tu jak na lekarstwo, gdyż jest to płyta akustyczna. Samo w sobie nie jest to złym pomysłem, zwłaszcza że przy nagraniach pomagała Irish Chamber Orchestra przy Uniwersytecie Limerick. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia pójścia na łatwiznę i oczywistego skoku na kasę. Tak myślałem przed odsłuchem i nie liczyłem, że coś się zmieni w tej materii. I co się stało?

Początek jest cudny, bo i taki jest „Linger” z wplecionymi smyczkami w tle. Łatwo poczuć się jak w Irlandii, a chyba o to chodziło.  Wszystkie te kompozycje zachowują melodyjny szkielet, ale za to kompletnie mają inne tempo. To widać w przypadku zgrabnego „Dreams”, gdzie szybko przygrywa kwartet smyczkowy. Ale jest parę drobnych smaczków w postaci uderzeń perkusji w szybkim „When You’re Gone” czy znacznie niepokojące smyki w pozornie wyciszonym „Zombie”. Pojawia się troszkę mniej znany „Ridiculous Thoughts”, które nadrabia dynamiką oraz „Free to Decide”. A mój ulubiony utwór zespołu, czyli „Ode to My Family” zachował nostalgiczny charakter (te smyczki łapią za serce). Aranżacje są naprawdę ładne, konsekwentnie budujące klimat Zielonej Wyspy, ale troszeczkę zachowawczo. Myślę, że można było bardziej zaszaleć i pomajstrować.

Żeby nie było, ze jest to, co już znamy, ferajna dodała trzy nowe kawałki. Najładniejszy z tego zestawu jest smyczkowo-akustyczny „The Glory”. Mroczniej się robi w „Rupture”, gdzie odbijająca się niczym echo perkusja, tworzy aurę niepokoju, której nie jest w stanie zmienić obecność fortepianu i skrzypiec. A na koniec najlepszy „Why?”, gdzie kapela gra z całej mocy (i nawet mandolina nie zmienia tego charakteru).

O’Riordan nadal ma czarujący, przyjemny głos, który trzyma wszystko za pysk i nie puszcza aż do samego końca. Tu na szczęście, nic się nie zmieniło, a cała reszta dopełnia całości. I czuć w tym, że muzykom chciało się grać.

„Something Else” to tylko (lub aż) zestaw ładnych piosenek w formie niemal unplugged. Liczyłem chyba bardziej na nowy materiał (w końcu mieli ponad 5 lat na przygotowanie), jednak te trzy nowe piosenki tylko zaostrzyły mi apetyt na nowe (mam nadzieję) wydawnictwo. I oby tym razem było to naprawdę coś innego.

7/10

Radosław Ostrowski

Gorillaz – Humanz (deluxe edition)

gorillaz-humanz

Animowana grupa wokalna kierowana przez Damona Albarna (blur) powraca po siedmiu latach przerwy. Gorillaz tak jak poprzednio, pozapraszało armię gości, których nie da się policzyć na palcach obydwu rąk (wspomnę później o tym), ale czy nadal mamy do czynienia z przebojową mieszanką elektroniki z czarnymi brzmieniami (soul, rap, funk)? I czy tak długa przerwa nie spowodowała braku świeżości?

Całość przerywana jest krótkimi wstawkami, gdzie słyszymy aktora Bena Mendelsohna, wypowiadającego kwestie, będące spoiwem dla całej opowieści, wplatając dziwaczne dźwięki w tle. I od razu dostajemy strzał w postaci wyjącej syreny na początku „Ascension”, by przejść w płynny, dyskotekowy numer (skoczne bity, wplecione chórki), który kończy się za szybko. W podobnym rytmie wybija się strzelający „Strobelite”, gdzie wybija się perkusja oraz mocno pachnąca latami 80. elektronika. Nie brakuje odrobiny mroku (dziwaczne, popowo-hinduskie „Saturnz Barz”, gdzie szaleje Popcaan czy pełen wysamplowanych gitar „Charger” z niesamowitą Grace Jones – tutaj Albarn ma więcej przestrzeni), ciepłego synth popu (świdrujące „Submission” z łagodnym wokalem Keleli i ostro rapującego Danny’ego Browna czy wyciszonego „Busted and Blue”) czy niebezpiecznego skrętu w kicz („Momentz”, gdzie muzykę zrobił… Jean-Michele Jarre, a nawija kapitalnie De La Soul czy plastikowa „Andromeda”). Dzieje się tu wiele, ale ten chaos pozbawiony jest jakiegokolwiek spoiwa. A im dalej w las, tym coraz bardziej staje się powtarzalnie i nudno (niby pulsujący „Carnival”, ale już to uderzenie perkusji z elektroniką było).

Albarn ściągnął, jak wspomniałem wielu gości (poza w/w m.in. Benjamina Clementine’a, Anthony’ego Hamiltona, Rag’nBone Mana, Pusha T czy Kali Uchis), jednak tylko nieliczni wybijają się z tego zestawu. Panowie i panie są tutaj tylko dodatkiem dla muzycznych popisów Albarna, który odzywa się bardzo rzadko i co pozwala zastanawiać się, czy to aby na pewno Gorillaz. Brzmieniowo jednak to nadal oni, ale to wszystko sprawia wrażenie dźwiękowego pustostanu. Całość sprawia wrażenie patchworka, gdzie nawalono masę pomysłów, jednak nie skleja się to w żadną całość, a same kompozycje powoli zaczyna się wtapiać w jedną papkę, z której trudno coś wyłuskać.

Nawet jeśli pojawiają się bardziej wybijające od reszty numery, to są one mocno gaszone czy przed natłok dźwięków („We Got The Power”), nadmiar gości („The Apprentice”) czy zbyt krótki czas trwania („Let Me Out”). Przez co „Humanz” nie sprawdza się ani jako album imprezowy, ani komentarz (bo taki był plan) do działań obecnego prezydenta USA. Ogromna szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Sikorowscy – Okno na Planty

Okno_na_Planty

Kraków był miastem, które od zawsze fascynowało muzyków i poetów. Nie inaczej jest w przypadku cenionego barda, Andrzeja Sikorowskiego, frontmana legendarnej Grupy Pod Budą. Tym razem jednak gitarzysta nagrywa ze swoją córką Mają i dalej opowiada o swoim mieście w wiele mówiącym tytule „Okno na Planty”.

Album zawiera 14 pieśni, zrobionych w pop-rockowej stylistyce. Czasem gitara pójdzie w lekkie country („Kryzys na niebie”, „Piosenka o mojej gitarze”), delikatnego bluesa (utwór tytułowy z ładną gitarą w tle), a nawet pojawiają się skręty w dość nieoczywiste rewiry muzyki. Nie brakuje delikatnego jazzu (niemal akustyczny „Skandal”), łagodnego „karaibskiego” ciepła („Taaka ryba”), a nawet irlandzkiego folku („Świr z mojej ulicy” z prześlicznymi fletami) czy cięższych riffów („Kurs na jutro” czy „Jeśli mnie kiedyś zdradzisz”). Ale największym zaskoczeniem jest mroczny „List z wojenki”, pelen etnicznych wstawek (orientalny zaśpiew, dzwoneczki, poruszające smyczki i niepokojąca perkusja) oraz z pacyfistycznym przesłaniem. Ale całość i tak brzmi dość lekko, bezpretensjonalnie oraz przyjemnie.

Sam Sikorowski nie tylko dobrze gra na gitarze, śpiewa dobrze, tak jak Maja (urocza), ale i pisze bardzo refleksyjne teksty, niepozbawione wszak odrobiny humoru. A opowiada i o Krakowie, ale też o małżeństwie, kołysze swoją wnuczkę, wyobraża sobie strajk na niebie, wspomina swoją młodość i piętnuje głupotę. Robi to z wdziękiem oraz klasą, jakiej dzisiaj jest niewiele. No i ładnie to wygląda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Future Islands – The Far Field

Future_islands_the_far_field

Brytyjska wytwórnia 4AD coraz lepiej rozwija swoją działalność w tworzeniu muzyki elektronicznej, ale też mieszanki dźwięków syntezatorowych z gitarami. Tym razem pod swoje skrzydła wzięła amerykańskie trio Future Islands, grające synthpopowe dźwięki. Na swoim piątym albumie, grupa pod wodzą wokalisty Samuela Herringa, nie zmienia kierunku swojego grania. Ale czy na pewno?

Lata 80. czuć garściami, ale mają tutaj różne oblicza jak w niemal sennym „Aladdinie” z ciepłymi klawiszami oraz wybijającym się basem, a całość troszkę przypomina dźwięki OMD. Równie rozmarzony (i z tamburynem) wybrzmiewa niemal taneczny „Time On Her Side”, który w refrenie się rozkręca, bujając po całości (i zgrabnie wplecione dęciaki). Nawet jeśli początek brzmi jak spuszczanie powietrza z balonu („Ran”), nadrabia to dobrym rytmem oraz zgraniem sekcji rytmicznej w dynamicznym refrenie. Tak też jest w przypadku „Beauty of the Road” – równie czarującego elektroniką zmieszaną z nietypowo odjechaną perkusją czy mrocznym „Cave” z „atomowymi” klawiszami i niepokojącymi dźwiękami tła. Nie boją się także skręcić w stronę new romantic (śliczne „Through the Roses” czy płynąca ballada „Candles”), ale i tak całość ma spory potencjał przebojowy (lekki „North Star” czy „Shadows” z gościnnym udziałem Debbie Harry).

Wszystko to brzmi płynnie, lekko, wręcz radiowo, ale jednocześnie jest spójne i klimatyczne. Gitara spina się z elektroniką w jeden, skoczny taniec trwający do samego końca. Problemem dla wielu może być wokal Herringa – bardzo niski, niemal niezauważalny, ale czasami drażniący swoją manierą (troszkę taki młodszy i „chudszy” Cugowski). Na szczęście można się do tego głosu przyzwyczaić, co nie jest zbyt problematyczne.

„The Far Field” jest przyjemnym i bardzo chłonnym dziełem Future Islands, czerpiącym garściami ze stylistyki lat 80., ale nie jest tylko imitacją. Zgrabne, stylowe, lekkie w odbiorze, ale zostaje na dłużej.

7/10

Radosław Ostrowski

Imelda May – Life Love Flesh Blood (deluxe edition)

Imelda_May_-_Life_Love_Flesh_Blood

Ta pochodząca z Irlandii wokalistka kojarzyła się z graniem rockabilly i tym podobnych dźwięków. Ale w ciągu trzech lat od ostatniego wydania w życiu prywatnym doszło do poważnych roszad (rozwód z partnerem – także scenicznym, gitarzystą Darrelem Highamem), co musiało znaleźć swoje odbicie na nowym albumie. Tym razem za całość odpowiadał T-Bone Burnett, a wsparcie jako mentor udzielił sam Bono, co doprowadziło do kompletnej zmiany oblicza.

Owszem, czuć ducha starego rock’n’rolla, ale dominuje tutaj blues jak w delikatnym, wyciszonym openerze „Call Me” z akustycznymi gitarami (nawet elektryczna gra tak jakby była akustyczna). W podobnym tonie gra „Black Tears” (na gitarze bardzo ładnie, „hawajsko” gra Jeff Beck), jakbyśmy cofnęli się do lat 50., co nie jest dla mnie żadną wadą. Ale jak wiadomo, nie można grać na jedno kopyto, więc dochodzi do zmiany tempa w „Should’ve Been You” z dzwonami w tle i ciepłymi klawiszami (a jeszcze te chórki w refrenie) czy „Human” z intensywniejszymi gitarami. Mroczniej się robi w pozornie spokojnym „Sixth Sense”, gdzie pod koniec ociera się to o jazz (kontrabas), dochodzi nawet do odrobiny romantyzmu (początek „How Bad Can A Good Girl Be”), by za chwilę zmienić nastrój i pójść krok dalej (latynowski „Bad Habit” z ognistym finałem w postaci gitar i perkusji), a następnie wrócić do brzmień dawnych (lekko westernowe „Levitate” z ładnymi smyczkami w tle). Nawet bardziej jazzowy „When It’s My Time” (gościnnie na fortepianie Jools Holland) czy pobrudzony „Leave Me Lonely” (przester) nie wywołuje poczucia zgrzytu.

Sama Imelda jest tutaj bardziej wyciszona, mniej ekspresyjna, jakby stonowana i bardzo… rozmarzona. Jest to głos kobiety po przejściach, ale jak trzeba budzi w sobie ten pazur znany z poprzednich wydawnictw (już pod koniec płyty jak w „When It’s My Time” czy  „Leave Me Lonely”). Wynika to z zupełnie innego charakteru całości, co jest tutaj sporym plusem. Także wydanie deluxe zawiera jeszcze dodatkowe cztery kawałki i jeśli myślicie, że są to tylko zapychacze zrobione po to, by fani dopłacili za tą edycję, to jesteście w błędzie. Są na tym samym poziomie, co podstawka (posłuchajcie „Flesh and Blood” czy „Love and Fear”, by się o tym przekonać). Sam jestem bardzo zaskoczony tą płytą i mam nadzieję, że po niej o Imeldzie May będzie słyszał każdy.

8/10

Radosław Ostrowski

Slowdive – Slowdive

Slowdive_Album_2017

Brytyjska formacja Slowdive była strasznie popularna w latach 90., ale potem doszło do rozpadu. I dopiero trzy lata temu kwintet pod wodzą Neila Halsteada zszedł się znowu. Więc trzeba było czekać ponad 20 lat na nowe wydawnictwo. Pytanie: gra na sentymentach i skok na kasę od fanów czy coś absolutnie ciekawego? Trzeba poznać odpowiedź.

Piosenek jest tylko osiem, ale jak wiadomo, liczy się jakość. I długość, bo są tu ponad 5-minutowe kompozycje. Niby rozmarzone, lekko psychodeliczne, ale potrafiące zarazić swoim pięknem. Taki jest „Slomo”, pełen odrobinę ambientowego tła oraz zapętlonej gitary (skojarzenia z Explosions in The Sky uzasadnione), wspartej przez sekcję rytmiczną, budującej kojącą aurę. A gdy dochodzą jeszcze skrzypce, magia trwa i trwa mać. Dopiero po dwóch minutach wchodzi wokal Halsteada – jakby nieobecny, odbijający się niczym echo i niewyraźny, wspierany przez Rachel Goswell. Jest delikatnie, wręcz kraina łagodności. Bardziej nieprzyjemnie jest przy „Star Roving” z nakładającymi gitarami, przynajmniej na początku, gdyż w połowie mocniej odzywa się przyjemne tło (ładna wokaliza, delikatniejsze dźwięki instrumentów, powoli rozkręcające się). Przyspieszenie następuje w „Don’t Know Why”, jednak klimat się nie zmienia, dając spore pole do popisu dla elektroniki oraz cofniętej do roli tła gitary.

Spokój przychodzi dopiero przy „Sugar for the Pill”, gdzie konsekwentnie budowany jest klimat ocierający się troszkę o bardziej gitarowe new romantic. Podobnie jest z niemal akustycznym „Everyone Knows” (gitara elektryczna odzywała się tylko w zwrotkach) oraz „No Longer Making Time” (piękny dwugłos oraz bardzo dynamiczny finał). Czasami pojawiają się pewne drobne detale (metaliczny i gruby bas w „Go Get It”, mocniejsza perkusja w „No Longer Making Time”, fortepian w „Falling Ashes”), które pozwalają wyróżnić poszczególne utwory od siebie, jednak tak naprawdę nie jest to potrzebne. Wszystko trzyma bardzo spójny klimat, tylko trzeba znaleźć chwilę na rozluźnienie. A na finał dostajemy mocnego kopniaka w postaci „Falling Ashes”, który zaczyna się bardzo spokojnym mariażem fortepianu (tykającego niczym zegar) z gitarą, gdzie obydwa wokale zespalają się ze sobą. Niby to oszczędne, minimalistyczne, ale czuć moc.

„Slowdive” intryguje, konsekwentnie buduje klimat i dalej robi swoje. Dla wielu może to być zbyt spokojna i monotonna muzyka, ale ja ją absolutnie kupuje. Wszystko jest tu ze sobą powiązane, spójne i robiące dobrą robotę. Może zabrakło jakiegoś mocnego kopa, jednak jest to zbyt dobrze zrobione, by przejść obojętnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Andrea Schroeder – Void

Void

Rzadko pojawia się tutaj muzyka z Niemiec, jakby była ona czymś zakazanym, niebezpiecznym i niewskazanym. Ale od każdej reguły jest wyjątek w postaci coraz bardziej wybijającą się gwiazdą jaką jest Andrea Schroeder, którą porównuje się do samej Marleny Dietrich. Druga płyta „Where The Wild Oceans End” sprzed trzech lat zmiotła i wprawiła mnie w zakłopotanie, a w zeszłym roku pojawił się album numer 3 pod bardzo wprawiającym w zakłopotanie tytułem „Void” (pustka).

Tym razem od strony produkcji (poza samą Schoreder) włączył się szwedzki muzyk Ulf Ivarsson, bardziej znany jako Thåström i Sivert Höyem. Tym razem jest bardziej mrocznie i niepokojąco, co czuć w tytułowym openerze. Pozornie delikatny rytm perkusyjny jest skontrastowany z mechaniczną gitarą oraz ciężką, niemal organową elektroniką tak przesterowaną, że mógł to zagrać Nick Cave na początku swojej ścieżki muzycznej. I nawet wplecione delikatne cymbałki nie były w stanie zmienić niepokojącej aury. A im dalej w las, tym intensywniej przebija się mrok, przyprawiony melancholią jak w lekko knajpiarskim „Black Sky” (tutaj fortepian z akustycznymi gitarami robi furorę), szorstko-psychodelicznym „Burden” z nieprzyjemnym smyczkiem czy powoli budujące klimat niemal marynarskie (to przez coś, co brzmi jak akordeon w tle) „My Skin Is Like Fire”, gdzie pod koniec dobijają się smyczki.

Ale to nie znaczy, że jest to nudne brzmienie, gdyż parę razy dochodzi do nietypowych połączeń. Ciężka, wręcz metalowa gitara z perkusją połączona w jednym tańcu z płynącym fortepianem („Kingdom”), nagle łagodnieje, pokazując swoje bardziej liryczne oblicze („Little Girl”), nie pozbawiając się szorstkości, mocnych uderzeń perkusji i delikatnego pianina (psychodeliczne „Creatures”), tworząc niepokój oszczędnym aranżem (cave’owe „Was Poe Afraid” czy wręcz depresyjne „Drive Me Home”, zmieniające dynamikę wraz z wejściem perkusji).

I nie można przejść obojętnie wobec głosu samej Andrei – bardzo delikatny, z mocno obecnym akcentem niemieckim, będącym tak naprawdę bardzo atrakcyjną przyprawą podaną do dania głównego. Intryguje, czaruje, ale jest w tym moc oraz głębia, nawet ograniczając się do melorecytacji („Endless Sea”). Znowu to zrobiła – coraz uważniej należy się tej Niemce przyglądać, gdyż chyba spotkałem żeńską wersję Cave’a (równie mroczną).

8,5/10

Radosław Ostrowski

Snowman – Gwiazdozbiór

e9cf8240-0445-4f66-ae32-574a841a2477

O zespole Snowman stało się tak naprawdę głośno z powodu faktu, iż wokalista tej grupy – Michał Kowalonek, zastąpił Artura Rojka w roli wokalisty zespołu Myslovitz. Czy to znaczyło, ze macierzysta formacja Kowalonka miałaby zawiesić działalność? Jak wynika z wydania nowej, trzeciej płyty, odpowiedź wydaje się oczywista. A co proponuje „Gwiazdozbiór”?

Od strony producenckiej kwartet z Poznania wsparł Leszek Biolik (basista Republiki), więc można było być spokojnym, że to dalej będzie dobre, melodyjne, gitarowe granie. Aczkolwiek otwierający całość „Nie mogę oddychać” prowadzony jest przez fortepian, który pod koniec rozsadza piosenkę. Tak samo szybkie (już z gitarą na froncie) „Moje miasto”, gdzie dostajemy zgrabne solo na saksofonie. Rozluźnienie daje skoczny, gwizdany „Znów jesteś sobą” niczym w klasycznym rock’n’rollu z delikatnym finałem. „20 tys. chwil podwodnej żeglugi”, bardziej skręca w stronę minimalistycznej elektroniki, by coraz więcej miejsca dać dla gitary (coraz bardziej pobrudzonej z „chropowatą” elektroniką) i wystrzelić kolejne pole dla saksofonu. To zdecydowanie najlepszy numer w zestawie, chociaż synth popowe „Mów do mnie” też intryguje, gdzie gitara zaczyna powoli szaleć. Bardziej magiczną aurę tworzy „Ocean nieba”, gdzie wszystkie instrumenty czarują (zwłaszcza szybka perkusja i pianino w tle) czy strzelający „Spadam z nieba”. Ale to i tak nic przy „Gwiazdozbiorze Strzelca” – początkowo wyciszony i stonowany, a w refrenie stawał się coraz bardziej epicki oraz pełen ognia. I w zasadzie na tym mogłoby się to wszystko skończyć, ale Bałwanek dodał jeszcze na finał „Syrię”. Nie pozbawiona jest odrobiny siarki (mocna, lecz skoczna elektronika), a nawet sekcja rytmiczna po minucie rozkręca się gwałtownie, a nawet gitara daje do pieca, lecz poprzedni utwór bardziej zmiażdżył.

Sam Kowalonek prowadzi swoim delikatnym (ale nie pozbawionym pazura) wokalem tworzy bardziej intymną atmosferę, która nie gryzie się z graniem reszty składu. Do tego intrygujące i frapujące teksty tworzą bardzo zgrabną mieszankę, której pozazdrościłaby niejedna gwiazda muzyki.

7,5/10

Radosław Ostrowski