Organek – Czarna Madonna

czarna-madonna-b-iext46002070

Tym razem zaległość z roku ubiegłego, bo jak wiadomo płyt jest od zarąbania, a czasu do przesłuchania zawsze strasznie mało. Tym razem na celownik wziąłem drugą płytę zespołu Tomasza Organka, którego debiut wywołał furorę w 2014 roku. Ale jak wiadomo, trzeba pójść za ciosem i dlatego po dwóch latach Organek wyskoczył z nowym dziełem. Jaka jest „Czarna Madonna”?

To nadal rockowy album, ale bardziej rozbudowany i mroczniejszy. Takie nadzieje daje otwierająca całość „Intrudukcja” z przesterowanymi, brudnymi gitarami oraz „kosmicznie” brzmiącą elektroniką z obowiązkowymi organami w tle, coraz bardziej nabierając ciężkości i ostrości, ale do połowy, by zabrzmieć niczym nagrywane w studio przed obróbką oraz zmiksowaniem (bardzo łagodnie, z szumem morza w tle – czyżby to były lata 70.?). Niemal hard rockowy „Rilke” zapowiada, że tamtego, niemal folk-rockowego oblicza grupy nie usłyszymy (zwrotki tylko jakieś spokojniejsze, a pan Tomasz falsetem zaczął śpiewać?), ale to tylko zmyłka, jednak trzeba wiele cierpliwości. Pewną zmianę czuć w singlowym „Mississippi w ogniu”, gdzie znowu szaleją organy na początku z sekcją rytmiczną, a gitara gra troszkę spokojniej i mniej agresywnie (ale tylko do refrenu oraz finału). Punka czuć w siarczystym, ale melodyjnym „Get It Right” oraz „Son of a Gun”.

Jedynie przy „Wiośnie” pozwala sobie na odrobinę lekkiego oddechu, by znowu dać gaz do dechy w „HKDK” oraz demonicznym „Ki czort” z rozpędzonym, starobrzmiącym fortepianie. A demonicznie musi być, gdyż gościnnie udziela się sam Adam „Nergal” Darski zwany pomiotem Szatana. Klimat się zmienia w odrobinę psychodelicznym marszu „Ultimo”, gdzie czuć ducha starego rock’n’rolla oraz westernowym „Psychopompie”, gdy po raz pierwszy odzywa się gitara akustyczna. I to jest wstęp przed epickim tytułowym utworem, gdzie czuć atmosferę niepokoju przeplatającą się z czymś niesamowitym (te riffy w środku i elektronika), co wnosi całość na nieprawdopodobnie wysoki pułap. Ale to nie jest finał tego dzieła, gdyż takim jest instrumentalny fragment z filmu „11 minut” Jerzego Skolimowskiego, czyli powoli rozkręcająca się nerwowa „Warszawa, 17:11” utrzymana w duchu starego punka.

Co ja mogę powiedzieć? „Czarna Madonna” mnie wgniotła w fotel i zastanawiam się jakim cudem Organek tak nie zaczął swojej drogi muzycznej. Myślę, że wtedy byśmy się od razu polubili, teraz głos jest mocniejszy, energia znacznie żywsza, a teksty (jak zawsze) zmuszające do myślenia i trafnie obserwujące młodych ludzi. Album tak ostry jak lato w swoim najgorętszym okresie i dający takiego ognia, niczym w hucie. Petarda.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Karen Elson – Double Roses

karenelsondoubleroses

Ta pochodząca z Wielkiej Brytanii piosenkarka oraz modelka kazała czekać aż sześć lat na swój drugi album. W muzyce to strasznie dużo czasu, ale tutaj artystka przyłożyła się i razem z producentem Jonathanem Wilsonem (współpraca m.in. z Father John Misty) oraz sporą grupą muzyków (m.in. Pat Carney z The Black Keys, Pat Sansone z Wilco, i Laura Marling) smażąc intrygujące dzieło „Double Roses”.

Że będzie niezwykle i czarująco, wystarczy posłuchać „Wonder Blind”. Do bardzo delikatnej harfy, dołącza sekcja rytmiczna jakby wzięta z lat 70. oraz dzwony z… fletem i Hammondem. Niby nostalgicznie, ale jednocześnie jest w tym magia, uruchomiona przez piękny wehikuł czasu. Ale prawdziwą petardą jest tutaj utwór tytułowy z pięknym środkiem (klawesyn, fortepian i gitara brzmią kapitalnie!) oraz bardzo wyciszonym, recytowanym finałem. Dalej jest równie uroczo i magicznie (singlowy „Call Your Name”, gdzie finał rozsadza głowę, także dzięki smyczkom), przez co nie ma poczucia straconego czasu, chociaż nie brakuje fragmentów bardziej mrocznych (nieprzyjemny początek „Hell and High Water” z minorowym fortepianem oraz minimalistyczną perkusją, zmieniającą swoje tempo oraz aranżację, ku bardziej folkowym i na koniec atakując m.in. przesterowaną gitarą czy melancholijny „The End” z gitarą akustyczną). Nie zabrakło także odrobiny stylizacji na modłę lat 60. („Raven” z klawesynem prowadzącym oraz walczykowymi smyczkami), a nawet odrobiny nieoczywistego zabarwienia Orientem („plumkający” początek zakręconego „Why Am I Waiting”), co tylko uatrakcyjnia całość, nie niszcząc spójności. Nie zapominając o dobrym, starym folku („A Million Stars”).

„Double Roses” zwyczajnie czaruje aurą czarów, co jest także zasługą głosu samej Karen, troszkę przypominającej Dolores O’Riordan (i nie jest to przesada). Działa ten wokal na mnie bardzo kojąco, tak jak zresztą cała płyta. Więc zamiast czytać, powinniście natychmiast poszukać tego albumu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Feist – Pleasure

Pleasure_-_Feist

Ta pochodząca z Kanady dziewczyna z gitarą kazała sześć lat czekać na nowe wydawnictwo. Dałem się zwieść okładce, która zapowiadała bardzo skoczną i barwną muzykę. Jeszcze nigdy tak się nie pomyliłem jak w tym przypadku.

Początek jednak okazał się dla mnie zwodniczy, gdyż tytułowa piosenka wprowadza w bardzo błogi nastrój (ta troszkę niedostrojona gitara i elektroniczne tło), podtrzymywany przez czarujące i zwiewne flety. To jednak tylko kamuflaż, gdyż dalej będzie błogo, niemal spokojnie (może za spokojnie) z brzmieniem jakby ze starej płyty wyciągniętej po latach ze strychu. Tak jest z „I Wish I Didn’t Miss You” (w połowie dochodzi do dziwnego „szumu” głosowego) czy „I’m Not Running Away”, jednak artystka próbuje robić wszystko, by utrzymać nasza uwagę. Dlatego pojawia się tamburyn z perkusją (zmienny „Get Not High, Get Not Low” z coraz głośniejszą perkusją), podnoszący atmosferę bas („Lost Dreams”), mocniejsze wejście gitary (energetyczny „Any Party”, kończący się wspólnym śpiewem oraz… odjeżdżającym samochodem, z radia którego leci „Pleasure”) czy… cykanie świerszczy i potężnie brzmiącego chórku (cudny „A Man Is Not His Song”, gdzie końcówka idzie w stronę cięższego rocka). Dochodzi czasami do głosu delikatna elektronika (półfolkowe „The Wind” z pianistycznym finałem) czy niemal strzelająca perkusja („Century” z gościnnym udziałem Jarvisa Cockera, melorecytującego pod koniec utwory).

To jednak tak naprawdę tylko drobne wyrwy ze spokojnego, wręcz sielskiego klimatu jaki przebija się do samego końca. „Baby Be Simple” może wielu znudzić swoim tempem (sześć minut akustycznej gitary). „I’m Not Running Away” jest troszkę żywsze (gitara elektryczna), ale bez jakiejś ostrej zadymy – taki lżejszy blues. By na sam koniec dodać cudne „Young Up”.

„Pleasure” potrafi dać wiele przyjemności i sporo frajdy z odsłuchu, ale jest jeden warunek: wyciszenie i skupienie. W biegu nie wychwycicie ani jednej melodii. Sama Feist swoim czarująco-eterycznym głosem robi świetną robotę, dopełniając całej reszty. Na rześkie dni w sam raz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Artur Dutkiewicz Trio – Traveller

Traveller

Artur Dutkiewicz uważany jest za jednego z najwybitniejszych pianistów jazzowych swojego pokolenia. Razem ze swoim triem (perkusista Łukasz Żyta i kontrabasista Michał Barański) powraca z nowym wydawnictwem, będącym mieszanką jazzu z muzyką świata oraz polskimi dźwiękami ludowymi. W końcu „Traveller”, czyli Podróżnik zobowiązuje.

Ale początek tej wędrówki jest poprzedzony krótkim wstępem w postaci nieco ponad półminutowego „Ra”, gdzie fortepian wręcz płynie w szybkim tempie galopującego konia. To jednak wprawka przed rozbudowanym „A&B”. Na początku bardzo rytmicznie i stonowanie uderza perkusja, do której przypałęta się kontrabas, próbujący robić swoje oraz pojedyncze dźwięki fortepianu. Pół minuty później to fortepian przejmuje inicjatywę swoją improwizacją, kompletnie zmieniając rytm i skręcając ku pustynnym klimatom, by na chwilę ostać się klasycznym rejonom jazzu. Ładne, efektowne i stylowe. Podobnie jak bardzo spokojne „Drops of Innocence”, gdzie fortepian płynie niczym woda w rzece, tworząc przyjemną, wręcz rześką aurę (na majówkę idealne) czy epickie (ponad 8-minutowe) „Best Time”, gdzie wszyscy powoli rozkręcają swoje instrumenty, by pod koniec wyciszyć się.

A im dalej, tym ciekawiej, bo jest i przerobiony na jazzową modłę mazur („Sattvic Mazurka” i „Pińczów Mazurka”), jest też nawet zgrabny taniec słonia („Elephant Dance”), monumentalny utwór tytułowy z niemal zapętlonym, jakby tańczącym fortepianem (m.in. pierwsza minuta oraz 2:10) wobec płynnych ruchów sekcji rytmicznej. Pojawi się nawet miejsce dla smyczków (wyciszona „Ma”, przechodząca płynnie do „Neti Neti”). Sam Dudtkiewicz błyszczy praktycznie w każdej kompozycji, a na fortepianie gra tak, jakby niczego innego w życiu nie robił. I to ten instrument (co nie znaczy, ze reszta tria była nieciekawa) rozsadza, nakręca i intryguje.

Godzina upłynęła mi bardzo szybko, przez co „Traveller” okazał się albumem pozwalającym się wyciszyć, ukoić i pomyśleć o jakimś cieplejszym miejscu niż pokryta deszczem i masą chmur Polska (chociaż to ma się na dniach zmienić). Nie pożałujecie czasu przy tym lekkim dziele.

8/10

Radosław Ostrowski

Alexandra Savior – Belladonna of Sadness

Belladonna_of_Sadness

Kolejny debiut, ale tym razem nie z Wysp Brytyjskich, lecz zza wielkiej wody. Ma 22 lata, mieszka w słonecznym Los Angeles (bo tam przecież zawsze świeci słońce), a pierwszy raz o niej usłyszałem, gdy jedna z piosenek „Risk” została wykorzystana w serialu „Detektyw”. Ale dopiero teraz wychodzi jej album pod wiele mówiącym tytułem „Belladonna of Sadness”.

Za produkcję odpowiada James Ford (Haim, Florence + The Machine), a kompozycje są wspólnym dziełem Amerykanki oraz Alexa Turnera (Arctic Monkeys, The Last Shadow Puppets). I czuć tutaj silną inspirację retro popem, ze szczególnym wskazaniem na Russian Red czy Bat for Lashes, ale jednocześnie widać próby mówienia swoim własnym językiem. I czuć to w otwierającym „Mirage”, gdzie mamy delikatną gitarę skontrastowaną z mroczną, choć delikatnie naznaczającą swoją obecnością elektroniką. Jednocześnie czuć tutaj mocno obecnego ducha lat 80. (synth popowe klawisze w „Bones” z szorstkimi gitarami czy minimalistyczna perkusja z chropowatym basem w sennym „Shades”) trzymającego ręka w rękę ze współczesną produkcją, jak w orientalno-perkusyjnym „M.T.M.E.”. Efektem tego jest wiele kojących dźwięków przypominających bardzo piękne sny („Girlie” z cymbałkami, tylko ta gitara pod koniec jakaś dziwna), czasami wywołującymi zmysłowe doznania („Frankie” ze zgraną sekcją rytmiczną i psychodelicznymi klawiszami) czy niemal onirycznego poczucia niepokoju (klawisze w „Audeline”), by znowu ukoić (stylowy „Cupid”)

Całość wyróżnia się bardzo spójnym, mrocznym klimatem, ciągle balansującym między poruszającym snem a koszmarem. Potęgowane jest przez bardzo eteryczny, ale i zmysłowy wokal. Savior magnetyzuje swoją barwę – troszkę dziewczęcą, ale też i dojrzałą. Brzmi to paradoksalnie, ale warto skupić się na dwóch ostatnich utworach – „Vanishing Point” i „Mystery Girl”, by zrozumieć o co chodzi. To tylko dopełnia niesamowitego brzmienia „Belladonna of Sadness” i oczekiwania wobec kolejnej płyty będą jeszcze większe.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Pablopavo i Ludzki – Ladinola

0006EQEZOKR7Q4DI-C122

Drugiego tak intrygującego autora tekstów oraz melorecytatora (bo słowo wokalista jest troszkę na wyrost) jak Paweł „Pablopavo” Sołtys Warszawa nie miała od dawna. Działający zarówno solowo, jak i z kumplami z Vavamuffin, zgrabnie balansuje między alternatywnym popem, reggae i elektroniką. Teraz powrócił z Ludzikami przy siódmym (!!!) wydawnictwie sygnowanym jego ksywką.

Już sama okładka intryguje, przypominając starą, podniszczoną fotografię. Czyżby warszawiak miał skręcić w stronę retro, który obecnie jest tak modny? A może – jak wskazują nieliczni – sprzedał się dla sławy i chwały radiowych stacji, by tworzyć nośne, chwytliwe przeboje, będącymi niewyróżniającą się papką? Odpowiedź pojawiła się szybciej niż zdążyłem powiedzieć „Ladinola”. Otwierający całość utwór tytułowy jest mieszanką delikatnego popu z brudniejszymi riffami gitary elektrycznej oraz chóralnego refrenu, a tekst jest zachętą i zaproszeniem do pozostania dalej. A co utwór, to zmiana klimatu i nastrojów: od delikatną, jazzową potańcówkę (nostalgiczna „Ostatni dzień sierpnia” i minimalistyczna „Zguba” z wokalizą Oli Bilińskiej i „orientalną” gitarą oraz poruszającymi smyczkami w tle) przez dancingowy rock z lat 70. („Blask”, gdzie gitara może zaszaleć, podobnie jak klawisze czy surowe „Wszystkie neony”), przez dziką mieszankę ulicznego grania („Major” z akordeonem i saksofonem oraz pięknym, ostrym zaśpiewem), minimalistyczne nutki („Jestem”)  aż po mroczniejsze i gwałtowne ciosy (promujący serial „Pakt” szorstkie „Nie wiesz nic”), które doprowadzą wiele osób na skraj fotela.

„Ladinola” to bardzo piosenkowy album, gdzie Pablopavo tworzy bardzo różne historie: od nostalgicznych wspomnień z lat 90., przez życie na emigrację z piciem w tle („Toledo”), rozważa swoje życie („Jestem”), przedstawia jak ludzie żyją zimą („Zima”) i opisuje Warszawę, bawiąc się słowem i przypominając barwne rysunki. Każdy z nich sprawdza się świetnie, tworząc spójne dzieło w postaci bardziej tanecznej „Ladinoli”. Artysta nadal robi swoje i tworzy w bardzo charakterystycznym stylu.

8/10

Radosław Ostrowski

Lord Huron – Strange Trails

Strange_Trails_cover

Czasami zdarza się, że pewien album zostaje przeoczony i niezauważony przeze mnie. Powodów może być kilka: bo były ciekawsze tytuły, bardziej głośni wykonawcy albo wybrany na singiel utwór był niezbyt interesujący lub zwyczajnie czasu nie starczyło. To ostatnie przytrafiło się Lordowi Huronowi. Wbrew nazwie nie jest to brytyjski arystokrata, tylko amerykański kwartet z ciepłego Los Angeles kierowany przez Bena Schneidera. I dwa lata temu wydali swój drugi album, który skupił uwagę świata, ale dopiero teraz miałem okazję sięgnąć po to dzieło. Warto było?

Utworów jest 14, w całości napisanych i wyprodukowanych przez Schneidera, a okładka płyty przypomina wydawnictwa z lat 70. I nie tylko okładka, ale samo brzmienie jest tak retro jak to tylko możliwe. Rock’n’rollowa gitara niczym z lat 50., brzmiąca czasami jak echo, bardzo eteryczny wokal Schneidera oraz drobne ozdobniki, a wszystko bardzo spójne i klimatyczne. „Love Like Ghosts” jest delikatne, chociaż gitara zaczyna grać szybko, by dać pole dla smyczków oraz zmieniającej tempo perkusji. Dawno nie używałem tego słowa, ale brzmi to jak czary. Pojawi się zapętlenie doprowadzające do nasilenia dźwięków (szybkie „Until the Night Turns”, gdzie dochodzi do tego zabiegu na początku i na koniec, a także na początku romantycznego „Dead Man’s Hand”, opartego na mandolinie), wskoczy nawet harmonijka ustna („Dead Man’s Hand”), delikatnie wprowadzony wspólny zaśpiew („Hurricane”) czy lekki skręt w stronę folku (westernowa gitara w „La Belle Fleur Sauvage” czy ciepłe „Fool for Love”).

Mógłbym dalej wymieniać poszczególne utwory oraz ich drobne smaczki (zapętlony, odrobinę mroczny „The World Ender”, singlowe „Meet Me in the Woods” z rozkręcającymi się instrumentami – perkusja jest tu cudowna – oraz pięknym głosem żeńskim w refrenie czy znane z serialu „Trzynaście powodów” prześliczny finał w postaci „This Night We Met”), ale to nie zmienia faktu, że grupa konsekwentnie czaruje prostotą dźwięków, produkcyjnym eksperymentami oraz ogromnym potencjałem na hity. Każda z piosenek zasługuje na wyróżnienie i razem brzmią po prostu fantastycznie. Do tego dostajemy naprawdę piękny zestaw lirycznych utworów, które można słuchać w różnych miejscach oraz okolicznościach. Bo jest i coś do tańca, do przytulania się, do spaceru, do wszystkiego. I ten czarujący głos Schneidera, sprawdzający się znakomicie.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Father John Misty – Pure Comedy

Pure_Comedy

Josh Tillman to jedna z wyrazistych postaci sceny alternatywnej. Rozgłos przyniosła mu działalność z zespołem Fleet Foxes, ale wiele lat temu rozstał się z formacją i od tej pory funkcjonuje jako Father John Misty. Teraz właśnie wychodzi jego trzeci album „Pure Comedy”, który współprodukował. I jest to mieszanka rocka, popu i folku.

Jak ciekawa to mieszanka, dostajemy od tytułowego utworu, gdzie najpierw mamy dźwięki trąbek, następnie jakby próbę połączenia telefonicznego i wskakujemy do fortepianu z napakowanym elektroniką tłem. Wtedy w połowie utwory dołącza się sekcja rytmiczna, trąbka oraz łagodny chórek, przez co całość nabiera z jednej strony przebojowego sznytu, z drugiej melancholijnej goryczy, by w finale wyciszyć się. I to wszystko w sześć minut. Dalej mamy trzyminutowy speed w postaci „Total Entertainment Forever”, który od samego początku nabiera tempa i wpada szybko w ucho (pewnie dzięki fortepianowi oraz dęciakom). Zmienność tempa potrafi zaskoczyć, podobnie jak tytuły utworów: „Things It Would Be Helpful To Know Before the Revolution” ociera się o melancholię i smutek (te smyczki oraz chropowate tło), podobnie jak folkowy „Ballad of the Dying Man” czy pianistyczny „When the God of Love Returns There’ll Be Hell to Pay”. Pojawi się czasem dziwaczne udźwiękowienie (nietypowa perkusja i „szuranie” w „Birdie”, zakończonym mrocznymi smyczkami, dziwaczne tło w „Two Wildly Different Perspectives” czy przesterowane wokale pod koniec „The Memo”), ale też Misty zaskakuje czasem trwania (pozornie nudne „Leaving LA”, gdzie powoli dochodzą kolejne instrumenty trwa – 13 minut!!! oraz prawie 10-minutowy „So I’m Growing Old on Magic Mountain”).

Nie znaczy to, że nic się tu nie dzieje. Całość troszkę przypomina muzykę z lat 70. albo z przełomu wieków, gdy wróciła moda na retro granie (cymbałki w „A Bigger Paper Bag”, delikatne smyczki w „Smoochie”), co zawsze daje frajdę. Do tego Misty zawsze stawia na tekst, w którym przygląda się światu, jego głupocie, zepsuciu oraz pustce. Ale to jak ktoś będzie chciał się wsłuchać w tekst, to to znajdzie. Ale nawet jeśli ktoś skupi się tylko na warstwie muzycznej, to i tak powinien być zadowolony. To bardzo spójne, klimatyczne wydawnictwo, gdzie frontman swoim szorstkim, ale głębokim głosem daje wiele do myślenia. Nawet folkowy charakter nie powinien przeszkadzać.

8/10

Radosław Ostrowski

Deep Purple – inFinite

Deep_Purple_-_Infinite

Wydawałoby się, że z wiekiem muzycy, zwłaszcza grający rocka troszkę dziadzieją i tracą swoją moc. Ale działający już 50 lat na scenie Deep Purple nie wie, co to znaczy grać powoli, nudno oraz nieciekawie. Skąd to wiem? A z nowego (i jak krążą wieści) ostatniego wydawnictwa, czyli „inFinite”.

Grupę znowu wsparł swoim producenckim doświadczeniem Bob Ezrin, a otwierający całość „Time to Bedlam” daje przedsmak tego, co otrzymamy. Chociaż początek myli: jakieś dzwonki i komputerowo wzmocniony, recytujący głos Iana Gilliana. Pół minuty później zaczyna walić perkusja, zapieprzają klawisze i zaczyna szaleć Roger Glover na gitarze. Już wiem, że jesteśmy w domu i dostajemy jeszcze w środek solówkę gitarowo-klawiszową, by na koniec wrócić do początkowego głosu Iana. Tym większym zaskoczeniem było bluesowe „Hip Boots” z bujającym feelingiem i skocznymi klawiszami. Także jazzowy „All I Got Is You” wprawia w przyjemny nastrój, by od zwrotki uderzyć tempem, mocarną sekcją rytmiczną i gitarowymi riffami, by znów wszystko uprościć w zdominowanym przez fortepian „One Night in Vegas”. I wtedy pojawia się pierwsza rysa, czyli przemielona cyfrowo perkusja w epickim „Get Me Outta Here”, gdzie brzmi ona po prostu dziwnie, ale wszystko wynagradza brudny riff. Mroczniej (niczym w rasowym horrorze) dzieje się w „The Surprising”, gdzie na dzień dobry dostajemy theremin i smyczki jakby ze starej płyty grane, do której dołącza „westernowa” gitara oraz niesamowite klawisze, pachnące Orientem. Ale w połowie klawisze zmieniają klimat w bardziej anielski (te piękne klawisze), przez co można się poczuć zdezorientowany, a następnie wraca do klimatów z Dzikiego Zachodu.

Dalej cudnie (chórki i fortepian) dzieje się w bardziej hard rockowym „Johnny’s Band”, brzmiącym niczym zaginiony kawałek Led Zeppelin. Ciężej i bardziej garażowo świat się tworzy w „On Top of the World” (znowu Airey zapieprza niczym królik z reklamy Duracella, a Gillian ma przerobiony głos), by na sam finał zaserwować potężne „Birds of Prey”, gdzie sekcja rytmiczna z organami brzmią kapitalnie. W zasadzie mogłoby się na tym skończyć, ale panowie dodali cover The Dorrs „Roadhouse Blues”, tylko że nie dodali panowie nic nowego do tej wersji. Takie klasyczne i oldskulowe bluesisko, ale jakieś nijakie.

Ian Gillian dalej potrafi oczarować i zaskakuje świetną dyspozycją wokalną, pozostali muzycy też potwierdzają klasę, nie schodząc poniżej wysokiego pułapu. Jeśli ma to być pożegnanie grupy z fanami, to udało się osiągnąć w stu procentach. Po przesłuchaniu włączycie ją od nowa.

8/10

Radosław Ostrowski

Emeli Sande – Long Live the Angels

Emeli_Sand%C3%A9_-_Long_Live_the_Angels_Deluxe

Ta szkocka blondwłosa piękność namieszała w 2012 swoim debiutanckim albumem „Our Version of Events”, przykuwając uwagę fanów czarnego brzmienia, mieszając soul z r’n’b. Na nowe wydawnictwo trzeba było czekać aż cztery lata i mając do dyspozycji sztab producentów (m.in. Chrisa Loco, Naughty Boya czy Shakevelli) znowu popłynęła po znanych sobie rejonach czarnej muzyki.

Początek mocno przypomina dźwięki Orientu, co pewne jest spowodowane echem wokaliz w tle oraz dziwacznym szumem („Selah”), by płynnie przejść do smyczków i bardziej przebojowego (acz patetycznego) „Breathing Underwater”, gdzie już mamy także typowe dla r’n’b uderzenia perkusji oraz piękny głos. Ale ten chór pod koniec robi niesamowitą robotę. Swoje miejsce ma też bardzo delikatna gitara elektryczna („Happen”, „Right Now”), by dać miejsca przede wszystkim elektronice (klaskane „Hurts” i pulsujące tłustym bitem „Garden”) oraz akustycznej gitary (nastrojowe „Give Me Something” i „Lonely”), a także fortepianowi („Shakes”) czy rozmarzonym klawiszom, tworzącym niemal bajeczny klimat („I’d Rather Not”).

Tutaj wszystko jest bardziej zwarte i zdyscyplinowane, chociaż zdarzają się ciekawe smaczki w postaci (chyba pożyczonej od Eda Sheerana) gitary akustycznej w rozkręcającej się „Tenderly” (ta trąbka ładnie uzupełnia tło), to jednak Emeli konsekwentnie trzyma się nastrojowego, lirycznego oblicza. I ten głos, trzymający za serce oraz gardło, przez co wierzy się jej na słowo, nawet jeśli stosuje łamańce („Babe”).

Nie wiem czy istnieją anioły, ani jak długo żyją, ale sama pani Sande znowu czaruje swoim warsztatem. Płyta bardzo delikatna, miejscami intymna, miejscami bardzo przebojowa, ale bardzo spójna i klarowna.

7,5/10

Radosław Ostrowski