Ed Sheeran – Divide

Divide_cover

Trudno nie polubić tego sympatycznego rudzielca z Brytanii, który wydał dwie całkiem niezłe płyty, ale zawsze miałem problem z poczuciem nie tyle przesytu, ile chaotyczności poszczególnych dzieł. I kolejny sztab producentów (m.in. Benny Bianco, KillBeatz i Labrinth) odpowiada za trzeci materiał. Tytuł konsekwentnie jest znakiem matematycznym (+ i X), dając tym razem znak dzielenia.

I tak jak poprzednio mamy mieszankę akustycznej gitary ze wszelkim popowym entouragem. Przedsmak dostajemy w otwierającym całość „Eraser”, gdzie mamy gitarę i wyciszoną perkusję w tle, a sam Ed nawija jakby był raperem. Jednak nie trwa to długo, gdyż dochodzi do głosu gitara elektryczna oraz elektronika imitująca smyczki, a sam frontman zaczyna śpiewać. Bardziej przystępnie robi się w nostalgicznym „Castle In the Hill” ze skoczną gitarą i delikatną elektroniką oraz delikatnej, gitarowej balladzie „Dive”. Za to nie do końca mnie przekonuje „Shape of You” z całkiem niezłymi perkusjonaliami oraz troszkę zbyt patetyczna (mimo minimalistycznej aranżacji) „Perfect”.

Nie brakuje kilku ciekawych sztuczek jak zmieszanie celtyckich dźwięków ludowych z elektroniką w skocznym „Galway Girl”, imitacja fletów w „Barcelonie” czy nakładany na siebie zaśpiew w lekko rapowym „New Man”, ale w sporej części to pisane troszkę na jedno kopyto popowe piosenki, jakich w rozgłośniach radiowych są tysiące. I nawet głos Sheerana nie pomaga ich odróżnić od reszty, co już sytuuje go na straconej pozycji.

Nadal lubię Sheerana, bo potrafi zrobić lekkie i zwiewne piosenki jak pianistyczny „Supermarket Flowers” czy ciepłe „Bibia Be Ye Ye”, ale tak naprawdę ciągle robi furorę pojedynczymi utworami niż całymi płytami, gdyż ciągle panuje stylistyczny chaos. Nadal jest tylko nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski

Marek Dyjak – Pierwszy śnieg

0006CJ9FFSP5NUC6-C122

O tym wykonawcy nie słyszałem wcześniej, dopóki nie natrafiłem na utwór „Człowiek (Złota ryba)” i nie można było przejść obojętnie wobec szorstkiej chrypy artysty. Nie inaczej jest na wydanej w zeszłym roku płycie „Pierwszy śnieg” i wiem, że może pora wydaje się nieodpowiednia. Przecież śniegu już nie ma, ale jest za to muzyka.

I tutaj mamy znowu dziesięć utworów (coś ostatnio ta liczba prześladuje, będąc trendem współczesnej muzyki rozrywkowej), gdzie dostajemy gorzkie spojrzenie na świat – brutalnie, bezwzględnie, bez zbędnego słodzenia. Brzmieniowo jest tutaj inspiracja folklorem miejskim oraz bałkańskimi dźwiękami (akordeon, chłodne klawisze i obowiązkowe trąbki), co czuć od singlowego openera, czyli dynamicznego energetyka „Miejsca przedmioty kształty drzwi”. Tytułowa kompozycja jest bardziej wyciszona, minimalistyczna tak bardzo jak jest to możliwe: akordeon i delikatny fortepian, schowana w tle jazzowa sekcja daje wiele miejsca dla Dyjaka, by potem znaleźć się w starej, jazzowej knajpie („Synku wstań”), by potem wyciszyć się mając do dyspozycji tylko fortepian („Rozkołysana”), rozkręcając przy okazji inne instrumenty.

Artysta nie boi się także pomieszać reggae z melancholijną trąbką („Przypowieść o porażeniu”) oraz dać popis eleganckiemu fortepianowi („Laura”) oraz akordeonowi (przebojowy „Nasz Titanic”), a nawet delikatnej elektronice („Droga i śpiew”) , ale przede wszystkim trąbce. To ona tworzy klimat całego wydawnictwa, dodając mocno gorzkiego koloru całości.

Także sam Dyjak ze swoim mocno podniszczonym przez życie głosem daje wiarygodności swoim opowieściom. Nieważne czy wspomina o swojej matce, okresie bezdomności czy o dawnej miłości. Nawet jeśli jest to tekst nie jego autorstwa. Po prostu mu się wierzy. Potrafi rozmiękczyć niejedną kobietę, ale nie próbuje za wszelką cenę się podlizywać.

Chociaż aura może wydawać się niepasująca do słuchania tego albumu, Marek Dyjak robi świetną robotę i daję parę przebojowych numerów. Dlatego warto dać szansę temu ulicznemu muzykowi.

8/10

Radosław Ostrowski

Miuosh – POP

pop

Katowicki raper Miuosh jest postacią starającą się tworzyć poza schematami typowymi dla hip-hopowców. I nie inaczej mogło być w przypadku płyty „POP”, gdzie podjął współpracę z producentem muzyki alternatywnej Michałem „Fox” Królem. Czyżby katowiczanin się sprzedał i poszedł zaślepiony komercją ku mainstreamowi? Odpowiedź wcale nie wydaje się taka prosta.

Otwierający całość „Nie” wyróżnia się niemal kosmiczną elektroniką oraz popisami ciętej niczym krzewy przez sekator perkusji. Dalej mamy coraz dziwaczniejsze rewiry, gdzie nie brakuje nawet elektronicznie przesterowanego głosu w „Neonach” z nieprawdopodobnie podkręconym refrenem (chórki, gitara elektryczna i lekko wpleciony dubstep) czy dziwacznie orientalnego bitu w surowej „Produkcji”. Oczywiście, musi się też pojawić fortepian (w końcu to POP) jak w wyciszonych „Perseidach”. Jakby było tego mało, raper pozwala sobie na zaproszenie takich gości jak Myslovitz (bardziej rockowy „Koniec”), Nosowska (pulsujące elektroniką „Tramwaje i gwiazdy”), Organek (bluesowa „Kawa i papierosy” z zapętlonym fortepianem i starym Hammondem) i Piotr Rogucki („Traffic”), a także sampluje… Bajm (przemielone, wręcz dyskotekowe „Miasto szczęścia”). Brzmi jak wariactwo? Może i tak, ale takie numery jak dynamiczne „Nisko” z szorstką perkusją, tajemniczym fortepianem oraz melancholijnymi smyczkami (nie będziecie chcieli się uwolnić od tego). Do tego goście nie są tutaj tylko dodatkiem mającym zwrócić nasza uwagę na poszczególny utwór.

Raper bardziej opowiada o swoich lękach niż próbuje obserwować rzeczywistość. Niespełnione nadzieje, trudne związki, samotność, szukanie szczęścia. Brzmi banalnie? Na szczęście tak nie jest, chociaż nie stosuje jakichś superskomplikowanych metafor (efekt nadmiernego słuchania Łony i Bisza 🙂 ). Nie mniej kolaż z mainstreamem brzmi zaskakująco świeżo, co jest zasługą więcej niż dobrej produkcji. Niemniej mimo bogactwa oraz eksperymentalnego szaleństwa coś mniej odrzuca. Może to sama barwa głosu Miuosha powoduje ten dysonans. Ale należy dać szansę temu cudadłu.

7/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Let Me Fly

letmefly

Wydawałoby się, że już o tej formacji nigdy więcej nie usłyszę. Mike + The Mechanics to był zawsze poboczny projekt Mike’a Rutherforda – basisty progresywnego zespołu Genesis, a ostatni album (w kompletnie nowym składzie) ukazał się 6 lat temu. Jednak wracają – z nowymi siłami i nową energią serwują kolejne wydawnictwo pod wymownym tytułem „Let Me Fly”. Czy liczymy na odlot?

Nie spodziewałem się zbyt wiele, bo ileż wychodzi w ostatnim czasie popowych płyt, a 6 lat to wieczność w tym gatunku. Ale panowie i tak robią swoje, co nie przeszkadza czerpać przyjemności z odsłuchu. Tak jest w powoli rozkręcającym się tytułowym utworze, opartym na delikatnym fortepianie, minimalistycznej perkusji, mocnym emocjonalnie głosie Andrew Roachforda oraz coraz mocniej naznaczającym swoją obecność chórze. Bo grupa znana jest z tego, że ma dwóch wokalistów śpiewających na przemian. Dlatego, gdy w bardziej dynamicznym (silniejsza obecność gitary oraz bardziej pulsującej perkusji w „Are You Ready”) pojawia się Tim Howar, nie powinniśmy być zaskoczeni. Jedynie imitacje trąbek w refrenie psują dobre wrażenie. Mechanicy zawsze byli znani z nastrojowych i chwytających za serce ballad. I nie inaczej jest tutaj, gdy słyszymy „Wonder” czy singlowy „Don’t Know What Came Over Me” (pełen ciepła oraz delikatnych dźwięków). Zdarzają się jednak małe kiksy w postaci troszkę nudnego „Save the World” brzmiącego niczym kawałek r’n’b z lat 90. (gdyby nie gitara akustyczna i fortepian, byłby gniot) czy w przypadku monotonnego „High Life”.

Za to zaskakują te mocniejsze numery jak „The Best Is Yet to Come”, gdzie popisuje się perkusja, a konsternację może wywołać „The Letter” jakby niemal żywcem wzięty z czasów świetności grupy (chropowata, elektroniczna perkusja, nasilająca się z sekundy na sekundę oraz mroczne pasaże) i budzący skojarzenia z „Silent Running”, przyspieszając w połowie. Nie zabrakło nawet delikatnego skrętu w reggae („Not Out of Love”).

Powiem szczerze, że kompletnie nie wierzyłem w dalszą działalność Mechaników Mike’a, liczących widocznie na wysępienie kasy od swoich najwierniejszych fanów. A to proszę – „Let Me Fly” to kawał dobrego, popowego brzmienia. Nawet jeśli pojawiają się pewne wpadki i strzały w stopę, nie ma ich tutaj zbyt wiele, by nazywać całość nieudaną. Czy będą z tego jakieś przeboje? Wydaje mi się, że tak. Jednak mogę się mylić, a ludzie szukający dobrej rozrywki z głową odnajdą się jak w domu. Odlot gwarantowany.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grażyna Łobaszewska & Ajagore – Sklejam się

okl_okl_56456

Kooperacje czy różne nietypowe muzyczne konfiguracje to nie jest nic nowego. Tym razem doszło do niejakiej powtórki z rozrywki, gdyż to połączenie już zadziałało siedem lat temu. Grażyna Łobaszewska wsparta przez muzyczne trio Ajagore (basista i wokalista Sławomir Kornas, gitarzysta Maciej Kortas oraz perkusista Michał Szczeblewski) postanowiła przypomnieć o sobie z premierowym materiałem.

„Sklejam się” to mieszanka popu z domieszką bluesa, co daje już otwierające całość nagranie tytułowe. Można stwierdzić bluesowe naleciałości w postaci elektrycznej gitary, lekko podniosłego fortepianu w refrenie i bujających klawiszy w drugiej zwrotce. Równie intrygujący jest organowy „Filozof”, gdzie dalej wspiera go surowa gitara (tylko na początku), ale też nie brakuje nawet skrętów w reggae (gitara i perkusja w pianistycznym „Pomoście”, gdzie w połowie cudnie gra wszystko) czy bardziej refleksyjnych popisów gitarowych (melancholijna „Anglia wita”). Gdy zachodzi potrzeba, następuje przyspieszenie („Para-Finał” z lekkimi śladami elektroniki w refrenie i energetyczna, niemal słoneczna „Pełnia szczęść”) przeplatające się zmrokiem („Rzym płonie”) oraz bujającym jazzem („Kurkuma”) czy łagodnymi dźwiękami akustycznej gitary („Ole Gondola”).

Sama Łobaszewska jest w świetnej dyspozycji, a słuchanie jej to przykład wykonywania utworów z klasą, jakiej ostatnio nie ma zbyt wiele. Dodatkowo wszystko okraszone niegłupi tekstami o emigracji, jakim energetykiem jest kawa, miłości czy zwykłej zabawie słowem („Kurkuma”). Czuć nie tylko szczerość oraz wiarę w inteligencję odbiorcy, ale też prawdziwą frajdę z realizacji płyty. A ktoś mówił, że utwory o życiu muszą być smętne i smutne. 😉 Ja też powoli zaczynam się sklejać z tym bogatym brzmieniowo albumem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jazzpospolita – Humanizm

0006GZAD4SP7UOWG-C122

Czy można zmieszać jazz z rockiem? Tak jest w przypadku znanej grupy Jazzpospolita, która funkcjonuje od 2008 roku. Kierowany przez basistę Stefana Nowakowskiego i perkusistę Wojtka Oleksiaka do tej pory wydali 5 pięć płyt, w sporej części zawierającej instrumentalne kompozycje. Kwartet serwuje swoje kolejne wydawnictwo w postaci „Humanizmu”.

I co tutaj dostajemy? Dźwiękową podróż, gdzie miesza się wszystko i długimi kompozycjami. Zaczyna się od „Krainy wewnętrznej” – spokojnego jazzu z ładną, melancholijną gitarą oraz nieznośnie pulsującym elektronicznym tłem. Ale od połowy wszystko zaczyna się przyspieszać za sprawą perkusji, by znowu się wyciszyła, dając pole do popisu elektronice (ciagle chropowatej). Po tym intrygującym wstępie dostajemy piosenkę – jedną z dwóch w zestawie. W „Combination” wszystko tańczy – zarówno sekcja rytmiczna, gitarka, jak i płynny fortepian do rytmu wokalu Pauliny Przybysz (pod koniec gitara z fortepianem zaczynają szaleć). Przyjemnie buja także w gitarowych  „Zakamarkach”, gdzie mamy specjalizującą się w elektronice Novikę. Cała reszta to efekt poważnej i dużej improwizacji poszczególnych muzyków oraz instrumentalistów, co wyjaśnia takie rozpasanie dźwiękowe (najkrótszy utwór ma 4 minuty). Nie brakuje intrygującego połączenia gitary z klawiszami (niemal senne i spokojne „Zmian”, którego tempa nie jest w stanie zmienić nawet perkusja), bardzo przestrzennego, wręcz refleksyjnego klimatu utworu tytułowego. Odrobinę psychodelicznie robi się w dynamicznym „Pustym pociągu” oraz ocierającym się o surowość (i dźwięki Wojtka Mazolewskiego) „Pański paszport to jakiś żart”, gdzie w środku wchodzą mroczniejsze klawisze. W podobnym tempie (szybka perkusja, pozornie spokojniejsza cała reszta – z wyjątkiem fortepianu) utrzymuje się „Człowiek w cyberprzestrzeni”, gdzie pod koniec fortepian wywołuje dezorientację, jak to tylko jest możliwe. Pozornie nieprzyjemniejszy jest „Pies”, jednak tak naprawdę to kolejne refleksyjne oblicze muzyków, gdzie tym razem popisują się klawisze.

Na zasadzie kontrastu wygrywany jest „Spokój niepokój” – bardzo delikatny, wyciszony, gdzie łagodna gitara i perkusja „gryzą” się z klawiszami, bardziej chropowatymi, krótkimi i niemal gwałtownie przerywanymi. A na finał dostajemy przewrotnie nazwany utwór „Jestem w pewnym sensie turystą”, pozwalający na dźwiękową zabawę oraz dając tak cenną chwilę ukojenia (poza środkową, pulsującą częścią z szorstką, niemal „alarmową” gitarą).

„Humanizm” to przykład improwizacji zrobionej z głową, klimatem oraz więcej niż tylko rzemiosłem muzyków. To coś więcej niż tylko przyjemna muzyka jazzowa, lecz podróż po różnych zakamarkach duszy. Nie należy się bać trwania poszczególnych utworów, gdyż czas ten mija szybciej niż jazda Pendolino.

8/10

Radosław Ostrowski

Jacaszek – Kwiaty

kwiaty

Z czym wam się kojarzy wiosna? Z tym, ze robi się coraz cieplej, dzień staje się coraz dłuższy i przyjemniejszy, ale też z budzącą się do życia przyrodą. I to musiała być inspiracja dla nowego dzieła Michała Jacaszka, jednego z ciekawszych twórców muzyki elektronicznej. Natura oraz metafizyczna poezja XVII wieku (jak podaje jego strona www), co już zapowiada intrygującą całość.

Wokalnie cały album wspiera Hania Malarowska, a otwierający całość utwór tytułowy wprawia w konsternację. Zapętlające się, dziwaczne tło, krótkie wejścia mocnych uderzeń elektroniki i „mantryczne”, przeesterowane głosy (najpierw męski i coraz bardziej przebijający się żeński). Jeszcze dziwaczniej, wręcz kosmicznie robi się w „To Perenna”, co wynika z początkowego szumu, do którego dołącza… harfa, wprowadzając w częściowo błogi nastrój, chociaż szum trwa niemal przez cały czas. Także migotliwy „Daffodils” (przynajmniej na początku) wywołuje ciarki. I nie wiadomo, co bardziej tu działa – zmiksowanie elektroniki ze Wschodem (perkusja, imitacja harfy) czy przebijające się niczym echo wokale, a może ten nieznośny szum w tle. Przeciąga się on jeszcze do „To Violets”, gdzie zaczynają się dobijać żywe instrumenty (akustyczna gitara), zmieszane z pokręconym echem i atakuje jeszcze raz w połowie, tworząc coraz bardziej atmosferę niesamowitości.

Jacaszek ciągle zaskakuje i kombinuje, mieszając, a także bawiąc się dźwiękami, samplami. Tak jest choćby w „Love”, gdzie nagle dźwięki pojawiają się, by za chwile gwałtownie zniknąć czy przewrotnie nazwanym „Soft Music”, gdzie znowu miesza się klawisze z samplami oraz głosami. Do tego wplatając żywe instrumenty (klawesyn). I ta taktyka cały czas się sprawdza jak w przypadku gitarowego „White Island” (krótko gra także fortepian)  czy ponad 7-minutowego „Eternity”, gdzie kosmos, harfa i wokal Hani tworzy prawdziwy koktajl Mołotowa. Nawet wykorzystuje się tutaj puls mierzony przez medyczną aparaturę („To Blossoms”).

„Kwiaty” są bardzo specyficznym albumem, pełnym tajemnicy, nieopisanego mroku oraz piękna, które dostrzega się z kolejnym odsłuchem. Potrzeba do niego cierpliwości oraz bardzo otwartego umysłu, ale nadrabia to wszystko bardzo przemyślanym tworem. Chcecie powąchać je?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Me and That Man – Songs of Love and Death

songs of love and death

Wydawało mi się, ze termin supergrupa jest nadużywany, zwłaszcza w naszym kraju. Ale jak inaczej nazwać sytuację, gdy osoby z tak różnych stron muzycznego świata decydują się połączyć siły i stworzyć kompletnie nowe przedsięwzięcie. Tak jest w przypadku składu Me and That Man, ale to nie są w żadnym wypadku leszcze. Przyjrzyjmy im się bliżej.

Na wokalach oraz gitarach udzielają się Adam „Nergal” Darski (Behemoth) i John Porter, bas obsługuje znany jazzman Wojtek Mazolewski, z kolei perkusją dowodzi metalowiec Łukasz Kumański. Wydaje się to kompletnie absurdalnym połączeniem? Tylko pozornie, gdyż w tej mieszance bluesa, rocka i folku wszystko działa na swoim miejscu, stawiając na energię oraz naturalność. Czuć to od otwierającego całość „My Church is Black” (kończy też to wydawnictwo w polskojęzycznej wersji jako „Cyrulik Jack”): nakręcające się obydwie gitary, westernowa harmonijka ustna i od razu czuć jakbyśmy pojawili się w jakiej spelunie czy saloonie. Nie zabrakło też szybkiego, skocznego numeru w postaci „Nightride” (brzmi ta melodia dziwnie znajomo) czy „On the Road”.

Dominuje gitarowy przester, gdzie nie liczy się popisówka technicznymi umiejętnościami, ale surowy styl oraz klimat pełen brudu, piachu zmieszanego z mrokiem. Na szczęście muzycy próbują całość ubarwić, więc mamy tutaj klaskanie („On the Road”), obecność… dziecięcego chórku (szorstki niczym struna „Cross My Heart and Hope to Die”, zawierające w sobie sporą obecność ducha Nicka Cave’a), solówki smyczków („Better The Devil I Know” z psychodelicznymi organami pod koniec) czy podśpiewywania reszty muzyków zespołu (prawie cały czas). Do tego jeszcze pojawia się odrobina akustycznego spokoju (troszkę meksykańska w formie „Of Sirens, Vampires and Lovers” oraz niemal folkowe „One Day”) czy agresywniejsza „Magdalena” i galopujące „Love & Death”. To jednak tylko rozgrzewka przed najmocniejszym „Voodoo Queen (nuta zapożyczona od „Runaway” Del Shannona) oraz „Ain’t Much Loving” (gdyby Nick Cave grał rocka, to tak by brzmiał), które dosłownie wgniatają w fotel.

Panowie Nergal z Porterem wpadli na pomysł, by piosenki śpiewać na przemian. I ta konwencja sprawdza się dobrze – surowy Porter uzupełnia się z „cave’owym”, czystym głosem Nergala (przecież ten facet tylko bezsensownie drze japę, jakby nic innego nie umiał), jakiego po nim nikt się nie spodziewał. Obydwa głosy współtworzą klimat tego wydawnictwa, co jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I mam nadzieję, ze na tym jednym albumie to się wszystko nie zakończy.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Jane Birkin – Birkin-Gainsbourgh: Le symphonique

z21571028Q,Jane-Birkin--Birkin-Gainsbourg-Le-Symphonique---wy

Ta brytyjska aktorka i piosenkarka najbardziej kojarzona stała się dzięki związkowi z francuskim wokalistą Sergem Gainsbourghiem. Teraz jednak postanowiła kolejny raz zmierzyć się z jego piosenkami, ale w wersji symfonicznej. Całość nagrano w Warszawie przy wsparciu Polskiej Orkiestry Radiowej pod batutą Michała Klauza, a pretekstem do nagrania była 25. rocznica śmierci Gainsbourgha. Wsparta przez Philippe’a Lerichomme (dyrektor artystyczny, wieloletni współpracownik Serge’a) oraz dzięki aranżacjom i partiom fortepianowym Nobuyukiego Nakajimy powstało intrygujące wydawnictwo.

Zaczyna się od „Lost Song”, które zaczyna się bardzo skocznie, wręcz rześko, by po kilkunastu sekundach trafić w bardziej melancholijny klimat, poczynając od fortepianu po sekcję smyczkową oraz dętą. W podobnym nastroju utrzymany jest werblowy „Depression au-dessus du jardin” czy oparty na klarnecie oraz fortepianie „Baby Alone in Babylone”, by w finale eksplodować kotłami wspartymi przez dęciaki. Wszystkie te 21 utworów łączy jedno słowo, a w zasadzie dwa: piękno i elegancja, chociaż ma ono różne oblicza. Zarówno mroczne w postaci gwałtownych smyczki, krótki uderzenia fortepianu oraz kotłów w „Ces perits riens” (nie powstydziłby się tej aranżacji sam John Williams), jak i leciutkich niczym podmuchy wiatru fletów w „L’aquoiboniste” czy gwałtownego walca w „Valse de Melody”. Nawet perkusja ma swoje zadanie jak w militarnym „Requiem pour un con” (dęciaki też uderzają swoimi ciosami) oraz „Les dessous chics”, skrzypce potrafią zauroczyć swoją poruszającą solówką („Une chose entre autres”) czy fortepian oczaruje przyjemną solówką w swingującym „Exercice en forme de Z”.

Sama Birkin też śpiewa bardzo delikatnie, łagodnie, wpisując się w całość przedsięwzięcia. Mógłbym dalej wymieniać poszczególne utwory, gdzie każdy z instrumentów orkiestry zostaje w pełni wykorzystany, tylko czy to by zmieniło coś? Symfoniczne aranżacje przebojów Serge’a Gainsbourgha brzmią naprawdę przyjemnie i co najważniejsze w tej formule, bardzo różnorodnie. Birkin nadal czaruje swoim leciutkim głosem, orkiestra coraz bardziej maluje dźwiękami i wychodzi z tego śliczny album. Nie tylko dla miłośników muzyki francuskiej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dylan.pl – Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru

dylan-pl-niepotrzebna-pogodynka-zeby-znac-kierunek-wiatru-b-iext48063031

Kto ze znawców muzyki nie słyszał o Bobie Dylanie – zeszłorocznym nobliście, wokaliście, autorze tekstów i gitarzyście. Bard ten był także śpiewany w naszym kraju i po polsku, m.in. przez Marylę Rodowicz czy Martynę Jakubowicz. Teraz zadanie podjęła się specjalnie powołana grupa Dylan.pl. Jej głównym mózgiem jest tłumacz, gitarzysta i wokalista Zespołu Reprezentacyjnego, Filip Łobodziński. Poza nim dołączyli gitarzysta Jacek Wąsowski (Elektryczne Gitary), basista Marek Wojtczak (Zespół Reprezentacyjny), perkusista Krzysztof Poliński (Urszula) oraz grający na wszelkich innych instrumentach typu puzon, akordeon i harmonia elektryczna Tomasz Hernik (Zespół Reprezentacyjny). Pozapraszano jeszcze paru gości i tak nagrano debiutancki, dwupłytowy album „Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru”.

Całość brzmi jakby grała to uliczna kapela w sposób bezczelny, niemal łobuzerski. Tak zaczyna się „Tęskny jazz o podziemiu”, gdzie nie brakuje szybkiego tempa oraz skocznego akordeonu. Czasem pojawi się lekki skręt w reggae („Adam dał imiona zwierzętom”), sporo zrobią nawarstwiające gitary („Czasy nadchodzą nowe”) czy pedzące banjo („Firma Ziuty”) czy szantowy akordeon (11-minutowa „Burza” z ostatniej autorskiej płyty „Tempest” z 2013 roku). Także harmonijka daje o sobie znać („Odpowiedź unosi wiatr”) czy znacznie mocniejsza perkusja („Mistrz wojennych gier”), nawet nie bojąc się mroku (westernowy „Arlekin”). Słychać, że to robią profesjonaliści, nawet jeśli można odnieść wrażenie grania na jedno kopyto.

Poza dobrym Łobodzińskim śpiewają tutaj m.in. Organek, Pablopavo, Muniek, Maria Sadowska czy Martyna Jakubowicz, co zawsze jest przyjemnym dodatkiem. Dodatkowo trzeba pochwalić teksty, w których Dylan przygląda się światu, dotykając kwestii przemijania, lenistwa, portretuje półświatek, opisuje zatopienie Titanica czy stworzenie świata. Czasami jednak wizje te bywają pesymistyczne („Bez słowa”), pełne gorzkiej miłości i odrobiny humoru. Ci, którzy chcą zacząć przygodę z noblistą powinni sięgnąć po ten album.

7,5/10

Radosław Ostrowski