Def Leppard – Def Leppard

Def_Leppard

Kto nie kojarzyłby takiego zespołu jak Def Leppard? Hard rockowa kapela znana z jednego przeboju („Love Bites”) nie odpuszcza i nadal nagrywa płyty, chociaż drugiego takiego przeboju nie zrobiła. Czy zaskoczy nas czymś nowym na płycie nr 11?

To nadal rock, który niby jest ciężki i ostry, ale jednocześnie przebojowy. I to już słychać na otwierającym całość „Let’s Go”, którego początek – dla niepoznaki – podrasowano elektronicznymi cudeńkami oraz nakładającym się wokalem Joego Elliotta. Potem wchodzi gitara z perkusją i wszystko staje się jasne – lata 80. wróciły do łask. Tylko tam tak brzmiały te gitary, a perkusja niemal taneczna robiła ogromne wrażenie razem ze wspólnym zaśpiewem (jak w potężnym „Dangerous”). Pewną zmianę słychać już w „Man Enough” z funkowym basem niemal przypominającym „Another One Bites to Dust” Queen. Jednak fani mogą odnieść wrażenie, że już to w brytyjskiej kapeli słyszeli.  Moc jeszcze czuć w „Invincible” (taki koncertowy hicior), ale pełne elektroniki „Energized” to po prostu nuda, podobnie jak akustyczne „Battle of My Own”. Moc wraca do zadziornego „Broke ‚n’ Brokenhearted” i dalej jest całkiem nieźle do samego końca.

Sam Def Leppard niczym nie zaskakuje (a ktoś spodziewał się, że będzie inaczej), ale o dziwo słucha się tego naprawdę nieźle. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że zespół stoi w miejscu i troszkę szkoda, że próby przełamania tego stanu rzeczy (finałowe, epickie „Blind Faith”) kończą się porażką. Może jeszcze nas zaskoczą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Steven Wilson – 4 1/2

fron

Steven Wilson to współczesna legenda rocka progresywnego, której aktywność po prostu imponuje. Po wydanym w zeszłym roku albumie „Hand. Cannot. Erase.” pojawia się z kolejnym materiałem, jednak nie jest to pełnoprawny album, tylko EP-ka. „4 1/2” zawiera piosenki odrzucone z sesji nagraniowych płyt „Hand. Cannot. Erase” jak i „The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)”.

Jest tu tylko sześć utworów, ale całość trwa ponad pół godziny, a muzyk ściągnął doświadczonych kolegów (m.in. klawiszowca Adama Holzmana, basistę Nicka Beltza oraz perkusistę Craiga Brundella), dzięki którym stworzył intrygujące, klimatyczne dzieło. Na początek prawie 10-minutowe „My Book of Regrets”. Zaczyna się niczym pop-rockowy kawałek, z pobrudzoną gitarą oraz elektroniczne przerobioną perkusją. Riffy nabierają większej mocy i wtedy następuje wyciszenie, by zapętliła się gitara w towarzystwie ciepłych klawiszy i tak w kółko. Koło 2 i pół minuty, gitara zmienia melodię, perkusja przyspiesza i wali jak huragan z pięknym basem, a klawisze mocno pachną latami 70. I następuje kolejna wolta oraz uspokojenie (bardzo ciepłe klawisze zmieszane z deszczem oraz burzą), by wrócić do melodii z początku. „Year of the Plague” to z kolei kompozycja instrumentalna rozpisana na solo skrzypiec oraz tworzące aurę tajemnicy klawisze, do których dołącza się delikatna gitara oraz werblowa perkusja (pod koniec). „Happiness” jak na utwór o szczęściu, zaczyna się bardzo smutno – samotnej gitary oraz odgłosów miejskiej komunikacji. Wtedy pojawia się gitara elektryczna oraz mocniejsza sekcja rytmiczna, przyspieszając gwałtownie aż do końca.

Spowolnieniem jest kolejny instrumental – „Sunday Rain Sets In”, gdzie dominuje tutaj wolna gra gitary oraz klawiszy, imitujących flet i fortepian, ale pod koniec dochodzi do mocniejszego uderzenia gitary i sekcji rytmicznej. Następny jest kolejny instrumental, czyli „Vermillioncore” zaczynający się mrocznymi dźwiękami klawiszy, mooga i basu, do których dochodzi dziwacznie przesterowana gitara, coraz mocniej oraz ostrzej atakująca. A na sam koniec dostajemy „Don’t Hate Me” zaśpiewane wspólnie z Ninet Tayeb, gdzie wybijają się dynamiczne klawisze oraz agresywny saksofon.

Sam Wilson na wokalu radzi sobie dobrze, a jego niska barwa współgra z całością brzmienia. Bardzo czarującego, uwodzącego i na najwyższym poziomie, jaki można sobie wyobrazić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Oberschlesien – II

Oberschlesien II

Słynni śląscy rockmani naśladujący styl Rammsteina powrócili w zeszłym roku. W albumie nazwanym konsekwentnie „II” nie ma tutaj żadnego coveru niemieckiej kapeli, jednak estetyka pozostała i ślonsko gadko w tekstach.

Na „II” wyprodukowanej przez wytwórnię S.P. Records jest kontynuacja ścieżki poprzednika, czyli industrialny metal z ciężkimi gitarami, perkusja niczym grana przez robota, do tego w tle szaleje elektronika, dodatkowo jeszcze pojawiają się chóralne wokalizy, a niski głos Michała Stawińskiego nadal potrafi uwieść. I co najważniejsze – jest moc oraz taki power, jakiego by niemiecka kapela może zazdrościć. Ale panowie nie zapominają o melodyjności, za co kolejny plus. Po kolei jednak.

Na początku dostajemy dwie petardy – wgniatającą w fotel „Ajzę” (sprytnie wykorzystany theremin) oraz mroczny „Samotny” z zapętlonym . Nie zapominają serwować kilku niespodzianek (przerobiona regionalna pieśń „Górniczy walczyk” w patriotycznym „Śląskim pieronie” czy wpleciona w tekst wyliczanka dziecięca w „Strachu”) oraz drobnych dźwiękowych dodatkach. Odgłosy syreny i ognia w – nomem omen – ognistym „Fojermanie”, eteryczny wokal w tle epickiego „Króla olcha” (wspierany przez dęciaki), akordeon w finale „Orła” (w tle słychać dźwięki morza), marszowa perkusja w „Krzyżu” czy melancholijny fortepian w mrocznym „Bożym gniewie”. Całość jest bardzo równa, świetnie zrealizowana, a teksty opowiadają o życiu na Śląsku, a także śmierci i samotności. W zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek numer, bo każdy jest po prostu znakomity.

„II” to album, który przebija debiut i pokazuje, że po zniknięciu ze sceny Rammsteina (raczej nie zanosi się na powrót) jest możliwość stworzenia muzyki opartej o styl Niemców, jednak bez sięgania po covery. Jest dojrzalej, mocniej i ostrzej. Ciekawe, co na następnym albumie pokarzą chłopaki z Piekar Śląskich.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Skunk Anansie – Anarchytecture

skunkanansieanarchy

Skunk Anansie to jeden z najbardziej znanych brytyjskich zespołów lat 90., co było zasługą charyzmatycznego wokalu Skin. Po prawie 10-letnie przerwie wrócili w 2009 roku i od tego czasu co 2-3 lata wydają nowy album. „Anarchytecture” to płyta numer 6, za której produkcję odpowiada Tom Dalgety (współpraca m.in. z Royal Blood, The Maccabees, Killing Joke czy Simple Minds).

I tak jak poprzednik („Black Traffic” z 2012) to przebojowy, alternatywny rock. Jednak tutaj coraz silniejszy jest wpływ elektroniki, co słychać w „pobrudzonym” singlowym „Love Someone Else”, z równą sekcją rytmiczną i gitarą schowaną w tle, ale efekt jest co najwyżej średni. Podobnie ma się z pulsującym „Victim”, gdzie w środku mocniej odzywa się gitara, tworząc psychodeliczny nastrój. Ciekawszy jest bardziej rockowy „Beauty Is Your Curse”, pachnący grunge’m i pod koniec idący w bardziej „kosmiczne” dźwięki. Ale najlepszy w zestawie pozostaje minimalistyczny, pełen elektroniki oraz cichy „Death to the Lovers”, gdzie głos Skin po prostu dominuje nad resztą. Z pozostałych jeszcze broni się rozkręcający się „In the Back Room” (ten bas i ta nakręcona gitara), metaliczne „Bullets” i instrumentalne „Suckers!”, bo reszta tak naprawdę nie zaskakuje niczym, a wielu starszych fanów odrzuci nadmiarem „brudzenia” brzmienia.

Nadal broni się świetny wokal Skin, bez której nie jestem w stanie sobie wyobrazić tej grupy. Szukającej ciągle nowego języka dla swojej muzyki. Chociaż nie jest to moja bajka, to słuchało się tego przyzwoicie. Wierzę, że jeszcze Skin i spółka pokażą ogień, który tu lekko zgasł. Ale może tak już jest, że z wiekiem zwiększa się popyt na wyciszenie oraz spokój?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Fismoll – Abandoned Stories (EP)

abandoned stories

Fismoll znany jest z tego, ze tworzy spokojne, wyciszone piosenki grane na gitarę akustyczną i pachnące Skandynawią. Po wydaniu dwóch płyt (ostatnia w 2015 roku) wyszła pod koniec zeszłego roku EP-ka zawierająca utwory, które zostały nagrane do longplay’ów, ale się nie zmieściły i zostały dokończone w listopadzie.

Utworów jest tylko pięć, ale ilość poszła w jakość. Zaczyna się od mroczniejszych smyczków, zastępowanych przez gitarę akustyczną w „April Sun”, a kiedy dochodzi perkusja i delikatniejsze smyki, robi się po prostu cieplej i przyjemniej, włącznie z zapętlającą się melodią pod koniec. Równie przejmujące jest „Skin”, gdzie znowu wybijają się wolne skrzypce, przewijające się w tle. Smyki i gitara to tak naprawdę odstawa każdego utworu w tym zestawie: czy to słodko-gorzkie „Forget What She Said” (ładnie plumkają i „mechanicznie” brzmią te smyki), jedyny polski utwór „Jaśnienie” – bardziej perkusyjny ze zgrabnymi klawiszami (dziwnie brzmi Fismoll śpiewający po polsku, ale to kwestia osłuchu) oraz niemal instrumentalny „Herbs Overblown”.

Skromny zestaw (przecież to EP-ka) wspiera bardo ciepły i dojrzały głos Fismolla, idealnie współgrający oraz współtworzący klimat tej płyty, bardzo zimowo-jesiennej. Ale jednocześnie bardzo pięknej, lirycznej i pozornie tylko nudnej. Troszkę za krótka, ale to jedyna wada.

8/10

Radosław Ostrowski

Adam Strug – Mysz

mysz

Adama Struga poznałem podczas słuchania płyty nagranej wspólnie ze Stanisławem Soyką, gdzie obaj panowie mierzyli się z poezją Bolesława Leśmiana. Teraz ten poeta i etnograf wraca z autorskim materiałem, wspierany przez producenta Wojciecha Waglewskiego.

I słychać ten wpływ frontmana zespołu Voo Voo, zarówno w grze gitary elektrycznej (tak gra tylko Wagiel senior), jak i uderzeniach perkusji, co pojawia się w otwierającym całość „Za naszym oknem”. Także czuć też inspirację muzyką etniczną (troszkę „żydowski” klarnet z trąbką w „Możemy iść”, gdzie swoje robi lekko pobrudzona gitara), zabawę formą („Pijana”, gdzie dochodzi do „dialogu” między gitarą a trąbką, bardziej perkusyjny „Kominek” czy mandolinowo-werblowa „Niepogoda”) czy momenty wyciszenia (akustyczna „Róża”, zakończona rockowym riffem), jednak mam jeden poważny problem. Gdyby nie głos Struga, to mógłby być kolejny album Voo Voo. Swoim wokalem, poeta jest w stanie naznaczyć całość swoim własnym piętnem.

„Mysz” to poetycka wyprawa w coraz bardziej zaskakujące opowieści, które czasami mówią więcej o ważnych sprawach, unikając patosu i grafomaństwa (ocierające się o Bałkany „Strzeż mnie”). Bardzo różnorodna, barwna i często zaskakująca (westernowy „Ostatni raz” z Waglem na wokalu).

8,5/10

Radosław Ostrowski

Armia – Toń

Ton

Z zespołami legendami zmierzyć się jest najtrudniej. Armię znałem tylko ze słyszenia i nie miałem wcześniej styczności z muzyką tej hard rockowej grupy kierowanej nieprzerwanie od ponad 25 lat przez Tomka Budzyńskiego. Wsparci przez cenionego producenta Marcina Borsa, z którym współpracują od „Podróży na Wschód” jesienią roku 2015 zaatakowali.

I od początku czuć ducha punk rocka, podrasowanego cięższymi riffami i mocnymi uderzeniami perkusji. „Cud” szaleje niczym huragan, przynajmniej na początku, by wolniejszą (ale nawarstwiającą się) grą gitary niczym wiatry pustynnej burzy, wyciszonej przez klawisze w finale. I to skontrastowane jest z chropowatym wokalem Budzyńskiego, wrzeszczącego w refrenie. „Urkoloseum” zaczyna się krótkim riffem, podlegającemu przyspieszeniu oraz „pobrudzeniu”, do którego włączają się charakterystyczne dla tej grupy dęciaki. Jest heavy i very heavy, a wplecenie pod koniec fragmentów wypowiedzi z mediów – mocne. „Duszo wróć” troszkę przypomina łagodniejsze wcielenie Luxtorpedy, gdzie nieco cichsza jest gitara z perkusją, by w refrenie zaatakować z całej mocy. Jedynie wpleciony dźwięk czegoś na kształt klarnetu oraz smyczki między zwrotkami, tworzą wrażenie dziwacznej psychodelii. Przyspieszenie następuje w „Pustym oknie” i  mroczniejszym „Tańcu duchów” zaczyna się od gry trąbki oraz szumów radia (?). Hałas i mocne riffy będą nam towarzyszyć do samego końca: punkowy utwór tytułowy, wolniejsze pod koniec „Ukamieniowanie”, szybki i przesterowany „Cudzy grzech”.

Sam Budzyński ma na tyle silny głos, że nie da się go pomylić z kimkolwiek innym. Pozornie niski, ale mają siłę rażenia bomby. Także bardzo gorzkie teksty, w których muzycy przyglądają się naszej rzeczywistości. Może troszkę zbyt banalnie („Tam, gdzie kończy się kraj), ale na pewno nie nudno.

Armia nadal pokazała swoją siłę, nawet jeśli poszli wbrew oczekiwaniom swoich fanów. „Toń” nie oznacza tutaj żadnego upadku czy obniżki formy, o nie. To nadal silny zespół polskiego rocka.

8/10

Radosław Ostrowski

Czerwone Gitary – Symfonicznie

czerwonegitarysymfonicznie

Trudno mi wyobrazić sobie człowieka w Polsce, który nie wiedziałby kim są Czerwone Gitary. Legenda polskiego rock’n’rolla wróciła w zeszłym roku z nowym albumem „Jeszcze raz”, który spotkał się z ciepłym odbiorem. W tym samym 2015 roku z okazji 50-lecia działalności wydali też album koncertowy z Orkiestrą Symfoników Gdańskich, gdzie zagrali utwory w hołdzie Krzysztofowi Klenczonowi.

I udaje się zachować symbiozę między zespołem a orkiestrą, co nie jest takie łatwe. Z kolei zestaw piosenek jest dość oczywisty i mało zaskakujący (kompozycje Klenczona). Nie mogło zabraknąć „Kwiatów we włosach” (fantastyczne smyczki z fletami we wstępie), „Wróćmy nad jeziora” czy „Matura”. Ale nawet w tak ograne utwory, symfonicy dają ogień i czad (dynamiczne i ostre „10 w skali Beauforta” czy pachnące preriami Dzikiego Zachodu „Powiedz stary, gdzieś ty był”), a czasami tworzą liryczne tło (solo trąbki w „Jesień idzie przez park” czy prześliczny wstęp dęciaków drewnianych w skocznym „Roku z kapryśną dziewczyną”). Dodatkowym smaczkiem są wplecione fragmenty utworów muzyki klasycznej (m.in. wojskowy wstęp do „Białego krzyża”). Słychać też, że to koncert, bo publiczność reaguje nie tylko „krzycząc” swoją obecność, ale też i śpiewając razem z muzykami.

Jestem pod sporym wrażeniem, że zespół z tak dużym doświadczeniem nadal potrafi zauroczyć i sprawić przyjemność ze słuchania. Mimo odmłodzenia składu (z oryginalnego zostali tylko gitarzysta Jerzy Kosela –  odszedł w maju 2015 roku – i perkusista Jerzy Skrzypczak), nadal jest to świetnie działająca maszynka koncertowa. Absolutnie polecam, także młodszym.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Harry Connick Jr. – That Would Be Me

that would be me

To jeden z sympatyczniejszych wokalistów jazzowych, który sporadycznie pojawia się też na ekranie. Konsekwentnie co roku wydaje nowy materiał i nie inaczej było w 2015 roku, co fani jazzu przyjęli z dobrocią inwentarza. Jednak po raz pierwszy Amerykanin podjął współpracę z innymi producentami – Egiem Whitem (współpraca m.in. z Adele i Samem Smithem) oraz Butchem Walkerem (Taylor Swift, Katy Perry).

I słychać tutaj zmiany, idące w stronę bardziej popowego i przebojowego jazzu. Pojawia się to już w chwytliwym klaskano-dętym „(I Like It When You) Smile”, który daje dobrego, pozytywnego kopa. Niespodzianką jest gitarowy i akustyczny „(I Do) Like We Do”, gdzie do gitary dołączają klawisze Hammonda oraz świetny żeński chórek. A im dalej, tym jest zarówno dynamicznie i melodyjnie, ale i refleksyjnie. Tak jest z „Tryin’ to Matter”, fortepianowym „Songwriterem” (przynajmniej na początku) ze skocznymi smyczkami czy bardziej elektroniczny i wyciszony „Do You Really Need Her”.  Dla mnie najlepszy w tym zestawie jest różnorodny i dynamiczny „You Don’t Need a Man” (zapętlone smyczki, dynamiczna perkusja z oklaskami i cymbałki w tle) oraz przypominający dokonania Amy Winehouse „Where Prisoners Down”.

Dawno nie słyszałem tak pogodnego i ciepłego albumu pop-jazzowego. Ktoś powie, że to nic nowego i odkrywczego. Zapewne będzie miał rację, ale to przyjemna i bardzo bujająca płyta. I nawet pasuje troszkę do karnawału.

7/10

Radosław Ostrowski

David Bowie – Blackstar

blackstar

David Bowie to postać, której wpływ na muzykę i kulturę nie podlega jakiejkolwiek dyskusji. Od lat 60. ciągle komponował i zaskakiwał każdym albumem, tworząc za każdym razem inną muzykę, odcinając się od poprzedniego dzieła. 3 lata temu zaskoczył wracając po 10 latach niebytu albumem „The Next Day”, a w miniony w piątek, obchodząc 69 urodziny wydał 26 album „Blackstar” razem ze stałym współpracownikiem, producentem Tonym Viscontim. W poniedziałek dotarła wiadomość, ze Bowie zmarł, więc troszkę bałem się odbioru albumu, który stał się muzycznym testamentem.

Bowie znowu zaskakuje i tym razem idzie w stronę jazzu, co widać w składzie muzyków (saksofonista Donny McCaslin, gitarzysta Ben Monden, klawiszowiec Jason Lindner i perkusista Mark Guillama). Utworów jest zaledwie 7 i całość trwa nieco ponad 40 minut. Pozornie wydaje się to drobiazgiem, ale już otwierający całość 10-minutowy „Blackstar” okazuje się kompletną niespodzianką. Delikatna gra harfy, przestrzenny i niski głos Bowiego i pulsująca, ale minimalistyczna elektronika. Jednak koło 1:50 pojawia się solo saksofonu, wtedy mocniej uderza perkusja, a około 4 minuty następuje wyciszenie i w połowie dochodzi do kompletnej zmiany klimatu, grając zupełnie inną melodię z łagodną gitarą i ambientowych klawiszy oraz nakładających się wokali. A w ostatniej minucie następuje teoretyczny powrót do początku, tylko spowolniony i okraszony fletami.

To jedyny taki dziwaczny i bardzo wymagający utwór, ale dalej jest jeszcze ciekawiej.  Psychodeliczny „‚Tis a Pity She Was a Whore” (troszkę przypominający „I’m Deranged”), wybrany na drugiego singla trip-hopowy „Lazarus” (najlepszy w całym zestawie) z proroczą pierwszą zwrotką („Look up here, I’m in heaven/I’ve got scars that can’t be seen/I’ve got drama, can’t be stolen/Everybody knows me now„) i największa niespodzianka, czyli zmodyfikowana (w porównaniu do pierwotnej wersji ze składanki „Nothing Has Changed”) oraz przyspieszona wersja „Sue (Or In a Season of Crime)”. A to jeszcze nie koniec. Elektroniczno-transowy „Girl Loves Me” pachnie klimatem spod znaku Davida Lyncha, nostalgiczne „Dollar Days” z delikatnym fortepianem oraz pełne pulsujących smyków i rockowego pazura „I Can’t Give Everything Away”. Produkcja tutaj serwuje tyle smaczków i detali, ze wyłowienie ich wszystkich nie jest możliwe.

„Blackstar” już teraz będzie wymieniane jako mocny kandydat na płytę roku 2016. Bowie prowadzi tutaj grę w kotka i myszkę, zwodząc coraz bardziej za nos. Na pewno jest to bardzo wymagający, ale i dający sporo satysfakcji materiał, jakiego jeszcze w tym rozpoczętym roku nie spodziewam się usłyszeć. Jeszcze do tej gwiazdy zajrzę.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski