Eagles of Death Metal – Zipper Down

Zipper_Down

O tej grupie nigdy wcześniej nie usłyszałem, aż do 13 listopada 2015 roku, gdy podczas ich koncertu w Paryżu doszło do ataku terrorystycznego i śmierci kilkunastu osób. Ale to nie powinno dla mnie mieć wpływu na odbiór ostatniej, czwartej płyty duetu Jesse Hughes/Josh Homme.

Jest to rockowa (inspirowana garażowym brzmieniem) płyta zrobiona z jajem w sosie brudnej elektroniki, co już słychać w otwierającym całość „Complexity” oraz bardzo szybkiej petardzie „Got a Woman”. Czuć też echa macierzystej formacji Homme’a, czyli Queens of the Stone Age w dowcipnej „I Love You All the Time” czy bardziej pobrudzonej riffami „Oh Girl”, skręcającym w kompletnie nieznane rewiry (wyciszona gitara i perkusja oraz „oddalony” głos Hughesa. Dodatkowo jeszcze mamy zabawę głosem (a dokładnie falsetami w „Got the Power”), zmienność konwencji („Skin-Tight Boogie”, które zaczyna się niczym kwasowa wersja rock’n’rolla, by pójść w… rap), a nawet znalazło się miejsce na cover („Save a Prayer” od Duran Duran).

Choć nie jest to stricte metalowa grupa, to rocka jest tutaj w nadmiarze, a zabawa udziela się także słuchaczowi. Intrygująca, bardzo przebojowa i chwytliwa jak diabli. Brać i słuchać bez dyskusji.

7/10

Radosław Ostrowski

The Dumplings – Sea You Later

sea-you-later

Duet Justyna Święs i Kuba Karaś – znani jako The Dumplings – byli objawieniem roku 2014. Ale jak wiadomo, że w muzyce rok to wiele czasu, więc przyszła pora na nowy materiał, który niejako kontynuował ścieżkę obraną wcześniej.

„Sea You Later” jest nadal pełne elektronicznego podkładu, co pokazuje otwierający „Odyseusz” (o dziwo, zaśpiewany po angielsku) pełen zapętlonych wokaliz w tle, wplecionych cymbałków oraz wolno uderzającej perkusji, a nawet przesterowanego cyfrowo wokalu. „Blue Flower” bardziej pulsuje cieplejszym tłem pachnącym latami 80. (z „kosmicznymi”, a „Możliwość wyspy” bardzo niepokoi, idąc w bardziej agresywny i szybszy puls z przerobionym wokalem pod koniec utworu. „Dark Side” zaczyna się pozornie spokojnie, jednak im dalej, tym większe „szumy” w tle. Zmianą jest bardziej gitarowy „Kocham być z Tobą”, choć klawisze w refrenie dominują i błyszczą całkowicie (nawet czuć tutaj starego Hammonda), z kolei „Don’t Be Afraid” to zapętlone, dyskotekowy trip pełen „mignięć”, a singlowe „Nie gotujemy” z oszczędną perkusją i płynnymi klawiszami tworzy magiczną aurę.

Całość jest spójną i konsekwentną muzyką, pełną elektroniki z wyższej półki, a bardzo delikatny i eteryczny wokal Święs współgra z całą resztą. Jedynie zbyt mroczne „Sama wkracza w pustkę” odstaje od reszty (może to zasługa podkładu oraz dziwacznie przestrzennego głosu Tomka Makowieckiego, który gościnnie występuje), ale reszta to bardzo interesująca i świeża muzyka duetu. Jak tak dalej pójdzie, to aż strach myśleć, co będzie przy albumie nr 3.

8/10

Radosław Ostrowski

Pustki – Wydawało się

wydawalo sie

Obecnie Pustki to trio grające szeroko pojętą, ale przystępną w formie muzykę alternatywną (chociaż dzisiaj nazwalibyśmy ją popem). Z okazji 15-lecia działalności grupa postanowiła wydać składankę ze swoimi największymi przebojami.

A dowcip polega na tym, że poznajemy dorobek grupy od samego końca do początków. I dostajemy dwa premierowe kawałki. Melancholijny „O krok” z ciepłymi klawiszami oraz troszkę żywsze, pełne smyczków „Liczę do dwóch” to konsekwentna realizacja charakterystycznego stylu grupy. Nie brakuje i mocniejszej perkusji przeplatanej z chórkami („Tyle z życia”), skocznych klawiszy („Się wydawało”), pójścia w estetykę new wave (niepokojący „Wampir” i przebojowa „Lugola”) oraz eksperymentowania (wplecenie sygnał telefonicznego w „Wesoły jestem”).

Jednak im dalej, tym jeszcze ciekawiej. Zarówno kameralnie (gitarowe „Nie zgubię się w tłumie”), delikatnie pod radio („Parzydełko” z ciepłą gitarą oraz „azjatyckimi” klawiszami, które zmienia klimat pod koniec czy bardziej rockowe „Tchu mi brak”), a pod koniec robi się przyjemniej. Starsze utwory jeszcze pochodzą z czasów, gdy śpiewał w grupie Jacek Piętka. Mroczniejszy „Telefon do przyjaciela”, pulsująca „Słabość chwilowa” czy idące w stronę reggae „Kalambury” (gościnnie Muniek Staszczyk).

Całość brzmi świetnie, niepozbawione ironii teksty intrygują i dają do myślenia, a wokal Basi Wrońkiej uwodzi, koi, uspokaja. „Wydawało się” to trafne podsumowanie 15 lat grupy i liczę na to, że następne 15 lat będzie równie owocne, a nawet lepsze od tych minionych.

8/10

Radosław Ostrowski

Stanisława Celińska – Atramentowa… Suplement

atramentowa suplement

Płyta „Atramentowa” Stanisławy Celińskiej odniosła gigantyczny sukces, osiągając status Platynowej Płyty. Okazało się, że nie wszystkie piosenki zmieściły się w podstawowej edycji płyty. Dlatego wyszedł drugi album zwany „suplementem”, gdzie znów za produkcję odpowiada Maciej Muraszko.

Stylistycznie nic się nie zmieniło – to jazz zmieszany z bossa novą, a piosenek jest dziewięć. Znów są covery i to aż dwa – czarujący „Manha de Carnaval” (temat z „Czarnego Orfeusza”) z polskim tekstem napisanym przez samą Celińską oraz „Pod papugami” z melancholijnym akordeonem i czarującym fortepianem. Dalej jest dość różnorodnie – od spokojnych, płynących melodii („Za spokojnie” – rzeczywiście dość spokojny utwór) po te żwawsze i przebojowe („Trudny dzień” czy „Wybierz się w drogę”), gdzie błyszczy zwłaszcza saksofon. I tak jak „Atramentowa” jest to muzyka pełna refleksyjnych tekstów na temat życia w ogóle. Niespodzianką jest gitarowe „W głębokich cieniach”, będące coverem kołysanki z „Dziecka Rosemary” oraz pachnące dancingami lat 70. „W imię miłości”.

Sam głos Celińskiej to prawdziwa bomba, która niby spokojna, ale z potężną siłą rażenia i idealnie współgrająca z tekstami oraz muzyką. I nie miałem wrażenia, że był to tylko skok na kasę, ale kontynuacja raz obranej ścieżki. Dojrzała i konsekwentnie realizowana opowieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Stare Dobre Małżeństwo – Kompresja ciszy

00stare_dobre_malzenstwokompresja_ciszywebpl2015

Zespół kierowany przez Krzysztofa Myszkowskiego konsekwentnie gra bardzo wyciszoną, oszczędną muzykę poetycką. Jedynie z gitarą i wokalem. Dość często SDM nagrywa płyty dość często, ale nie jest o nich głośno w mediach. I nawet dwupłytowa „Kompresja ciszy” tego nie zmieni.

Zaczyna się spokojnym „Gdybaniem”, gdzie poza gitarą przewija się w tle harmonijka ustna i cymbałki. I w zasadzie ten spokój rzadko kiedy zostaje przerwany. Gdzieś tam cały czas brzdąka gitara, ale pojawia się drobne urozmaicenie jak wejście gitary elektrycznej („To ci dodaje sił”), skręcenie w country („Dziewiąty krąg”) czy bluesa (żywszy „Jeniec nocy” z Hammondami czy stonowany „Sejsmograf rozsądku”), a nawet rocka (7-minutowy „Festyn obsesji”). Muzyka w zasadzie jest tak naprawdę tylko tłem dla tekstów Myszkowskiego oraz jego charakterystycznego, niskiego głosu. A w tekstach opowiada i o swoim wieku („Pięćdziesiątka”), przygląda się rzeczywistości i zastanawia się nad poezją („Czytanie poezji i pisanie wierszy”).

Kompletnie zaskoczyło mnie to, że te dwa albumy nie wywołały znużenia, chociaż nadmiar bywa szkodliwy. Jeśli chcecie zrobić sobie przerwę na wyciszenie i pomyśleć nad pewnymi sprawami, to nowy SDM będzie pasował jak ulał. Natomiast szperacze mocniejszych wrażeń, niech dalej słuchają cięższego brzmienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Lilly Hates Roses – Mokotów

Mokotow

Kamil Durski i Kasia Golomska działają jako duet Lilly Hates Roses inspirując się muzyką pokroju Bon Ivera i Becka. Dwa lata po świetnie przyjętym debiucie, zdecydowali przypomnieć się publiczności, wydając drugi album.

Tym razem za produkcję odpowiada Bogdan Kondracki – jeden z najbardziej wpływowych producentów współpracujący m.in. z Anią Dąbrowską, Moniką Brodką, Noviką i Dawidem Podsiadło. Innymi słowy będzie to muzyka pop, tylko z wyższej półki i pełna elektroniki (coś ostatnio jej pełno w popie), jednak nie pozbawiona akustycznej gitary. Zapowiada to już otwierający całość „Feng Shui” z ciepłymi Hammondami oraz akustycznymi gitarami. A po drodze jest kilka zaskoczeń, z których wybijają się dyskotekowe (ale nie kiczowate) „Spiders and Snakes”, skoczny „Mokotów”, wyciszony „Lifeboat” z klawiszami brzmiącymi jak akordeon oraz zapętloną perkusją czy bardziej przebojowy, pachnący new romantic „L.A.S.”. Co nie znaczy, ze reszta piosenek jest słaba czy nieudana.  Po prostu w/w bardziej zapadły mi w pamięć, ale całość jest bardzo nastrojowa i pełna smaczków (perkusjonalia w „Sound of Bells”, cymbałki w „Lifeboat”).

Część piosenek jest śpiewana po angielsku, jednak nie przeszkadza to w odbiorze „Mokotowa”. Zmienność tempa, mieszanie gitary akustycznej z elektroniką działa jak mocny i ostry koktajl, skontrastowany z ciepłymi głosami Golomskiej oraz Durskiego. Jak widać w 2015 roku polska muzyka nadal jest interesująca.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sebastian Riedel & Cree – Heartbreaker

00._Sebastian_Riedel__Cree__Heartbreaker_2015__Front

Polski blues rock bez zespołu Cree byłby odrobinę ubogi. Grupa założona przez syna Ryszarda Riedla, działa od 20 lat i na szczęście nie próbuje rywalizować z Dżemem o miano bluesowej kapeli wszech czasów. Mają jednak wierną publiczność, a siódma płyta potwierdza ich klasę oraz talent.

„Heartbreaker” zaczyna się od mocnego uderzenia. „Nigdy mało” poraża ciężkimi riffami i serwuje dużego kopa, zwalniając gwałtownie w połowie, by przyspieszyć. „Z nieba spadło” zaczyna się od jednostajnych uderzeń perkusji, do których dołączają gitary oraz Hammondy. Niespodzianką jest powolna i pełna smyczków ballada „Na dnie Twojego serca”, która promowała wydawnictwo. „Każdy rodzi się świętym” to powrót do bluesa z lat 70. z lekkimi riffami oraz klawiszami, a niespodzianką jest solówka saksofonu. Konsternacją było dla mnie 9-minutowe country „Możesz na mnie liczyć” – dla mnie troszeczkę za długie, podobnie jak 7-minutowa „Modlitwa biznesmena w pociągu” z wplecioną informacją z peronu, elektrycznymi skrzypcami (świetnymi) oraz trąbką. Wyciszeniem i spokojem zaskakują „Głodne duchy”. Powrotem do rock’n’rolla są „Wielkie plany”, gdzie gitary znów maja wiele do roboty, przywracając czad i energię, a wolniejsza „7 rano” wali soczystymi riffami i perkusją, a także wokalnymi zagrywkami w stylu Johna Lee Hookera z „Boom Boom Boom Boom”. A na sam koniec dostajemy bardziej akustyczną „Heartbreak Girl” z harmonijką ustną i zaśpiewana w całości po angielsku.

Sebastian Riedel ma głos podobny do swojego ojca, jednak już dawno przestało to przeszkadzać. Z kolei teksty pełne (dość prostej) życiowej filozofii, nie popadając w banały.

Niby nic nowego czy odkrywczego, bo w bluesie wszystko już powiedziano, ale takiego energetycznego kopa zawsze przyjemnie dostać. Nawet podczas prac świątecznych.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Marika – Marta Kosakowska

00marikamarta_kosakowskawebpl2015

Ta wokalistka nurtu reggae ostatnio bardziej była kojarzona jako jedna z prowadzących pewien znany talent show. Jednak postanowiono z Mariki zrezygnować (nie wiem kto z kogo odszedł), ale artystka postanowiła nie marnować czasu i nagrać nowy album, podpisując się swoim imieniem oraz nazwiskiem.

I jeśli ktoś spodziewał się kontynuacji brzmienia reggae’owego, będzie raczej niemile zaskoczony. Już otwierający całość „A jeśli to ja” nagrany ze wsparciem Goorala zapowiada zmiany. Owszem, jest saksofon i fortepian, jednak wszystko polane w sosie elektronicznym oraz zapętleń. Dalej jest jeszcze ciekawiej: od pulsującej perkusji („1000 Lamp”), delikatnie wplecioną gitarę akustyczna („Jak rozmawiać”), wokalizy współgrające z narastającymi, mrocznymi klawiszami („Idę” pełne dźwięków futurystycznych) czy niemal dyskotekowego bitu („Drugi dzień”). Tego się nie spodziewałem, a całość zaskakuje zarówno wysmakowaną stylistyką (utrzymane w r’n’b „Łodyżka” przypominała mi utwory… Jessie Ware) i nietypowymi elementami (dubstep w „Niebieskim ptaku”), a także gośćmi (poza Gooralem znalazło się miejsce dla Skubasa, Grubsona i duetu XxanaxX), którzy wykonali swoją robotę bardzo dobrze.

Sama Marika bardzo dobrze odnajduje się w tym elektronicznym tle (nawet dwa remiksy autorstwa BRK) brzmiały fajnie). Teksty też są mniej banalne niż można byłoby się spodziewać.

„Marta Kosakowska” sprawiła mi niespodziankę. Marika ewoluuje i ta zmiana zapowiada, że będziemy mieli do czynienia z kameleonem. Wydaje mi się, że już na reggae’owej działce osiągnęła już wszystko, więc zmiana entourage’u była tylko kwestia czasu. Chociaż nigdy nic nie wiadomo, w każdym razie czekam na to, co pokaże Marika następnym razem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tomasz Beksiński In Memorian

Tomasz_Beksinski__In_Memoriam_2015

Dla słuchaczy radiowej Trójki Tomasz Beksiński był jedną z wyrazistszych osobowości dziennikarskiej. Ja go znałem tylko jako tłumacza list dialogowych do zagranicznych filmów (Monty Python, seria o Bondzie) i byłem za młody, by słuchać „Trójki pod księżycem”. 24 grudnia 1999 roku Beksiński popełnia samobójstwo. By przypomnieć tą postać, Polskie Radio wydało kompilację zawierającą ulubiona muzykę redaktora, a wyboru dokonali dziennikarze Trójki oraz fani dziennikarza.

Jest to kompilacja zawierająca zarówno brzmienia new romantic jak i rocka progresywnego. Na początek dostajemy fragment „Neon Mariners” zespołu The Legendary Pink Dots, który zaczynał audycje Beksińskiego. A im dalej, tym ciekawiej. Można uznać to za zestaw mroku, tajemnicy i piękna w odpowiednich proporcjach. Smyczkowo-perkusyjna Lacrimosa („Halt Mich”), pianistyczne Deine Lenken (niepokojące „The Game”), rockowy Galahad, poruszający Collage (nieśmiertelny „Living in the Moonlight”), mieszający elektronikę z etniką Fish („Virgil”) czy cięższy Closterkeller z niemal operowym głosem Anji Orthodox („Violette”). I kiedy wydaje się, że bardziej nie można zaskoczyć, to dostajemy 12-minutowe „Pokuszenie” Abraxasa – pełnym zaskoczeń, zastojów, mroku oraz głosu Adama Łassy, a pewną nadzieję daje melancholijny „Sugar Mice” Marillionu. Troszkę może nie pasować Jethro Tull ze swoimi fletami w „Living In The Past”, ale i tak brzmi bardzo dobrze. Także mieszający muzykę klasyczną z elektronika Cockney Rebel tworzy dziwny klimat, a na koniec dostajemy progrockowy Alan Parson Project i ostatni kawałek zagrany w ostatniej audycji Beksińskiego – instrumentalny „Stationary Traveler” Camel, który chwyta nadal.

Album w zasadzie będący hołdem oraz próbą stworzenia portretu Beksińskiego za pomocą ukochanej przez niego muzyki jest zaskakująco udany. Muzyka pełna pięknych momentów, mroku i czegoś nieodgadniętego, co tylko dźwiękiem da się opisać. Przesłuchajcie to sami, oceny wyjątkowo nie będzie.

Radosław Ostrowski

Chris Isaak – First Comes the Night

First_Comes_The_Night

Ten wokalista i aktor nierozerwalnie kojarzy się z rock’n’rollem, a barwę głosu ma zbliżona do samego Elvisa. Najnowszy, dwunasty album raczej nie zmieni tego wizerunku.

Od strony produkcyjnej za „First Comes the Night” odpowiadają Dave Cobb (współpraca m.in. z Europe), stary znajomy Chrisa Mark Needham oraz znany z muzyki country Paul Worley. Nie zmieniła się obecność, chociaż otwierający całość utwór tytułowy jest akustyczny, troszkę w stylu country z ciepłymi klawiszami w tle. Gitara elektryczna bardziej ożywia się już w „Please Don’t Call” (zwłaszcza pod koniec), a dalej jest jeszcze ciekawiej. Nie zabrakło dęciaków (uroczy „Perfect Lover”), podśpiewywania chórków (rockabilly „Down in Flames”), plumkających smyczków (romantyczny „Reverly”), fortepianu („Baby What You Want Me To Do”), jazzowej perkusji („Kiss Me Like A Stranger” troszkę przypomina „Wicked Game”) czy ostrzejszej gitary („Dry Your Eyes”). Same kompozycje są dobre i tworzą klimat retro, a różnorodność tempa działa zdecydowanie na plus. Nostalgiczny klimat dawnych czasów plus ujmujący głos Isaaka działają niesamowicie. Dodatkowo wersja deluxe zawiera dodatkowe pięć utworów i choć kilka z nich to country niekoniecznie najlepsze („Every Night I Miss You More” smęci strasznie), ale reszta to stylowy rock’n’roll.

Isaak nie musi nikomu niczego udowadniać, co nie znaczy, że jego albumy są nudne i nieciekawe. To podróż do przeszłości i początków muzyki rozrywkowej, tej od Elvisa P. A to wystarczy za rekomendację.

7/10

Radosław Ostrowski