Sarah McLachlan – The Classic Christmas Album

The_Classic_Christmas_Album

Sary McLachlan przedstawiać nie trzeba specjalnie – jeden z anielskich głosów z Kanady zrobił to, co każdy twórca w okolicach grudnia każdego roku. A mianowicie chodzi o wydanie albumu z „Christmas” w tytule. I to już drugi świąteczny album wokalistki (poprzedni „Wintersong” wyszedł w 2006 roku).

W zasadzie jest to kompilacja piosenek świątecznych, także tych z „Wintersong”. I są to bardzo elegancko wykonane z dominującym fortepianem na pierwszym planie. Jednak aranżacje są tutaj przyjemnie (nie udało się nie uniknąć dzwonków): od akustycznej gitary (wyciszone „What Child Is This?” i „The River”), smyczki i chór („Prayer of St. Francis”) przez jazz (zagrany w duecie z Barenaked Ladies „God Rest Ye Merry Gentlemen/We Three Kings”). Niby utwory dość ograne i oczywiste, jednak dzięki pięknemu głosowi McLachlan nadal potrafią oczarować i zachwycić. Nawet wstęp przypominający dźwięk grany z adaptera („I Heard The Bells On Christmas Days”) nie przeszkadza, tylko buduje nostalgiczny klimat.  Nie ma sensu wymieniać poszczególnych utworów, ale jest kilka perełek. Romantyczny „Space on the Couch for Two”, gitarowy „What Child Is This?”, bardziej popowy i elektroniczny „Find Your Voice”, wsparty przez chór „Silent Night” czy wykonany w duecie z Dianą Krall „Christmas Tree is Here”. Niby tylko „jednorazowy” album, ale mam wrażenie, że za rok też sobie puszczę ten album.

8/10

Radosław Ostrowski

Zbigniew Preisner – W poszukiwaniu dróg. Stare i nowe kolędy

w poszukiwaniu drog

Jak co roku w okresie przedświątecznym wychodzą płyty z kolędami i pastorałkami. Już w 1998 roku powstały „Kolędy na nowy wiek” Zbigniewa Preisnera, jednak kompozytor postanowił dopisać 7 nowych i wszystko razem wydać w jednym wydawnictwie. Tak powstało „W poszukiwaniu dróg”.

I jest to pełnoorkiestrowa muzyka, która jednak zamiast dużego rozmachu zaskakuje intymnością. Kompozytora wsparła m.in. Polska Orkiestra Radiowa i pianista Leszek Możdżer oraz wielu cenionych wykonawców. Każda z kompozycji zaskakuje swoim ciepłem, lekkością i elementami o charakterze etnicznym, pełnym smaczków (akordeon w dziecięcych „Kolędnikach” czy góralskie smyczki w „Przybieżeli pastuszkowie na grób”) i ciekawych aranżacji. Bywają też momenty melancholijne („Kolęda niepokoju” czy z wplecionymi serwisami informacyjnymi o uchodźcach „Kolęda w drodze”) oraz kompozycje czysto instrumentalne (pianistyczna „Pierwsza Gwiazdka”, „24 XII każdego roku” z poruszającym fletem i cymbałkami oraz zgrabnymi smyczkami i „Kolęda dla Piotra” w hołdzie dla przyjaciela Piotra Skrzyneckiego).

Za to kompletnie zaskakują teksty, które nie są typowymi utworami o tym, że coraz bliżej święta. Nie brakuje tutaj elementów chrześcijańskich (stajenka, Jezus w kołysance „Śpij, Jezu, śpij”), ale też refleksji nad współczesnym światem: samotnością, odrzuceniem i wojną. A wszystko wdzięcznie zaśpiewane przez zacnych gości jak Beata Rybotycka, Edyta Krzemień, Maciej Balcar, Justyna Szafran czy Jacek Wójcicki.

Jeśli chcecie komuś sprawić prezent na Święta, ale nie chcecie ogranych do bólu kolęd w wykonaniu znanych gwiazd, to album Preisnera wydaje się idealną alternatywą. Pogodne, refleksyjne, ale i ciepłe utwory dające pewne poczucie bliskości.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jeff Lynne’s ELO – Alone in the Universe

Alone_in_the_Universe

Jeffa Lynne’a znałem jako solistę oraz producenta muzycznego. Sławę przyniósł mu też działający przez niego w latach 70. i 80. zespół Electric Light Orchestra. Ale w 1986 roku doszło do rozłamu i Jeff Lynne zaczął działać solo. A w tym roku postanowił reaktywować swoją formację (poza nim gra tylko gitarzysta Steve Jay) i nagrać pierwszy od 14 lat album pod szyldem ELO. A żeby nie było wątpliwości, że to jego grupa dodał do nazwy swoje nazwisko.

Przyznam się bez bicia, że znam dorobku ELO i na pewno będzie to miało wpływ na ocenę. Zaczyna się od nostalgicznego i ładnego singla „When I Was a Boy”, przypominającego troszkę przeboje Bitelsów. Dalej jest bluesowy „Love & Rain” z ładnymi gitarami. Same kompozycje są po prostu ładnie zagrane i pełne ciepła jak w „Dirty To The Bone”, perkusja brzmi tak jak we wszystkim, w czym palce macza Lynne, czasem przewiną się w tle smyczki (szkoda, że elektroniczne). Nie brakuje zarówno bardziej rozmarzonych utworów („The Sun Will Shine on You”), jak i tych bardziej dynamicznych (rock’n’rollowy „Ain’t a Drug”). Dla mnie chyba problemem jest to, że już to wszystko gdzieś słyszałem. Wybijają się najbardziej dwa pierwsze utwory oraz przepełniony kosmiczną elektroniką „Alone in the Universe”. Nawet dwa dodatkowe utwory (same w sobie niezłe) nie powalają.

Wokal Lynne’a jest niezły, a i samej płyty słucha się z dużą przyjemnością. Nie jest to jakiś wielki powrót czy odkrywcza rewolucja, ale porządna produkcja. Tylko i aż.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Anderson Ponty Band – Better Late Than Never

00._AndersonPonty_Band__Better_Late_than_Never

Jona Andersona nie trzeba przedstawiać – jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów rocka progresywnego i frontman legendarnego zespołu Yes powraca. Choć jego macierzysta grupa zakończyła działalność z powodu śmierci jednego z założycieli – basisty Chrisa Squire’a, Anderson postanowił połączyć siły z kanadyjskim skrzypkiem Jean-Luc Pontym i stworzyć własny zespół. Anderson Ponty Band tworzą jeszcze gitarzysta Jamie Dunlop, klawiszowiec Wally Minko, basista Baron Browne i perkusista Rayford Griffin. I ten skład wydał swój debiutancki album, dzięki zbiórce z Kickstartera.

„Better Late Than Never” to zapis koncertu grupy w Wheeler Opera House w Aspen w stanie Colorado z 20 września 2014 roku. Znalazły się tam przeboje Yes nagranych na nowo oraz kompozycji Ponty’ego. Po krótkim i podniosłym „Intrze”, opartym na melodii z „And You And I” dostajemy wybrany na singla „One In The Rhythm of Hope”, gdzie Ponty fantastycznie gra na smyczkach, sekcja rytmiczna współgra z sobą, a Anderson porusza swoim głosem. Uderza też to jak płynnie przechodzimy z utworu na utwór. „A for Aria” jest lekka, ciepła i bardzo delikatna. Nie mogło zabraknąć też takich utworów jak „Owner of a Lonely Heart”, „Wonderful Stories”, „Roundabout” i wspomnianego „And You And I”, jednak nie są to utwory przepisane nuta po nucie. Smyki Ponty’ego ubarwiają oraz odświeżają te nieśmiertelne przeboje, a pozostali muzycy też robią swoje. Niespodzianką było dla mnie reggae’owe „Time and a Word”, pianistyczne „Wonderful Stories” czy idące w stronę Orientu „Renaissance of the Sun”.

Ciekawe czy ten zespół przetrwa, bo jestem bardzo, ale to bardzo ciekawy, co zaproponują następnym razem. Zestaw coverów brzmi tutaj bardzo świeżo i czuć zgranie między członkami grupy, a to już coś.

8/10

Radosław Ostrowski

Kortez – Bumerang

1280x1280

Ostatnio coś przysypało debiutantami z Polski. Najpierw Leski odleciał, ale na Liście Przebojów Programu Trzeciego uwagę słuchaczy skupił młody, 26-letni mężczyzna z gitarą. Łukasz Federkiewicz zwany Kortezem wydał we wrześniu swój debiutancki album „Bumerang”. I dawno tytuł nie był tak adekwatny.

To muzyka mocno alternatywna i uderza w głowę niczym bumerang. Ale nie jest ona w żaden sposób spektakularna czy widowiskowa. Otwierająca całość „Pocztówka z kosmosu” przepełniona jest elektroniką (wiadomo, nic tak nie oddaje „kosmicznego” wymiaru) i sporadycznymi wejściami gitary, by pod koniec zaskoczyć… jazzującą perkusją oraz gwizdami. Bardziej niepokojący jest „Powrót do domu” z pulsującymi klawiszami oraz fortepianem na początku, by przyspieszyć perkusją. Walczyk „Od dawna już wiem” i „Zostań” są znane z LP3 i są bardziej gitarowe od reszty. Akustyczni „Ludzie z lodu” powoli rozkręcają się, a smaku dodaje oszczędna perkusja oraz wolno wchodząca gitara elektryczna. Równie wyciszone jest „Z imbirem”, gdzie gitarę wspierają cymbałki i reggae’ującą gitarę elektryczną. Przyjemne „Niby nic” zaskakuje nakładającymi na siebie gitarami, mandoliną, klimatem zahaczając o Skubasa – gdyby nie dęciaki w połowie zaznaczające swoją obecność.

„Uleciało” jest bardzo wolnym numerem, wyciszonym, ale pełnym niepokoju (klawisze i bas). Tytułowy „Bumerang” zaczyna się od niskiego głosu Korteza, do którego dołączają kolejno – kontrabas i klawisze zmieszane z gitarą, skręcając pod koniec w stronę łagodnego jazzu. A finałowe „Dla mamy” to ciepła kołysanka z fortepianem, trąbkami.

Kortez ma bardzo niski, nosowy głos, który zaskakująco spójnie łączy się z muzyką oraz oryginalnymi, niemal poetyckimi tekstami, będącymi refleksjami dojrzałego mężczyzny. Każdy utwór porywa i zaskakuje, przez co „Bumerang” zostaje w pamięci na długo. I na pewno będę do tego albumu wracał nieraz.

8/10

Radosław Ostrowski

Mikromusic – Matka i żony

matka i zony

Wydawało się, że po „Pięknym końcu” zespół Mikromusic zrobi sobie długą przerwę w nagrywaniu. A tu minęły dwa lata i Natalia Grosiak z Dawidem Korbaczyńskim pojawiają się ze świeżutkim materiałem. „Matka i żony” miały być bardziej kobiecym albumem. Ale po kolei.

Brzmieniowo to nadal mieszanka jazzu z trip hopem, co już słychać w otwierającym całość „Krystyno”. Łagodne klawisze na początku, ciepły bas, szybkie solo pianistyczne w środku oraz mocna, niemal chóralna końcówka. Dalej jest bardziej przebojowo i dynamiczniej niż do tej pory. Bardziej rockowe „Zakopolo” (wpleciono dęciaki), wyciszony i oszczędne „Bezwładnie” z pięknie komponującym się z resztą Skubasem, lekko psychodelicze „Lato 1996” (jazzująca gitara i zaplątany fortepian).

A jeśli myślicie, że to wszystko na co stać grupę, pojawia się „Dom” pełen elektroniki oraz ksylofonowej melodii, pod koniec skręca w stronę rocka. Mroczniejsza „Kostucha” zaczyna się od przerobionych i zniekształconych dźwięków wspieranych przez delikatny, niemal kołysankowy fortepian, by pod koniec odezwały się dęciaki. „Pocałuj pochowaj” ma w sobie klimat westernów – marszowa perkusja, rock’n’rollowa gitara elektryczna i solo na trąbce. „Piękny chłop” z początku może budzić skojarzenia z Piotrem Rubikiem (klaskanie), jednak perkusja oraz zadziorna gitara zmieniają to wrażenie, a druga zwrotka zaczyna się atakiem trąbek niczym cygańskie numery, a całość dopełnia ironiczny tekst. „Po co ja tu jestem” jest najlżejszy melodyjnie i najbardziej przebojowy. Pianistyczna „Matka Teresa” zmienia się w szybki hit, z mocną perkusją oraz ciepłym fortepianem.

Natalia Grosiak znana jest z bardzo delikatnego głosu, który działa mocno na zmysły odbiorcy. I tutaj też to potwierdza, chociaż potrafi być bardzo zadziorna („Piękny chłop”) i zaskakuje siłą (końcówka „Matki Teresy”). Podobnie dzieje się z tekstami, gdzie w sposób zaskakujący opowiada o zdarzeniach z perspektywy kobiety: relacja z teściową, mężczyznami czy samotnością.

„Matka i żony” to bardzo zaskakujący album, który potwierdza klasę zespołu z Wybrzeża i pokazujący, że nadal potrafią jeszcze czymś zaskoczyć. Klimatyczna, pasjonująca wyprawa dla poszukiwaczy dobrej polskiej muzyki.

8/10

Radosław Ostrowski

Tomek Lipiński – To, czego pragniesz

00tomek_lipinskito_czego_pragnieszpl2015front

Najtrudniej oceniać jest płyty wykonawców i zespołów uchodzących za legendy, bo z jednej strony szacunek dla dorobku może zmusić do wygłoszenia opinii bardziej pozytywnych, niż na to zasługują. Ale zdarza się, iż mimo wieku i doświadczenia, nadal mogą mieć coś do powiedzenia. Ciekawe, jak będzie w przypadku Tomka Lipińskiego – jednego z czołowych polskich punk rockowców, założyciel grup Tilt i Brygada Kryzys.

W zasadzie pod względem stylistycznym, nic się nie zmieniło – jest to nadal mieszanka rocka, reggae, punka i nowej fali. Zaczyna się od łagodnego (choć z metalicznymi riffami) „Hej, witaj znów” i mroczniejszego „Dlaczego to Ty”, do której dołącza harmonijka ustna. Jednak muzyk nie zapomina o dynamice czy melodyjności jak w „To tylko kilka słów” ze zgranym wejściem gitarowo-perkusyjnym czy „brudnym” „Sześćdziesiątym ósmym”. Reggae’owe „Nie idź w tamtą stronę” przyjemnie buja, tak jak „Uciekasz”. Mroczniejsze klawisze „Trzeba ją wychłostać” idą w nową falę, podobnie jak „Handlarz kupuje”, który prostymi środkami buduje niepokojącą atmosferę.

Sam Lipiński nie stracił swojej barwy, a w tekstach nadal jest uważnym obserwatorem rzeczywistości. Jednak opowiada o tym w sposób prosty i czytelny, nadając charakter uniwersalny. Lęki, podział polityczny, rozliczenia z przeszłością – tutaj jest wiele refleksji, a nie jakieś banalne opowiastki o miłości.

I ku mojemu zdumieniu, Lipiński nadal trzyma fason, a dla osób nie znających jego muzyki, „To, czego pragniesz” będzie intrygującym oraz ciekawym spotkaniem z legendą. I w żadnym wypadku nie jest to ramota.

7/10

Radosław Ostrowski

Daniel Bloom – Lovely Fear

500x500

Daniela Blooma znam jako kompozytora muzyki filmowej. Taki dzieła jak „Tulipany” czy „Wszystko, co kocham” pokazywały go jako twórcę zaskakującego, tworzącego muzykę odrobinę nostalgiczną, odrobinę jazzową. Tym większą niespodzianką był dla mnie jego solowy album, w którym ograniczył się do roli kompozytora i producenta.

„Lovely Fear” pachnie całkowicie elektroniką, za którą niespecjalnie przepadam. Jest ona z jednej strony przypominająca dokonania z lat 80., ale podskórnie wyczuwalny jest pewien niepokój. Czuć to od samego początku. „Hungry Ghost” zaczyna się dość spokojnie, klawisze zapętlają się, a druga część – bardziej instrumentalna – zaczyna świdrować i pulsować, dzięki perkusji oraz wplecionej, „łkającej” gitarze elektrycznej, zaś głos Jona Sutcliffe’a z The Sulk. Kosmiczny „Looking Forward”, który zaskakuje przestrzenią, ciepłem oraz niesamowitą aurą tajemnicy, a sam Bloom w roli wokalisty zwyczajnie czaruje i uwodzi. „How We Disapper”, też pulsuje dźwiękami przypominającymi kosmos (teledysk tylko podtrzymuje tą atmosferę), ale bardziej ciepłymi i miękkimi, zmierzającymi w stronę… r’n’b, gdzie znakomicie odnajduje się Gaba Kulka. Jedynym polskim utworem jest singlowa „Katarakta” – najbardziej mechaniczna, rytmiczna i… taneczna. Słabiej prezentuje się synthpopowe „Heartbreakers”, które za bardzo – jak dla mnie – idzie w taneczno-dyskotekowe klimaty. Kontrastem jest spokojniejsze i bardziej senne „Addicted” (w obydwu utworach śpiewa Tomek Makowiecki), z kolei tytułowy, transowy utwór zaskakuje szybkim tempem, pokręconym duetem perkusyjno-klawisowym i czarującym głosem Iwony Skraben z duetu Rebeka. Mój ulubiony numer. A na sam finał dostajemy przypominający łagodniejsze oblicz Tangerine Dream „Lemon Smile” z enigmatycznym głosem Marsiji.

Bloom pokazuje tutaj kompletnie nowe oblicze, ciągle zaskakując z utworu na utwór. Nie jest to tylko muzyka dla fanów elektroniki, a sam gospodarz niemal całkowicie dominuje nad materiałem. I jedno jest pewne – strasznie ta muzyka wciąga, uzależnia, doprowadza niemal do zatracenia się. Nie wiem, jak to się stało.

8/10

Radosław Ostrowski

Magda Umer – Duety. Tak młodo jak teraz

duety

Każdy fan poezji śpiewanej musi w końcu poznać na swojej muzycznej ścieżce Magdę Umer. Ta wokalistka, aktorka i reżyserka ma na koncie kilka płyt, jednak ta ostatnia jest dość nietypowa i stanowi pewnego rodzaju podsumowanie drogi artystycznej. Jak sama nazwa wskazuje, jest to zbiór duetów, z którymi Umer wykonuje utwory ważne w swoim życiu, chociaż niekoniecznie będąc ich pierwszą wykonawczynią.

Pod względem muzycznym nie będzie zaskoczeń – jest to bardzo melancholijne, spokojne i eleganckie. Ale i potrafi być zaskakująco jak w przypadku utworu „Ta ostatnia niedziela” w wersji tango (gra akordeon, kontrabas, perkusja, skrzypce) czy bardziej jazzowe „W żółtych płomieniach liści” i pianistycznym „Co za tym pagórkiem”. Ale dostajemy kilka prawdziwych perełek – smutne „Dwa serduszka cztery oczy” (gitara i saksofon), ciepły i pełen smyków „Czas rozpalić piec”, jazzowy „Tak młodo jak teraz” czy „Pa-Role”. Za serce chwyta też tytułowy „Tak młodo jak teraz” czy pachnący stylem Voo Voo „Pora by się rozstać”, a największą niespodzianką jest rapowany „Rzuć chuć”. Takie ciekawostki ubarwiają ten dość jesienny album.

Sama gospodyni dość spokojnym, ale ciepłym głosem naznacza każdy utwór (samodzielnie śpiewa tylko w „Czasie na obłoki i las”, gdzie towarzyszy jej… Czas (tykający zegar). A zestaw gości jest naprawdę imponujący, gdzie każdy otrzymał spore pole do działania, wykorzystując go w całości: Piotr Fronczewski, Piotr Machalica, Wojciech Waglewski, Janusz Gajos czy naprawdę brawurowy Artur Andrus to prawdziwa mieszanka. Dodatkowo dostajemy jeszcze trzy bonusy: „List nieortograficzny” z Jeremim Przyborą, świąteczny „Na całej połaci śnieg” z mruczącym Wojciechem Mannem (to naprawdę poprawia humor) oraz koncertowa „Płachta nieba” z Jackiem Klyffem. I tak naprawdę trudno wybrać ten najlepszy duet.

Niby albumów z duetami było mnóstwo, ale „Duety” Magdy Umer w całości mnie ujęły. Kapitalna płyta utrzymana w tonacji bardziej jesienno-zimowej, dla osób szukających bardziej refleksji i czegoś na inteligentnym poziomie.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fismoll – Box of Feathers

20402_bf5ecfdd

Arkadiusza Gienska zwanego Fimollem poznałem dwa lata temu, gdy przesłuchałem jego debiutancki album „At Glade” sprzed 2 lat. Teraz wychodzi jego drugi album wydany przez Nextpop, a za produkcję znów odpowiada Robert Amirian razem z artystą.

Nadal jest to bardzo wyciszone, niemal akustyczne brzmienie przypominające muzykę skandynawską. Tym razem piosenek jest tylko osiem, ale nadal są one piękne i śpiewane po angielsku. Podstawowym narzędziem muzyka jest gitara, która nadaje rytm i tempo całości. Słychać to w wybranym na singla „Eager Boy”, gdzie potem dołączają gitara elektryczna oraz mocniej uderzająca perkusja. Cieplejsze i bardziej dynamiczne są „Tales” z chwytliwym motywem gitarowym. Wspomaga go mandolina oraz wolna perkusja, która tworzy potencjalny przebój radiowy. „Soldier” jest bardziej stonowany, ale ma ładne (nawet bardzo) smyczki w tle oraz zapętlone solo elektryczne w drugiej połowie, zmieniając kompletnie brzmienie całości. „Holy Ground” zaczyna się dość sennie, wolno grającą gitarą, ale po półtorej minucie pojawiają się „wiosenne” smyczki, pełne radości oraz ciepła. Dołączenie perkusji tylko podtrzymuje ten klimat i nadal działa silnie na słuchacza.

Taktyka sennego początku i wzbogacania każdej sekundy dodatkowymi instrumentami działa też w „Let Me Breathe My Skin” (marszowa perkusja oraz duet gitarowo-smyczkowy) czy lekko orientalnym „Made of Clouds” (ciepły fortepian w tle). I mimo dość spokojnego, niemal wyciszonego klimatu, ta muzyka wciąga i pochłania całkowicie.

Późna jesień i wczesna zima to najlepsza pora na takie albumy jak nowego Fismolla. Nie trzeba się spieszyć, ciesząc się każdym pojedynczym dźwiękiem oraz tym intrygującym głosem. Jeszcze nie raz usłyszymy o tym chłopaku, a album bardzo gorąco polecam.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski