Rumer – Into Colour

Into_Colour

O brytyjskiej wokalistce Sarze Joyce zwanej Rumer usłyszałem dwa lata temu, gdy nagrała wdzięczny album z coverami piosenek „Boys Don’t Cry”. Nigdy jednak nie miałem możliwości zapoznania się z jej własnymi utworami. Po okładce można domyślić się, że estetyka eleganckiego popu z dawnych lat i tutaj nas nie opuści.

Od strony produkcji artystkę wspiera Rob Shirakbari – klawiszowiec, producent współpracujący m.in. z Burtem Bacharachem. Zaczyna się od delikatnego wstępu pianistycznego w krótkim intro, który jest przygrywką do singlowego „Dangerous”. I tutaj jest inaczej – mocna perkusja, łagodnie płynące smyczki, funkowa gitara oraz pulsujący bas. Spokojniejszy i kojarzący się ze starymi knajpami jest „Reach Out”, gdzie gra fortepian, Hammond, smyki oraz trąbki. I przez większość czasu spędzonego na tym albumie mamy śliczne aranżacje, łagodne dźwięki gitary, fortepianu, co może działać nużąco. Rumer chyba musiała być tego świadoma, bo nie zabrakło bardziej żywiołowych akcentów. Klaskanie zgrane z basem w „Play Your Guitar”, minimalistyczny „Sam” czy bardziej dynamiczna „Pizza and Painball” (szybsza gra perkusji) dają kopa.

Jednak udaje się tutaj zachować spójność w tym melancholijnym „Into Colour”, co jest też zasługą ciepłego głosu wokalistki, który nie wywołuje znużenia. Ciepła, pogodna płyta w starym stylu, czyli absolutnie coś dla mnie. I mam nadzieję, że nie tylko dla mnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Joe Satriani – Shockwave Supernova

Shockwave_Supernova

Kolejny zasłużony gitarzysta rockowy, który działa na scenie od ponad 30 lat. Joe Satriani ma tak wyrobiony styl, że nie można go pomylić, a każdy album spotykał się z ciepłym odbiorem wśród słuchaczy. Po trzech latach przerwy (i świetnym „Unstoppable Momentum”) powraca z nowym materiałem.

Przy „Shockwave Supernova” gitarzystę wspierali basista Bryan Beller, perkusista Marco Minnermann (obaj z The Aristocrats) oraz klawiszowiec (i drugi gitarzysta) Mike Keneally. Otwierający całość utwór tytułowy to mocne, ale i melodyjne wejście Satrianiego, brudzącego swoją gitarą aż miło (nadając lekko orientalnego charakteru) oraz marszowej perkusji. Ale poza mocnymi riffami Satiraniego, który bawi się tempem oraz stylami grania (przyspiesza w „Crazy Joey”), jego wspólnicy mają przysłowiowe pięć minut. Trudno nie zachwycić się „kosmiczną” elektronika w „Lost in a Memory”, świetnie zgraną sekcję rytmiczną (początek „Crazy Joey” czy lekko orientalny „In My Pocket”).

Rozrzut stylistyczny jest tutaj ogromny – nie brakuje zarówno klasycznego hard rocka („On Peregrine Wings” z mocnymi i szybkimi ciosami perkusji czy „A Phase I’m Going Through”), elementów orientalnych (dzwonki i smyczki w „Cataclysmic”), bluesa (wolniejszy „San Francisco Blue” czy osadzony w latach 70. ‚Scarborough Stomp” z Hammondami w tle), jazzu (pianistyczny wstęp w „Keep on Movin'”, który w środku przyspiesza dzięki szalonej grze Satrianiego) czy nawet country, jednak bardziej podkręconego (łagodne „All of My Life”, gdzie gitara „strzela”) niż zazwyczaj.

Wszystko to spina gitara Satrianiego, który „śpiewa” za pomocą gitary. Riffy brzmią świetnie zarówno pod względem technicznego warsztatu, którego nie jestem w stanie opisać, jak i emocji przez nią grane. Energetyczny power, który działa mocniej niż jakiekolwiek baterie.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Hey – Hey w Filharmonii. Szczecin Unplugged

Hey_w_Filharmonii._Szczecin_Unplugged

Zespół Kasi Nosowskiej jest jedną z najpopularniejszych kapel w Polsce. Mieli już w swoim dorobku albumy unplugged, jednak tym razem postanowili połączyć siły z Orkiestrą Symfonicznej Filharmonii w Szczecinie, gdzie zapisano koncert znajdujący się na tym albumie. Efekt jest bardzo interesujący.

Na płycie usłyszymy utwory z ostatnich płyt zespołu. Zaczynamy od krótkiego „Intra”, gdzie słyszymy dźwięki orientalne (sitar), do których dołącza gitara akustyczna i mandolina. I potem zaczyna się zabawa – „Chiński urzędnik państwowy” z mocnymi solówkami trąbki wrzuca melodię z kultowego przeboju Dela Shannona „Runaway”, „Woda” gdzie rytmiczny bas i mocne uderzenia perkusji skontrastowane są z łagodnymi klawiszami, skrzypcami, cymbalkami oraz gitarami. Podobnie rytmiczny (także dzięki łagodnym fletom oraz oklaskom) był „Lot pszczoły nad tymiankiem”, zaś folkowa wersja „Umieraj stąd” z zaśpiewem zespołu wprawiła mnie w lekkie osłupienie (w porównaniu z oryginałem), tak samo jak podniosła (kotły i dęciaki) „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” czy ze skocznymi dźwiękami cymbałków „Kto tam? Kto jest w środku?” (dęciaki drewniane jeszcze grały).

Niespodzianką była obecność „Cudzoziemki w Raju Kobiet” z płyty „sic” (najstarszy utwór w zestawie) z oszczędną aranżacją (gitara i perkusja) plus delikatne trąbki i zaśpiew zespołu.

Dzieje się tu wiele, Nosowska ma czarujący głos (i zawsze po każdym utworze dziękuje i nie wywołuje to irytacji), a między zespołem i orkiestrą nie ma żadnych zgrzytów. I w zasadzie trudno mi się do czegokolwiek przyczepić. Nie tylko dla fanów zespołu.

8/10

Radosław Ostrowski

Stanisława Celińska – Atramentowa…

Atramentowa

Ta jedna z charakterystycznych aktorek filmowych i teatralnych flirtowała z muzyką i estradą od dłuższego czasu. W ostatnim czasie pojawiły się dwie płyty z muzyką sygnowane jej nazwiskiem – projekt „Nowa Warszawa” oraz koncertu z radiowej Trójki poświęcony Agnieszce Osieckiej. „Atramentowa…” to pierwszy samodzielny projekt Celińskiej.

Mamy tutaj aż piętnaście zarówno napisanych na ten album, jak i śpiewanych przez Celińską w dawnych czasach. Jeśli ktoś jednak spodziewa się czegoś mocnego czy agresywnego, jeśli chodzi o brzmienie czy instrumentarium, to się rozczaruje ogromnie. Jest tu spokojnie, delikatnie, klimatem troszkę przypominając dokonania Cesarii Evory (singlowa „Czerń i biel”). Wiec gra tutaj fortepian, akordeon, gitara akustyczna, kontrabas i perkusjonalia różnego rodzaju (z klasyczną perkusja na czele).  Klimat przypomina tutaj stare knajpy, gdzie występowali artyści z własnym zespołem. Nie brakuje spokoju i refleksji, ale też pewnej magii (bogato zaaranżowana „Atramentowa rumba” ze świetną grą fortepianu, perkusji oraz solówki skrzypiec) odrobiny orientalnego sznytu (jazzująca wersja „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” z gościnnym udziałem Nosowskiej), a nawet delikatnego rocka (gitara w „Wakacjach z deszczem”). Dominuje tutaj refleksyjny nastrój („Obfitość”, „Jego portret” czy „Nie strasz” ze wstępem „pożyczonym” od Chopina), ale nie brakuje też trudnych wyznań („Wielka słota” z Muńkiem Staszczykiem czy „Nie strasz”) i z tych historii rysowany jest portret doświadczonej i pogodzonej z życiem kobiety.

Delikatny, ale pełen emocji głos Celińskiej stanowi idealną symbiozę z muzyką oraz tekstem. Pozornie „Atramentowa…” wydaje się być płyta dla dojrzalszego słuchacza, dla którego ważny jest przekaz i klimat, a nie tylko rąbanka spod znaku komercyjnych stacji radiowych oraz telewizyjnych. Obok „Muzyki wieczorem” Czyżykiewicza to najlepsza płyta poetycka, skręcająca w łagodniejszą formę popu. Klasa, elegancja i szyk, a bonusowa „Pieśń cygańska” to rewelacja, ale to musicie sami przesłuchać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Years & Years – Communion

Communion

Kolejni debiutanci chcą zaistnieć w tym roku. Grupę założyli pięć lat temu, pochodzą z Anglii i Australii, nagrali do tej pory pięć EP-ek. Jest ich trzech: wokalista Olly Alexander, basista Mikey Goldsworthy i klawiszowiec Emre Turkmen. Więc czy panowie mają coś do powiedzenia?

Też bawią się elektroniką, ale wolą bardziej popowe zacięcie, co już słychać w intrygującym „Foundation” z pulsującymi klawiszami w tle. A dalej są próby różnorodności – klaskanie („Real”), dyskotekowa elektronika z lat 80. (pulsujący „Take Shelter”), łagodne pasaże („Shine”), przytulańce w estetyce r’n’b („Worship”), delikatny fortepian („Eyes Shut”) i niebezpieczne skręty w tandetny pop (banalne „Ties” czy dyskotekowy „Desire”). Nudno zaczyna się robić w środku płyty, gdyż piosenki zaczynają się zlewać, jednak pojawia się zarówno niezła melodia, jak i wyraźniejsze uderzenia perkusji („Border”). Najciekawsze są jednak utwory z wersji deluxe, z czego aż dwa w wersji akustycznej. Chilloutowe „1977”, imprezowe „I Want to Love” (całkiem niezłe) czy etniczny „Lion” sprawiają, że „Communion” są całkiem przyzwoitym albumem na lato.

Nie jest to jakiś album, który zostanie na długo, ale stanowi całkiem niezłe tło dla obecnej pogody – pełnej słońca i ciepła. I tyle wystarczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Son Lux – Bones

Bones

Tego artystę poznałem po raz pierwszy dzięki ścieżce dźwiękowej do filmu „Zniknięcie Eleanor Rigby”. Elektroniczne pasaże współgrały z wydarzeniami ekranowymi, jednak Son Lux działał już prężnie na scenie muzyki elektronicznej. Tym razem muzyka wsparli gitarzysta Rafiq Bhatha oraz perkusista Ian Chang, z którymi nagrał poprzednią płytę.

Zaczyna się od krótkiego intra, bo inaczej nie można nazwać „Breathe In”. Pomruki wokalne, przerobione smyczki, delikatna gitara – to wszystko w niecałą minutę.”Change Is Everything” zaczyna się od mocnych „strzałów” klawiszy i perkusji, do którego dołączają się przemielone głosy, co brzmi przestrzennie i kosmicznie. Bardziej dyskotekowy jest „Flight” z „latającą” elektroniką oraz mocnymi popisami perkusji. Psychodeliczny i dość głośny wstęp do „You Don’t Know Me” zaskakuje melodyjnością, a potem dochodzi gitara elektryczna, perkusja, żeński wokal, a im dalej, tym dziwaczniejsze eksperymenty. Orientalna perkusja oraz odmierzanie czasu („This Time”) z nakładającym się żeńskim głosem, elektroniczna perkusja oraz dziwaczne pomruki („I Am The Others”), przesterowany wokal („Your Day Will Come”), szybsza gra gitary elektrycznej („Undone”), pokręcone smyczki („White Lies”). Jednak mimo eksperymentalnego charakteru, Son Lux nie zapomina o melodii, która wpada w ucho.

Głos też ma czarujący i intrygujący, współgrając z klimatyczną muzyką. „Bones” to na pewno wielkie przeżycie, nie tylko dla fanów muzyki elektronicznej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pablopavo – Tylko

Tylko

Fani Vavamuffin znają Pablopavo – to jeden z inteligentnych nawijaczy mieszający reggae, rap itp. Działał tez razem z Ludzikami (swoim zespołem), jednak w zeszłym roku Paweł Sołtys (bo tak się naprawdę nazywa) wydał pierwszy solowy album.

„Tylko” zawiera tylko albo aż 8 piosenek. A tak naprawdę osiem opowieści. Singlowa „Sobota” jest strasznie minimalistyczna – gitara akustyczna, klaskanie i perkusja. Minimalistyczne tło muzyczne służy jako miejsce do rozprzestrzeniania opowieści, czasami wchodzi elektronika albo łagodna gitara elektryczna („Toczenie” i „Kołysanka”) czy skręt w stronę westernu (perkusjonalia i szybka gra gitary w „Carlos”). Powinno być nudno i monotonnie, ale tak nie jest. Zarówno inne tempo gry gitary (wolne w niemal elegijnym „Mistrzu”), perkusja oraz chórki („Sobota”). Dzieje się tu sporo, choć można przyczepić się, że za mało tych piosenek.

A o czym opowiada Pablopavo swoim mruczącym głosem? O zwykłym dniu, o cwaniaczkach, umieraniu, Warszawie i nie brakuje tutaj trafnych fraz oraz odrobiny humoru, tak charakterystycznego dla tego twórcy („Generał”). I tutaj wszystko się układa w jedną całość, tylko dla mnie za krótką. Ale to już zwyczajne czepialstwo. I jak ja mogłem tą płytę przeoczyć?

8/10

Radosław Ostrowski

Walk Off the Earth – Sing It All Away

Sing_It_All_Away

Pięcioosobowa ekipa z Kanady grająca reggae i ska wsławiła się dzięki graniu coverów. Do tej pory wydali pięć albumów, trzy EP-ki, a członkowie grupy poza śpiewaniem są też multiinstrumentalistami. Gianni Luminati, Sarah Blackwood, Ryan Marshall, Mike „Beard Guy” Taylor i Joel Cassidy działają już prawie 10 lat i wracają z nowym materiałem.

Zaczyna się od mocnego, popowego uderzenia pełnego syntezatorów, dęciaków oraz bardziej epickiego rozmachu („Rule the World”), jednak nie jest to muzyka aż tak plastikowa jak by się można tego spodziewać. To znaczy bywa plastikowa, jednak nie wywołuje ona irytacji. Nie brakuje zarówno pozytywnej energii (karaibskie „I’ll Be Waiting”), skrętów w folk (banjo w „Home We’ll Go”) czy nawet w szanty (utwór tytułowy), jednak dominuje tutaj popowe brzmienie okraszone czasami dęciakami. Chociaż gitara elektryczna tez się potrafi odezwać („Alright”). Jednych to wkurzy, innym się spodoba. Trudno się przyczepić do głosów, bo słychać zgranie i lekkość z jaką wykonywane są poszczególne utwory. Moim ulubionym z tego zestawu jest niemal akustyczne „We Got Love”.

Trudno mi się przyczepić do tej płyty, bo to solidne popowe granie na poziomie. Może nie idealnie czy jakieś wybitne, ale nie o to tu chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Joss Stone – Water for Your Soul

Water_for_Your_Soul

Od czasów Simply Red wiadomo, że Anglicy są – obok USA – potęgą muzyki soul. Tak można byłoby stwierdzić po dorobku niejakiej Joss Stone, która nagrała sześć płyt w ponad sześciomilionowym nakładzie. „Water for Your Soul”, czyli płyta nr 6 została wydana przez jej własną wytwórnię Stone Records. Dodatkowo wokalistka współprodukowała materiał (wspierana m.in. przez Damiana Marleya), więc teoretycznie powinno być dobrze i na pewno będzie czuć reggae.

Otwierający całość „Love Me” potwierdza te przypuszczenia, ze względu na charakterystyczne dla Jamajki brzmienia perkusji, „ciachającą” gitarę oraz wplecione dęciaki. W podobnym tonie jest też „Wake Up” z gościnnym udziałem Damiana Marleya, ale im dalej tym różnorodniej. Jest i orientalnie (perkusja, bębny i kotły w „Stuck on You”), hip-hopowo (perkusyjne uderzenia w „Star”), latynowsko (piękna gitara w „Let Me Breathe” czy dziwaczny akordeon w „Underworld”), a nawet muzyka irlandzka („The Answer”), ale dominuje tutaj reggae’owa estetyka, za która nie do końca przepadam. O dziwo, brzmi to całkiem przyzwoicie, co jest zasługą świetnego głosu Stone.

I dlatego „Water for Your Soul” słucha się dobrze i bez poczucia straconego czasu. Udaje się też, mimo bogactwa zachować spójność. A to w dzisiejszych czasach plus, poza tym woda każdemu się przyda. Zwłaszcza w takiej porze roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kinga Głyk – Rejestracja

Rejestracja

To jest najmłodsza debiutantka, której album przesłuchuje w tym roku. Dziewczyna ma 18 lat i jest basistką, jej ojciec Irek Głyk to znany i ceniony perkusista. I z okazji swoich urodzin Kinga postanowiła wydać swój pierwszy album „Rejestracja”.

Jest to niemal instrumentalna płyta jazzowa, gdzie każdy muzyk (Kingę wspiera klawiszowiec Jarosław Menzel) ma swoje przysłowiowe pięć minut. Czy to w oldskulowym „Sad And Happy Blues” (Hammondy dzielą i rządzą), mroczniejszym „Tell You Who” (świetny śpiew Jnr’a Robinsona oraz zgranie sekcji rytmicznej plus nawijka Jorgosa Skoliasa) czy spokojniejsze (fantastycznie gra bas) „Martin Luther King’s Dream”). Nie brakuje jednak niespodzianek (ksylofon zmieszany z beatboxem w połowie „All The Things You Are”, dynamiczny cover „Dolaniedola” Czesława Niemena czy swingujące „Zbliża się nowe” z głosem Natalii Niemen, która dała pazura). „Golgota” jest bardziej melancholijna, a bas gra bardzo smutno, zaś na sam koniec dostajemy kolosa, czyli „Musisz komuś służyć”. Zaczyna się popisami perkusji, które potem zmieniają się w bardziej „orientalne” uderzenia oraz zaśpiewem z inteligentnym tekstem.

Sama Kinga na basie gra niby nie rzucając się w uszy, ale jej obecność jest odczuwalna.  Płynnie porusza się po nutach innych muzyków, współtworząc klimat całości. „Rejestracja” pokazuje, ze Głyk ma potencjał na obiecującą artystkę jazzową. Wszystko w jej rękach.

8/10