Czerwone Gitary – Jeszcze raz

Jeszcze_raz

Legenda polskiej muzyki rozrywkowej, który swój złoty okres miał w latach 60. oraz 70., a z podstawowego składu zostało tylko dwóch muzyków (gitarzysta Jerzy Kosela oraz perkusista Jerzy Skrzypczak), nadal funkcjonują i koncertują. Do składu doszli jeszcze młodsi: Mieczysław Wądołowski (gitara akustyczna i wokal), Arkadiusz Wiśniewski (gitara basowa i wokal), Dariusz Olszewski (gitara i wokal) oraz Marcin Niewęgłowski (gitara i śpiew). A z okazji 50-lecia działalności Czerwone Gitary wracają z nowym (po 10 latach) materiałem.

Stylistycznie nic się nie zmieniło – to nadal melodyjny pop-rock zrealizowany współcześnie, co słychać w dźwiękach wplecionej elektroniki. Ale panowie wiedzą też, jak grać szybko, chociaż nie są w żadnym wypadku metalowcami („Coś przepadło”), ale bluesa czują za to („Czerwona gitara”) i grają może troszkę monotonnie. Wszyscy wokaliści za to radzą sobie dobrze i nawet czuć troszkę klimat dawnych czasów. Łagodne gitary tworzą nostalgiczny klimat, a teksty są też jakby z innych czasów – troszkę banalne, ale nie naiwne opowiastki o miłości. Najlepsze jednak jest to, że słucha się tego więcej niż przyzwoicie. Czy będą z tego jakieś nowe przeboje? Trudno mi powiedzieć, ale nie czuć tutaj stęchlizny, a nasi rodzice powinni dać się oczarować.

7/10

Radosław Ostrowski

Kazik i Kwartet ProForma – Wiwisekcja

Wiwisekcja

Kazik jest jednym z niezmordowanych polskich twórców muzyki rozrywkowej. Tym razem jednak postanowił zrobić podsumowanie swojego dorobku razem z Kwartetem ProForma (skład:  Piotr Lembicz – gitara, Przemysław Lembicz – gitara i śpiew, Wojciech Strzelecki – bas i śpiew, Marek Wawrzyniak – perkusja oraz Marcin Zmuda – klawisze i śpiew). I co dostajemy?

Największe (i nie tylko) przeboje Kazika zarówno ze swojego macierzystego zespołu, jak i z kariery solowej w innych aranżacjach (album jest zapisem jednego z koncertów tego przedsięwzięcia, o czym przypominają oklaski). W dodatku całość aranżacyjnie jest dość spokojna, klimatem przypominająca troszkę knajpę, co słychać w „Rybim puzonie” z szybką grą fortepianu oraz jazzującą trąbką czy mrocznym „Oddaleniu” (niepokojący akordeon i kontrabas). Panowie pamiętają też, co to jest dynamika i potrafią zagrać ciężej (garażowy „Sztos”) albo bardziej w stylu Kultu („Pieśń o kanonierach” z mocną perkusją, brudną gitarą oraz trąbką z klawiszami). Nieobcy im też rock’n’roll („Przesłuchiwałem cała noc” z dziwacznymi dźwiękami w tle), przebojowe tempo („Deszczowe psy”), kiczowatość ludowa („Mariola”)  oraz pewne żarty (wpleciony „Marsz Imperium” do „Komandora Tarkina” czy wrzucona „Lambada” w „Do You Remember?”). Dzieje się tu sporo, a muzycy grają świetnie, natomiast Kazik i jego charakterystyczna barwa głosu współgra z muzyką.

Jedyna rzeczą, która mi tu nie pasuje, to czemu na drugiej płycie jest tylko pięć piosenek (prawie same nowości). Także Kwartet śpiewa (na początku i na końcu) bardzo dobrze, co zapowiada owocną współpracę. A płytę polecam.

8/10

Rasmentalism – Wyszli coś zjeść

Wyszli_cos_zjesc

Duet Rasmentalism w 2013 roku zaszalał swoim legalnym debiutem – „Za młodzi na Heroda”. Ras i Ment jednak postanowili pokazać, że to nie był przypadek. Pytanie czy „Wyszli coś zjeść” jest w stanie namieszać na naszym ziomalskim podwórku?

Ment na produkcji miesza bity perkusyjno-basowe ze sprawdzonymi soulowo-funkowymi aranżacjami oraz chórkami. Coś takiego mógłby zrobić jakieś 15 lat temu OSTR, podsycając wszystko bardzo pozytywną energią (singlowe „Wyjdziesz na dwór?”). Dodatkowo jeszcze nie brakuje porywających wokaliz („Ryzyko wróg najgorszy”), bardzo chwytliwych refrenów („Nie jest tak” z gitarą, elektroniką i trąbkami w tle czy pulsujący bit a klawiszami w „Murze przy wolnym”) oraz mieszania gatunkowych bitów. Szaleństwem jest zapętlona trąbka i smyczki w „Na horyzoncie”, chór gospel w „Nie jestem raperem” oraz skręt orientalny w „Systemie interwałów”. Jednak mi się najbardziej spodobał finezyjnie zaaranżowany „Nocny”, elektroniczno-krzyczany „Film o nikim” czy po prostu epicki finał w „Świat zwariował w 29 lat”.

Ras ma piekielnie dobrą nawijkę na poziomie poprzednika. Teksty nie są może tak błyskotliwe jak Quebonafide, jednak stawia na emocje i jest w tym dobrze. Nie brakuje też ironii i dystansu („Nie jestem raperem”), dzisiejszych Piotrusiów Panów („Wyjdziesz na dwór?”) czy poszukiwania szczęścia. W dodatku technicznie jest bardzo dobrze i wyraźnie. Za to petardami są gościnne występy. Niespodzianką było wejście Sokoła w „Nie jest tak” (nie tylko świetnie współgra w refrenie z Rasem), pięknie wybrzmiała Klaudia Szafrańska z duetu Xxanaxx („System interwałów”), brawurowo wszedł Tomson („Na horyzoncie”) ale system rozwalili Dwa Sławy z potężnie śpiewającym chórem gospel w „Nie jestem raperem”. Z kolei Quebonafide i Sarius trzymają fason.

Rasmentalism potwierdza, że będzie się liczyć na scenie hip-hopowej. Garściami czerpie z klasyki przełomu wieków, ale brzmi to bardzo nowocześnie. Szczerze mówiąc, bardziej podobał mi się debiut, jednak „Wyszli coś zjeść” jest i tak jednym z najciekawszych albumów tego roku.

8/10

Artur Andrus – Cyniczne córy Zurychu

Cyniczne_cory_Zurychu

Legendarny konferansjer estradowy, autor szalonych i pokręconych tekstów oraz twórca nowych gatunków polskiej piosenki powrócił. Opromieniony platynowym sukcesem „Myśliwieckiej”, dziennikarz radiowej Trójki zwany przez Indian Tym, co Pił w Spale i Spał w Pile, Artur Andrus niczym rycerze Jedi powraca z nowym materiałem, by podbić listy przebojów oraz zadowolić swoich fanów. Co zapewne już zrobił tytułem – „Cyniczne córy Zurychu”.

Dwanaście szalonych piosenek nagrano ze wsparciem Łukasza Borowieckiego i Wojciecha Steca, czyli złotego składu z „Myśliwieckiej”, a także Grupą Mo Carta. Nie brakuje tu zarówno skrętów w jazz (trąbki w „Nie zaczynaj”), warszawskiego folkloru („Baba na psy” z obowiązkowym banjo i klarnetem), nowatorską szantę narciarską („Nazywali go Marynarz”) czy kompletnie wystrzałową polską piosenkę turecką (tytułowy utwór). Ale dominuje tutaj przede wszystkim jazzowa elegancja (własna wersja „Mona Lisy” do melodii Nat King Cole’a czy „Zając na Manhattanie” z łagodnymi klawiszami Wojciecha Karolaka) oraz skrętów w piosenkę francuską (płynące smyczki w „Szalonej Krewetce” – kompozycja Włodzimierza Korcza). Dla siebie znajdą tez fani rocka (gitarowa wersja „Baby na psy”) oraz pieśni chóralnej („Twarz Moniuszki” w wykonaniu chóru mieszanego składającego się z Grupy Mo Carta i ich żon). Jest to szaleństwo gatunkowe, w którym Andrus czuje się niemal jak ryba w wodzie.

Powiedzmy sobie to wprost – Andrus wielkim wokalista nie jest, ale potrafi oczarować swoim ciepłym głosem („Mona Lisa – rodowód”), nieraz posuwając się do brawury (tytułowa piosenka zaśpiewana w lekko „pijackim” stylu z nadekspresyjnym „aaaaaaaaaaaaaaaa”). Jednak Andrusa – poza Grupą Mo Carta – wspiera wokalnie wiele znakomitości jak Zbigniew Wodecki („Szalona Krewetka”), Dorota Miśkiewicz (kolęda „Bambino jazzu”) czy Ewa Cichocka z Czerwonego Tulipanu („Diridonda”). Jednak prawdziwą siłą Andrusa są jego teksty mocno ocierające się o absurd i rozbrajające puenty – niepozbawione aluzji do innych piosenek („Nazywali go Marynarz” – fraza „Jeszcze się tam jak żagiel bieli”, „Baba na psy” – fragment „Głos Wybrzeża nosi w pysku”).

Powiem krótko – niemożliwe stało się faktem i jestem w stanie postawić sto euro przeciw stu złotym, że „Cyniczne córy Zurychu” powtórzą sukces „Myśliwieckiej”, a wiele piosenek znów będzie szaleć na parkiecie. Dlaczego ten album nie jest refundowany przez NFZ? Nie rozumiem.

10/10

Beth Hart – Better Than Home

Better_Than_Home

O tej kobiecie usłyszałem po raz pierwszy, gdy natknąłem się na płytę nagraną z Joe Bonamassą. Mocny, bluesowy głos idealnie współgrał z gitarowymi riffami Joe, ale solowo też była ciekawą artystką. Teraz powraca po 3-letniej przerwie z własnym materiałem.

Pierwszy utwór wprawił mnie w konsternację, bo pojawiają się trąbki. Jednak obecność Hammondów oraz świetnych chórków zrekompensowała tą niedogodność, przez co „Might as Well Smile” przyjemnym kawałkiem. „Tell ‚Em To Hold On” to klasyczne bluesisko, tylko zamiast gitary elektrycznej wysuwa się fortepian. Dalej jest dość spokojnie i wolno się rozkręca (6-minutowy „Tell Her You Belong To Me” z eleganckimi smyczkami w środku czy delikatna „St. Teresa”), pozostając na swój sposób pięknymi kompozycjami. Na szczęście nie brakuje tutaj gitarowych riffów („Trouble”), jednak nie ma ich tutaj zbyt, co może odstraszyć fanów Amerykanki. Musze uprzedzić, że kompozycje potrafią zaskoczyć swoimi aranżacjami („We’re Still Living In The City” z fortepianem, gitarą akustyczną i smyczkami czy singlowy „Mechanical Heart”), a mocny głos Beth (tutaj troszkę bardziej stonowany) działa hipnotyzująco. Dodatkowo album (wersja deluxe) zawiera dwa utwory w wersjach akustycznych, co może być pewną ciekawostką.

Nie jest to może muzyka, która powali na kolana, jednak ma w sobie coś, co przyciąga uwagę. Solidne dzieło, które działa mocniej z każdym odsłuchem.

7/10

Radosław Ostrowski

Grzegorz Turnau – 7 widoków w drodze do Krakowa

7_widokow_w_drodze_do_Krakowa

Tego wykonawcy przedstawiać nie trzeba – od wielu, wielu lat jest najbardziej znanym artystą poezji śpiewanej w naszym kraju. jego utwory są głównie liryczne, spokojne, mało przebojowe, ale z dobrymi tekstami. Grzegorz Turnau wypracował sobie własny styl, któremu jest wierny do teraz. Zeszłoroczna płyta „7 widoków w drodze do Krakowa” tylko to potwierdza.

Piosenek jest tylko 10, Turnaua wspiera Śląska Orkiestra Kameralna oraz skromny zespół. Spokój słychać już w „Tęczynie”, gdzie plumkają smyczki i płynie obój. W podobnym tonie jest utrzymana „Ledwie chwila”, gdzie jeszcze wchodzi trąbka i perkusja. Łagodne dźwięki fortepianu towarzyszą nam niemal przez cały czas (piękny, choć długi wstęp w „Czernej”, gdzie jeszcze dołącza się gitara i obój) i można odnieść wrażenie pewnej monotonii, jednak kompozycje są okraszone drobiazgami (trąbka w „Śnie w Czernej” czy obój ze smyczkami w „Tyńcu”), mającymi na celu nie doprowadzić do uśpienia. na szczęście, Turnau wie, co to jest dynamika, co pokazuje i w „Ledwie chwila”, jak i w „Krzeszowicach”), dzięki czemu słucha się tego naprawdę dobrze.

Teksty autorstwa Bronisława Maja inspirowane są freskami Józefa Peszki, przedstawiającymi podkrakowskie miejscowości (ich nazwy są umieszczone w tytułach). Są to opowieści o przemijaniu, odchodzeniu i wszystkim, co związane z nim. Sam Turnau ma taki głos jak zawsze, czyli dobry. Pewnym zaskoczeniem jest obecność Doroty Miśkiewicz, będącą drugim głosem (bardzo delikatnym) i współprzewodnikiem po tym świecie.

Sama płyta nie zmieni podejścia wobec Turnaua – fani przyjmą ją z aprobata i błogosławieństwem, a przeciwnicy zarzucą wtórność i brak nowych pomysłów. Jak zwykle w tych kwestiach, prawda jest gdzieś po środku. Ale moim zdaniem, jest po prostu solidnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Frontside – Prawie martwy

Prawie_martwy

Jedna z bardziej znanych w Polsce grup metalowych, po rocznej przerwie wraca. na poprzednim albumie, Frontside odciął się od hardcore’u na rzecz szeroko pojętego metalu. Czy „Prawie martwy” będzie kontynuacją tej drogi?

Wygląda na to, że tak, zwłaszcza, że utwory pochodzą z tej samej sesji nagraniowej, co „Sprawa jest osobista”. Demon (gitarzysta) i spółka troszkę łagodnieją. Nie znaczy to, że nie są ostrzy czy ciężcy, co już słychać w otwierającym całość „Tak to się teraz robi” z ciężkimi ciosami perkusji oraz równie mocnymi riffami gitarowymi. Troszkę spokojniejszy jest „Barykady nadal stoją”, gdzie w zwrotkach słychać… banjo. O dziwo, gitary brzmią melodyjnie, jednak samej kapeli nie brakuje jaj. Jak inaczej nazwać promujący całość „Lubię pić” z wplecionym akordeonem oraz przebojowym refrenem. Nawet te spokojniejsze utwory (ponad 5-minutowy „Serca głos” z bardzo łagodnym wstępem), a prawdziwą petardą jest tytułowy utwór pachnący bluesem z gościnnym udziałem Sebastianem „Astka” Flasza – pierwszego wokalisty zespołu. Grupa tnie ostro i hardrockowo jak tylko się da.

Swoje też robi świetny wokal Marcina Rdesta, który nie boi się growlować, zaś w tekstach grupa opowiada o tak poważnych sprawach jak praca w korporacji, brak pracy, picie czy egoizm. Wszystko to jednak jest opowiedziane z dystansem i przymrużeniem oka. Prawdziwe kopyto.

8/10

Radosław Ostrowski

KęKę – Nowe rzeczy

Nowe_rzeczy

Kolejny młody raper postanowił zawalczyć o publikę. Tym razem jest to 32-letni radomianin Piotr Siara, bardziej znany jako KęKę. Po dwóch latach od debiutu, ukazuje się drugi album.

Na „Nowych rzeczach” za produkcję odpowiadają m.in. Sherlock, Lanek i Uraz. i brzmieniowo jest tu różnorodnie – nie brakuje tutaj mieszanki elektroniki (imitacja smyczków i cykacze w „Młody Polak”), czasami wpleciona różnymi dziwacznymi uderzeniami perkusji (lekko „nawalone” „W dół kieliszki” z łagodną gitarą i basem) czy budującymi mroczny klimat podkładami („Niezrzeszony” czy oparty na dzwonkach „Pamięć zostaje”). Nie zabrakło też skreczy („Świadomość” z ładnymi smyczkami), wokaliz (banalne „To, co mam”) oraz troszkę staroświecką elektronikę („Nie bądź zły” czy „Wyjebane (tak mocno)”, które prezentują się słabiej), nie do końca broniąca się w dzisiejszych czasach. pod koniec jeszcze pojawiają się bardzo oszczędne podkłady (drobna perkusja oraz gitara elektryczna w „Czasem muszę”) czy skręt w funk („Fajnie”), prezentujący się bardzo przyzwoicie.

Głos KęKę jest bardzo przyzwoity, tak samo nawijka, opowiadająca bardziej o sprawach osobistych, ale także o walce z sobą, niechęci do Ruskich oraz miłości do Radomia. nie jest to album odmieniający polski hip-hop, jednak jest to porządnie zrealizowany album. tylko i aż tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Quebonafide – Ezoteryka

Ezoteryka

Jeden z najciekawszych polskich raperów postanowił o sobie przypomnieć. Jednak tym razem postanowił zadziałać solo, wydając pierwszy legal. Efekt chyba powinien wszystkich zadowolić.

„Ezoteryka” jest z jednej strony tak oldskulowa, ale jednocześnie tak nowoczesna jak to tylko możliwe. nie brakuje tutaj mieszanki żywych instrumentów (gitara elektryczna i mocna perkusja w „Ile mogłem?”), wplecionych fragmentów (wpleciony cytat z „Harry’ego Angela” w… mrocznym „Harry Angel”) czy strasznie dziwacznej mieszaniny perkusji i elektroniki (brawurowe „Voodoo”).  Nie zabrakło też skreczy, cykaczy („Carnival”), nakręcającej się elektroniki (pulsujące „Ciuchy, kobiety…”) oraz wokalizy w tle („Carnival”). Quebo potrafi ciągle zaskoczyć, nawet spokojniejszymi utworami jak „Żadnych zmartwień” z delikatną gitarą i łagodną elektroniką, ale zdarzają się też potencjalne przeboje parkietów („Powszechny i śmiertelny” troszkę pachnący latami 80. czy „Światłowstręt”). Zaskoczeń jest tutaj sporo, ale więcej nie zdradzę – to trzeba samemu posłuchać, ale jest to klasa sama w sobie.

Sam Quebo sprawdza się znakomicie, zarówno jeśli chodzi o warsztat (przyśpieszenia w „Voodoo” – w dodatku wszystko jest wyraźne), także nawijka jest tutaj na najwyższym poziomie (tu każdy tekst jest warty uwagi), gdzie nie brakuje zarówno braggowania, opowieści o sławie, pieniądzach oraz popisów erudycyjnych (m.in. Frank Underwood w „Cierniach”). W dodatku jeszcze pojawiają się goście – Dwa Sławy, Ras czy śpiewający Ten Typ Mes (pianistyczne „Vanilla Sky”).

Walka o tron polskiego rapu zaczyna się mocno, a Quebo w „Ezoteryce” potwierdza, że będzie liczył się w tej walce. Jednak będzie ciężko – Ostry pokazał swoje mocne działa, ale już na horyzoncie pojawia się m.in. Rasmentalizm. Oj, będzie się działo.

8/10

Radosław Ostrowski

Nightwish – Endless Forms Most Beautiful

Endless_Forms_Most_Beautiful

Fiński Nightwish od lat wyrobił sobie markę jednego z najlepszych zespołów metalowych, gdzie gitarowa muzyka mieszała się z brzmieniem symfonicznym. Przy ósmym materiale to potwierdza, choć nie obyło się bez zmian w składzie. Chorego perkusistę Jukkę Nevalainena zastąpił Kai Hahto z Winterston, a nową wokalistką została Floor Jansen.

Już otwierający całość „Shudder Before The Beautiful” ma to, za co fani kochają ten zespół – instrumentalne popisy gitary (Emppu Vuorinen) i klawiszowca (Toumas Houpolainen), zmieszane z orkiestra symfoniczną, gdzie brylują dęciaki i smyczki, nadając całości epickiego rozmachu i zmienność tempa kojarzone z rockiem progresywnym. Mocne wejścia gitar i perkusji w typowo power metalowym stylu, działają jak wystrzeliwana petarda. Gdy jednak dodamy do tego smyczki, trąbki i chór w tle, następuje porażenie jak w „Weak Fantasy”, gdzie zwrotki są delikatnie grane na akustycznej gitarze, do której potem dołączają się kolejne instrumenty. Nawet pojawia się też brzmienie „celtyckie” – dudy i flety w spokojnym „Elanie” czy harfa w balladzie „Our Decades in the Sun” (fortepian też robi swoje). I o dziwo, te spokojniejsze utwory sprawdzają się przynajmniej bardzo dobrze jak „My Walden” ze świetnym wstępem obydwu śpiewających panów (obaj w refrenie jeszcze błyszczą). Ale za to najbardziej miażdży kończące całość ponad 20-minutowe „The Greatest Show on Earth” – podzielone na 5 części, gdzie pojawia się narracja samego Richarda Dawkinsa, pioruny, podniosłe smyczki.

Każdy z utworów po prostu rozsadza i miażdży, a nowa wokalistka odnajduje się tutaj dobrze. Nie brakuje tutaj dynamicznych energetyków, power ballad i jest tez jedna instrumentalna kompozycja (pianistyczny „The Eyes Of Sharbat Gula”). Spory rozrzut, ale z klimatem, energią i melodią.

8/10

Radosław Ostrowski