Kristin Diable – Create Your Own Mythology

Create_Your_Own_Mythology

Kobieta i blues to połączenie, które raczej nie zdarza się zbyt często. Ale ta kombinacja znajduje się na trzeciej płycie pochodzącej z Nowego Jorku Kristin Diable. Wsparta przez producenta Dave’a Cobba (m.in. Rival Sons i Europe), zapowiadała się na interesującą muzyką. Czy tak jest?

Jest na pewno oldskulowo, a otwierający całość „I’ll Make Time for You” pachnie latami 60., co jest zasługą nieśmiertelnych Hammondów oraz przesterowanej gitary elektrycznej w środku. Nie zabrakło też płynnych smyczków („Hold Steady” ze świetnym basem), chórków w refrenach (rozkręcający się „Time Will Wait”), fortepianu (smutne „Bird on a Wire” czy wyciszone „True Devotion”) oraz idącej w bluesa gitary elektrycznej („Eyes to the Horizon”). Choć mamy tylko 10 piosenek, to tworzą one naprawdę spójną całość, która ma nie tylko potencjał przebojowy (gdyby tylko radia grały taką muzykę), ale są bardzo poruszające (wyciszone, akustyczne „Deepest Blue”). W dodatku Kristin ma dość delikatny głos, który pasuje jednak do całości i robi świetne wrażenie. Kawał bardzo fajnego bluesowania.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Laura Malving – Short Movie

Short_Movie

Ta brytyjska  wokalistka folkowa ma dość sporo grono fanów w swoim ojczystym kraju, nagrywając aż 4 płyty, co dla 25-letniej Marling jest sporym osiągnięciem. Tym razem pojawił się nowy materiał, gdzie po raz pierwszy pojawia się gitara elektryczna. Czy przez to będzie ciekawiej?

Piosenek jest 13, a umiejętność tworzenia dobrych melodii nie jest obca Laurze. Nie brakuje przestrzennej elektroniki („Warrior”), Marling dobrze gra na gitarze, przewijają się też smyczki („I Feel Your Love”). Elektryczna gitara z kolei delikatnie ubarwia całość, skręcają albo w stronę łagodnego bluesa (”Walk Alone” czy żywsze „False Hope”) albo przyzwoitego country (dynamiczne, akustyczne  „Strange” czy „Easy”), przez co tworzy ona bardzo intymny klimat. Odpowiednie użycie perkusji („Don’t Let Me Bring You Down”), bardzo lekkie wejścia gitary elektrycznej (przypominająca troszkę utwory Amy Macdonald „Gurdjieff’s Daughter”), łagodne klawisze („Divine”) oraz eteryczny i zróżnicowany głos Laury, spajający w całość wszystkie piosenki. „Short Movies” może wydawać się pozornie krótkim materiałem, jednak odbiór pozostaje przyjemny, mimo staroświeckiego brzmienia. Więcej niż przyzwoita muzyka gitarowa.

7/10

Radosław Ostrowski

Van Morrison – Duets: Re-Working The Catalogue

Duets

Amerykański wokalista i bard Van Morrison to jeden z najbardziej płodnych artystów, który na przestrzeni 50 lat swojej kariery nagrał 35 albumów, mieszając rocka, bluesa i soul. Tym razem przy nowym albumie postanowił nagrać swoje stare utwory od nowa i w dodatku śpiewając je w duetach.

Ktoś może powiedzieć, że artysta poszedł na łatwiznę i chce w prosty sposób zarobić pieniądze. wspierany przez producentów Dona Wasa (Elton John, Annie Lennox, Zucherro) i Bob Rocka (Michael Buble, Metallica) Morrison wybrał te mniej znane utwory, co już samo w sobie jest wielką zaletą. Aranżacyjnie jest tu bogato oraz pełnych smaczków. Słychać to już w otwierającym całość „Some Piece of Mind”, gdzie mamy klasyczne i płynące smyczki, funkową gitarę elektryczną oraz skoczny fortepian.  Czasami tempo jest spokojne i pojawi się Hammond z trąbką („If I Ever Needed Someone”), czasem pojawi się liryczny i łagodny fortepian („Wild Honey”), swingujące dęciaki („Whatever Happened to PJ Proby”) czy werblowa perkusja („The Eternal Kansas City”). Miłośnikom takiego oldskulowego brzmienia oraz eleganckich (mimo wszystko) kompozycji odnajdą tu wiele (mi najbardziej podobała się wyciszone „Streets of Arklow” ze świetną grą gitary).

Sprawdza sprawdza się bardzo dobrze jako wokalista, jednak pozwala tez swoim gościom na wiele. A zaprosił osoby, które były dla niego inspiracją jak Bobby Womack, PJ Proby, George Benson czy Taj Mahal, jak i osoby darzone przez niego dużym szacunkiem jak Mark Knopfler, Mick Hucknall, Michael Buble czy Natalie Cole.

Takie duety brzmią świetnie, a Van Morrisona słucha się z wielką przyjemnością. W zasadzie trudno wskazać jakiś nieudany utwór czy słaby duet, bo takich tu nie ma. Klasa, energia i charyzma – to wszystko tu znajdziecie.

8/10

Radosław Ostrowski

Grubson – Holizm

Holizm

Tomasz Iwanica znany też jako Grubson to jeden z najpopularniejszych raperów, który miesza bity z reggae. Sławę przyniósł mu przebój „Na szczycie”, jednak facet nie zamierza spocząć na laurach i nagrał swój trzeci materiał.

„Holizm” jest bardzo różnorodnym albumem, gdzie za produkcje odpowiada sam Grubson, a także BRK i Amadeus. Nie zabrakło skreczy oraz dęciaków, co już słychać w otwierającym całość „Intrze”, gdzie Grubson śpiewa w soulowym stylu. Całość jest płynna i tak różnorodna, że głowa mała, a dodatkowym ubarwieniem jest żywe instrumentarium. Nie brakuje dynamicznego jazzu („Sanepid”), łagodnego funku („Ciepłe brzmienie Kalifornii”), świńskich odgłosów („Cwaniaczek”, gdzie pod koniec wplecione rozmowy telefoniczne) czy kabaretowej zgrywy (dwuczęściowy „Mam Talerz Show”). Szokiem może być niemal akustyczny „Nie jestem” z gitarowo-perkusyjnym finałem, skręcający w elektronikę oraz oldskulowe bity „Dżungla”, bardziej gitarowa „Złota kula” czy mocno elektroniczny „Girls Anthem”.

Tak rozrzucony materiał zachowuje spójność, dzięki charyzmie Grubsona (kapitalny i dowcipny „Spider-Man”, bazujący na melodii z serialu o tym superherosie) oraz dojrzałym tekstom, gdzie opowiada o pędzie, energii muzyki, satyrycznie patrzy na szołbiznes, dziennikarzach-idiotach czy niebezpieczeństwach Internetu. W dodatku rapera wspierają barwni goście jak Jarecki, Marcelina czy Ten Typ Mes. Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli stwierdzę, że „Holizm” jest znakomitym albumem.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Simple Minds – Big Music

Big_Music

Szkocka kapela Simple Minds, kierowana przez Jima Kerra, była jedną z popularniejszych grup lat 80. z nurtu new romantic. W zeszłym roku powrócili, po wielu perturbacjach i zmianach składu, kapela zgrała się i w zeszłym roku wydała album „Big Music”. Czy to naprawdę wielka muzyka?

Na pewno mocno pachnąca latami 80., będąca czymś, co nazywano „inteligentnym popem”. Pulsująca perkusja i metaliczna gitara w „Blindfolded”, nakładająca na siebie elektronika („Honest Town”) oraz melancholijny klimat. Słucha się tego bardzo przyjemnie, choć zdarzają się skręty w bardziej dyskotekowe klimaty („Human”). Środkowa część płyty (od „Blood Diamonds”) jest może odrobinę kiczowata (to jeden z elementów tego typu muzyki), czasami spokojniejsza i bez tego poweru z początku, jednak całość jest tak spójna, że nadal ma ten klimat. Wszystko jednak wraca do normy pod sam koniec, od świetnego „Kill Or Cure” (chwytliwy refren i bardzo dobra gra gitary Charliego Burchilla) po kończącego „Spirited Away”.

Czaruje głos Jima Kerra, kompozycje są więcej niż dobre, a Simple Minds jak tak jak nigdy. Warto też sięgnąć po album deluxe z dodatkowymi sześcioma utworami (m.in. cover „Riders on the Storm”). Nie wiem, czy to jest wielka muzyka, ale to na pewno świetna płyta, która mimo wad, potrafi wciągnąć i zanurzyć swoim klimatem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nena – Oldschool

Oldschool

Pamiętacie taki utwór „99 Red Ballons”? To jedyny znany przebój Gabriele Susanne Kerner bardziej znanej jako Nena. Ta niemiecka wokalistka postanowiła wrócić do grania po chłodno przyjętych albumach. Czy „Oldschool” jest w stanie zmienić ten obraz?

Uprzedzam – wszystkie utwory są śpiewane w języku niemieckim, więc dla wielu to może być odstraszającą barierą, a produkcją zajął się niemiecki producent oraz raper Sami Deluxe. I brzmieniowo jest to powrót do starych, popowych brzmień z lat 80. i 90., gdzie nie brakuje zarówno rapowych naleciałości („Leider von fuhrer”), obowiązkowej elektroniki („Genau jetzt” czy tandetne „Mach doch was ich will”) oraz soft rockowej gitary („Ja das wars” czy „Sonnemond”), która prezentuje się najlepiej w całym zestawie. Nawet jeśli pojawia się plastikowa elektronika, jest to rekompensowane udziałem innych instrumentów (trąbka w „Ein Wort”). Nie brakuje też dynamicznych hitów jak „Kreis” (z hip-hopową nawijką pod koniec) czy „Berufsjugendlich”, a łagodny wokal Neny przerywany czasami krzykiem sprawdza się całkiem przyzwoicie. Ale pod koniec cała płyta serwuje swoje najlepsze, bo wyróżniające się od reszty utwory (może poza beznadziejnym remiksem utworu tytułowego).

Jak widać, muzycznie język niemiecki nie musi kojarzyć się z Rammstein. I potrafi on ładnie brzmieć, pod warunkiem, że jest odpowiednie tło.

7/10

Radosław Ostrowski

The Prodigy – The Day is My Enemy

The_Day_Is_My_Enemy

Każdy fan muzyki elektronicznej lat 90. zna The Prodigy – zespół, który spopularyzował techno nie tylko w Wielkie Brytanii. Ekipa prowadzona przez Liama Fowletta postanowiła o sobie przypomnieć po sześciu latach przerwy z nowym materiałem.

Mocne i agresywne bity, perkusyjne łamańce oraz jednocześnie bardzo chwytliwe, melodyjne i taneczne numery – to wszystko jest tutaj. I te wszystkie dziwaczne eksperymenty słucha się zaskakująco dobrze. Zarówno w otwierającym całość utworze tytułowym (gdzie wokalnie udziela się Martina Topley-Bird) czy w singlowym „Nasty” (ładne w środkowej części spowolnione trąbki oraz „przemielone” smyczki). A dalej jest jeszcze ciekawiej – typowe dla techno mocne walenia perkusji (przebojowe „Rebel Radio” z dość łagodnymi klawiszami, skręcającymi w orient) oraz agresywne i nakładające się elektroniczne dźwięki (mocno dyskotekowa „Ibiza” czy delikatny wstęp w „Destroy”), a nawet jeśli są łagodniejsze momenty, to bardzo krótkie (pachnący latami 80. początek „Wild Frontier” czy najmniej agresywny „Roadblox”). A z żywych instrumentów jest tylko gitara elektryczna („Invisible Sun”) oraz wokale Keitha Flinta oraz Maxima,tworząc mocny koktajl elektroniczny.

Złośliwie powiedziałbym,że The Prodigy grało dubstep jeszcze, zanim się to nazywało dubstepem. „The Day is My Enemy” to ten rozpoznawalny styl grupy i ci,którzy kochali ich dwie dekady temu, odnajdą się tu jak ryba w wodzie. Wariacki eksperyment, który skupia uwagę do ostatniego dźwięku. Strasznie uzależnia.

7/10

Radosław Ostrowski

Twin Peaks – Mind Frames

Mind_Frames

Czego jak czego, ale nazwa tego zespołu jest bardzo chwytliwa i jest w stanie zagwarantować im sławę. Powstali sześć lat temu, a jej członkami byli absolwenci liceum z Chicago. Kapelę Twin Peaks tworzą: gitarzyści oraz wokaliści Cadien Lake James i Clay Frankel, basista Jack Dolan oraz perkusista Connor Brodner. Właśnie wydali swój trzeci studyjny album (poprzednich nie słyszałem).

„Mind Frames” zawiera 10, dość krótkich piosenek, pachnących rockiem lat 60. Widać to już w „Mirror of Time” z melodyjnym basem, łagodnymi gitarami oraz troszkę niewyraźnie słyszalnymi wokalami, co pewnie jest efektem stylizacji brzmienia na modłę starych płyt. Wyciszone dźwięki, staroświecko brzmiąca perkusja i wokal, troszkę przypominający Micka Jaggera. Nie zabrakło też elementów psychodelii (Hammondowo-gitarowy „Fade Away” z mocno „pobrudzonym” głosem), akustycznej melodii (krótkie „Hold On”) oraz potencjalnych radiowych przebojów („I Found a New Way”). Wielu mogą znużyć krótki czas trwania (rzadko który utwór przekracza dwie i pół minuty), przez co melodie nie mogą się w pełni rozwinąć („Sweet Thing”), a sama konwencja pod koniec wywołała irytację, niemniej warto dać szansę chłopakom z Chicago. Jest tu na czym zawiesić ucho.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Natalia Kukulska – Ósmy plan

Natalia_Kukulska__Osmy_Plan_2015

Ta wokalistka od kilku lat kompletnie zmieniła stylistykę, idąc  w stronę elektroniki, co zdecydowanie jej przysłużyło. Kukulska konsekwentnie trzyma się tej stylistyki, co potwierdza swoim kolejnym materiałem.

Uprzedzam, nadal potrafi nagrać utwory z potencjałem radiowym, co pokazuje otwierający całość „Pióropusz” z szybką grą cymbałków. Po drodze spotkamy różne dziwaczne dźwięki, obrobiony głos aż po zimną nową falę („Na koniec świata”). Owszem, zdarzy się tandetna perkusja („W nosie”), a nawet wejdzie na chwile żywe instrumentarium (fortepian w „Chowam się”), ale w tym szaleństwie jest metoda. nakładające się dźwięki, niepozbawione mroku („So Natural”), czasem pomysłowych nałożeń głosów (refren „Miau”) czy wplecionych w całość smyczków („My”) i tak te jedenaście piosenek przelatuje koło ucha. Jedyne, co nie do końca mi pasowało, to „Zaopiekuje się mną”, które nie pasuje tutaj do całości, aczkolwiek jest to nieźle wykonany cover (refren wykonał Krzysztof Zalewski).

Pozytywnie zaskakuje tutaj zarówno wokal Natalii (idealnie zgrany z całością), jak i dojrzałe teksty. Owszem, to jest nadal pop, ale z ambicjami. Za to drugą niespodzianką jest drugi krążek, zawierający utwory na żywo, wykonane z… Atom String Quartet (kwartet smyczkowy). I to rzeczywiście bardzo emocjonalne i zaskakujące aranżacyjnie piosenki (głównie z tej płyty, ale jest też „To jest komiks”), które nie sprawiają wrażenia balastu. Plan wypalił i to jedna z ciekawszych polskich płyt tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski


The Everlasting Songs – An All Star Star Tribute to Pink Floyd

An_All_Star_Tribute_To_Pink_Floyd__The_Everlasting_Songs

Pink Floyd to zespół-legenda, który wydał ostatnią płytę w zeszłym roku. To była wspaniała okazja, by nagrać tribute album, który zawiera ich największe dokonania. Do udziału na tym albumie zgodzili się wziąć udział muzycy, m.in. z zespołów Yes, Toto, Styx, UFO, Journey czy King Crimson. Brzmi imponująco, prawda?

Jednak nie można traktować tego albumu inaczej niż jako ciekawostkę, bo różnice między oryginałami a wersjami z tej płyty są niewielkie. Słychać to już w otwierającym całość „Hey You” (poruszający wokal Johna Wettona z Asii, wspierany m.in. przez Steve’a Lukatera z Toto, Geoffa Downesa i Alana White’a – obaj z Yes), aczkolwiek jest parę smaczków  takich jak głos Malcolma McDowella na początku dwuczęściowej „Speak to Me/Breathe” (tam pojawia się też steel guitar), pomruki elektroniki w „Shine On You Crazy Diamond” z popisową grą gitary Steve’a Lukatera czy wpleciony sitar na początku „Time” (gra na nim Robby Krieger z The Doors).

Jeśli chodzi o utwory, to nie ma zaskoczeń, bo sa tutaj wielkie przeboje (jakkolwiek to dziwnie brzmi w przypadku wykonawców rocka progresywnego) tej grupy jak „Another Brick In the Wall” ze zmienionym tekstem drugiej części (i z gitarą Steve’a Morse’a z Deep Purple, która w drugiej połowie pozwala sobie na więcej), „Money” czy „The Great Gig In the Sky”. Znalazł się także instrumentalny „Any Colour You Like” (na klawiszach szaleje Scott Walton)

Wokaliści nie próbują naśladować głosu Davida Gilmoura – i bardzo dobrze, starając się naznaczyć każdy. I są same znakomitości – Steve Lukather (Toto), w/w John Wetton, Adrian Belew (King Crimson), Fee Wayball (The Tubes), Tommy Shaw (Styx), Doug Pinnick (King X) i Bobby Kimball (ex-Toto) – każdy z nich poradził sobie przynajmniej dobrze i trudno im cokolwiek zarzucić.

Innymi słowy – solidny tribute album, który bywa czasami agresywniejszy od oryginałów („Have a Cigar”), a samo zestawienie i nazwiska muzyków robią wrażenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski