Bruce Springsteen – The River (remastered)

The_River

Kolejna zremasterowana w zeszłym roku podwójna płyta Bossa z 1980 roku. W zasadzie mógłbym na tym skończyć, ale trzeba podać troszkę więcej.

Nadal jest to mieszanka rocka, bluesa oraz odrobiny jazzu. Początek jest dynamiczny i bardzo przebojowy okraszony solówkami saksofonu wsparte przez fortepian i klawisze („Sherry Darling”), saksofon („The Ties That Bind”) oraz szybkimi ciosami perkusji. Pewnym momentem na złapanie oddechu jest  refleksyjna oraz odrobinę podniosłe „Independence Day”, ale już „Hungry Heart” z prostym rytmem, świetnie zgranym fortepianem oraz saksofonem miał potencjał na wielki hit, co się udało. Jeszcze czasami odezwie się mocniej gitara elektryczna (rozkrzyczany „Crush On You” czy rock’n’rollowy „You Can Look”), nastrój stanie się bardziej liryczny („I Wanna Marry You” a organami w tle).

Druga płyta zaczyna się spokojniej od „Point Blank”, jednak dalej jest równie przebojowo jak na pierwszej, co udowadnia „Cadillac Ranch”, gdzie znów odzywają się klawisze, bas i fortepian czy bardziej dynamiczny „I’m a Rocker”, jednak bardziej dominuje tutaj wyciszenie i spokój jak w „Stolen Car”. Boss niby wydaje się odrobinę monotonny, jeśli chodzi o brzmienie, ale nie jest to w żadnym wypadku wadą. Wokal nadal ma mocny, a teksty są mocno odbiegające od banalnych pioseneczek o miłości. Czyli standard.

Pochwalić trzeba osoby odpowiedzialne za remastering, gdyż dźwięk jest bardzo czysty i odbiór muzyki należy do bardzo przyjemnych. Więc jeśli chcecie zacząć poznawać dorobek Bossa, sięgnijcie po ten album koniecznie.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Hanni El Khatib – Moonlight

Moonlight

Ten Amerykanin z korzeniami filipińsko-pakistańskimi do tej pory nagrał dwie płyty. Ale w tym roku po dwuletniej przerwie przypomina o sobie nowym materiałem. Czyżby (zgodnie z tytułem) zapowiadała się mroczniejsza muzyka?

Jest rytmicznie, przebojowo i… kojarzy się z The Black Keys. Nie wiem, czy to wina wokalu, czy może podobnej stylistyki (garażowa gitara, oldskulowa perkusja). Tylko, że Hanni wydaje się bardziej radiowy i pachnący troszkę latami 70-tymi, gdzie wtedy dominował funk („Chasin’”) i nie brakuje bluesowych naleciałości (fortepian w wolnym „Worship Song (No. 2)”) czy elementów niemal etnicznych („Mexico” z latynowskim entouragem – gitara, trąbki). Jednak mimo pewnych wtórności, „Moonlight” pozostaje zaskakująco spójny i dynamiczny, zas wokal Haliba jest naprawdę dobry.

Problem jest jest w tym, ze troszkę pachnie takim garażowym brzmieniem a’la The Black Keys. Mimo to, 11 piosenek słucha się dobrze, melodie są całkiem zgrabne i ma to swój klimat.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Belle and Sebastian – Girls in Peacetime Want To Dance

Girls_in_Peacetime_Want_to_Dance

Indie popowa grupa kierowana przez Stuarta Murdocha ostatni album nagrała pięć lat temu. Ekipa Stuarta Murdocha w tym czasie wydała składankę zawierająca niewydane wcześniej piosenki, a sam frontmen spróbował swoich sił jako reżyser (film „Dziewczyny”). Ale grupa postanowiła przypomnieć swoim fanom, że działają i już jest ich dziewiąty album.

Grupa znana jest z melancholijnego klimatu, niepozbawionego melodyjności oraz przebojowego potencjału. I to słychać w openerze „Nobody’s Empire”, gdzie przewijają się ejtisowskie klawisze, fortepian i trąbka. Ferajna jest zgrana ze sobą, miesza melodyjność z fletem („Allie”), barokowymi skrzypcami (liryczny „The Cat with the Cream”)„ czy delikatnie przewijającą się gitara elektryczną (dyskotekowa „The Power of Three” z eterycznym wokalem Stevie Jackson) albo tanecznymi klawiszami (chwytliwy, choć dla mnie troszkę za długi „Enter Sylvia Plath”). Tempo jest różnorodnie, melodie wpadają w ucho i nie są pozbawione energii (lekko jazzowy „The Everlasting Muse” z zapętlonym kontrabasem, ale w refrenach zmienia rytm i instrumentarium – gitara, mandolina, klaskanie i skrzypce czy „Perfect Couples” z bębenkami oraz klimatem rock’n’rolla).  Ale czasami zdarzają się zapychacze (troszkę nijakie „Ever Had a Little Faith?” czy znowu długaśny „Play for Today”), co jest czasami nieuniknione.

Jednak muszę przyznać, że zespół trzyma fason i nadal potrafi oczarować. Ich fani na bank to kupią, ale też osoby szukające dobrego, popowego grania znajdą wiele dla siebie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Archive – Restriction

Restriction

Bardzo popularna w Polsce grupa Archive po rocznej zwyżce formy w postaci “Axiom” nie odpuszcza i już teraz pojawia się ich najnowszy, dziesiąty album “Restriction”, przy nagrywaniu którego pomógł dawny współpracownik Jerome Devoise. Jak tym razem wypada brytyjska grupa z Londynu?

Postanowiła bardziej pójść w elektronikę, nie pozbawionej znamion przebojowości. Jest to już słyszalne w bardziej gitarowym „Feel It” czy mieszającym gitary z klawiszami utworze tytułowym, gdzie dominuje prosta i zapętlająca się linia melodyczna (perkusja robi się dziwaczna). Także singlowy „Kid Corner”, gdzie muzycy bawią się elektronicznymi dziwadłami oraz „strzelającą” perkusją robi świetne wrażenie. I kiedy wydaje się, że będzie dynamiczna dyskoteka, następuje wyciszenie w postaci „End of the Days” z bardzo delikatną elektroniką oraz wyciszonym głosem Holly Martin, do którego w połowie (poza przestrzennymi wokalizami) dołącza elektroniczna perkusja. W podobnym tonie jest rozmarzony „Third Quartet Storm”, który w połowie brzmi groźnie (nieprzyjemne pomruki), by się wyciszyć (jazzowa perkusja, wyciszone głosy) oraz niemal pianistyczny „Half Built Houses”.

Dalej jest kolejna wolta – pulsująca perkusja, pomruk w tle oraz wybijająca się gitara, czyli „Ride In Squares”. W środku dzieją się mocniejsze wejścia elektroniki i wtedy wkracza dynamiczny – jak na tą grupę – „Ruination”, gdzie cały zespół wybrzmiewa tak jak w pulsującym „Crushed” przerywanym mocniejszymi wejściami gitary. A wtedy wycisza się wszystko w „Black and Blue”, by rozgrzać się w finale, który po prostu wgniata w fotel.

Wszystko tutaj gra i już na chwilę obecną mogę śmiało stwierdzić, ze nowy Archive będzie walczył o miano płyty roku 2015. Elektroniczno-rockowa mieszanka się sprawdza, wokale Holly oraz Pollarda Berriera, melodyjność, poczucie przestrzeni – po prostu bardzo dobry i bardzo piękny album.

8,5/10

Radosław Ostrowski

The Decemberists – What a Terrible World, What a Beautiful World

What_a_Terrible_World_What_a_Beautiful_World

Ten amerykański zespół z Oregonu przykuł moją uwagę cztery lata temu, dzięki utworom „Down by the Water” oraz „This is Why We Fight”. Jednak ekipa pod wodza Colina Meloya nie odpuszcza i po tej przerwie objawia się nowym materiałem. Czy dobrym?

Jest to dalej mieszanka akustycznego brzmienia z zacięciem rockowym. Słychać to już w openerze „The Singer Addresses His Audience”, w którym na samym końcu pojawia się ostrzejsza gitara elektryczna, a wcześniej dominują skrzypce, akustyczna gitara i fortepian. Im dalej, tym zaś różnorodniej: od przebojowych i chwytliwych numerów jak szybki „Cavalry Captain” (trąbeczka jest super) czy troszkę oldskulowa i rock’n’rollowa „Philomena” z czarującym chórkiem oraz przyjemnymi klawiszami. Z drugiej strony są spokojniejsze oraz bardziej nastrojowe numery jak lekko jazzujący „Lake Song” czy bardziej akustyczny „Till the Water Is All Long Gone”, nie mówiąc o wyciszonym „Carolina Low” oraz folkowym „Anti-Summersong”. Przez te czternaście piosenek jest przyjemnie dla ucha, melodie wpadają w ucho, a wokal Meloya jest naprawdę dobry.

Widać, że muzycznie rok 2015 zaczął się bardzo ciekawym oraz dobrym albumem. Jestem ciekawy co będzie dalej.

7/10

Radosław Ostrowski


 

Stanley Brinks and The Wave Pictures – Gin

Gin

Ten zespół to znane brytyjskie trio: David Tattersall (wokala i gitara), Franic Rozycki (bas) oraz Jonny Helm (perkusja). Tym razem postanowili przypomnieć o sobie fanom, tym razem jednak zostali wsparci przez wokalistę Stanleya Brinksa (kiedyś się nazywał Herman Dune, ale chyba z powodu niemieckiego pochodzenia zmienił je). Co wyszło z tej kolaboracji?

Rockowe granie z lekką domieszką bluesa, co słychać już w lekkim „One Minute to Darkness” z przesterowaną gitarą elektryczną. Sekcja rytmiczna gra łagodnie i spokojnie, jednak najlepiej sprawdzają się ubarwiające całość dodatki jak egzotyczny klarnet („Time for Me”), bębenki (lekka, siestowa niemal „Spinola Bay”) dziwaczna trąbka (niemal orientalna „Blues About Krishna’s Latest Avatar”, choć dość długa), które budują dość lekki, ale bluesowy klimat. Przez większość czasu jest dość spokojnie (środkowa część płyty), co wielu może doprowadzić do znużenia, jednak trzy ostatnie piosenki częściowo nadrabiają to. Lekkie „Parking Lots” z psychodelicznym wejściem klarnetu oraz gitary, rock’n’rollowe „No Goodbyes” oraz spokojne „Not to Kiss You”.

Bardzo ciepły jest wokal Brinksa dopełnia tego klimatu, co razem tworzy bardzo przyzwoitym projektem. Fani bluesowego grania znajdą coś dla siebie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Noel McLoughlin and Ger O’Donnell – Christmas in Ireland

Christmas_In_Ireland

Znowu ruszamy w świąteczny klimat. Tym razem jednak naszymi przewodnikami będą wokalista Noel McLoughlin, który jest specjalistą od interpretacji folkowych piosenek oraz gitarzysta Ger O’Donnell, którzy postanowili przerobić pieśni irlandzkie.

Ich dwóch oraz dość spokojne aranżacje pachnące Irlandią – więcej chyba nie trzeba. Największa perła tego albumu jest „Christmas In the Trenches” opowiadające o żołnierzu i jego świętach podczas I wojny światowej (piękne flety i skrzypce w połowie). Dalej jest dość różnorodnie, z przewagą spokojniejszych, niemal melancholijnych ballad („God Rest Ye Merry Gentleman” – świetny chórek czy „Oh Christmas Tree” z mandoliną), ale też przewija się w tle skrzypce, flety podkreślające irlandzki charakter pieśni. Nie zabrakło tez skoczniejszych melodii jak „The Maid Who Sold Her Barley” czy „I Saw Three Ships”, jednak nie ma tutaj ich zbyt wiele. Ale klimat zimowej Irlandii oraz intrygujący wokal McLoughlina tworzą bardzo nastrojowy album.

Radosław Ostrowski

Marillion – A Collection Of Recycled Gifts

A_Collection_Of_Recycled_Gifts

Od dłuższego czasu grupa kierowana przez Steve’a Hogartha nagrywał płyty świąteczne, które są dostępne tylko za pośrednictwem strony internetowej zespołu. Album, o którym chce opowiedzieć jest kompilacją utworów z dotychczas wydanych albumów. Pytanie czy warto robić cover albumy, poza tym, że są bezpiecznym materiałem, który każdy kupi?

Na początek dostajemy cover Johna Lennona „Happy Xmas (War is Over)”, który brzmi bardzo majestatycznie oraz poważnie, o czym świadczą zarówno marszowa perkusja oraz chór dziecięcy. Dalej jest dość różnorodnie od bardziej do mniej poważnych. Do tych pierwszych zalicza się śpiewany niemal a capella „Gabriel’s Message” z nakładającymi się głosami Hogartha, do których dołącza się ponura elektronika oraz „mechaniczną” gitarą elektryczną, a także jazzowa „This Christmas Song” z wplecionym fragmentem „Jingle Bells” czy bardziej uduchowione „I Saw Three Ships” z łkającą gitarą Rothery’ego (czy tylko mi te cymbałki  kojarzą się z „Easter”?). Do tego drugiego należy bez wątpienia „Stop the Cavalry” z przyjemnymi klawiszami imitującymi trąbki oraz flety, a także śpiewana niemal a capella „That’s What Friends Are For” (zaśpiewane z pewną zgrywą), lekko musicalowe „Let It Snow” czy będący pastiszem „Lonely This Christmas”, gdzie Hogarth próbuje śpiewać jak Elvis.

Jednak drugą perłą tego wydawnictwa jest kończące całość „The Carol of the Bells”. Utwór ten powstał w zeszłym roku, a dochód z nabycia tego utworu (Internet only) był przekazany na cele charytatywne i jest to całkiem niezła zgrywa, gdzie panowie (poza chórem) pozwalają sobie na cytaty m.in. z Jamesa Bonda czy „Gabriel’s Message”. Jak widać gang z Ayesbury jest w dobrej formie i całkiem nieźle się bawi. A takich świątecznych albumów chciałoby się jak najwięcej.

8/10

Radosław Ostrowski

The Dumplings – No Bad Days

No_Bad_Days

Duet ten działa już trzy lata, ale dopiero w tym roku wydał swój debiutancki album. Justyna Święs i Kuba Karaś jako The Dumplins w maju tego roku zaserwowali nam ciekawą płytę, zrobioną w dość modnym gatunku – elektropopu.

Mój stosunek do elektroniki jest raczej negatywny, choć tak naprawdę zależy od tego o jakiej elektronice mówimy. Tutaj jest bardzo przebojowo i wielowarstwowo, co słychać już w „Słodko-słonym ciosie”, gdzie słychać przyśpieszenie w refrenie, basowy bit czy przypominającą przestrzenną wodę „Everything is a Cyrcle” z przypominającym gry z Atari tłem. Nie brakuje tutaj przebojowego potencjału (singlowe „Technicolor Yawn”) oraz intrygujących inspiracji latami 80., czyli elektroniką oraz nową falą („Man Pregnant” z przyjemnym chórkiem oraz lekkimi klawiszami czy najlepszy w zestawie klaskany „Betonowy las”), co nie jest niczym nowym (autotune w końcówce „Freeze”), jednak słucha się tego naprawdę przyjemnie. czasami elektroniczne tło jest delikatne („Getaline” z agresywniejszym wejściem w refrenie), a bardzo eteryczny głos Justyny Swięs współtworzy klimat każdego utworu, bez względu na to czy śpiewa po polsku czy po angielsku.

Rytmicznie, przebojowo i popowo, jednak jest to pop z wyższej półki. To taki rodzaj elektroniki, który mógłbym słuchać bez poczucia zażenowania. Brawo, brawo, brawo. Czekam na drugi album.

8/10

Radosław Ostrowski

Bruce Springsteen – Darkness on the Edge of Town (remastered)

Darkness_on_the_Edge_of_Town

Kolejny remastering – tym razem padło na wydaną w 1978 roku płytę “Darkness on the Edge of Town” Bruce’a Springsteena, nagrana po przełomowym „Born to Run” razem z zespołem E Street Band.

I jest to bardzo różnorodna płyta. Pozornie wydaje się rockowa i nie brakuje tutaj mocniejszych wejść gitary („Candy’s Room”, brudna „Adam Raised a Cain” czy „Streets on Fire”), ale tez nie brakuje bardziej refleksyjnych kawałków (fortepian, Hammond i harmonijka ustna w „The Promised Land” czy bardziej gitarowe „Factory”). Może konstrukcja tych utworów jest dość prosta i niezbyt zaskakująca, ale taki tez jest sam Boss, a jakość dźwięku jest naprawdę dobra. Wokal Bossa też nie zawodzi, a chociaż nie dostajemy żadnych dodatkowych piosenek, jednak energia i power jest mocno odczuwalny.

Dziesięć utworów, w których Boss opowiada o prostych ludziach oraz ich problemach i robi to w sposób bardzo interesujący. Być może Boss nagrał lepsze i ciekawsze płyty, ale ten album tez prezentuje się bardzo przyzwoicie. Poza tym, opowieści Bossa nigdy nie są nudne.

7,5/10

Radosław Ostrowski