David Bowie – Nothing Has Changed The Very Best Of Bowie

Nothing_Has_Changed

Ten brytyjski wokalista od ponad 40 lat zaskakuje, eksperymentuje i ciągle czegoś szuka. W zeszłym roku przypomniał się swoim fanom nowym albumem „The Next Day”. Jednak tym razem postanowił wydać kompilacje zawierającą najważniejsze utwory z jego bogatego dorobku, tylko ułożoną w odwrotnej kolejności.

Trzy płytowy box „Nothing Has Changed” zaczyna premierowe „Sue (Or In a Season of Crime)”, który jest… jazzowym utworem, gdzie wokalistę wspiera orkiestra Marii Schneider. A im dalej w las, tym bardziej sięgamy do początków. Nie brakuje utworów w wersji radiowej, remiksów („Love Is Lost” z klaskanym początkiem) oraz kompletnego pomieszania z poplątaniem. Rock miesza się z elektronika, dyskotekowym popem. W zasadzie mógłbym ograniczyć się do wymienienia tytułów takich jak „Rebel Rebel”, „Heroes”, „Ziggy Stardust”, „This is Not America” czy z ostatniej płyty „Where Are We Now?”. Są też bardziej nastrojowe ballady (niemal pianistyczny „Shadow Man” czy gitarowy „Survive”), mroczna elektronika („I’m Afraid of Americans” czy „The Hearts Filtyhy Lessons”) jak i bardziej imprezowe numery (lekko funkowy „Jump They Say” czy nieśmiertelne „Let’s Dance”).

Mógłbym pisać więcej, ale tytuł mówi wszystko: nic u Bowiego się nie zmieniło. Ciągle eksperymentuje i szuka nowych rzeczy, jednak jakimś cudem udaje się stworzyć przebojowe kawałki. Jak on to robi? Nie mam pojęcia.

Radosław Ostrowski

Gov’t Mule – Dark Side of the Mule

Dark_Side_of_the_Mule

Bluesowa ekipa Warena Haynesa nie zwalnia i tym razem wydała mocno zestaw płytowy. Zapis koncertu z Halloween z roku 2008 roku, który odbył się w Orpheum Theater w Bostonie, gdzie zespół grał utwory grupy Pink Floyd.

Czyli jak na bluesową modłę przerobić progresywnych klasyków? Z mocnym riffem oraz Hammondami w tle, a czasem też bawiąc się brzmieniem jak w „Gameface”, gdzie w środku dochodzi do jazzowych popisów basisty i perkusisty, a następnie wszystko przyśpiesza z Hammondami włącznie. Czy w niemal instrumentalnej zbitce „Trane/Eternity’s Breath/St. Stephen Jam”. Początek jest jazzowy, gdzie gitara elektryczna próbuje grać z czasem stając się coraz bardziej agresywna i ostrzejsza. Potem następuje wyciszenie, gitara delikatnieje, a Hammond nadaje niemal sakralnego charakteru, by potem znów wywrócić całość do góry nogami, a na sam koniec dostajemy spokojnego bluesa. Ale to, co Haynes obi z gitarą budzi wielki szacunek (posłuchajcie instrumentalnego „Kind of Bird” czy mrocznego „One of These Days” z basem i elektroniką na pierwszym planie). Nie mogło zabraknąć rzecz jasna piosenek z „Dark Side of the Moon” z nieśmiertelnym „Shine on You Crazy Diamond” (Pt. I-V w wersji instrumentalnej – prawie, gdzie gitara przypomina Davida Gilmoura), „Time” czy „Money”

Nie mówię tutaj o wszystkim, bo kapela przygotowała kilka niespodzianek, ale to już musicie sami przesłuchać. Zebrało się tego sporo na tych 3 płytach. Oceny brak.

Radosław Ostrowski

Zuch Kazik – Zakażone piosenki

Zakazone_piosenki

Kazik jest tak napakowany oraz tak naładowany energią, że zwyczajnie nie odpuszcza. Tym razem postanowił założyć nową grupę i zagrać utwory z dawnego systemu – znaczy się utwory propagandowe PRL-u. Tym razem Kazika wspierają: Mirosław „Zacier” Jedras (klawisze), Andrzej „Izi” Izdebski (gitara), Michał „Mrufka” Jędras (perkusja) i Piotr Łojek (bas).

Jednak Kazik nie byłby sobą, gdyby zostało to nagrane po bożemu. Wszystko zostało przerobione na oldskulowy rock, troszkę ubarwiony ludowy charakterem („Gdy naród do boju” czy „Budujemy nowy dom”z akordeonem). Bywa dość różnorodne tempo, nie brakuje knajpiarsko-jazzowego klimatu (utwory z filmu „Miś” – poza „Hej młody Junaku” oraz „Lili Marleen”), lekkości popowej („Piosenka o Nowej Hucie”), odrobiny patosu („Hymn Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej” z podniosłym fortepianem) czy nawet psychodelicznego rocka („Dzień zwycięstwa” – ta gitarowa wstawka w środku).

Kazik zaś parę razy majstruje przy tekście. W „Budujemy nowy dom” powtarza zwrotkę sypiąc kurwami po drodze i zmienia w refrenie dom na schron, zaś w „Piosence o Nowej Hucie” mamy Nową Chuć – brzmi podobnie, prawda? A trzy razy udziela się wokalnie Zacier i radzi sobie całkiem nieźle.

Brzmi to naprawdę nieźle i udaje się parę razy nadać innego, bardziej przebojowego charakteru podniosłych pieśni i piosenek czasu socjalizmu. Nie jest tutaj nic zaskakującego, ale słucha się tego całkiem przyjemnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski


 

System of a Down – Steps and Hemp

Steps_and_Hemp

Nowy album System of a Down. Brzmi to dziwnie? To jednak jest pewne oszustwo, gdyż pojawiają się bardzo znane utwory, choć w niekoniecznie znanych wersjach.

Początek to wszystkim znane ostre łojenie z dynamiczną grą gitary i sekcji rytmicznej oraz charyzmatycznym wokalem Serja Tankiana oraz Darona Marakiana („Streamline” i „Suite-Pee” czy strasznie szybkie „Cigaro”). Pewna zmiana jest mocno odczuwalna w „Lonely Day”, gdzie muzykom towarzyszy niejaki Criss Angel, który polał całość dubstepowym brzmieniem – i brzmi to dziwnie. Poza tym utworem, Rapowanym „Shame” ze wsparciem Wu-Tang Clanu oraz remiksem „Chop Suey!” (dyskotekowy Counterstrike’a), reszta to są dość znane utwory jak „Old School Hollywood” (też przerobione elektronicznie), „Ego Brain” czy „Innervision”. Bardzo znane utwory. Więc jeśli nie jesteście fanami zespołu, to możecie się śmiało z tym zapoznać, by poznać esencję zespołu. Starzy fani mogą doznać szoku przy niektórych utworach.

Radosław Ostrowski

Oasis – (What’s The Story) Morning Glory?

Whats_The_Story_Morning_Glory

Kolejna tegoroczna reedycja dotyczy drugiej płyty zespołu Oasis. „(What’s The Story) Morning Glory” wydaje się bardziej brudny i garażowy od debiutu.

Słychać to już w otwierającym całość „Hello”, które po dość delikatnym akustycznym wstępie (w pełni wykorzystanym w „Wonderwall”, ze świetnie dodaną wiolonczelą oraz fortepianem) pojawiają się mocniejsze uderzenia gitary i perkusji oraz „pulsująca” elektronika. Ale nie brakuje tez inspiracji Beatlesami („Don’t Look Back In Anger” czy „She’s Electric”), odrobiny psychodelii (krótki „Untitled” z harmonijką ustną czy „Morning Glory” z helikopterem oraz bardzo ohydnie brzmiącą gitara elektryczną) czy bardziej stonowanych kompozycji (akustyczno-klawiszowe „Cast No Shadow” czy początek „Champagne Supernova”, który potem zmienia totalnie tempo). Mimo upływu lat, brzmi to znakomicie.

I tak jak w przypadku debiutu, dostajemy jeszcze dodatkowe dwie płyty, gdzie dostajemy niepublikowane wcześniej utwory, dema i wersje koncertowe. Są tu zarówno bardziej akustyczne melodie („Night Talks” czy „It’s Better Poeple”) jak i ostrzejsze kawałki („Cum On Feel the Noise” czy instrumentalny „The Swamp Song”). I trzeba przyznać, ze znowu jest to znakomite wydanie, a utwory koncertowe pokazują jakim świetnym zespołem było Oasis.

Musze mówić, ze musicie to mieć u siebie?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gov’t Mule – Stoned Side of the Mule vol. 1

Stoned_Side_of_the_Mule

Ta amerykańska kapela bluesowa działa już 20 lat i na razie nie zamierza odpuścić. Ten nowy album zawiera zapis koncertu z Tower Theater w Filadelfii w 2009 roku, gdzie zespół zagrał własne wersje piosenek The Rolling Stones. Jak sobie z tym poradził Warren Haynes i spółka?

Zagrali je na swoją modłę, z mocniejsza gitara oraz wszelkimi ubarwiaczami jak cymbałki („Under My Thumb”), sitaru („Paint It Black”), saksofon („Ventilator Blues”, gdzie szaleje tez fortepian i harmonijka ustna) czy fortepian („Monkey Man” i „Angie”). Piosenek nie ma zbyt wiele, ale tutaj liczy się jakość niż ilość. Panowie znają się na rzeczy i grają naprawdę dobrze oraz ostro, jak zachodzi taka potrzeba, Haynes ma rasowy, bluesowy wokal, a na żywo tez daje sobie radę. Może sam zestaw jest dość oczywisty (jest parę znanych hitów, ale nie wszystkie), jednak jest to jedyna wada tej EP-ki. Wiec dajcie się ponieść i poczujcie bluesa. Album dostępny jest także na winylu.

Radosław Ostrowski

Justyna Steczkowska – Anima

Anima

Dwadzieścia lat temu była „Dziewczyną szamana”, ale potem muzycznie bywało bardzo różnie (z naciskiem na średnio lub słabo). Dzisiaj jest bardziej znana jako trenerka w „The Voice of Poland”, jednak przypomniała sobie, że mam ambicje na coś więcej i nagrała nowy album.

Musze przyznać, że „Anima” mnie mocno zaskoczyła. Mieszanka współczesnych bitów z żywym instrumentarium, tworzy mieszankę piorunującą, co słychać już w otwierającej całość „Terra”. Dalej nie brakuje tutaj dziwacznego eksperymentowania, które już wyło na „XV”, czyli pulsacyjne bity, nie brzmiące w żaden sposób tandetnie (może poza „Kochankami wyspy”), wplecione w to wszystko smyczki i sporadycznie gitara elektryczna. Trip hop w czystej postaci. Poziom całości jest tak zaskakująco wyrównany, że nie jestem w stanie wskazać faworyta. Brzmi to bardzo świeżo, energetyczne, ma to swój klimat, którego nie jestem tak naprawdę z niczym porównać. Zdarzają się zarówno bardziej wyciszone („Wybaczcie mnie złej”), niepozbawione pulsującej energii („Szachmistrz” z „pikającymi” klawiszami na końcu, niepozbawionych elementów orientalnych (gitara w „Pryzmacie”).

Ale na mnie największe wrażenie robi wokal samej Steczkowskiej, który czasami się nakłada, bywa bardzo delikatny i niesamowicie przestrzenny. I co najważniejsze, idealnie współgrający z muzyką. Jak dla mnie cały album jest z braku lepszego słowa kosmiczny. Takiej Justyny to dawno nie było w tak wybornej formie.

8/10

Radosław Ostrowski

Fisz Emade Tworzywo – Mamut

mamut

Fisz i Emade to sprawny duet hip-hopowy działający od lat jako Tworzywo Sztuczne, a także pod swoim własnym szyldem. Jednak jako Tworzywo wrócili po 10 latach przerwy i… zrobili wszystkim niespodziankę.

Panowie zazwyczaj grali surowe bity, pachnące mocno oldskulowym brzmieniem. Tym razem jednak poszli ku nowoczesności. I słychać to już w niemal dyskotekowym „Pyle” oraz jeszcze bardziej pulsującym „Zwiedzam świat”. Elektronika w niemal dyskotekowym stylu jest też mocno obecna we „Wróć” czy instrumentalnym „Mamucie” wspieranym przez niemal etniczny bit. Dzieją się tutaj rzeczy zaskakujące, nawet dla mnie – osoby mało obeznanej z rapem polskim (i nie tylko polskim). Zaskakują tutaj wydawałoby się zapomniane skrecze, pojawiają się żywe instrumenty jak trąbka („Bieg”), etniczne wstawki perkusji („Wojna”, gdzie jeszcze są poruszające smyczki) czy pójście w funky (gitara i Hammondy w „Karate”). Pod tym względem jest tutaj naprawdę wysoki progres, a całość ma mocno popowy sznyt.

Do tego zarówno świetnie grająca nawijka Fisza oraz bardzo interesujące teksty (refreny to wyszły świetne), w których mówią o sprawach ważkich (relacje międzyludzkie itp.). Do tego panowie zaprosili dwójkę gości, która dopełniła całości. Najwięcej, bo aż trzy razy pojawia się Justyna Święs z zespołu The Dumplings i myślę, że nie było to dziełem przypadku, za to klasą samą w sobie była Kasia Nosowska w „Wojnie”.

Czyżby to był kandydat do hip-hopowej polskiej płyty roku? Na to wygląda. Wszystko jest dopięte, brzmi bardzo energetycznie, różnorodnie i ciekawie. Przesłuchać koniecznie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


 

KSU – Dwa narody

Dwa_Narody

KSU to jedna z legend polskiego punk rocka, kierowana od samego początku przez Eugeniusza Olejarczyka. Po albumie wydanym z okazji XXX-lecia działalności, ekipa postanowiła wydać nowy materiał pod wymownym tytułem „Dwa narody”.

Brzmieniowo mamy mieszankę ostrego, gitarowego grania z etnicznymi wstawkami (skrzypce, flety), przypominającymi celtyckie klimaty. Bywa brudno, garażowo, agresywnie („Wino za karę”), ale też i delikatnie (początek “Rozbitego dzbana” czy niemal akustyczne „Tylko honor II”), choć można się przyczepić, że jest trochę zbyt monotonnie, choć gitara brzmi tu świetnie. Także wokal brzmi naprawdę dobrze, a etniczne wstawki mocno ubarwiają całość, jednak dla mnie dwadzieścia utworów to było za dużo. Jednak nadal jest energia i bunt, co zawsze było znakiem rozpoznawczym tej grupy. Ale zawsze siłą były teksty – buntownicze i krytyczne wobec otaczającej rzeczywistości. Więc obrywa się za podziały (tytułowy utwór), ogłupiające media, brak uczciwości. Metafory są czytelne, ale nie ograne i to wszystko tworzy bardzo solidną płytę, jednak zaskoczeniem jest instrumentalne „Laworta”, która kończy całość (perkusyjne popisy i wokalizy).

Wybaczcie, że ostatnio coraz krótsze te teksty, ale pewnych oczywistych kwestii nie trzeba rozpatrywać zbyt długo. Dlaczego warto posłuchać nowego KSU? Bo jest dobre, ma kopa i brzmi dobrze. Wsio.

7/10

Radosław Ostrowski

Piotr Bukartyk – Kup sobie psa

Kup_Sobie_Psa

Bukartyka znają wszyscy ci, co słuchają piątkowe „Zapraszamy do Trójki” rano, gdzie w towarzystwie Krzysztofa Kawałki prezentuje własne piosenki. Jednak raz na jakiś czas, artysta wydaje swoje piosenki na płycie. Tym razem minęły dwa lata od nowego albumu, więc był to idealny moment na przypomnienie się swoim fanom.

„Kup sobie psa” to dziesięć utworów, w których autor rozmyśla nad wszystkim, co widzi. Ale jeśli spodziewacie się, że to będzie stricte gitarowe granie (znaczy się sam Bukartyk plus gitara), to jesteście w błędzie. Nie brakuje tutaj skrętów w folk (początek „Dokładnie ten sam smak”, do którego wchodzą stare hammondy oraz chwytliwa gitara elektryczna), reggae (najsłabsze „Piasku ziarenka”), rocka („Na twarz” z mocnym riffem) czy bluesa („Reszta dla pana”). Jest różnorodnie, bogato, a zawsze w takiej muzyce najważniejsze są teksty. Autor przedstawia tutaj zarówno rozpad miłości, cwaniactwo, konsumpcję, nie pozbawioną odrobiny humoru. A i sam głos prezentuje się naprawdę dobrze.

Zaledwie dziesięć piosenek, ale wystarczy. W dodatku najdobitniejsza jest „Tak jakby kolęda”, która na najbliższą porę idealnie wybrzmi.

7/10

Radosław Ostrowski