Pendragon – Men Who Climbed Mountains

Men_Who_Climb_Mountain

Kwartet z Stroud był bardzo popularny w latach 80. oraz 90., jednak swoje najlepsze lata maja za sobą. Ostatni album „Passion” był jednak nieoczekiwanym powrotem do formy, ale to było trzy lata temu. Czy tym razem grupa Nicka Barretta będzie w stanie zaskoczyć?

Po eksperymentach z ostrzejszym brzmieniem, następuje wyraźne stonowanie, co już słychać w „Belle Ami” opartym na monotonnej gitarze elektrycznej. Nie brakuje jednak ciekawych pomysłów jak mocne wejście w „Beautiful Soul” (plus delikatne klawisze) czy dziwaczny wstęp z nakładającą się gitara w „Come Here Jack” (do tego naprawdę ładny fortepian), które w połowie staje się ostrzejsze i mocniejsze, gdy włączają się inne instrumenty (bas, perkusja, klawiszowe pasaże), jednak miejscami usypia. Za to prawdziwą magia jest „In Bardo” z delikatną grą gitary oraz bardzo przestrzennymi klawiszami (fantastycznymi), tylko co tam wyprawia pod koniec perkusista, idąc w stronę jazzu i popisując się swoimi umiejętnościami. „Faces of Light” przykuwa uwage fortepianowym wstępem oraz intrygującym riffem. Zmiana tonu znajduje się w mrocznym „Faces of Darkness” z dziwacznymi dźwiękami maszyn, niepokojącymi smyczkami oraz dynamiczną grą gitarowo-perkusyjną. Sam finał jest bardziej stonowany i wyciszony, a drobnymi fragmentami (środek chóralny w  „Explorers of the Infinite” czy łkająca gitara w „Netherworld”).

Ogólnie mówiąc, jest to niezły album, który ma porywające momenty. Właśnie momenty, bo tak naprawdę jako całość chwyciły tylko dwa utwory. Może następnym razem pójdzie lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski


 

Bjorn Riis – Lullabies In A Car Crash

Lullabies_in_a_Car_Crash

Czy są tutaj fani norweskiego zespołu Airbag? Ceniony przez wielu zespół jest uważany za jedną z ciekawszych grup progresywnego rocka. Jeden z jej członków – gitarzysta, kompozytor i autor tekstów Bjorn Riis postanowił nagrać solowy album.

Sześć utworów, wsparcie kolegów z zespołu (perkusista Henrik Fossum, obsługujący loopy Asle Torstrup) oraz informacja, ze część utworów to odrzuty niewykorzystane przez Airbag pokazują, czego należy się mniej więcej spodziewać. Progresywnych dźwięków przypominających dokonania Pink Floyd oraz klimatu znanego z płyt Airbag. Gitarowe riffy Riisa budzą automatyczne skojarzenia z Davidem Gilmourem i nie brakuje tutaj długich, ponad dziesięciominutowych kompozycji. Klawiszowe pasaże, liryczne dźwięki, mocne riffy gitarowe, melodie oraz delikatny wokal Riisa tworzą mocną mieszankę, która może nie tworzy niczego nowego, ale pozwala zatracić się całkowicie. I nie ważne czy to instrumentalny „The Chase” (najbardziej dynamiczny utwór), róznorodny „Stay Calm”, delikatny „Disappear” – to wszystko tworzy tak spójną całość, która jest w stanie poruszyć wzelkie zmysły oraz emocje. Wyróznianie poszczególnych utworów nie ma sensu, zaś teksty pozostają naprawdę interesujące, ale jedno pozostaje pewne. Własnie taki album powinni nagrać Pink Floyd zamiast tego, co wyszło.

Więcej nie będę opowiadał, ale jedno nie ulega wątpliwości. Uczeń przerósł mistrza, a fani Norwegów sięgnąć po ten album po prostu muszą. Takie rzeczy za kilka lat staną się klasyką, prawda?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Queen – Queen Forever

Queen_Forever

Czy jest jakikolwiek sens przedstawiania zespołu Queen? Choć kapela działa (bez Freddy’ego Mercury na wokalu, co budzi wątpliwości) 0 nie wiem po co, postanowiła o sobie przypomnieć wydają kompilację ze swoimi przebojami. Ktoś zapyta po jaką cholerę? Ano po takę, że jest tu kilka nieznanych wcześniej kawałków, także z czasów, gdy grał z nimi basista John Deacon.

Zaczynają te utwory tą kompilację. „Let Me In Your Heart Again” ma prostą melodię, świetny aranż (chóralne śpiewy, delikatny fortepian, May na gitarze gra jak to on, a fortepian nadaje pewnej elegancji). Drugim numerem jest „Love Kills” wyprodukowane przez Giorgio Morodera – mistrza muzyki dyskotekowej lat 70. oraz 80., a brzmi to jak ballada a’la Queen, czyli z żywymi instrumentami (delikatna gitara akustyczna, chwytliwy bas, do którego dołącza mocniejsza perkusja oraz gitara elektryczna), choć elektronika jest delikatna. I trzeci „premierowy” utwór to „There Must Be More To Life Than This”, gdzie pojawia się obok Freddie’ego sam Michael Jackson (obydwa głosy zgrano już pośmiertnie) i brzmi to naprawdę świetnie.

Reszta to są utwory mniej lub bardziej znane (tych drugich troszkę mniej, ale są „Friends Will be Friends”, „Who Wants to Live Forever”, “I Was Born to Love You” w bardziej rockowej stylistyce czy „These Are the Days of Our Lives”). Nie brakuje tu zarówno nastrojowych ballad (“Love of My Life” z pięknym wstępem fortepianowym czy „You Take My Breathe Away”), bardziej rockowego grania („Drowse” z wokalem Rogera Taylora czy „Bijou”, będące instrumentalnym popisem Maya). Choć spora część utworów może nic nie mówić, nie są one kompozycjami słabymi czy nieudanymi, potwierdzają tylko klasę takiego zespołu jak Queen.  Absolutnie trzeba to mieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

AC/DC – Rock or Bust

Rock_Or_Bust

Ten zespół niemal od początku gra na jedno kopyto. Mają tak wyrazisty styl, że nie bylibyście w stanie wychwycić różnić między ich płytami. Ale mimo sporego zaawansowania wiekowego mają Power, energię i robią świetną zadymę. Ostatnio jednak pojawiła się jedna przymusowa zmiana, gdyż gitarzysta Malcolm Young z powodu choroby, musiał opuścić kapelę (zastąpił go siostrzeniec Stevie, więc liczba Youngów w grupie się zgadza), a perkusista Phil Rudd został oskarżony o podżeganie do dwóch morderstw. Nie wiem, czy ta reklama jest im potrzebna, ale panowie nagrali nową płytę, jakkolwiek to brzmi.

Myślicie, że doszło do jakiejś rewolucji? Zapomnijcie o tym. To tak jakby punkowa kapela postanowiła grać na skrzypcach. Więc nadal mamy do czynienia z surowym, prostym, ale energetycznym rock’n’rollem z mocną perkusją, hardrockowymi riffami oraz charyzmatycznym wokalem Briana Johnsona. Jednak poczucie deja vu jest tutaj mocno odczuwalne (tytułowy utwór troszkę przypomina „Back in Black”, a singlowe „Play Ball” może kojarzyć się z „Rock’n’Roll Train”), zwłaszcza że kilka kapel wzorujących się na starych dinozaurach w ciągu sześciu lat przerwy zrobiło lepsze albumy (m.in. Airborne). Plusem na pewno jest czas trwania – nieco ponad pół godziny, czyli dawka taka w sam raz.

W zasadzie można porównać nowe AC/DC do taniego jabola. Jest dobry, bo tani i jest tani, bo dobry. Koneserzy rzadko pija takie trunki, ale czasami raz na jakiś czas wypada wypić. Wymienianie tytułów (poza singlowymi) mija się kompletnie z celem. Ta maszynka, mimo że najlepsze lata ma za sobą, potrafi jeszcze kopnąć. Założę się, ze na koncertach ten materiał będzie brzmiał znakomicie, a wy?

7/10

Radosław Ostrowski

She & Him – Classics

Classics

Mnie ten duet dawno oczarował grając muzykę troszkę przypominającą pop z lat 50. i 60. Ale dopiero po czterech płytach (opatrzone nazwami „Volume” oraz płytą świąteczna) gitarzysta Matthew Ward oraz aktorka Zooey Deschanel nagrali album z coverami klasyków amerykańskiej muzyki rozrywkowej.

Tym razem jeszcze zostali wsparci przez 20-osobową orkiestrę, która nadaje pewnego eleganckiego sznytu. Można powiedzieć, że nagrywanie takich płyt jest bardzo bezpieczne i gwarantujące sukces komercyjny. Duet jednak pozostaje wierny swojemu stylowi znanemu z dawnych płyt, a stosunek do nowych wersji zależy tylko od sympatii do innych wersji tych piosenek, a samo brzmienie w sporej części budowane jest na perkusji oraz delikatnej gitarze elektrycznej Warda. Ale przebijają się zarówno płynące skrzypce („Oh No, Not My Girl”) oraz świetne solówki trąbki („Stay Awhile” czy „Teach Me Tonight”), nie wspominając o uroczych chórkach („I’ll Never Be Free”), eleganckim fortepianie („It’s Not For Me To Say”) czy bardzo eterycznym wokalu pani Deschanel skontrastowanym z bardziej „brudnym” głosem Warda, który – na szczęście – pojawia się bardzo rzadko.

Wszystko brzmiałoby czarująco i magicznie, gdyby nie dwie wpadki. Pierwsza to niemal ascetyczne „She”, które broni się tylko gra trąbki z wokalem Warda (facet sam nie daje sobie rady), a druga to „Unchained Melody” brzmiące niemal apatycznie. Ale jak to mówił słynny brytyjski filozof Mick Jagger: „Nie można mieć wszystkiego”. Na szczęście ta łyżka dziegciu nie jest w stanie zepsuć smaku tej beczki miodu. Przynajmniej nie mi. Są jacyś chętni?

8/10

Radosław Ostrowski


 

Natalia Przybysz – Prąd

Prad

Ta dziewczyna przez wielu nadal jest pamiętana jako filar zespołu Sistars – jednej z pierwszych grup, która grała w Polsce r’n’b. Jednak Natalia „Natu” Przybysz dawno brzmieniowo odcięła się od macierzystej grupy (już nieistniejącej) . Przełomem był trzeci album z coverami utworów Janis Joplin. „Prąd” wydaje się kontynuacją też ścieżki, jeśli chodzi o muzykę.

Za produkcję odpowiada Jerzy Zagórski – gitarzysta, z którym współpracowała przy „Kozmic Blues”. I pachnie to starym rock’n’rollem z dawnych lat, który przypominają Jack White czy The Black Keys.  I brzmi to naprawdę bardzo interesująco. Początek jest dość melodyjny i bardziej delikatny: tytułowy „Prąd” brzmi elegancko, a wokal Natalii jest troszkę wycofany, delikatny i przestrzenny. A gdy dochodzi rytmiczne uderzenia bębnowe, klimat jest niemal hipnotyzujący, wtedy inne instrumenty się odzywają. W podobnym tonie jest singlowy „Miód” z tekstem o mocnym zabarwieniem erotycznym, ale potem jest średni (choć próbujący być bardziej „garażowy”) „Nie jestem twoją laseczką”. Jednak na szczęście nie trwa to długo, aż do brudnego „XJS” z gościnnym udziałem Tymona Tymańskiego oraz zapętlonymi gitarami (plus świetny tekst). Nie brakuje tutaj skrętów w bardziej folkowe rytmy („Nazywam się niebo” i „Sto lat”), jednak na mnie największe wrażenie zrobiły trzy kompozycje. Mocno big-beatowe „Kwiaty ojczyste” (cover od Czesława Niemena), które w refrenach idzie w lekką psychodelię (znakomite riffy oraz dynamiczne ciosy perkusyjne), niemal etniczne „Do kogo idziesz?” (od Miry Kubasińskiej) z dziwacznie przesterowaną gitarą, budującą bardzo specyficzny klimat oraz zagrana na banjo magiczna „Królowa śniegu”.

Poza bardzo interesującymi tekstami, które mówią o czymś i nie są naiwne wokal Natu potrafi oczarować. Czuć tutaj mocno inspirację Janis Joplin, ale już widać skrystalizowanie barwy, nadal przyjemnie frazuje i zawsze współgra z muzyką. I kiedy wydaje się, że nie jest w stanie zaskoczyć, robi zaskakujące wolty.

Jesień rzeczywiście w tym roku jest polska. Przynajmniej pod względem muzycznym, bo co płyta to bardzo ciekawa. Natu chyba znalazła swoją własną drogę i zmierza w kierunku wzbogacającym muzykę polską. Prawie ocierając się o mistrzostwo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mela Koteluk – Migracje

Migracje

Jak usłyszałem dwa lata temu jej debiutancki album „Spadochron”, byłem kompletnie oczarowany i zachwycony. Jednak nawet ja wiedziałem, co to jest „syndrom drugiej płyty”. Obawiałem się nowego materiału Meli Koteluk, zastanawiając się czym mnie zaskoczy i oczaruje. Pora sprawdzić te „Migracje”. Czy trzeba będzie wiać?

Za produkcję odpowiada Marek Dziedzic, który jest też współautorem większości kawałków. Pierwsze, co rzuca się w uszy to obecność saksofonu, którego nie było. A dalej jest delikatnie, z bogatymi aranżacjami oraz chwytliwymi melodiami (singlowe „Żurawie orgiami” z chórkami oraz silnie elektronicznym refrenem). Gitara elektryczna jest łagodna, działa bardzo kojąco, współtworząc niezwykły klimat („Tango katana”), w którym pomagają inne instrumenty ze wskazaniem na elektronikę, która nie działa drażniąca i nie jest w żaden sposób tandetna. Czary zaczynają się już w „Tragikomedii”, gdzie błyszczy fortepian i perkusja (w refrenach brzmi bardziej „strzelająco”) przez singlowe „Żurawie orgiami” i „Fastrygi”, czarujący „Stan dusz”, lekko folkowy „To nic” (gitara na początku brzmi tak folkowo, ale potem pojawia się perkusja i akordeon), soft rockowe „Pobite gary” aż do skocznego tytułowego utworu (saksofon szaleje!!!) oraz „Przeprowadzek” (świetne skrzypce na początku i lekkie klawisze plus ten flet!!!).

Wokal Meli wielu na debiucie kojarzył się z Kasią Nosowską czy Joanną Prykowską. Jednak tutaj wyczuć można pewne podobieństwo (we frazowaniu) z… Gabą Kulką. Jedno jednak jest pewne: wokal świetnie współgra z muzyką, a same teksty są naprawdę niezłe. Widać konsekwentnie budowany klimat i atmosferę.

Wielu może znużyć lekki brak jakiegoś zróżnicowania, a krótkie utwory instrumentalne sprawiają wrażenie zapychacza, ale ma to klasę i elegancję. Polecam tez wersję deluxe zawierającą znane wcześniej utwory „Wielkie niebo” i „To trop” oraz dwa utwory w wersji akustycznej, które troszkę wzbogacają ten album. Bardzo przyjemny i bardzo udany.

8/10

Radosław Ostrowski

L.U.C. – Refleksje o miłości apdejtowanej selfie

Refleksje_o_milosci_apdejtowanej_selfie

Łukasz Rostkowski to jeden z najoryginalniejszych polskich raperów. Po opowiadaniu o Polsce, surrealistycznych jazdach o Planecie L.U.C., tym razem postanowił opowiedzieć o miłości. Wielu się na tym przejechało, ale może tym razem uda się odnieść sukces?

L.U.C. bawi się samplami pochodzącymi z piosenek Ireny Jarockiej, Haliny Frąckowiak i Stanisława Soyki. I jest to mieszanka elektroniki, jazzu („Małe wielkie rzeczy” z trąbką Adama Lepki), choć same bity są bardzo staroświeckie. Nie przeszkadza to jednak stworzyć czasami dziwaczny klimat („Pożar w burdelu mego życia”) czy skręcić w reggae („W związku z tym”, gdzie gościnnie udziela się Mesajah). Nie brakuje tutaj gorzkich refleksji , ale dobrane sample brzmią naprawdę świetnie. Jednak poprzednie albumy były po prostu bogatsze dźwiękowo. Trudno wymyślić coś nowego w tej kwestii, ale nawijka L.U.C.-a jest bardzo dla niego charakterystyczna, pełna bogatych metafor i pomysłowych obserwacji („szukamy porad jak polskie wojsko dronów” czy „bądź piękny, pokaż wnętrze Quasimodo”) i słucha się tego naprawdę dobrze. Poza nim spośród gości najbardziej wybija się Rahim w „Empatii refleksje”, choć są jeszcze Buka i K2.

Proste piosenki o miłości nie tylko do kobiety – tak można podsumować album L.U.C.-a, który wybija się świetnymi samplami i niezłymi tekstami. Jak na L.U.C.-a nieźle to troszkę mało.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Maciej Maleńczuk i Psychodancing – Tęczowa swasta

malenczuk_and_psychodancingteczowa_swastacover2014asperity

Ten facet wie jak skupić uwagę na sobie. Legendarny frontman Pudelsów i Homo Twist od działa razem z zespołem Psychodancing, grając głównie rovery. Ale tym razem postanowił wsadzić kij w mrowisko. I zrobił to tytułem, ale czy poza tym jest coś ciekawego do zaoferowania?

O dziwo, jest to bardzo różnorodny brzmieniowo materiał. Od reggae po rocka aż na disco kończąc. Jednak na mnie największe wrażenie zrobiło lekko oniryczne „Nie proś do siebie złych mocy”, stawiające na elektroniczne tło oraz rożne pomruki, dynamiczny niemal punkowy „Totalny dym”, będący niemal wygłupem funkowy „Naczelny prorok” czy mieszający rocka z organami „Diabeł w wiosce”. Wiec dzieje się tutaj sporo, jednak zbyt duży rozrzut czyni ta płytą niespójną. Nie brakuje tu zarówno wiochy w stylu Psychodancing („Kosa tango”),  publicystycznej ironii znanej z „Wolnosci słowa” czy ciężkiego brzmienia a’la Homo Twist. Tylko to się nie układa w żadną sensowną całość, bardziej przypominając złapanie kilku srok za ogon. W dodatku czasami melodie staja się bardzo podobne do siebie („Postman” i „Emeryt embrion”), a kilka tekstów (m.in. „Chłopaki z miasta”) to niewypały. Co innego, gdy facet robi zgrywę wobec Cyganów („Cygańska dusza”), pedofilii („Teofil-pedofil”), idzie w Orient („Hokej”) oraz samego Putina (techniawka „Vladimir”).

Innymi słowy, Maleńczuk sam nie do końca wie, co chce osiągnąć. Nie brakuje mocnych strzałów i perełek, ale są też słabsze tekstowo i muzycznie. Wiec bilans jest całkiem niezły, choć w większości przypadków jest to wiele hałasu o nic.

6/10

Radosław Ostrowski


 

Kukiz – Zakazane piosenki

Zakazane_piosenki

Generalnie nie ma sprawy.
Ustawiony jeden, drugi, trzeci też.
Szkoda tylko im zabawy.
A co z Polską ?
Polska, co to kurwa jest ?

Tego faceta można znienawidzić za swoje polityczne zaangażowanie oraz tematykę, ale nie można odmówić mu odwagi oraz odrobiny charyzmy. Po „Sile i honorze” tym razem pojawiają się „Zakazane piosenki”, gdzie znów były wokalista Piersi pokazuje to, co widzi i mówi o tym wprost.

I facet bawi się brzmieniami oraz stylistyką. Nie brakuje tu przedwojennej stylistyki (otwierające całość „Dnia czwartego czerwca” i kończące „Siekiera-motyka”) jak i bardziej imitacji Kultu, tylko bardziej naspeedowany (m.in. „Kundelek Antka policmajstra” z wplecionym tematem Jamesa Bonda) czy reggae („Trzeba to zagłuszyć” z solówkami trąbki i saksofonu). Wściekłość, gniew, agresja plus polityczne rozczarowanie, porównujące współczesną rzeczywistość do PRL-u. Partyjniactwo („Nastolatek, czyli dejavu”, „JOW!”), karierowiczostwo („Lolo Brukselka”), kumoterstwo, sprzedawanie („Dnia czwartego czerwca”) – a wszystko to z perspektywy ludzi odrzuconych i rozczarowanych, których jedni nazywają pomyleńcami, a drugi prawdziwymi patriotami (singlowa „Samokrytyka (dla Michnika)”).

Brzmieniowo jest troszkę dla mnie zbyt monotonnie, ale chyba nie to było najważniejsze dla Kukiza. Żeby nagrać taki album z taką treścią, która dla władzy (tej obecnej też) jest niewygodna, to trzeba mieć jaja. Jest jeden potencjalny hit („Samokrytyka”) i kilka porządnych kawałków, pod warunkiem, że nie odrzucicie warstwy tekstowej. Oceny tym razem nie dam, bo nie mam takich jaj jak Kukiz.

Radosław Ostrowski