Marit Larsen – When the Morning Comes

When_the_Morning_Comes

Ta młoda dziewczyna z Norwegii zyskała rozgłos w 2008 roku, dzięki chwytliwej piosence “If a Song Could Get Me You”. W tym czasie wydała trzy płyty idące w stronę popu – gatunku w muzyce najtrudniejszego do wykonania. Bo jest to muzyka bardzo popularna i pozornie łatwa do zrealizowania. Ciekawe jak wypadnie album nr 4, czyli „When the Morning Comes”.

W czasach wkurzającej i niemal wszechobecnej elektroniki, dającej efekt dźwiękowej rąbanki siecznej, ten album będzie jak powiew świeżego powietrza. Mamy żywe instrumenty (fortepian, smyczki, gitara elektryczna i perkusja), co już jest połową sukcesu. Drugą połowa jest wtedy, gdy dostaniemy dobre melodie. Jest tutaj dość delikatnie i miło, choć czasem odzywa się gitara („Please Don’t Fall for Me”), jednak nie jest tutaj agresywnie. Pojawiają się jednak ciekawe instrumenty ubarwiające całość (cymbały w „I’d Do It All Again”, organy w „Shine On (Little Diamond)” czy akordeon w „Lean On Me, Lisa”), choć nie zdarza się to zbyt często. Można odnieść wrażenie pewnej monotonii i schematu brzmienia (fortepian niemal non stop się pojawia), ale jest kilka chwytliwych melodii (poza w/w dynamiczne „Travelling Alone” z uroczymi Hammondami w tle czy folkowe „Consider This”).

Sytuację ratuje sam wokal Marit, który jest zarówno delikatny jak i pełen uroku. To wystarczy, by album uznać za całkiem przyzwoity. Plus jeszcze niegłupie teksty. Jak widać skandynawski, komercyjny pop ma się nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski

Stevie Nicks – 24 Karat Gold: Songs from the Vault

24_Karat_Gold_Songs_From_The_Vault_Deluxe_Version

Wszyscy fani zespołu Fleetwood Mac znają głos tej kobiety. Co prawda działalność w tej grupie to już przeszłość, ale sentyment pozostał. Od ponad 30 działa solowo i postanowiła przypomnieć o sobie ósmym albumem, który wyprodukowała razem z gitarzystami Davem Stewartem (kiedyś jedna druga duetu Eurythmics) i Waddym Wachtelem.

Jeśli ktoś spodziewał się, ze gitara elektryczna zostanie odstawiona na bok, pomylił się ogromnie.  Nie brakuje tu zarówno dynamicznego rocka (opener „Starshine”), bardziej nastrojowych ballad (niemal akustyczne „If You Were My Love”, „All the Beauriful Words” z delikatnym fortepianem, klawiszami oraz chórkami w refrenach czy pianistyczne „Lady”) oraz skrętów w bluesa („Mabel Nomand” czy zadziorne „I Don’t Care”, które w połowie dostaje kopa). Druga część płyty jest bardziej refleksyjna i spokojniejsza (od „Hard Advice”), przez co trochę traci impet. Co nie znaczy, że brakuje pięknych melodii („Blue Water” czy lekki „The Dealer”), ale bardziej podobały mi się rockowe wcielenie Stevie, której lekko zachrypnięty głos, dodaje uroku do każdego utworu.

Rozwodzić specjalnie się nie ma nad czym, bo jest tutaj kilka sztuk złota w tej płycie, choć bardziej akustyczne kompozycje mogą się nie spodobać. Jednak jako całość jest naprawdę dobra i poruszająca.

7/10

Radosław Ostrowski

Oasis – Definitely Maybe (20th Anniversary Special Edition)

Definitely_Maybe

To jeden z tych zespołów, który stworzył (razem z blur i Travisem) nurt muzyki zwany britpopem, czyli granie bazujące na brzmieniu rocka z lat 60. i 70., tylko nagrywane w latach współczesnych, czyli 90. A wszystko to w czasach, gdy bracia Gallagher byli w stanie jeszcze dogadywać się ze sobą.  A z okazji 20-lecia premiery zremasterowano ich debiutancki album „Definitely Maybe”.

Musze przyznać, że mimo lat utwory nie straciły nic ze swojej siły. Słychać to w dynamicznym „Rock’n’Roll Star” (pod koniec niesamowite ciosy perkusji oraz przesterowana gitara) oraz „Shakermaker”. Miesza się tutaj brud gitarowy z chwytliwymi melodiami oraz mocnymi uderzeniami sekcji rytmicznej, a nawet elementami psychodelii („brudny” wstęp „Columbii”, pojedyncze dźwięki gitarowe w „Supersonic” czy mocne, rytmiczne uderzenia perkusji w „Bring It On Down”). Liam Gallagher na gitarze wyprawia cuda, ale to Noel na wokalu wybija się najbardziej. Pozornie wydaje się, że słyszymy utwory grane trochę na jedno kopyto (choć akustyczne „Married with Children” zaskakuje), nadrabiając to tekstami opisującymi współczesne pokolenie. I to nadal pozostaje aktualne.

Poza zremasterowanym album, dostajemy dwa dodatkowe krążki. Pierwszy zawiera stronę B, zawierającą nie tylko kilka utworów w wersji demo, ale tez parę niepublikowanych piosenek jak akustyczne: „Sad Song”, „Take Me Away” czy „D’Yer Wanna be a Spaceman?”, bardziej rockowe „Cloudburst”, „Fade Away” i „Listen Up”, wersje demo oraz utwory koncertowe (z Paryża, Glasgow Cathouse i Manchester Academy).

Wydanie jest przebogate, muzyka się nie zestarzała – tylko brać.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Led Zeppelin – Houses of the Holy (Deluxe Edition)

Houses_of_the_Holy

Po reedycjach i zremasterowaniu kultowych płyt numerowych Led Zeppelin, zremasterowano kolejny album. Nagrany w 1973 album „Houses of the Holy” przyniósł grupie przebój „D’yer Ma’ker”, ale czy jest coś jeszcze?

Page, Plant, Bonson i Jones postanowili jeszcze raz pokazać się z jak najlepszej strony. „The Song Remains the Same” to dynamiczne, melodyjne i żywsze wcielenie zespołu ze świetnymi riffami Planta, nieprawdopodobnym wokalem Planta oraz szybkim basem. „The Rain Song” jest bardziej wyciszonym utworem z gitarami akustyczną i elektryczną. Ale przez pięć minut grają smyczki połączone razem z klawiszami i fortepianem tworząc naprawdę piękną muzykę, by pod koniec zespolić się z reszta zespołu – efekt jest porażający. W podobnym tonie jest „Over the Hills and Far Away’ – tym razem akustyczny początek zmienia się w mocniejsze granie sekcji rytmicznej oraz gitary elektrycznej, która pod koniec gra jakby echo.  „The Crunge” jest bardziej przebojowy – z prostą melodią, chwytliwą gry gitary oraz dziwacznymi klawiszami. „Dancing Blues” jest bardziej bluesowy, a to dzięki grze Page’a. „D’yer Maker” w ogóle nie trzeba przedstawiać – energetyczny, choć powolny kawałek. Kompletnie z czapy może wydawać się „No Quarter”, które jest bardziej elektroniczne i psychodeliczne, dzięki zmienionemu wokalowi Planta. A „The Ocean” to bardziej klasyczny Zeppelin.

Drugi album – jak zawsze w przypadku remasteringu – to alternatywne wersje tych piosenek. A to bardziej wybija się gitara, a to został usunięty wokal czy klawisze dodano. To już każdy powinien sam sprawdzić, bo różnice brzmią tutaj bardzo interesująco. A mimo lat, warto zapoznać się.

8,5/10 + znak jakości

ZAZ – Paris

Paris

Paryż – miasto, które jest tak znane dzięki zabytkom, turystom oraz… muzyce. Kolejną osoba, które chce nas przekonać o miłości do Paryża jest francuska wokalistka Zaz, która pochodzi z Bordeaux. Znana z dwóch dobrze przyjętych (także przeze mnie) płyt tym razem nagrała pierwszy w swojej karierze cover album.

Album ten składa się z utworów m.in. Maurice’a Chevalier, Edith Piaf, Joe Dassina czy Cole’a Portera, a za produkcję odpowiadał sam Quincy Jones. Nie brakuje tu typowej dla tej pani szybkiego grania z charakterystycznymi instrumentami tego kraju (akordeon i klarnet w „Paris sera toujours Paris”), ale przede wszystkim jest to album jazzowy. Wiec nie mogło zabraknąć tutaj fortepianu (lekko rapowany „Paris canaille” z rytmicznym kontrabasem oraz harmonijką ustną), ale są też skręty w stronę śpiewu a capella („A Paris” z męskimi wokalami) oraz bardziej ulicznego grania (gitara akustyczna, skrzypce), które jest znakiem rozpoznawczym Francuzki. Ale zdarza się usłyszeć bogatsze aranżacje (pachnące troszkę latami 60. nieśmiertelne „Champs Elysées” grane przez jazzband, z mocnymi dęciakami) czy bardziej stonowane (wyciszone „Sous le ciel de Paris” ze smutnym akordeonem oraz delikatną gitara akustyczną, które nabiera przyśpieszeniu). Jest w czym wybierać jak zawsze.

Ale po raz pierwszy pojawiają się duety  aż trzy: jazzowe „La Romance De Paris” z Nikki Yanofsky (dęciaki szaleją), zwiewne i lekkie „La romance de Paris” (pięknie jazzująca gitara) oraz nagrany z legendarnym Charlesem Aznavourem „J’aime Paris Au Mois De Mai”. I wszystkie są zrobione bez zarzutu.

Nie do końca jestem fanem cover albumów, ale muszę przyznać, że ten bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Zaz śpiewa bez zarzutu, pozwalając sobie na frazowanie i podśpiewywanie rożnych drobiazgów. „Paris” słucha się znakomicie. Nie wierzycie, to przekonajcie się sami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

Nickelback – No Fixed Address

Nickelback__No_Fixed_Address_2014

Chad Kroeger nie odpuszcza i razem z kumplami przypominają o sobie po trzech latach przerwy. Będzie zarówno nastrojowo jak i z łomotem. Tylko czego będzie więcej?

Perkusja uderza mocno, bas jest bardzo wyrazisty, a Chad Kroeger stara się dać czadu. Gitara też o sobie przypomina, a początek jest naprawdę mocny: „Million Miles an Hour” jak i „Edge of a Revolution” mają nośny refren, mocniejsze ciosy perkusji oraz dobrze grającą gitarę. Wiadomo jednak, że każdy rockowy zespół musi umieć grać balladę, ale nie każdemu to wychodzi. „What Are You Waiting For” zwyczajnie nudzi nadmiarem elektroniki oraz banalnym tekstem, troszkę lepiej jest w „She Keeps Me Up” z bardziej reggae’ową gitarą oraz perkusyjnym łamańcem. „Believe” to powrót do troszkę mocniejszego grania z lekko marszową perkusją oraz dziwacznie przesterowanymi wokalami w refrenie. „Satellite” to coś miedzy nastrojową balladą (delikatne, akustyczne zwrotki) z mocniejszym graniem gitary elektrycznej, za to „Get ‘Em Up” zaskakuje ciekawym basem, reggae’ową perkusją. Warto tez wspomnieć o lżejszym „Got Me Runnin’ Round”, którego nie był w stanie zepsuć Flo Ride oraz idącym w country „Sister Sin”. Jest dość różnorodnie, ale dla mnie ta kapela najlepiej sprawdzała się w mocniejszym graniu.

Ballady do końca do mnie nie przemawiają, a grzeczność brzmienia, żeby się w adiu to sprawdzało zawsze było cechą charakterystyczną dla tej grupy. I tu się nic nie zmieniło. Solidna granie i tyle.

6,5/10

 

Mioush – Pan z Katowic

Pan_z_Katowic

Z polskim rapem podobno jest coraz ciekawiej. Czy do grona takich mistrzów jak Bisz, B.O.K. czy Ten Typ Mes dołączy niejaki Mioush? Działa on już od kilkunastu lat i teraz przypomniał o sobie ósmym albumem, czyli „Panem z Katowic”.

Mamy tutaj 13 utworów, gdzie nie brakuje zarówno żywego instrumentarium (trąbka, fortepian), skreczowania oraz samplowania. Nie zabrakło też wszechobecnej elektroniki (mroczny „Absynt” i „Bawełna”), perkusyjnych „cykacze” (tytułowy utwór), innymi słowy jest bardziej staroświecko. Bardziej współczesna jest „Krawędź” (etniczne wstawki, funkowy bas), gdzie Miousha wspiera mam Na Imię Aleksander, a „Za Tobą” (zapożyczone od „Będę z Tobą” Katarzyny Groniec, z której wzięto trąbkę oraz wokal), podrasowano elektroniką oraz mocnymi uderzeniami perkusji. Dalej nie brakuje eksperymentowania (przerobiony wokal imitujący jeden z hitów Bon Joviego w „Bon Jovi”), nakładające się elektroniczne wstawki, wplecione instrumenty (gitara elektryczna w „KATO” z przejmującymi wokalizami czy bardziej pachnące latami 80. „Drive Tru”, z wplecionym „In The Air Tonight” Phila Collinsa). Może się to wydaje lekko archaiczne, to jednak nie ociera się to o tandetę i poniżej przyzwoitego poziomu nie schodzi.

Sama nawijka jest solidna, bardziej spokojna, choć facet mówi zarówno o wierności sobie, obserwacji swojej małej ojczyzny, religii itp. Nie jest to nic nowego ani zaskakującego, ale pozostaje to na tyle interesujący, że nie można przejść obojętnie.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Curly Heads – Ruby Dress Skinny Dog

Ruby_Dress_Skinny_Dog

Debiutanci z Dąbrowy Górniczej, którzy działają od czterech lat, jednak dopiero teraz wychodzi ich debiutancki album. Grupę tworzą gitarzyści Oskar Bała i Tomasz Szuliński, basista Tomasz Skuta, perkusista Damian Lis oraz… Dawid Podsiadło na wokalu. Nie przewidziało wam się – to ten sam facet.

Przy debiucie pomagał im producent Daniel Walczak i wyszedł kawał porządnego grania. Rock’n’rollowe podejście, gdzie miesza się brud garażowy z gładkością i przystępnością. Choć nie jest to nic nowego w muzyce rockowej, to słucha się tego więcej niż dobrze. Gitary robią swoje, czasami pojawiają się nietypowe elementy jak chórki w „Noadvice” czy niemal akustyczne „M.A.B.” z dziwacznym elektronicznym głosem.  Nie brakuje tutaj bardziej żywiołowych numerów jak singlowe „Recondile” czy „Diadre”, jednak dominuje tutaj spokój (tytułowy utwór czy „Till You Got Me”), jednak imponuje zarówno porządność brzmienia, jak i naprawdę zaskakujący wokal Podsiadły, który potwierdza jego wszechstronność.

Jedenaście piosenek mija szybko. Jest energia, siła i moc w tym. Walczak wykonuje dobrą robotę jako producent, serwując jedno z zaskoczeń tego roku. Bardzo przyjemny album i czekamy na więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

happsad – Jakby nie było jutra

Jakby_nie_bylo_jutra

Jeden z najpopularniejszych polskich zespołów grających alternatywnego rocka, czyli happysad postanowił powrócić. Krążą wieści, że to ich najlepsza płyty i nie wynika to tylko z faktu, że za produkcję odpowiada Marcin Bors. Ale czy tak jest naprawdę?

Mamy tutaj jedenaście utworów z gitarą i trąbką. Owszem, czasem czuć trochę elektronikę (plumkanie na początku „Powodzi dekady”), jednak nie brakuje tu punkowej energii. Nawet melodyjność jest tutaj podrasowana lekką psychodelią („Tańczmy” z przesterowaną trąbką oraz rytmem ska trochę kojarzy się z wczesnym Akuratem). Nie brakuje też mroku („Smutni ludzie” z wyciszonym początkiem elektronicznym, a przy refrenie wchodzi gitara elektryczna), jednak zaskoczeniem jest instrumentalne „~”, gdzie słyszymy tylko gitarę, perkusję oraz elektroniczne wstawki, budujące dziwaczny klimat. „MBTV” zaczyna się od jazgotu perkusyjno-trąbkowego, by potem odezwała się gitara z basem, a głos Kuby Kawalca przechodzi cyfrową obróbkę i… za szybko się kończy. „Lista życzeń” to typowy happysad, czyli brudna gitara, mocne uderzenia perkusji oraz przesterowane tło. Dla mnie trochę za długie, a „Ciała detale” to kompletne zaskoczenie – elektroniczna perkusja, dziwaczna gra gitary oraz dźwięki jakby ze starego Commodore’a czy „Trzynaście” z wplecionymi klawiszami imitującymi organy. W takich brudnych i bardziej elektronicznych dźwiękach grupa ze Skarżyska-Kamiennej odnajduje się zaskakująco dobrze („Trzynastka”), a kompletna zmiana brzmienia działa tutaj zdecydowanie na plus.

Głos Kawalca jeśli podobał się przy poprzednich płytach, także i tutaj przypadnie do gustu. Teksty w zasadzie nie zaskakują, ale nie wywołują rozdrażnienia czy irytacji. Czy to jest najlepszy album happysadu? Na pewno najbardziej eksperymentalna od czasów „Nieprzygody”, bardziej mroczna i niepokojąca. Dla mnie lepsza od „Ciepło/Zimno”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trzynasta w Samo Południe – Hell Yeah

Trzynasta_w_Samo_Poludnie__Hell_Yeah

Podobno w Polsce nie gra się siarczystego rocka, z energią i agresywnymi riffami. To jest kompletna nieprawda, a do tego grona chcą dołączyć debiutanci o dość wyrazistej nazwie. Trzynasta w Samo Południe to pięcioosobowa ekipa pod wodzą wokalisty Michała Pochecia (poza nim są jeszcze: gitarzysta Młody, basista Katz, perkusista Bandaż oraz grający na harmonijce Krootki). Pytanie: jest energia?

I to jaka, a inspiracje southern rockiem są aż nadto czytelne. Grają prosto (nie prostacko), czasem bardzo spokojnie („Behind the Fire”), ale czerpią z AC/DC (podrasowane „Hell Yeah” czy „My Way”) czy ZZ Top, mieszając rocka z bluesem. Na siłę jeszcze można znaleźć mocniejsze wcielenie Pearl Jam („Queen of Hearts”). A harmonijka ustna troszkę ubarwia całą atmosferę („Po prostu idź” czy „Rock’n’Roll Babe”). W naszym kraju jest to kompletna nowość, ale świat zna to już od dawien dawna. Nie mniej trzeba przyznać, że power, luz oraz świetne zgranie grupy może zagwarantować im świetlaną przyszłość (taki „Lost Highway” mocno to pokazuje). Czas mija szybko, a fani mocniejszych wejść znajdą tu wiele rzeczy.

13 mocnych kompozycji, z czego aż trzy po polsku (w obydwu językach Pocheć radzi sobie świetnie) plus świetne riffy, harmonijka oraz rytm. Trzeba czegoś więcej?

7/10

Radosław Ostrowski