Voo Voo – Dobry wieczór

voovoodobrywieczorbiext27150199

Zespół Wojciecha Waglewskiego regularnie co dwa lata wydaje nowy materiał. Tak też stało się i teraz. Po „Nowej płycie” pora na „Dobry wieczór”. Myślicie, że nic nowego tutaj nie będzie? Waglewski i spółka nadal imponują formą.

Pozornie wydaje się to spokojnym albumem, ale to był zespół posiadający dwie twarze. Delikatna i łagodną oraz ostrą i dynamiczną. Saksofon Pospieszalskiego wydaje się troszkę wycofany, choć daje mocno o sobie znać („Na coś się zanosi” czy singlowe „Po godzinach”). Ale tak naprawdę dominuje tutaj gitara Waglewskiego, narzucając rytm oraz serwując albo bluesowe („Po godzinach” czy „Pokój”) lub idąc w ostrzejsze klimaty (połowa „Kim bym był” czy „Tli się”). I mimo upływu nadal, nadal brzmi to świeżo i z energią. Nawet w tych spokojniejszych utworach daje o sobie znać bas i perkusja. Pewną nowością jest tutaj wykorzystanie elementów mantrycznych oraz wokali Alima Qasimowa z córką Farganą („Gdybym” i „Dokąd idą”, tworząc kompletnie surrealistyczną oprawę), co bardzo odświeża.

Choć nie dostajemy niczego nowego, to jednak Waglewski trzyma klasę zarówno jako kompozytor, gitarzysta, wokalista (takiego głosu nie myli się z nikim innym). Także teksty, w których opowiada o imprezach („Na coś się zanosi”), zastanawia się nad przemijaniem („Gdybym”) i nie idzie w stronę kiczu („Tli się”).

Od takiego zespołu jak Voo Voo trudno spodziewać się czegoś nowego, zwłaszcza po ponad 30 latach stażu, ale to i tak świetnie działająca kapela trzymająca bardzo mocno fason. A jednocześnie nie brakuje tu energii i pazura. Pozazdrościć i wzorować się.

8/10

Radosław Ostrowski

Czesław Śpiewa – Księga Emigrantów. Tom I

Czeslaw_Spiewa__Ksiega_Emigrantow_Tom_I

Polska jest trudnym krajem, nawet dla naszych rodaków, a co dopiero dla cudzoziemców. Wiem o tym niejaki Czesław Mozil, który jest kojarzony z powodu swojej specyficznej mowy (jak to u Duńczyków), który przypomniał sobie o tym, że Czesław Śpiewa i postanowił opowiedzieć o emigracji.

Na pewno nie jest to album miły i sympatyczny. „Milion za rok” zaczyna się pomrukami puzonu oraz depresyjnym tekstem. A dalej jest jeszcze dziwaczniej, gdyż nie brakuje zarówno skrętów lekko dyskotekowych („Nienawidzę cię Polsko!”), nawet trip-hopu („Poszukaj męża” z pomrukami i delikatną gitarą), a nawet nową falę („Dom na budowie” z trąbkami oraz chórkami trochę pachnie The Police). Zdarza się też sam akordeon („Biały Murzyn”) czy nawet „ulicznego” grania („Łabędzie”) oraz obowiązkowego tanga (spokojne „Tango magister”). Instrumentarium jest mocno klasyczne (gitara, akordeon, trąbka, puzon) i tworzy ono lekko kabaretowy sznyt, co współgra z wokalem Czesława.

Pozornie zabawna muzyka jest mocnym kontrastem dla tekstów Zabłockiego, które – choć nie pozbawione humoru (czarnego zresztą) – pozostają gorzkim portretem emigrantów. Nie brakuje intelektualistów pracujących jako… sprzątaczy („Tango magister”), pijaństwo, oszustwa wobec współtowarzyszy („Z dala od rodaków”), poszukiwanie bogatego męża („Poszukaj męża”) czy hipokryzję („Do kościoła”). To wszystko brzmi z jednej strony trochę groteskowo, ale też i poważnie („Owce”). Więcej wam nie powiem, bo to musicie sami zweryfikować.

Dla mnie takiej ostrej i krytycznej płyty o nas samych nie słyszałem od czasu „Jezus Marii Peszek”. I tak samo jak na tamtej płycie, jeśli nie lubicie tej muzycznej stylistyki proponowanej przez twórcę, nie sięgajcie po to. Dziwna, pozornie wesoła, ale bardzo brutalnie szczera. Pytanie czy będą następne tomy.

8/10

Radosław Ostrowski

Aretha Franklin – Aretha Franklin Sings the Great Diva Classics

Aretha_Franklin_Sings_the_Great_Diva_Classics

To jedna z tych wokalistek, których przedstawiać nie trzeba – najbardziej „czarny” głos jaki możecie sobie wyobrazić. I nie uniknęła trendu nagrywania albumów z coverami. Jak ten album wskazuje, to utwory największych klasycznych diw. Dziesięć piosenek, jeden głos i armia producentów (m.in. Andre 3000 i Babyface) – co może pójść nie tak?

No właśnie. Brzmienie jest bardzo współczesne, plastikowe, czasami ożywione bardziej żywymi instrumentami (saksofon), choć podrasowane sznytem r’n’b. Jest tutaj kilka ocierających się o kicz coverów („I Will Survive” ma koszmarny bit), ale na mnie największe wrażenie zrobiło spokojne i liryczne „People” (ten fortepian!!!) oraz przerobione na reggae „No One” Alicii Keys. Również „Rollin In the Deep” z wplecionym fragmentem „Ain’t No Mountain High Enough” prezentował się bardzo przyzwoicie. Głos Aretha ma jak dzwon – naprawdę mocny, chociaż może trochę nadekspresyjny, ale skupiający totalnie uwagę. Ale nie zawsze te aranżacje brzmią świetnie – drażni zwłaszcza perkusyjny bit („You Keep Me Hangin’ On” czy „I’m Every Woman” zmieszane z „Respect”) oraz wtórność imitujących dęciaki elektroniki. Czasami nie byłem w stanie rozróżnić tych piosenek.

Zabrakło chyba tutaj kreatywności, bo nie ma tutaj zbyt wiele, a sam głos Arethy to za mało, by przykuć uwagę na dłużej. Jest tutaj zaledwie poprawnie, a po takiej artystce należy spodziewać się dużo więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski


 

Pink Floyd – The Endless River

The_Endless_River

Ten zespół to ikona progresywnych brzmień lat 70. Ostatni album nagrali w 1994 – owiane kultem „Division Bell” z ostatnim hitem „High Hopes”. I choć nikt w to nie wierzył – David Gilmour i Nick Mason zapowiedzieli nowy album, gdzie również są partie klawiszowe zmarłego w 2006 roku klawiszowca Richarda Wrighta. Więc jaka jest ta nieskończona rzeka?

Jest to płyta instrumentalna (poza piosenką „Louder Than Words”), podzielona na cztery części składających się z popisów Gilmoura, Wrighta i Masona, gdzie kompozycje płynnie przechodzą z jednej w drugą. Pierwsza część to gitara Gilmoura i warstwowe klawisze Wrighta (m.in. klasyczne Hammondy w „It’s What We Do”), z których przebija się a to jakieś głosy („Things Left Unsaid”), a to zapętlona perkusja, bas czy mocniejszy riff Gilmoura (dziwacznie brzmi tu gitara akustyczna w „Ebb and Flow”, jakby puszczona od tyłu).

Druga część zaczyna się od lekko psychodelicznego „Suma” z „tykającymi” klawiszami, której towarzyszy „brudny” riff Gilmoura oraz perkusja Masona. A po drodze elektroniczne wstawki i ledwie słyszalny fortepian. Najmocniejszy fragment tej płyty, kończący się dziwacznymi dźwiękami jakby lotu. „Skins” jest bardziej perkusyjne, choć początek budził skojarzenia z Tangerine Dream z etniczno-jazzową perkusją. Czysto elektroniczny „Unsung” brzmi tajemniczo i enigmatyczne, a jego dalszy ciąg, czyli „Anisina” z pięknie grającymi smyczkami oraz fortepianem, których wspiera delikatny klarnet. Ta część ma magię i klimat, choć jest tu trochę sprawdzonych patentów.

Trzecia część ma siedem kompozycji, które rzadko kiedy przekraczają dwie minuty. Tutaj dominują klawisze, fortepian i elektronika Wrighta. Jest spokojniej, brzmienie jest bardziej wyciszone, a nawet lekko jazzowe („On Noodle Street”). Z tą częścią mam taki problem, że utwory zaczynają się zlewać w jedno, a tego nie lubię za bardzo. Wyjątkami są bardziej rockowymi dwoma częściami „Allons-Y”, organowym „Autumn ‘65” czy typowy dla grupy „Talkin’ Hawkin’” z wypowiedziami Stephena Hawkinga.

Pytanie, czy ostatnia część zachwyci? „Calling” to mieszanka klasycznej elektroniki syntezatorowej przerywanej dziwnymi, nie do końca wyraźnymi dźwiękami. I to brzmi całkiem nieźle, łącznie z przesterowaną gitara oraz zapuszczonymi przez elektronikę perkusję. „Eyes to Pearls” wyróżnia się akustycznymi gitarami oraz przestrzennymi klawiszami. „Surfacing” przypomina starych Floydów, a na sam koniec dostajemy jedyną piosenkę – „Louder Than Words”. Delikatna gitara, metronom, gitary i chórki, wreszcie wokal Gilmoura, brzmiący jakby nie zestarzał się. Brzmi to dobrze, dla mnie tylko dobrze.

I co mam zrobić z tą płytą? Nie jest ona aż tak zła jak mówi spora część prasy zagranicznej, ale nie jest też tak wybitna jak chcieliby tego fani. Dla mnie to jest kawałek dobrego grania, choć na sprawdzonych patentach. Mnie ta wtórność przeszkadzała (zwłaszcza w części pierwszej), ale całość poniżej bardzo przyzwoitego poziomu nie schodzi. Każdy musi sam przesłuchać ten album i samemu wyrobić zdanie. Nie zachęcam, ale też nie odradzam.

The Piano Guys – Wonders

Wonders

Tą grupę tworzy duet: Jon Schmidt (fortepian) i Steven Sharp Nelson (wiolonczela), wspierani przez producentów Paula Andersona i Ala Van Der Berka. Zetknąłem się z nimi w zeszłym roku przy odsłuchaniu „A Family Christmas” i już wtedy przykuli moją uwagę, choć grają muzykę instrumentalną. Jakie to cuda znalazły się na ostatniej płycie?

Bardzo różnorodne. Zaczyna się świetnym „Story of My Life” z repertuaru One Direction, Oscarowego hit „Let It Go” z dynamicznym i lirycznym fortepianem, gdzie zostaje wpleciony fragment muzyki klasycznej (mniej więcej w połowie). „Ants Marching/Ode to Joy” to dość dziwna mieszanka plumkającej wiolonczeli (potem grającej jak gitara w country), elektronicznej perkusji zmieszanej z lekkim fortepianem i gwizdami. Odprężające mocno. Zupełnie inne jest „Father’s Eyes” – bardziej liryczne, z przejmująca wiolonczelą oraz wokalem. Następnie jest skręt w stronę Azji („Kung Fu Piano: Cello Ascents”), gdzie obydwa instrumenty pachną Japonią. Pianistyczne „Summer Jam” to kompletna zmiana i popis umiejętności Schmidta, a wiolonczela wchodzi dopiero w drugiej połowie, zgrabnie się uzupełniając.

Prawdziwymi petardami są dwa następne utwory. Pierwszy – „Batman Evolution” to zbitka tematów z filmów o Mrocznym Rycerzu rozpisana. Zaczyna się mrocznymi dźwiękami Danny’ego Elfmana zmieszanymi z dynamiką Hansa Zimmera. I wtedy wiolonczela zaczyna „strzelać”, następuje bardziej lżejsza tonacja (dzięki wykrzykiwanym „Batman” oraz elektronicznej perkusji), wraca Elfman (pięknie gra wiolonczela), a właściwie dalszy ciąg po wstępie (szybka gra obydwu instrumentów), a ostatnie półtorej minuty to Zimmer – szybkie i rozciągające się smyczki. Drugim jest idący w stronę Orientu „Don’t You Worry Child” z gościnnym wokalem Shwety Subram – co można zrobić z popularnym kawałkiem, naprawdę jestem pod wrażeniem.

Więcej wam nie zdradzę, bo to album pełen tajemnic i wielu niespodzianek, a jednocześnie jest to popis talentu członków tej niekonwencjonalnej grupy. Nastrojowa, liryczna, ale tez niepozbawiona dynamiki i energii. Naprawdę dobra płyta instrumentalna.

8/10

Radosław Ostrowski


 

Prince – Art Official Age

Art_Official_Age

Książę był jednym z najbardziej popularnych popowych wokalistów lat 80. Ostatnie lata może nie były okresem wstydu, ale nie był grany w stacjach radiowych. W tym roku wrócił i to aż dwukrotnie: najpierw było „Plectrumelectrum”, gdzie wspierało go 3erdeygirl. Teraz pojawia się solowy materiał, przez niego wyprodukowany.

Nadal jest lekka zabawa w r’n’b, okraszone funkowymi dźwiękami gitary elektrycznej i basu, ale podrasowane elektronika i współczesnymi bitami. Tak jak słychać to w „Clouds”, gdzie poza melodyjnym bitem, dostajemy m.in. gitarę akustyczną, autotune’a, „guziczki” maszyny. Takiego rozgardiaszu można nie ogarnąć, a nawet poczuć przesyt. Nawet w pozornie łagodnym „Breakdown”, gdzie Prince popisuje się swoim falsetem, a wokalizy w tle się przewijają. Nie brakuje tez typowych Prince’owskich zagrywek jak w „The Gold Standard” (funkowy podkład, dęciaki oraz lekka gra gitary) czy zapętlonego fortepianu w zmysłowym „U Know” okraszonej dziwaczną elektroniką oraz pociągającą żeńską wokalizą. Jest lekko, przebojowo, miejscami nastrojowo, czasami uwodzicielsko (krótkie „Affirmation”, gdzie wokalistę wspiera Lianne La Havas). Klasyczne r’n’b trochę pachnące klimatem z lat 80., ale podane w dość interesujący i współczesny sposób, w czym Prince pływa jak ryba w wodzie.

Można trochę poczuć pewne znużenie (średnie „This Could Be Us”, broniące się świetną gitarą czy „Way Back Home” z dziwaczną elektroniką w tle), jednak wpadek nie ma tu zbyt wiele. Jest to solidna płyta w stylu Prince’a – tylko tyle i aż tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Damien Rice – My Favourite Faded Fantasy

My_Favourite_Faded_Fantasy

Ten młodzik nagrywa płyty bardzo rzadko – ostatnia pojawiła się w 2006 roku, ale jak już się pojawia robi zamieszanie swoim melancholijnym klimatem oraz delikatną grą na gitarze. Irlandczyk Damien Rice wsparty przez legendarnego producenta Ricka Rubina wydaje swój zaledwie trzeci album.

„My Favourite Faded Fantasy” wydaje się powtórką z rozrywki, gdzie dominują delikatne dźwięki oraz poruszający wokal. Piosenek jest tylko osiem, ale za to są dość długie. Rubin wnosi tutaj odrobinę brudu (przesterowana gitara elektryczna w utworze tytułowym), obowiązkowego fortepianu oraz delikatnych skrzypiec (najsilniej rozbrzmiewają w drugiej połowie „It Takes A Lot To Know A Man”). Innymi słowy, jest bardzo delikatnie, intymnie, może nawet trochę monotonnie, ale klimatu nie można odmówić żadnej z kompozycji.  Nie znaczy to, że nie ma ciekawych fragmentów (uderzający finał „The Box” ze skrzypcami, mocną perkusją i trąbkami czy piękne klawisze oraz flety w „Trusty and True”), jednak dla wielu może nie wystarczyć cierpliwości, by dotrzeć do tych fragmentów.

Piękny nastrój, bardzo charakterystyczny głos oraz naprawdę interesujące teksty tworzą bardzo interesująca mieszankę. Niby tylko osiem piosenek, które zaczynają się niemal tak samo, ale na mnie to bardzo mocno działa. Rubin jako producent ostatnio zaskakuje brzmieniem mniej agresywnym (ostatni album Angusa i Julii Stone), co jest bardzo in plus. Jesień rzeczywiście w tym roku jest bogata, dla mnie aż nadto.

8,5/10

Radosław Ostrowski

 

Dr Misio – Pogo

Pogo

Wydawałoby się, że Dr Misio – rockowa kapela kierowana przez Arkadiusza Jakubika – będzie jednorazową akcją. Wydali jedną płytę, zagrali koncerty i na tym się to skończy. Błąd. Jednak czuwający muzycznie nad wszystkim Olaf Deriglasoff pomógł i tym razem, czego efektem jest drugi album „Pogo”.

Zamiast prostego grania i darcia ryja, jest znacznie większa dyscyplina oraz różnorodność brzmieniowa. Nadal jest słyszalna gitara elektryczna, jednak tempo jest różnorodne, co słychać w utworze tytułowym, zaczynającym się bardzo delikatnymi klawiszami oraz lekko „country” gitarą, by w refrenie przyśpieszyć w punkowej stylistyce. Ale nie brakuje też krainy łagodności (zwrotki w „Pedagogice”), skrętów w psychodelię („Powstaniec” z mrocznymi dźwiękami gitary i klawiszy czy „Parada”), garażowego brudu (dynamiczna „Sekta” czy „Modlitwa” z wyróżniającymi się klawiszami i basem) czy rapcore’u (mocne „Metro”). Ta mieszanka działa naprawdę dobrze, zaś sam materiał jest bardziej zwarty niż na debiucie, a Jakubik na wokalu sprawdza się świetnie ze swoim brudnym głosem.

Teksty nadal piszą dla nich Krzysztof Varga i Marcin Świetlicki, zaś tematyka nie uległa zmianie – melancholia, przemijanie, trudna miłość czy mniejsze aluzje do historii Polski, a także ironiczne obserwacje rzeczywistości („Hipster”). Jedynym tekstem nie ich autorstwa jest „Ona wie” Cypriana Kamila Norwida, pachnąca garażem.

Muszę przyznać, że Dr Misio zaczyna wyrastać na nową grupę muzyki alternatywnego rocka. „Pogo” może nie zaskakuje brzmieniem, ale ta energia oraz zwarcie treści działa zdecydowanie na plus. Dla mnie bomba.

8/10

Radosław Ostrowski

VA – Nowe pokolenie 14/44

Nowe_Pokolenie_14_44

O Powstaniu Warszawskim powstało tyle płyt, a każda metoda popularyzacji zasługuje na uznanie, choć można podejrzewać skok na kasę. Tym razem jednak dwóch producentów (Mateo i Grzech Piotrowski) postanowili opowiedzieć o Warszawie z czasów powstania, wybierając perspektywę cywili. Zaprosili uznanych raperów oraz wokalistów, tworząc „Nowe pokolenie 14/44”. Co z tego wyszło?

Zaczyna się instrumentalnym „01.08” – prosta gitarowa melodia, żywa i skoczna, do której dołącza perkusja, akordeon. Brzmi to jak miejska kapela, ale końcówka z werblami i dzwonami zapowiada tragiczny finał. Jeśli chodzi o brzmienie, mamy tutaj do czynienia z żywym instrumentarium, choć nie brakuje tutaj perkusyjnego bitu. Prostota jest tutaj siła jak w „Dlaczego nie mam takiej mocy”, gdzie rapującego Sobotę (dość spokojnie) wspiera Mateusz Krautwurst oraz poruszający fortepian. Chwytliwa gitara i znowu fortepian pojawia się w „Do powstańca”, gdzie wspominany jest tragizm bohaterów sprzedanych przez Zachód oraz dalszej walce, bardzo zgrabnie opowiedziane przez Tadka oraz Sławka Uniatowskiego. Znacznie mroczniej brzmi „Dziś idę walczyć – Mamo”, z którego wybija się gra skrzypiec oraz akordeonu, a w refrenie pojawia się nokturnowy fortepian oraz mroczniejsze skrzypce. Mocna i szybka nawijka Ostrego oraz Waldemara Kasty jest skontrastowana z delikatnymi (i poruszającymi) głosami Joanny Lewandowskiej z Joanną Kulig czy niemal elegijna „Kołysanka (nad Warszawą deszcz)” – te skrzypce!!! – gdzie znów Ostry szaleje, wspieranych przez chór w refrenie oraz Annę Karwan. Rozbita na dwie części „Piosenka” ma bardzo nieprzyjemny prolog (Lukasyno) z delikatną gitarą oraz smyczkom, budując klimat porażki, a dalej wchodzi Kari Amirian (pierwszy raz śpiewająca po polsku) miażdżąc swoim spokojnym głosem w tle wokaliz, współgrając z niemal etnicznym podkładem.

Znacznie żwawszy jest „Wiersz o nas i chłopcach”, dzięki skocznemu akordeonowi oraz prostemu bitowi skontrastowanemu z tekstem opisującym „ciężkie czasy”. Szybko nawija KęKę wspierany przez pięknie śpiewającą Martę Zalewską. Na podobnej taktyce, choć z dominującym fortepianem działa „Kołysanka (Smutna rzeka)”, gdzie wraca Anna Karwan, jednak tutaj nawija lekko przygnębiony Sobota. „Tu mówi Warszawa” przypomina wspomnienia poległych (Proceente), a refren bazuje na audycjach Radia Błyskawica („trzymamy się jeszcze” – Monika Kuczera porusza). Końcówka jest bardziej elegijna i smutna od „Sumienia świata” (Borixon w dobrej dyspozycji, marszowa perkusja, a Monika Kuczera śpiewa o wolności) przez pianistyczne „Ktoś Ty?” z saksofonem (Kasta z Krautwurstem) aż do instrumentalnego „03.10” Piotrowskiego, idącego w stronę etniczno-elegijnych dźwięków (flety, piszczałki opisujące zrujnowaną Warszawę).

Wyszła z tego naprawdę mocna, poruszająca i niezwykła płyta – dopieszczona, dopracowana i poruszająca, gdzie młodzi nawiązują kontakt ze zmarłymi. Chyba na pierwszego listopada będzie jak znalazł.

8/10

Radosław Ostrowski

Annie Lennox – Nostalgia

Nostalgia

Albumy z coverami zawierającymi piosenki z czasów młodości danego artysty jest coraz bardziej wyczuwalnym trendem. Zazwyczaj takie albumy powstają z dwóch powodów: albo podreperować sobie karierę albo nabić sobie kasę. Jak myślicie, co kierowało Annie Lennox – połówka legendarnego duetu Eurythmics – by nagrać taki album? No właśnie.

Podszedłem do tej płyty jak kat na ścięcie, a okazało się, ze „Nostalgia” wyprodukowana przez Dona Wasa (współpraca m.in. z Bobem Dylanem, Johnem Mayerem czy B.B. Kingiem) i Mike’a Stevensa była czymś zupełnie wyjątkowym. Zaskakuje wybór piosenek? Nie, to zestaw standardów z tzw. Wielkiego Amerykańskiego Śpiewnika. Aranżacjami? O tak – tutaj jest bardziej minimalistycznie. Smyczki, klawisze, fortepian, czasem harfa – i to wszystko. Mimo znajomości sporej części piosenek („Georgia on My Mind”, „Summertime”), ta minimalistyczna oprawa działa znakomicie, na korzyść albumu. Czasem odezwie się trąbka („I Cover the Waterfront”), czasem przewinie się chórek („Strange Fruit”), jednak jest to prezentowane w bardzo dyskretny sposób.

A jest to robione, by na pierwszym planie było słychać wokal Annie Lennox, a ten nadal ma siłę rażenia niczym bomba atomowa. Każdy delikatny dźwięk działa bardzo silnie, a jednocześnie nie jest to przeszarżowane, nadekspresyjne (najlepiej to słychać w gospelowym „God Bless the Child”), ale i tak jest w stanie mocno poruszyć.  I właśnie dlatego, „Nostalgia” nie jest żadnym skokiem na kasę czy na popularność. Wierzę, że Lennox jeszcze zaserwuje nam bardzo interesujący album z własnymi utworami – najwyższa pora.

8/10

Radosław Ostrowski