Melissa Etheridge – This Is M.E.

This_Is_M.E.

Ta wokalistka rockowa nie należy do zbyt popularnych głosów w Polsce, choć ma spory dorobek. 53-letnia Amerykanka postanowiła przypomnieć się swoim fanom po dwóch latach przerwy z nowym materiałem, którego była współproducentką.

Soft rockowe dźwięki zmieszane z bardziej popowymi melodiami – tak można określić ten album. Nie oznacza to jednak, że nie ma tutaj dynamicznych kompozycji (szybkie „Take My Number” naszpikowane gitarami), ale czasami to niebezpiecznie idzie w stronę plastikowego popu (perkusja i klawisze w „A Little Hard Hearted”) oraz obowiązkowych nastrojowych ballad („Do It Again” czy idący w Orient „Monster”). Przyznaję, że głos ma naprawdę interesujący, jednak album nie porywa w całości. Warto zwrócić uwagę na najmocniejszy „Ain’t That Bad” (tam gitara brzmi świetnie) oraz  spokojne, pachnące trochę country „All the Way Home” z przesterowanym głosem. Reszta jest zaledwie poprawna, a sam głos to za mało, by skupić moją uwagę na dłużej. Można przesłuchać, ale tylko jak nie mamy niczego ciekawego.

5/10

Radosław Ostrowski

Tarja – Left in the Dark

TarjaLeftInTheDark

Była wokalistka grupy Nightwish nie zmieniła stylistyki i nadal wiernie się trzyma power metalu, co dowiodła w zeszłym roku nagrywając “Colours In the Dark”. Teraz dostajemy ten sam materiał w formie EP-ki, ale są to inne wersje tych samych utworów.

Najpierw dostajemy mocne „Victim of Ritual” w wersji demo. Mocne, operowe zwrotki z wykorzystaniem klasycznego instrumentarium (trąbki, perkusja marszowa, smyczki, klarnet) plus gitara elektryczna, która wybija się w refrenach, towarzysząc delikatniejszej perkusji. Dalej są dwa utwory koncertowe (akustyczne „500 Letters” z fortepianem i gitarą akustyczną oraz „Until Silence”), wersje demo (pół symfoniczny, pół rockowy „Lucid Dreamer”) oraz wersje symfoniczne (”Neverlight”). Właściwie można powiedzieć, że to album dla fanów Finki, którzy chcieliby porównać ten album z oryginałem. Reszta w zasadzie może sobie odpuścić.

Radosław Ostrowski

Led Zeppelin – Led Zeppelin IV (Deluxe Edition)

Led_Zeppelin_IV

Kolejna reedycja kultowego albumu grupy Led Zeppelin. Tym razem przyszła pora na „czwórkę”, o której jeden dziennikarz w 1971 roku poświęcił… jedno zdanie. Kompletnie odrzucona przez prasę, za to przyjęta pięknie przez publiczność. Co dostajemy poza zremasterowanym dźwiękiem?

Na początek dostajemy mocne wejście, czyli ostrego „Black Doga”, który konstrukcja przypomina nagrane wcześnie „Oh Well” Fleetwood Mac, a Page gra dynamicznie i mocno. „Rock And Roll” jest z kolei bardziej żywiołowym przebojem. Zmianą klimatu jest akustyczne „The Battle of Evermore” zagrane na mandolinie oraz gitarze akustycznej, a wokalnie Planta wspiera Sandy Denny, a efekt jest piorunujący.Tak samo nie można przejść obojętnie wobec „Stairway to Heaven” – utworu, którego przedstawiać w zasadzie nie trzeba. Każdy słyszał tą gitarę, te uderzenia perkusji oraz ten głos. I potem znów zmiana, bo „Misty Mountain Hop” jest kawałkiem bardzo dynamicznym, z wyrazistymi klawiszami oraz półakustyczny „Four Sticks”, wyróżniające się dość oszczędną perkusją, ekspresja Planta oraz współgraniem gitary akustycznej z elektryczną. I potem znów wraca akustyczne brzmienie w „Going to California”, by pod koniec polać to bluesem i rockiem w długim „When the Leeve Breaks” z harmonijkowym wstępem.

Druga płyta zawiera te same utwory, jednak w innych wersjach. „Black Dog” jest w wersji pierwotnej z „echem” wokalu Planta, „Rock And Roll” jest w wersji alternatywnej z bardziej wybijającą się perkusją, a „The Battle of Evermore” jest tylko w wersji z gitarą i mandoliną. Nie będę wymieniał wszystkiego, ale te smaczki mocno ubarwiają ten album, parę razy zaskakując.

Co ja wam będę mówił, jeśli chcecie poznać historię muzyki rockowej, to MUSICIE zapoznać się z „czwórką”. A jeśli macie poprzednie zremasterowane płyty grupy, to będzie bajka.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Skalpel – Transit

Transit

Niby jest to duet (Marcin Cichy i Igor Pudło) grający jazz, ale wykorzystują w swoim brzmieniu elektronikę, gdyż są didżejami. Ale zrobili sobie dość długą przerwę, bo aż 9 lat. Przypomnieli sobie o fanach i postanowili wydać trzeci album – „Transit”.

I w zasadzie robią to, co zawsze – wykorzystują jako sample jazzowe dźwięki i przeplatają to elektroniką. I słucha się tego świetnie, ale jest jedna poważna zmiana: panowie wykorzystują też wokalizy, czego wcześniej nie było (m.in. w delikatnym „Sea”). Trąbki, kontrabas i perkusja w tym przypadku to standard, ale jest tutaj kilka zaskakujących melodii takich jak „Saragossa” z hiszpańską gitarą czy mambo w utworze tytułowym z pulsującym bitem, czarującym wibrafonem oraz niemal etniczną perkusją zmieszaną z klaskaniem. Każdy utwór to jakaś mniejsza niespodzianka. A to skręcimy w psychodelię jak w utworze „Sigma”, będąca kolarzem współczesnego bitu, wokaliz, mocniejszych wejść dęciaków oraz skrzypiec, dostaniemy nieczystości jakby z gramofonu („Surround”), chwytliwej gry perkusji (delikatny „Switch”) czy trochę dziwacznych skrzypiec („Siesta”). Uderza tutaj wyciszenie, spokój, a jednocześnie dźwiękowe bogactwo, niepozbawione dynamiki („Simple” czy bardzo delikatne „Sound Garden”).

12 kompozycji, które potrafią naprawdę oczarować, choć rzadko sięgam po muzykę jazzową. Skalpel miesza stare z nowym i nawet sample brzmią tu bardzo naturalnie. Jeszcze nie raz do „Transitu” będę wracał, to pewne.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – Ryan Adams

Ryan_Adams

Choć wielu to nazwisko nic nie mówi, to doświadczony gitarzysta, wokalista i autor tekstów, który od 2000 roku nagrał do tej pory 13 płyt. Ryan Adams, były członek hard rockowej grupy Cardinals, postanowił wydać album nr 14, nazywając go po prostu Ryan Adams. Dziwny to zwyczaj, ale niech tam będzie. Co z tego wyszło?

Za produkcje odpowiada sam wokalista razem z Mikem Violą. Efekt jest mocno gitarowy, co nie jest żadnym zaskoczeniem. Nie brakuje tutaj zarówno pójścia w bluesa jak i znacznie surowszego brzmienia, niepozbawionego akustycznych melodii. Ale po kolei. Adams jest na tyle doświadczony, że wie jak tworzyć zarówno dobre melodie jak i klimatyczne piosenki. Początek jest mocno bluesowy i oldskulowy – stare Hammondy, surowa gitara i mocna perkusja w „Gimme Something Good” przypomina troche… Joe Bonamassę. Bardziej stonowana jest „Kim”, choć środek ma mocny riff (zagrany przez Johnny’ego Deppa), podobnie brzmi „Trouble” z garażowymi riffami oraz bardzo rytmicznym basem.  Bardziej akustyczne, choć wspierane przez klawisze jest „Am I Safe”, którego gitara ociera się o country czy „My Wrecking Ball”. A dalej nie brakuje zarówno bluesa („Stay with Me”), wejścia do krainy mroku („Shadows” z kapitalnymi, prostymi riffami) czy pójścia w country (dynamiczne „I Just Might”). Całość brzmi naprawde świetnie, a wokal Adamsa mocno przypomina samego Bruce’a Springsteena, którego wpływ jest tutaj mocno obecny.

11 naprawdę dobrych piosenek, które czasami ocierają się po prostu o wielkość. Brzmi to świetnie, wokal gra, teksty też są dobre. Jeśli nie znacie, to sięgnijcie koniecznie. Cholernie dobra płyta.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pawbeats – Utopia

Utopia

Tego faceta znają fani hip-hopu od strony producenckiej, a także kompozytorskiej. Współpracował m.in. z Pihem, Mioushem czy Biszem. Ale Marcin Pawłowski zwany też Pawbeatsem postanowił wydać własny autorski materiał, co w przypadku producentów nie jest niczym nowym.

Ponieważ Pawbeats ograniczył się do roli producenta, więc jego głosu nie usłyszymy, a Pawbeats stawia zarówno na żywe instrumenty, elektronikę i skrecze. Nie brakuje fortepianu, gitary akustycznej oraz skrzypiec. To połączenie działa naprawdę wybuchowo, choć pewnie ten zwrot jest wykorzystywany bardzo często. Ale wystarczy odpalić otwierający całość „Dzień polarny”, który zaczyna się bardzo delikatnie (pięknie grający fortepian), nawet perkusja jest dość spokojna, jednak zarówno wejście gitary pod koniec oraz przebitki wokalizy działa porażająco. I nawet w tym instrumentarium przebijają się elektroniczne smyczki („Widnokrąg”), dynamiczna gra klawiszy („Martwy piksel”) czy bardziej liryczne kompozycje z poruszającymi skrzypcami („Bracia”) lub trąbką („To jest muzyka”). Nie można też nie wspomnieć dynamicznych, perkusyjnych bitów („Euforia”) oraz skreczach („Dzień polarny”).

W dodatku producentowi udało się ściągnąć rasowych raperów z pierwszej ligi (Zeus, VNM, Tede, Pih, Rahim), a także młodych wilczków (Mam Na imię Aleksander, KęKę, Quebonafide) oraz pań, ubarwiających całość (Kasia Grzesiek, Marcelina). I w zasadzie nie ma się do kogokolwiek przyczepić, gdyż każdy dał z siebie wszystko, nawijka fenomenalnie współgra z bitem (m.in. o rapie, miłości, energii). Nie jestem w stanie wymienić wszystkich, ale nie mam wątpliwości, że jest to znakomity album rapowany w Polsce.

Więc jeśli nie jesteście fanami hip-hopu, ale szukacie wartego uwagi albumu, to zacznijcie od tego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Renata Przemyk – Rzeźba dnia

Rzezba_dnia

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych wokalistek polskiej sceny alternatywnej zrobiła sobie dość długą przerwę na własny album. Bo aż 5 lat, co nie znaczy, że w tym czasie nic nie robiła (płyta akustyczna, występy w teatrze). Ale dla wielu „Rzeźba dnia” może być sporą niespodzianka. Dlaczego?

Bo jest ona bardzo różnorodna i bardziej przebojowa. Już otwierający całość „Czas M” to mieszanka etnicznych brzmień (gitara akustyczna, bębny i skrzypce) z elektronicznym bitem. „Kot” przypomina trochę kołysankę (cymbałki), podrasowaną gitarą elektryczną, natomiast kompletnym szokiem jest wybrany na singla dyskotekowy „Kłamiesz”. Tego się nie spodziewałem po Renacie P., a dalej jest jeszcze ciekawiej – katarynkowa „Rzeźba dnia”, gdzie Renata śpiewa bardzo przyciszonym głosem, chwytliwe „Nic to jest” z basem na pierwszym planie, do którego dochodzą smyczki i cymbałki czy tango „Raczej” podrasowane… dubstepem. Takie nowe oblicze Renaty może wywołać totalne zaskoczenie, ale zaskakująco dobrze współgra z jej eterycznym głosem i nawet te elektroniczne wstawki nie przeszkadzają.

Również teksty są zdecydowanie na plus i nie są prostymi, banalnymi frazami o miłości – a nawet jeśli jest o związkach to albo o ich ciemnej stronie („Kłamiesz”) albo o swoich nadziejach i oczekiwaniach („Dwojedno”). Jest też wersja deluxe zawierająca remiksy „Kłamiesz”.

Musze przyznać, że nigdy nie jest za późno na eksperymentowanie oraz poszukiwanie nowych dźwięków. Renata Przemyk zaskakująco dobrze wybrzmiewa z elektroniką, trip-hopem. Pytanie tylko, czy wy będziecie na to gotowi.

7/10

Radosław Ostrowski

Jessie Ware – Tough Love

Tough_Love

Debiutanci mają najgorszej. Jak zrobią słabą rzecz, to wypadają z gry, a jeśli pójdzie im dobrze, to wtedy jest ogromne wyczekiwanie na ich następne dzieło. Dwa lata temu Jessie Ware ujęła mnie swoją intymną, choć elektronicznym debiutem „Devotion”. Na jego następcę czekaliśmy dwa lata, a single brzmiały dość obiecująco.

Tym razem za produkcję odpowiada niejaki BenZel, jednak stylistycznie nie ma tutaj gwałtownych zmian. Chociaż elektroniczne bajery są coraz bardziej odczuwalne, to jednak klimat pozostaje ten sam. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu większej przebojowości („You & I (Forever)” z nietypową perkusja oraz delikatną gitara elektryczna czy najbogatsze aranżacyjnie „Want Your Feeling”), nie pozbawiając całości intymnego klimatu. Nawet w klimacie r’n’b (klaskanie i „płynące” klawisze w „Cruel” czy gitarowe „Say You Love Me”), chociaż muszę przyznać, że debiut był bardziej zróżnicowany brzmieniowo. Niemniej nadal pani Ware potrafi oczarować swoją delikatną barwą głosu.

„Tough Love” to w pewnym sensie powtórka z rozrywki, która czasami jest ubarwiana drobiazgami elektronicznymi. Klimat jest podobny i jeśli oczarował was debiut, to i ten album powinien was zachwycić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Colbie Caillat – Gypsy Heart

Gypsy_Heart.jpg

Muzyka popowa ma swoje różne odcienie i zazwyczaj kojarzy się z prostymi dźwiękami, brakiem ambicji, plastikiem oraz stacjami typu RMF FM. Obawiam się, że ten album nie zmieni tego obrazu, ale może będzie szansa na coś mniej drażniącego uszy? Zaraz się przekonamy.

Piąty album Amerykanki szukające swoich dźwięków miedzy popem a folkiem wyprodukował niejaki Kenneth „Babyface” Edmonds, przez co pojawiają się skręty w r’n’b. Elektronika się tutaj obowiązkowo pojawia, choć bazuje tutaj na sprawdzonych patentach. Elektronika nie wywołuje jakiejś specjalnej irytacji, czasami bywa ona ubarwiana akustyczną gitarą („Blaze”), chórkami („If You Love Me Let Me Go”), jednak najlepiej wypadają tutaj bardziej stonowane kompozycje, pachnące folkiem. Takie jak „Try”, gdzie towarzyszy nam tylko fortepian, gitara akustyczna oraz głos Colbie – delikatny, leciutki. Podobnie brzmi środkowa partia płyty, która brzmi na pewno świeżej („Never Gonna Let You Down” czy rozmarzone „Land Called Far Away”, gdzie jeszcze pojawia się łagodna gitara elektryczna). Ale takie rozkojarzenie trwa tylko chwilkę, gdyż dalej nie brakuje dyskotekowej perkusji (ocierająca się o umpa umpa „Nice Guys” czy pulsujace „Floodgates” z dzwonkami), nakładających się głosów oraz irytującego bitu.

Nie będę oryginalny, więc powiem, że „Gypsy Heart” jest zaledwie poprawnym, popowym graniem, które mi się lekko przejadło. Przesłuchać można z braku laku, tylko czy trzeba?

5/10

Radosław Ostrowski

Acid Drinkers – 25 Cents for a Riff

25_Cents_for_a_Riff

Znajomość z tą grupą zaczęła się od jajcarskiego “Fishdicka Zwei” oraz mocniejszego “La part du diable”. Jednak poznańska grupa Acid Drinkers nie spoczywa na laurach i po dwóch latach pojawia się z autorskim materiałem. Jednak tytuł nie wróżył zbyt wiele – „25 Cents for Riff”, tanio się cenią panowie?

Błąd. Panowie z okazji 25-lecia wracają do swoich korzeni. Jest ciężko, mroczno, ostro i… melodyjnie? Choć początek (tytułowy utwór z wolnym basowym wstepem) wydaje się dziwaczny, ale dalej jest metalowo i riffowo. Inspiracji jest tutaj cała masa: od Guns’n’Roses (podrasowane „Me”, gdzie Titus śpiewa jak Axl Rose) przez Motorhead („God Hampered His Life”, które pędzi na złamanie karku, a śpiewający Jankiel ma bardzo zbliżony głos do Lemmy’ego) aż po Black Sabbath („Riot In Eden”). Nie brakuje też dość sporych zaskoczeń, jak melodyjny singiel „Don’t Drink Evil Things” pachnący southern rockiem. Riffy Popcorna i Jankiela łoją aż miło, perkusja Ślimaka nadaje tempo i łamie wszystko po drodze („Not By It’s Cover” pachnące Mastodonem m.in. z powodu nakładających się ech), a Titus śpiewa wszystko po swojemu drąc ryja po całości.

Ale jednego jestem pewny: Acid Drinkers kosi konkurencje mocno w środowisku metalowym. Jest ostro, agresywnie, jednak pojawiają się zaskakujące momenty (akustyczna ballada „My Soul’s Among the Lions” czy „Madman’s Jint” z wokalem perkusisty Ślimaka). 25 centów za riff? W tym przypadku niska cena nie oznacza słabej jakości.

8/10

Radosław Ostrowski