Julia Marcell – Sentiments

Sentiments

Ta młoda Olsztynianka wywołała szerokie zainteresowanie 3 lata temu płytą „June”, która odniosła sukces komercyjny i artystyczny (m.in. Paszport Polityki). I teraz znów ukazuje się nowa płyta Julii Marcell, znowu została wydana i nagrana w Niemczech. Ale już słychać różnice.

Za produkcję odpowiada sama Julia oraz perkusista Thomas Fietz. I coraz wyraźniejszy jest tutaj wpływ gitary elektrycznej, choć nadal poruszamy się w alternatywnych dźwiękach. Czasami jest brudno i garażowo (lekko punkowe „Teacher’s”), jednak dominuje tutaj inspiracja brzmień staroświeckich z lat 60. (delikatne „Piggy Blonde” z łagodnymi smyczkami w tle czy melodyjne „Halflife”), pulsacji elektroniką („Dislocaited Joint” z hipnotyzującym fortepianem), a nawet minimalistycznego brzmienia kreującego aurę tajemnicy („Maryanna” – fortepian oraz wokalizy), a nawet pojawia się jeden utwór w języku polskim (szybka „Cincinna”). Całość brzmi trochę dziwacznie, nie brakuje eksperymentów, przesterowań gitar, delikatnych wokaliz, ale jednocześnie jest to bardzo przebojowe, nie o byle czym (klaskanie – pod koniec „Lost Luck”).

W dodatku jest jeszcze bardzo delikatny i przyciągający uwagę wokal Julii – jeszcze trochę dziewczęcy, czasami rozmarzony i bujający, ale nie spadający poniżej pewnego poziomu. Równie zaskakujący jak cała płyta. Naprawdę więcej niż dobra.

8/10

Radosław Ostrowski

Lunatic Soul – Walking on a Flashlight Beam

Walking_on_a_Flashlight_Beam

To miał być jednorazowy project frontmana grupy Riverside, ale trio w składzie Mariusz Duda (wokal, bas), Maciej Szelenbaum (klawisze i gitara) i Wawrzyniec Dramowicz (perkusja) od momentu powstania, czyli od 2008 roku nagrała trzy płyty. Teraz pojawił się album czwarty, który dla fanów powinien być gratką.

Progresywne, przestrzenne dźwięki bazujące na syntezatorach – ten instrument tutaj dominuje. Czasami działa bardzo kojąco niczym odpływające fale oceanu („Shutting Out the Sun”), czasem zdarzają się pulsacje klawiszowe oraz dziwaczne pasaże (przebojowe „Cold”), elementy orientalne (gitara elektryczna w „Gutter”), przestrzenne wokalizy (wręcz minimalistyczne „The Fear Within” z intrygującym końcem). Melodie też są jak słychać w delikatnym „Treehouse”, który potem się rozkręca dzięki elektronicznym wstawkom oraz mocnym uderzeniom perkusji, choć bardziej liczy się tutaj nieprawdopodobny nastrój. A że nie brakuje tu długich utworów (najdłuższy i najróżnorodniejszy jest kapitalny, półakustyczny „Pygmalion’s Ladder”, imitujący „starożytne” dźwięki, jednak w połowie pojawia się gitara elektryczna, lekko podrasowana), to fani progresywności znajda wiele dla siebie. W dodatku wokal Mariusza Dudy brzmi dość nieziemsko (głównie dzięki nakładającym się wokalom), tworząc piorunującą mieszankę. Co prawda jest 9 kompozycji, ale za to dopracowanych, bogatych aranżacyjnie i chwytających za gardło. Ocena może być tylko jedna…

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

Mr Big – The Stories We Could Tell

The_Stories_We__Could_Tell

Ten zespół bardzo zgrabnie łączył mocne riffy z melodyjnymi piosenkami. Pomimo personalnych perturbacji (rozpad grupy, reaktywacja z nowym-starym gitarzystą Paulem Gilbertem) wrócili w 2011 roku albumem „Would If…”. Tym razem trzeba było czekać trzy lata na nowy materiał kwartetu Erica Martina.

Za produkcję odpowiada Pat Ragen, który współpracował m.in. z Blackmore’s Night, Weird Alem Yankovicem czy Saga. Moc i energia jest już słyszalna w ciężkim „Gotta Love the Ride”, który ma zarówno ostre riffy jak i chwytliwą melodię. Podobne tempo ma „I Forget to Breathe”, a riffy Paula Gilberta pachną rockiem lat 80. Troszkę delikatniejszy (ale tylko troszkę) jest „Fragile”, gdzie gitara gra łagodniej, a wokal Martina (przynajmniej mnie) trochę przypomina Bon Jovi, trochę podrasowane AC/DC (początek „What if We Were New?”) czy balladowe (czytaj: zagrane na gitarze akustycznej) „The Man Who Has Everything” – całkiem przyzwoite, choć smyczki w tle są lekko kiczowate. W ogóle muzycy czerpią z dawnego brzmienia lat 80., a jednocześnie dają odrobinę przyjemnego słuchania z wspólnie śpiewanymi refrenami („Satisfied” czy surowsze „The Monster in Me”) i choć nic nowego tu nie wymyślono (nie wiem, czy można jeszcze coś w ogóle wymyślić?), to jest to kawał solidnego grania. Czasem szybkiego, czasem nastrojowego, ale nie popadającego w nudę. A to w tym gatunku zrobić można bardzo łatwo.

7/10

Radosław Ostrowski

Professor Green – Growing Up in Public

Growing_Up_in_Public

Profesora karierę śledziłem od samego początku, gdy wydał bardzo przebojowy debiut (“Alive Til I’m Dead”) oraz jego bardziej stonowaną kontynuację. Po trzech latach przerwy brytyjski raper postanowił przypomnieć o swojej obecności. Efekt?

Green wraca do przebojowego materiału, a podkład w dużej części bazuje na gitarowych dźwiękach, jednocześnie jest to strasznie melodyjne. Zaczyna się dość mocnym ciosem – „garażowa” gitara, mocna perkusja i pulsująca elektronika zmieszana z syrenami policyjnymi („I Need Church”) czy znacznie surowsze riffy (”Dead Man Shoes”) okraszone chwytliwym podkładem jak za starych lat 90., a nawet przyśpieszone tempo w „Name In Lights” z dyskotekowym bitem i lekko grającym elektrykiem. Ale Profesor nie jest tylko zadymiarzem, pędzącym w rytmie szybkich bitów. Jednym z wyjątków dynamiki jest nastrojowe „Lullaby” z delikatnym fortepianem oraz pięknymi smyczkami czy bardziej folkowy „Fast Life” (delikatna gitara akustyczna, prosty bas oraz podniosłe skrzypce w tle). I o dziwo nie wywołuje to zgrzytu ze sobą, nawet gdy są wykorzystywane żywe instrumenty. Nawet elektronika, której nie jestem fanem, działa tu bezbłędnie („Can’t Dance Without You”).

Nawijka Profesora nadal jest świetna i w zasadzie trudno się do niej przyczepić, a skojarzenia i teksty robią naprawdę wrażenie, a mówi i o rozstaniach, imprezach itp. Tak samo goście, którzy ubarwiają swoim głosem utwory, m.in. Example, Rizzie Kicks czy Whinnie Williams).

Mogę śmiało stwierdzić, że Professor Green podjął walkę o tron brytyjskiego rapu i jest w stanie naprawdę zawalczyć. Równy poziom, różne smaczki, znakomite tempo oraz świetna produkcja – ziomale, ktoś wraca do gry.

8/10

Radosław Ostrowski

Bracia Figo Fagot – Discochłosta

Discochlosta

Nie jestem wielkim fanem muzyki disco polo (kiedyś byłem, ale to już zamknięty rozdział), jednak nie mogłem przejść obojętnie wobec dwóch wariatów z Warszawy: Bartosza Walaszka oraz Piotra Połacia. Jako Bracia Figo Fagot parodiują muzykę disco polo, co chyba im się udało bez zarzutu (dwie płyty studyjne mówią same za siebie). Teraz pora na część trzecia, czyli „Discochłostę”.

A więc czeka was 12 piosenek, po przesłuchaniu których nic już nie będzie takie samo. Tandetnie brzmiący syntezator, który miesza toporność tła z delikatniejszymi fragmencikami („Janko Janeczko” z dziwacznym głosem Połacia). Problem polega na tym, że mimo świadomego tandeciarstwa jest to chwytliwe, przebojowe i zabawne. Jakby żywcem teleportowane z połowy lat 90., co widać w „Polej Gruby wódy”. Jednak dla mnie najlepszym (i najbardziej wyróżniającym się) jest reggae’owy „Zalegizybać Marihuaen”, które w połączeniu z tekstem działa jak petarda. Proste dance’owe bity („Dziewczyna jak flaczki”), podniosłe tło naszpikowane keyboardowymi solówkami („Bella Putanesca” z gitarą elektryczną), umpa umpa w tle („Heteromagnes”) i robi to nieprawdopodobne wrażenie.

Wokal jaki jest, każdy słyszy. A w tekstach panowie nie bawią się w subtelności, dominuje tutaj chlanie, seks oraz męskość. Legalizacja marihuany też wchodzi w grę, a bluzgi latają jakbyśmy słuchali rapu. Niestety, co lepsze kawałki nie nadają się do cytowania.

Powiem tak: jeśli chcecie posłuchać porządnego disco polo, a już zmęczyliście się katowanie Weekendu czy innych Pięknych i Młodych, to BFF jest dla was idealne. Ja zaś powiem, że to ich najlepsza płyta w karierze.

7/10

Radosław Ostrowski

Macy Gray – The Way

The_Way

Ta wokalistka r’n’b swoje pięć minut miała na przełomie wieków. Ale ostatnie dwie płyty (pierwsza a coverami, druga w hołdzie dla „Talking Book” Stevie Wondera) spotkały się z ostrą krytyką oraz brakiem dużego zainteresowania. Czy przy nowym materiale (autorskim) będzie tak samo?

Za produkcję odpowiada niejaki Booker T. Jones – członek grupy Booker T. & MG’s (autorzy kultowego instrumentalnego „Green Onions”). Ale efekt jest dość zaskakujący. Otwierający całość „Stoned” brzmi bardzo folkowo. Delikatna gra gitary, skrzypce w tle oraz oszczędna perkusja mogą wprawić w konsternację. A dalej jest jeszcze ciekawiej i różnorodniej – przesterowana, brudna gitara („Bang Bang”), funkowe dźwięki zmieszane z chórkami („Hands”), nawet blues („I Miss The Sex” z „pływającym” fortepianem). „The Way” na pewno jest najbardziej różnorodna brzmieniowa płytą w dorobku Gray, ale całość ma zaskakująco spójny klimat i żaden utwór nie gryzie się z resztą. Do tego dodajmy wyrazisty wokal macy i mamy naprawdę dobry album. W ostatnim czasie to była rzadkość w jej karierze.

7/10

Radosław Ostrowski

Jamie Cullum – Interlude

Interlude

Ten 35-letni Anglik jest jednym z najpopularniejszych wokalistów jazzowych. I po zaledwie rocznej przerwie postanowił o sobie przypomnieć. Czy „Interlude” może czymkolwiek zaskoczyć?

Jest klasycznie elegancko, ze wsparciem zespołu (silnie zaakcentowane trąbki i fortepian), a delikatny głos Jamiego sprawia jakbyśmy cofnęli się w czasie o jakieś 50 lat. Nie brakuje tutaj zarówno żywszych numerów (swingujący „Don’t You Move” czy „The Seer’s Tower” z zapętlonym fortepianem oraz smyczkami), bardziej stonowanych i nastrojowych („Good Morning Heartache” – duet z Laurą Mvulą czy „Don’t Let Me Be Misunderstood” z Gregorym Porterem), a prostota brzmienia działa tutaj na korzyść Anglika. Wystarczy wspomnieć „Lovesick Blues” (fantastyczne dęciaki), bardziej wyciszone „Make Someone Happy” czy  lekkie „Walkin’”. Standardy te brzmią elegancko, aranżacja jest porządna, a głos Culluma na tyle interesujący, by skupić uwagę na dłużej. I co ja będę mówił więcej? To po prostu uczciwie dobra płyta dla fanów jazzowych klimatów.

7/10

Radosław Ostrowski

Imogen Heap – Sparks

Sparks

Ten album powstawał w ciągu trzech lat, a ta dziewczyna dowiodła, że upór I determinacja są w stanie zrobić wszystko. I tak powstał koncept album „Sparks”, gdzie dźwięki do utworów wysłali… fani. Efekt?

Wokalistka na swoim czwartym albumie bawi się muzyką, czasami serwując taką mieszankę i natłok (pianistyczne i wielogłosowe „You Know Where to Find Me”), czasem naprawdę dziwaczne elektroniczne plątaniny przerywanej smyczkami („Entanglement”), ale i tak największym zaskoczeniem był beatbox („The Listening Chair”) czy etniczne elementy (orientalne „Cycle Song” czy „Minds Without Fear” z męskimi wokalizami). Zróżnicowanie brzmienia jest tak ogromne, że można odnieść wrażenie przesytu i nadmiaru. A dodatkowo przewija się takie nietypowe dźwięki jak zapalana zapałka, „buczenie” czy jadącego roweru, choć nie maja one dużego wpływu na brzmienie całości. I muszę przyznać, że całość trzyma wysoki poziom, choć nie wszystko mnie do siebie przekonało (vocoder w „Neglecated Space”, dźwiękowe „Entanglement” czy instrumeltanle „Climb to Sakteng”).

Mimo pewnego przesytu, nie brakuje tutaj perełek (popowe „Breathe”, taneczne „Run-Time” czy „You Know Where to Find Me”), a sam wokal Heap jest nieprawdopodobnie porażający. I powiem wam, że takiego pomieszania z poplątaniem to jeszcze dawno nie słyszałem. A jeśli jesteście wielkimi fanami Imogen, to weźcie od razu wesję deluxe „Sparks” z drugą płytą zawierająca utwory w wersjach instrumentalnych. W innym przypadku, pogubicie się w tym dźwiękowym labiryncie.


7,5/10

Radosław Ostrowski

Tony Bennett & Lady Gaga – Cheek to Cheek

Cheek_to_Cheek

Jak zobaczyłem nazwisko Lady Gagi – wokalistki aspirującej do miana królowej wiejskich dyskotek, byłem przerażony. Z kolei obok niej pojawił się weteran amerykańskiej muzyki popularnej, który śpiewa już od ponad pół wieku.  Jeśli postanowili razem nagrać całą płytę, to coś z tego musiało powstać.

Album to utrzymany w jazzowej konwencji cover album z największymi standardami wszech czasów. Mało kto (nawet ja) wiedział, że Stefani Joanne Angelina Germanotta (bo tak się nazywa Gaga) w młodości wygrywała jazzowe konkursy, a do jej ulubionych wokalistek należy Ella Fitzgerland. I muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Aranżacja jest tutaj bardzo klasyczna, wręcz staroświecka, co musi budzić skojarzenia z ostatnim albumem Barbry Streisand. Tutaj jest to chyba bardziej wysmakowane, a niektóre instrumenty jak flet („Nature Boy”), trąbki („Firefly”) tylko ubarwiają całość, dodając pewnego smaczku. I o ile Bennett nie zaskakuje wokalnie, bo w tej muzyce czuje się po prostu jak ryba w wodzie, o tyle kompletną niespodzianką była dla mnie Gaga. To, że ona potrafi śpiewać nie miałem wątpliwości, ale w nowym tle znalazła się znakomicie. Zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale sprawiało mi to wielką przyjemność. Sprawdza się w każdej konwencji i naprawdę zgrała się zarówno z Bennettem jak i z orkiestrą. I to czuć zarówno w lekko bluesowym „I Can’t Give You Anything But Love”, poruszającym “Lush Life” czy żywiołowym “Let’s Face the Music and Dance”.

Wymienianie i wyróżnianie poszczególnych utworów mija się z celem, ale efekt okazał się dla mnie bardzo dużą niespodzianką. Eleganckie, piękne i naprawde dobre. Ciekawe, co tym razem zrobi Gaga?

7,5/10

Radosław Ostrowski


Bryan Adams – Tracks of My Life

Tracks_of_My_Life

W ostatnim czasie bardzo modne stało się nagrywanie przez muzyków płyt z utworami pochodzącymi z czasów swojej młodości. Zazwyczaj jest podejrzenie, że jest to robione z czystej kalkulacji, by powiększyć stan swojego portfela, inni z braku pomysłów, a jeszcze inny, by przypomnieć o sobie. Do tych ostatnich zalicza się próbujący wrócić do czasów swojej świetności Bryan Adams. Po sześciu latach przerwy postanowił nagrać cover album. Czy udało się wrócić do dobrej dyspozycji?

Adamsa przy produkcji wspierali Bob Rock oraz David Foster, którzy na tego typu produkcjach znają się jak mało kto. A Adams na “warsztat” wziął utwory takich wykonawców jak The Beatles, Creadence Clearwater Revival, Bob Dylan czy Chuck Berry. I od razu muszę przyznać, że wybrano niekoniecznie te największe hity. W dodatku aranżacje są całkiem przyzwoite. Owszem, pojawia się delikatnie grająca gitara elektryczna (“Any Time At All”), czarujący fortepian ze smyczkami (“I Can’t Stop Loving You”), skręty w rejony folkowe (“Lay Lady Lay”), a nawet dynamiczna zadyma w starym stylu (“Rock and Roll Music”). Ale I tak najlepiej sprawdza się Adams w nastrojowych balladach (jedyny nowy utwór, czyli dobre “She Knows Me” czy choćby utwór tytułowy).

Nie jest to nic zaskakującego, a charakterystyczny wokal Adams sprawia niezłą frajdę. A wersja rozszerzona zawiera cztery dodatkowe covery  oraz jeden niepublikowany utwór Adams (skoczne “You’ve Been a Friend To Me”). Nie ma tutaj odkrywania Ameryki na nowo, ale też nie ma mowy o jakiejś kompromitacji czy wstydzie. Mam nadzieję, że Adams znów nagra własne utwory. I że będą fajne.

7/10

Radosław Ostrowski