
Nie jestem wielkim fanem muzyki disco polo (kiedyś byłem, ale to już zamknięty rozdział), jednak nie mogłem przejść obojętnie wobec dwóch wariatów z Warszawy: Bartosza Walaszka oraz Piotra Połacia. Jako Bracia Figo Fagot parodiują muzykę disco polo, co chyba im się udało bez zarzutu (dwie płyty studyjne mówią same za siebie). Teraz pora na część trzecia, czyli „Discochłostę”.
A więc czeka was 12 piosenek, po przesłuchaniu których nic już nie będzie takie samo. Tandetnie brzmiący syntezator, który miesza toporność tła z delikatniejszymi fragmencikami („Janko Janeczko” z dziwacznym głosem Połacia). Problem polega na tym, że mimo świadomego tandeciarstwa jest to chwytliwe, przebojowe i zabawne. Jakby żywcem teleportowane z połowy lat 90., co widać w „Polej Gruby wódy”. Jednak dla mnie najlepszym (i najbardziej wyróżniającym się) jest reggae’owy „Zalegizybać Marihuaen”, które w połączeniu z tekstem działa jak petarda. Proste dance’owe bity („Dziewczyna jak flaczki”), podniosłe tło naszpikowane keyboardowymi solówkami („Bella Putanesca” z gitarą elektryczną), umpa umpa w tle („Heteromagnes”) i robi to nieprawdopodobne wrażenie.
Wokal jaki jest, każdy słyszy. A w tekstach panowie nie bawią się w subtelności, dominuje tutaj chlanie, seks oraz męskość. Legalizacja marihuany też wchodzi w grę, a bluzgi latają jakbyśmy słuchali rapu. Niestety, co lepsze kawałki nie nadają się do cytowania.
Powiem tak: jeśli chcecie posłuchać porządnego disco polo, a już zmęczyliście się katowanie Weekendu czy innych Pięknych i Młodych, to BFF jest dla was idealne. Ja zaś powiem, że to ich najlepsza płyta w karierze.
7/10
Radosław Ostrowski
