Anita Rywalska – Grunge

Grunge

Pewnie wielu osobom to nazwisko nic nie mówi. Mnie też nie skojarzyło się od razu, ale jak podaje Wikipedia Anita Rywalska jest śpiewaczką operową (głos sopran), wykonującą głównie utwory Schubertha i Bizeta. Ale tym razem postanowiła zmierzyć się z klasyką muzyki grunge, co wydawałoby się samobójstwem.

Ale nie od dziś wiadomo, ze muzyka rockowa lubi operowy patos i przepych, co widać choćby w zespołach Nightwish czy Evanescence. Aranżacji podjęli się Jarosław Zawadzki oraz Kris Górski mieszając symfoniczne granie, gitarowe wejścia oraz wokal Rywalskiej. Efekt – nie brakuje smyczkowych szarż („No Excuses” czy „Even Flow”), które nadają epickiego rozmachu. Za to w odwrotnym kierunku poszło „Black Hole Sun”, gdzie spokojniejsze zwrotki skontrastowano z potężnie brzmiącym refrenem, m.in. dzięki wprowadzeniu chóru w tle czy oszczędnym (przynajmniej na początku) „Come As You Are”. Czegoś takiego jeszcze u nas nie grali. I pozornie ta mieszanka powinna odrzucić, a budzi we mnie najwyższe uznanie. Jak się nie zachwycić takim niemal akustycznym „Hunger Strike” z pięknie grającymi gitarami oraz chórkami w refrenie, brzmiące dość anielsko? I nawet gitara elektryczna tutaj dopełnia obrazu. Jest jeszcze sporo znanych utworów, ale lepiej będzie samemu się przekonać jak wypadł ten nietypowy eksperyment. Dlatego tym razem powstrzymam się od oceny.

Radosław Ostrowski

The Pineapple Thief – Magnolia

Magnolia

Obok Anathemy jest to jedna z ważniejszych grup grających neoprogresywne dźwięki na Wyspach Brytyjskich. Ekipa Bruce’a Soorda działa od końca 90. i po paru perturbacjach (perkusistę Keitha Harrisona teraz zastąpił Dan Osborne) nadal dzielnie się trzyma. Po dwóch latach przerwy (dość chłodno potraktowany album „All the Wars”) kwartet wraca z nowym materiałem.

„Magnolia” trzyma się szlaku wyznaczonego przez poprzednika, czyli mamy zestaw krótkich piosenek (rzadko przekraczających 4 minuty). Na szczęście panowie przypominają sobie, co to jest dobra melodia. Słychać to zarówno w otwierającym całość „Simple As That” z zapętloną gitarą, która wybrzmiewa mocniej w refrenie (tak jak perkusja) czy następnym „Alone At Sea” z delikatnym wstępem oaz agresywnymi refrenami. Ale dalej jest dość różnorodnie, choć dominuje tutaj bardziej melancholijny nastrój. I wtedy przewijają się smyczki („Don’t Tell Me”), fortepian („Seasons Past”) czy trąbka („Bond”), a nawet refreny śpiewane są wspólnie. Więc jeśli ktoś szuka bardziej progresywnych dźwięków, to się mocno rozczaruje. Soord (dobrze śpiewający) stawia na krótkie brzmienia oraz nastrojowe melodie (najlepsze w tym są utwory kończące album).

Niby nic zaskakującego ani oryginalnego, ale słucha się tego z dużą frajdą. Ładna ta „Magnolia” jest.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Marianne Faithful – Give My Love To London

Give_My_Love_to_London

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy lat 60., a jednocześnie jedna z najaktywniejszych wokalistek rockowych – Marianne Faithful, postanowiła przypomnieć o swojej obecności, wydając 20 solowy album.

Już tytułowy utwór, który otwiera całość wskazuje, ze będzie staroświecko i klasycznie, czyli bez elektroniki oraz z dominacją żywego instrumentarium (gitara, skrzypce, perkusja), a klimatem przypomina ona (znaczy się płyta) wcześniejsze dokonania Nicka Cave’a – gitary są tak samo „brudne” i podrasowane dziwnymi pomrukami (singlowe „Sparrows with Sing”), czasem plącze się fortepian (ponury „True Lies” z mocnymi partiami perkusji oraz minimalistyczny „Late Victorian Holocaust”), ale nie brakuje tez skrętów w bardziej folkowe dźwięki (akustyczny „Love More or Less”) czy nawet bluesowych zagrywek („The Price of Love” z harmonijka ustną oraz gitarami). Zdarzają się wręcz piękne melodie („Falling back” ze świetnymi smyczkami czy orientalny „Mother Wolf”), a całość w zasadzie pozbawiona jest słabego punktu (nawet pianistyczny cover „Going Home” Leonarda Cohena wypada bardzo przyzwoicie).

W dodatku podniszczony głos Marianne tworzy bardzo dziwna mieszankę., która w zaskakujący sposób łączy się zarówno z muzyką jak i tekstami. Nick Cave w tym roku zrobił sobie przerwę, więc Marianne zajęła jego miejsce i to z dobrym skutkiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Orenda Fink – Blue Dream

Blue_Dream

Na tą wokalistkę natknąłem się przypadkowo. Jak wyszperałem, ta Amerykanka działa solowo od 2005 roku, wcześniej grając w Little Red Rocket i Azure Ray. I wychodzi jej czwarty album wyprodukowany przez jej męża Toda Finka oraz Bena Brodina.

Indie pop zmieszany z bluesem – tak można określić tą muzykę. Nie brakuje zarówno melodyjności (okraszone niezłą elektroniką „Ace of Cups”), klimatu (spokojny gitarowy wstęp w „You Can Be Loved”), a nawet odrobiny tajemnicy (cymbałki oraz „pogłosy” w „This is a Part of Something Greater”) czy nastroju przypominającego filmy Davida Lyncha – trochę senne, rozmarzone riffy („You Are a Mistery” czy „Holy Holy”), przewijająca się w tle elektronika, wokalizy (tytułowy utwór) – całość brzmi dość podobnie do siebie, ale potrafi czarować swoim tajemniczym głosem. To wszystko buduje swój nostalgiczno-melancholino-mroczny klimat, który działa na mnie bardzo mocno. Mam nadzieję, że na was też.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lisa Gerrard – Twilight Kingdom

Twilight_Kingdom

Wszyscy znamy ją jako drugą połówkę duetu Dead Can Dance oraz współtwórczynię ścieżki dźwiękowej do „Gladiatora”. Tym razem Lisa Gerrard postanowiła wydać solowy album, bez Brendana Perry. Podobno krążą wieści, że to jej najlepszy album.

Jest on dostępny tylko w formie elektronicznej. Jak to brzmi? Mrocznie, podniośle, bazując głównie na wokalizach Lisy z klimatem przypominający „średniowiecze”. I najlepiej słuchać jej w ciemności. Poza poruszającym i mocnym głosem Lisy instrumentarium jest mocno oszczędne. Dominują tutaj smyczki, czasem pojawia się fortepian i gitara („Estelita”), które są tak naprawdę tłem dla niesamowitej ekspresji pani Gerrard. W zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek utwór, gdyż jest to spójna i świetnie się uzupełniająca całość trwająca 45 minut. Wielu może odrzucić, bo mimo zmian jest ona bardzo monotonna. Ale moim zdaniem taka miała być. Jeśli jesteście odważni i nie przeszkadza wam takie brzmienie – może czekać was największa podróż dla waszej duszy. Oceny wyjątkowo nie będzie.

Radosław Ostrowski

Y’akoto – Moody Blues

Moody_Blues

Zabrzmi to dziwnie, ale Niemcy tez potrafią grać dobrą muzykę. I nie mam tu myśli ani techniawy na Love Parade czy ostrego naparzania Rammsteina, ale nawet w delikatnym, lekko folkowym brzmieniu. Tutaj swoje robi pochodząca z Ghany (ale urodzona w Niemczech) Y’akoto, która wydała swój czwarty album.

Pozornie wydaje się to kolejny album z gitarą akustyczną jako wiodącym instrumentem – nazwa blues zobowiązuje. Ale to nie do końca prawda, bo tutaj najbardziej słyszalne są mieszanki, folku, soulu i bluesa. Pojawia się gitara elektryczna („Forget”), obowiązkowe dęciaki (singlowy „Perfect Timing”), rytmiczny bas (funkowe „I Will Go Down”), nawet hip-hop  z żywymi instrumentami („Tobo Darling”) czy skręty w reggae („chilloutowe „Carry This”). Jest różnorodnie, czasami przebojowo („Save You” ze świetnym saksofonem oraz chórkami w refrenie), czasem świadomie staroświecko („Moodyman” stylizowany na melodię graną z adaptera), ale jest w tym zarówno klimat jak i energia. Bywa i smutek (etniczne „Off the Boat” oparte na uderzeniach perkusji oraz mamrotaniach czy „Mother and Son” na klawiszach), refleksja („Come and Go”), ale i radość. To wszystko trzyma jest przez przedni głos Y’akoto, który współgra z cała resztą i dopasowuje się do niej.

Różnorodność „Moody Blues” działa na plus. Owszem zdarzają się wolniejsze kawałki, które mogą wielu znużyć, ale brzmi to po prostu przednio. Dawno nie słyszałem tak przyjemnej „czarnej” płyty (wersja deluxe zawiera jeszcze dwa kawałki w wersjach akustycznych).

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kasia Popowska – Tlen

Tlen

Jeśli chcecie naprawdę zrobić karierę, może wam w tym pomóc… Internet. Na świecie już o tym wiedzą, pora udowodnić to w Polsce. Zrobiła to niejaka Kasia Popowska, która dzięki najnowszemu środkowi promocji (wcześniej próbowała sił w „Mam talent” i zaśpiewała piosenki do polskiej wersji językowej „Zaplątanych”), zaowocowało to własnym materiałem.

Dziewczyn z gitarą na naszym podwórku nie ma zbyt wiele (ostatnią była Maryla Rodowicz, ale to było dawno i nieprawda) i ten folkowy „Tlen” może i na pewno namiesza. Nie brakuje inspiracji wschodem („Mantra”), ale dominuje tutaj delikatna gra gitary akustycznej. Czuć tutaj wpływy innych wykonawczyń jak Amy Macdonald (tytułowy utwór) czy Imany („Przyjdzie taki dzień”, który trochę przypomina „You Will Never Know”). Jednak poza gitarą (ładnie grającą, choć może trochę za delikatną) nie brakuje elektroniki (lekko dyskotekowe „Daleko”), gwizdania („Lecę tam”) czy skrzypce („Parada gwiazd”). Ale problemem jest pewna monotonia oraz brak pomysłu na dalsze piosenki, a i teksty miejscami są dość średnie. Ale sytuację broni niezła aranżacja i uroczy wokal, który dodaje odrobiny czaru. Miło, sympatycznie, ale trochę zbyt spokojnie, jednak jest potencjał.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Adam Cohen – We Go Home

We_Go_Home

Trudno jest żyć i tworzyć w cieniu swojego sławnego ojca. Ale Adam Cohen nie przejmuje się tym i do tej pory nagrał już trzy płyty. I parę dni po urodzinach oraz wydaniu płyty swojego ojca, postanowił podzielić się nowym materiałem.

I jest to bardzo delikatna, oszczędna brzmieniowo płyta folkowa. Tak jak jego taty, bez popisywania się, wręcz czasem surowa, trudno ja nazwać za przebojową (pewien potencjał ma tytułowy utwór – pogodny i dość szybki z bogatą aranżacją, jak na taką płytę). Ta oszczędność działa na korzyść, gdyż płyta działa wyciszająco, a proste instrumentarium (gitara akustyczna, perkusja, czasem odezwie się fortepian, smyczki i chórki) wystarczy. A drugą siłą jest wokal Adama, który przypominający tatę z czasów młodości. W zasadzie trudno tu wyróżnić jakikolwiek utwór, co nie znaczy, że się nie wyróżniają (akordeon w „Uniform”, klaskanie w „Love Is” czy pianistyczne „What Kind of Woman”). Po prostu poziom jest dość równy oraz bardzo solidny. Takich spokojnych i refleksyjnych albumów będzie jeszcze sporo, wiadomo dlaczego.

7/10

Radosław Ostrowski

The Pierces – Creation

Creation

Mówi się, ze z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciach. Zaprzeczeniem (jednym z wielu) jest szoł-biznes, gdzie czasami dochodzi do dobrych relacji z rodzina, która nawet wspólnie gra oraz śpiewa. Tak jak siostry Catherine i Allison Pierce, działające jako The Pierces, które przypomniały o sobie piątym albumem po 3 latach przerwy.

„Creation” to elektroniczny indie pop, który słucha się z dużą przyjemnością. Nie brakuje tutaj przebojowych momentów („Kings” z klimatem lat 80. oraz świetną perkusją), delikatnego wejścia gitary elektrycznej („I Can Feel”), klaskania („Believe in Me”), odrobiny punku („Come Alive”), a nawet krótkiego wejścia gitary akustycznej („Honest Man”). Ale i tak dominuje tutaj elektronika – prosta, delikatna, bardzo przyjemna i sprawdzająca się nawet w spokojniejszych fragmentach (ballada „Must Be Something”), które mogą niektórych uśpić („Confidence of Love”), ale 13 piosenek leci jak bicza strzelił.

Siła tej płyty jest świetnie śpiewający siostrzany duet, zwłaszcza gdy razem wykonują piosenki. Nawet te bardziej spokojne i mniej popisowe. Akurat na tą porę roku jakoś dziwnie pasująca ta muzyka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Tea Party – The Ocean at the End

The_Ocean_At_The_End

To jeden z najpopularniejszych zespołów rockowych z Kanady, który mieszał rocka, bluesa i progresywne dźwięki. Trio w składzie Jeff Martin, Stuart Chadwood i Jeff Burrows po wydaniu 7 studyjnych płyt postanowili rozwiązać działalność w 2005 roku. Ale teraz ukazał się nowy album grupy, gdyż panowie doszli do wniosku, że bez siebie żyć nie potrafią. I tak mamy album nr 8.

Za produkcję odpowiada wokalista, czyli Jeff Martin. I stylistycznie nic się tu nie zmieniło – gitary nie zostały ostawione, sekcja rytmiczna nadal funkcjonuje. A że panowie nie zapomnieli jeszcze jak to się gra, widać już w „The L.O.C.” z szybką, lekko orientalną gitara elektryczną oraz lekko bluesową akustyczną wspartą przez perkusję waląca niczym na ostatniej płycie Mastodona. Podobnie brzmi „The Black Sea” z bardziej „garażowymi” gitarami oraz kapitalną grą sekcji rytmicznej (gościnnie kastaniety). Ciekawszy jest „Cypher” z ponurym elektronicznym wstępem oraz wokalizami buduje klimat. Wyciszeniem oraz uspokojeniem jest bardzo delikatny „The Maker” napisany przez Daniela Lanois i Briana Eno, podobnie „Black Roses” z wplecionymi gitarami akustycznymi (pachnącymi trochę country), organami w zwrotkach oraz w środku utworu smyczkami. Energiczne jest „Brazil” z wplecionymi dęciakami w refrenie oraz mocno orientalne (dzięki elektronice oraz gitarze) w „The 11th Hour”. Ale im dalej w las, tym bardziej monotonnie brzmi muzyka, jednak poniżej pewnego poziomu grupa nie schodzi.

Bardzo przykuwa uwagę wokal Jeffa Martina – trochę siarczysty i miejscami mroczny. Ale jedno nie ulega wątpliwości – The Tea Party wraca do gry i do formy. A płyta jest piekielnie dobra.

7,5/10

Radosław Ostrowski