Karen O – Crush Songs

Crush_Songs

Ta wokalistka kojarzona jest jako frontmanka grupy Yeah Yeah Yeahs. Tym razem Karen Orzolek postanowiła zadziałać solowo – pytanie tylko czy warto?

Piosenek jest sporo, ale są bardzo krótkie, brzmiące niemal jakby grane z adaptera. A żeby było jeszcze oszczędniej i minimalistycznie, towarzyszy jej tylko gitara akustyczna. Na początku brzmi to naprawdę interesująco i intrygująco aż do numeru 4 („Beast”). Gitara gra coraz monotonniej i wręcz usypiająco, a sam wokal Karen staje się coraz bardziej nieznośny, wręcz nieprzyjemny i strasznie przerobiony. Ale to chyba wina tej stylizacji na stare nagrania. W dodatku jeszcze te trzaski udające czy to tamburyn czy uderzenia ręka o gitarę. Na szczęście płyta ma jedną zaletę – jest bardzo krótka. Absolutnie odradzam, chyba że nie macie słuchu.

1/10

Radosław Ostrowski

Joe Bonamassa – Different Shades of Blue

Different_Shades_of_Blue

Ten dość młody gitarzysta i wokalista już został obwołany nowym klasykiem bluesa. Potwierdził swoją wielką formę nagrywając dwa lata temu „Driving Towards the Daylight”. I teraz razem ze swoim producentem Kevinem Shirleyem postanowił o sobie się przypomnieć i wydać nowy album. Czy dorównuje poziomem poprzednikowi?

Chyba nie, bo takie płyty nagrywa się raz na całe życie. Co nie znaczy, że nowy Joe jest słaby i nudny. Stylistycznie nic się tu nie zmieniło – to nadal gitarowa płyta pachnąca starym, dobrym brzmieniem klasyków, ale na pewno jest bardziej przebojowa. Jednak jedna rzecz trochę mi przeszkadzała przy tym albumie – nadmiar dęciaków, ale to pewnie kwestia nie przyzwyczajenia się i pewnego konserwatywnego myślenia autora, bo co drugi utwór był z wplecionymi instrumentami jazzowymi. Poza tym mamy i wiecznie żywe Hammondy, obowiązkowy fortepian („Trouble Town” czy nastrojowe „So, What Would I Do”) oraz świetne riffy Bonamassy, o których opowiadać nie ma żadnego sensu. Czuć tu inspirację i Led Zeppelin („Oh Beautiful!” prawie jak z „Black Dog”), mocne riffy (ale bez przesady – to nie jest heavy metal) bez specjalnego popisywania, a sekcja rytmiczna mocno się rozkręca i nakręca („Love Ain’t a Love Song”).

Głos Joe jest świetny, a nawet sekcja dęta przestaje przeszkadzać, choć za pierwszym razem może wprawić ona w stan szoku. Poza tym? 11 świetnych piosenek na wysokim poziomie, bardzo fachowo zrealizowane i wyprodukowane z potężnym kopem energii. I znowu wszystko zostało pozamiatane.

8/10

Radosław Ostrowski

Maroon 5 – V

V_Deluxe_edition

Był kiedyś taki czas, ze lubiłem słuchać Maroon 5. Ale to było wtedy jak nagrali świetny debiut, ale to było dziesięć lat temu, teraz kapela z pop-rockowego brzmienia wybrała pop. I to taki najgorszy, bo plastikowy. Chyba tylko moja naiwność i wiara w to, że kiedyś wrócą do początku skusiła mnie po sięgnięcie najnowszego, piątego albumu pt. „V”.

Produkcją zajęła się cała armia producentów kierowana przez Maxa Martina. Już jego portfolio nie zapowiada niczego dobrego – współpraca z Backstreet Boys, N’Sync czy Britney Spears nie wróżyła dobrze. Singlowe „Maps” oraz następny „Animals” brzmią całkiem nieźle, pozwalając się przebić delikatnej funkowej gitarze. Niestety, im dalej tym gorzej, bardziej plastikowo i tandetnie. I w zasadzie mógłbym na tym skończyć opowiadanie tej okropnej płyty (broni się tylko Adam Levine na wokalu), która została wydana tylko i wyłącznie, by zbić szmal na fanach i liczyć na to, ze zrobią drugie „Moves Like Jagger”. Niespójność i przeskoki w stronę bitów zaczerpniętych od Katy Perry („Sugar” trochę kojarzy się z „Teenage Dream”) tylko pogrąża całość. Nie wiem jak wy, ale ja sobie „piątkę” odpuszczam.

4/10

Lenny Kravitz – Strut

Strut

W tym roku Lenny Kravitz obchodzi dwie rocznice. Po pierwsze, 50 urodziny, po drugie 25-lecie działalności. I z tej okazji jeden z najpopularniejszych wokalistów oraz gitarzystów postanowił przypomnieć sobie nowym, dziesiątym albumem, który w całości wyprodukował.

„Strut” ma wszelkie zadatki, by szaleć w radiowych stacjach. Jest przebojowo, dynamicznie i soft-rockowo. Próbkę dał singiel „The Chamber” z prostą gitarką, chwytliwym basem oraz klawiszami pachnącymi latami 80. Widać tutaj inspirację dawnym brzmieniem z lat 70. i 80. Długie „New York City” z wplecionym saksofonem oraz chórkami gospelowymi budzi skojarzenie z Red Hot Chili Peppers (perkusja, klaskanie i bas), „I’m Believer” trochę przypomina utwory ELO, a same gitarowe riffy są naprawdę przyjemne i funkowe.

Ubarwieniem są wplecione dęciaki, które zgrabnie łączą się z gitarą – najbardziej to słychać we „Frankensteinie” (dodatkowo jeszcze przewija się harmonijka ustna) oraz „She’s a Beast” (gdzie jeszcze są smyczki). Lenny świadomie sięga do przeszłości i odnajduje się w tym jak ryba w wodzie.

Ale jeśli myślicie, że mimo 50-tki na karku, przestanie udawać macho za mikrofonem to… nie macie racji. Facet uwodzi i czaruje śpiewając o miłości, namiętności i tej całej reszcie. Zresztą spójrzcie na tytuły: „Sex”, „Ooo Baby Baby”, „She’s A Beast” czy „The Pleasure And The Pain”. Trzeba tłumaczyć coś?

“Strut” ma wszystko to by być radiowym-imprezowym szlagierem. Bardzo melodyjnym, oldskulowym i świetnie zrealizowanym. Jak na początku swojej drogi. Czy trzeba mówić coś więcej?

7,5/10

Radosław Ostrowski


Steve Rothery – The Ghosts of Pripyat

Steve_Rothery__The_Ghosts_Of_Pripyat

Każdy fan zespołu Marillion wie jak ważny dla tej grupy jest Steve Rothery. Jego gra na gitarze wzbogacała każdy utwór. Tym razem gitarzysta postanowił wydać solowy album i… poprosił o wsparcie finansowe na Kickstarterze, co okazało się sporym sukcesem (zebrano dwa razy więcej funduszy niż planowano). Album już jest dostępny w Internecie, tylko trzeba poszukać.

Rothery’ego wspiera zespół (m.in. gitarzysta Dave Foster, basista Yatim Halimi i perkusista Leon Parr), tworząc instrumentalne kompozycje. Dominują tutaj spokojniejsze i mniej agresywne rytmy, ale po kolei. Zaczyna się dość sennym „Morpheus”, gdzie gitary grają bardzo łagodnie, gdzieś w tle słychać mewy, elektronika rozwarstwia się (zwłaszcza „komputerowe” dźwięki liczydła), ale pod sam koniec klimat gęstnieje, a gitara staje się mocniejsza i bardziej wyrazista. Melodyjniejsze i bardziej chwytliwe jest idące w stronę orientu „Kendris”, głównie dzięki perkusji, ale zarówno klawisze jak i mocniejsze riffy przypominające Marillion wnoszą ten krótki (w porównaniu z resztą) utwór na wyższy poziom. Wyzwaniem może być ponad 10-minutowy „Old Man of the Sea”, ale to najlepsza kompozycja na tej płycie. Bardzo delikatne, wręcz magiczne klawisze oraz „wschodnie” zabarwienie (akordeon) plus dźwięki morza w tle – wielki odpływ jednym słowem, zmiana tempa, powolnie włączanie się każdego z instrumentów. Bardziej w stronę folku (to przez perkusje) idzie „White Pass”, gdzie poza gitarami wybija się fortepian. Ale w połowie pojawia się mroczniejsza elektronika z równie niepokojącymi organami oraz dziwacznymi wejściami gitar – bardziej agresywnych i ostrych.

Wyciszeniem jest „Yesterday’s Hero” z bardzo spokojną perkusja oraz przyjemna grą gitarową, ale do czasu. Dwie minuty przed następuje przyspieszenie perkusji oraz żwawsze tempo gitary wiodącej. Na podobnym tempie działają tez finałowe „Summer’s End” i kończący całość utwór tytułowy.

„The Ghosts of Pripyat” to album bardziej kontemplacyjny, choć nie pozbawiony mocniejszych wejść (dominują w drugiej części płyty) pokazującej klasę Rothery’ego. Bardzo interesująca i ciekawa propozycja.

8/10

Radosław Ostrowski

Power of Trinity – LegoRock

LegoRock

Ta pochodząca z Koluszek kapela miesza brzmienia alternatywne z rockiem i reggae. Do tej pory nagrali trzy płyty, a popularność przyniósł im pochodzący z ostatniej płyty utwór „Chodź ze mną”. Ale to było trzy lata temu, więc kapela doszła do wniosku, że pora zaprezentować coś nowego.

Tym razem za produkcję odpowiada Agim Dżeljilji związany z grupą Oszibarack. Stylistycznie niespecjalnie się tu zmieniło. Nadal dominuje gitara elektryczna, sekcja rytmiczna nadaje całości tempo, ale swoje tez robią elektroniczne wstawki (kończąca album „Heart Matter”). Nie brakuje klimatycznego grania (otwierające całość „Inferno”), podrasowanego reggae („Silly” pachnące trochę The Police z nośnym basem i perkusją), ale całość jest melodyjna i przebojowa aż miło. Prostota w tym przypadku jest siłą nośna tej grupy (pulsująca „Suma ran”), która jednak bardziej tutaj idzie w stricte rockowym kierunku, choć w zasadzie nie ma tutaj niczego nowego czy zaskakującego. Elektronika tutaj wnosi świeżość, a jej zabarwienie nie wywołuje irytacji czy rozdrażnienia (końcówka „Fazy REM” czy singlowy „Poniedziałek”), wolniejsze tempo nie osłabia energii (ponury „Gorzki ja”).

Dobrze sobie radzi na wokalu Jakub Koźba, choć akurat śpiewanie po angielsku wypada troszkę słabiej. Z kolei teksty są całkiem przyzwoite i dobrze współgra z muzyką. Więc „LegoRock” pozostaje kawałkiem solidnego, melodyjnego rocka.

7/10

Radosław Ostrowski

Skubas – Brzask

Brzask

Dwa lata temu Skubas zachwycił publiczność swoim debiutanckim albumem „Wilczełyko”. Ale jak wiadomo, by utrzymać się w punkcie zainteresowania, trzeba nagrywać dość regularnie. Dlatego na nowy materiał czekaliśmy standardowe (zazwyczaj) dwa lata. Tym razem jednak Skubas sam odpowiada za całość brzmienia.

„Brzask” zawiera tylko 10 piosenek, które są stylistyczną kontynuacją debiutu. Wiec mamy dalej gitarowe granie, miejscami naprawdę mroczne (lekko psychodeliczny „Diabeł” z przesterowanymi gitarami), innym razem bardziej delikatne i spokojniejsze („Ballada o chłopcu”). Różnorodność jest największym atutem, zarówno pod względem tempa jak i instrumentarium. Poza gitarami słychać dęciaki (‘Rejs”), dynamiczną perkusję (szybki „Plac Zbawiciela” z dziwaczną elektroniką pod koniec), pstrykanie („Kołysanka”), wiolonczelę (końcówka „Kołysanki”). Efekt jest porażający i każdy utwór jest przebogaty aranżacyjnie – instrumentarium naprawdę piękne wybrzmiewa, nie brakuje tez potencjału na radiowe przeboje jak w tytułowym utworze.

Klimat jest spójny, wokal Skubasa przykuwa uwagę od pierwszego do ostatniego dźwięku, a bardzo poetycki teksty zapadają w pamięć na długo. I to wszystko czyni „Brzask” na chwilę obecną najlepszą polska płytą tego roku. Jesień będzie wyjątkowo bogata i przyjazna.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Barbra Streisand – Partners

Partners

Barbra Streisand. Uuuuu-uuu-uuu-uu. Wszyscy kojarzą ją tylko z utworu niejakiego Duck Souse (czy jakoś tak się to pisze), a tak naprawdę ta piosenkarka i aktorka jest jedną z weteranek eleganckiej muzyki rozrywkowej, która zaczęła swoją karierę już w latach 60. I teraz pojawia się z nową 44 (!!!) płytą.

„Partners” to płyta z duetami, gdzie wykonuje swoje przeboje, a także standardy. A że to eleganckie brzmienie, więc pojawią się smyczki, fortepian, gitara (akustyczna zwana tez klasyczną) i dęciaki. Czyżby szykowała się nudna, archaiczna płyta? Niekoniecznie, gdyż pojawiają się jeszcze takie drobne gadżety jak harmonijka ustna („People”) czy delikatnie grająca gitara elektryczna („Come Rain or Shine Me”) oraz skręty w stronę country (przyzwoite „I’d Want It to Be You”). Dla wielu to może być zbyt monotonne, ze względu na podobieństwo jednego utworu do drugiego, ale i tak całość wypada więcej niż przyzwoicie.

Głównie to zasługa zarówno wokalu Barbry jak i zaproszonych gości, którzy świetnie się z grali z całością. A są naprawdę znani wykonawcy jak Michael Buble, Stevie Wonder, Billy Joel, Lionel Richie czy Andrea Boccelli. To i tak nie wszyscy (na koniec mamy „Love Me Tender” z samym Elvisem), a więcej i tak nie zdradzę. Jeśli się odważycie, możecie być mile zaskoczeni.

Radosław Ostrowski

Olaf Deriglasoff – XXX

XXX_Olaf_D.

Dzieci Kapitana Klossa, Pudelsi, Homo Twist, Kazik, Apteka, Yugoton – wszystkie te grupy i projekty łączy postać basisty oraz wokalisty Olafa Deriglasoffa. W tym roku muzyk obchodzi 30-lecie pracy artystycznej i z tej okazji wydał dwupłytową kompilację.

Nie jest to do końca typowy Greatest Hits, tylko wszystkie utwory, w których maczał palce Olaf postanowił nagrać od nowa, zmieniając aranżacje i brzmienie plus parę nowych piosenek. Efekt – mieszanka mocnego grania z wyrazistym wokalem Olafa. A niektóre aranżacje mogą doprowadzić w stan szoku i niedowierzania. Przykłady? Chociażby otwierająca całość „Pieśń o bohaterze” bazująca na temacie przewodnim ze „Stawki większej niż życie” (aranżacja smyczkowo-gitarowo-perkusyjna), elektroniczna perkusja i delikatny fortepian w „Szuwarach”, idący w stronę orientu „Kolacyja”, zabarwiona stylizacją na cygański romans „Jesienna deprecha” (te skrzypce!, tylko czemu w tle wałęsają się jakieś kury?), mocno elektroniczne „Maljczyki” (dźwięki niemal fabrycznej produkcji), imitujące hip-hop (jeno z instrumentarium żywym – kosmiczna elektronika m.in.) „Komandor Tarkin”. Co utwór, to zaskoczenie nawet dla fanów i znawców dorobku Olafa. Nie brakuje też garażowego, punkowego brzmienia (premierowy „XXX” oraz „Grzeczny”), lekkiego falstartu (początek „Emeryten Party”), bardzo mrocznego klimatu („Arkadiusz” z przesterowaną gitarą oraz fortepianem w tle czy najdłuższa w zestawie nieco monotonna „Norwegia”), niemal akustycznych melodii (”Danka” i „Falochron”) czy jazzowych wstawek (końcówka „Noży”), nawet tło „Mendy” (w oryginale kłótnia z policjantami) została zmieniona w bajkę.

Ale żeby było jeszcze ciekawiej, Deriglasoff zaprosił wielu gości. Najbardziej utkwili mi w pamięci Mela Koteluk („Szuwary” zabrzmiały rewelacyjnie) oraz Czesław Mozil („Jesienna deprecha” nie brzmiała już tak samo), ale Olafowi towarzyszyli także m.in. Arkadiusz Jakubik („Ballada o bohaterze”), Grzegorz Nawrocki z zespołu Kobiety („Danka”) czy Sidney Polak („Jesień przyszła do miasta”).

Jeśli ktoś robi takie podsumowanie jak Deriglasoff, to trzeba przyznać, że nie można mówić o jakimkolwiek rozczarowaniu. A „Mars napada” to już w ogóle wyszedł nieprawdopodobnie. Koniecznie przesłuchać.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Leonard Cohen – Popular Problems

Popular_Problems.jpg

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać. Charakterystyczna barwa głosu, ponad 40 lat na scenie i choć płyty nagrywa bardzo rzadko, ma sporą rzeszę fanów na całym świecie. Leonard Cohen w tym roku kończy 80 lat i  z tej okazji zrobił sobie największy prezent – wydał nową, 13 studyjną płytę.

Za produkcję „Popular Problems” odpowiada Patrick Leonard, z którym Cohen współpracował przy poprzednim albumie „Old Ideas” z 2012 roku. I tak jak w przypadku poprzednika jest to bardzo jesienny, stonowany i raczej oszczędny brzmieniowo materiał. Przebojowy też niespecjalnie, ale za to bardzo klimatyczny i – co może być zaskakujące – zróżnicowany. Nie brakuje zarówno folkowego brzmienia („Did I Ever Love You” czy kończące całość „You Got Me Singing” z pięknie grającymi skrzypcami), bardziej elektronicznego bitu („Nevermind”), delikatnego bluesa (organy w „Slow”), orientalnych wstawek, klasycznego fortepianu („Almost Like the Blues” czy „Samson in New Orleans”) czy nawet gospel (niemal a capella śpiewane „Born in the Chains”, gdzie Cohena wspierają chórzystki). Jak widać, co utwór to niespodzianka i jak zawsze Cohen swoim bardzo niskim głosem opowiada o życiu w poetycki sposób.

Leonard Cohen to artysta, który nie łaszczy się do widowni, nie próbuje tworzyć prostych, banalnych piosenek słuchanych przez komercyjne stacje radiowe. Jest to jeden z nielicznych, który nie musi niczego już udowadniać, bo nagrywa takie płyty jakie chce. A że przy okazji są one bardzo dobre, to już jest inna kwestia.

8/10

Radosław Ostrowski