Zemollem – Zanim

zanim-b-iext52392913

Andrzej “e-moll” Kowalczyk – to nazwisko może wielu osobom kompletnie nic nie mówić. Ten gitarzysta, kompozytor i autor tekstów od ponad 25 lat działa ze swoją formacją Zemollem. W tym roku postanowił o sobie przypomnieć nowym materiałem, zapraszając paru gości i tak powstało “Zanim”, czyli pop-rockowa mieszanka z ambicjami na coś więcej niż proste granie pod radio.

Początek to krótki wstęp w postaci “Matrixa”, będącego sklejką różnych fragmentów płyty i głos płonącego ogniska. Wtedy dochodzi delikatna gitara akustyczna oraz śpiewające głosy Zbigniewa Zamachowskiego i Joanny Trzepiecińskiej. Płynnie przechodzimy do odrobinę mrocznego “Zanim powiesz coś” z syntezatorowymi smyczkami, gdzieś w tle słychać jakie śmiechy, fortepiano, by całkowicie zanurzyć się w minimalistycznej elektronice, zaś perkusja odbija się jak echo. Utwór nagle się urywa, a po nim wchodzi pojawiający się aż cztery razy Mariusz Orzechowski. Jego pierwsze wejście to mocniejsze “Gdzieś między D a H”, gdzie wybijają się zapętlone smyczki oraz wyrazisty bas, drugim jest wręcz liryczny “Pokój z widokiem na parlament” (w tle jakieś rozmowy, ruch, jedzenie), zaś trzeci to psychodeliczna “Kolacja na pięć dłoni (Moja piosnka II)” z saksofonem na początku, zagubioną gdzieś gitarą oraz wierszem Norwida, by uderzyć punkowym “Nie kłam” z zespołem WBH.

Warto też wspomnieć bardzo rockowe “Oni kłamią” pokazujące kompletnie nieznane oblicze Mirosława Czyżykiewicza (dobrze się odnajdujące się w czaderskiej stylistyce), oparte na pianistycznym wstępie “Ciesz się Polsko (Gaude Mater Polonia)”, uliczną balladę “Uliczne dzieci” z zaskakująco dobrym Arturem Gadowskim czy finałowe, melancholijne “Zanim… wszystko dobrze”, gdzie wokal przejmuje Andrzej Poniedzielski. Nawet dla rapu znalazło się miejsce (surowe “Prośba 2010 – Nie odbierajcie nam nadziei”), co jest zaskakujące.

Ten eklektyczny zestaw jest ku zdumieniu wielu osób, bardzo spójną całością, połączoną niebanalnymi tekstami oraz odpowiednią charyzmą gości. Nie wszystkim każdy utwór podjedzie, bo dominuje tutaj spokój, lecz “Zanim” ma szansę zwrócić uwagę co wrażliwszych słuchaczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Artur Andrus – Sokratesa 18

sokratesa-18-w-iext52743361

Najzagorzalsi słuchacze radiowej Trójki kojarzą postać Artura Andrusa – dziennikarza, konferansjera, satyryka, wieloletniego prowadzącego Akademię Rozrywki. Ale w 2017 roku ta jedna z barwnych postaci sceny kabaretowej odchodzi z Myśliwieckiej, lecz nic sobie z tego nie robi i po zaledwie trzech latach wydaje swój czwarty album.

I jest to album związany z podróżami. Bo któż inny niż człowiek, co pił w Spale i spał w Pile, nie mógł się do tego bardziej nadaje. Wsparcia udzielił nadworny kompozytor Łukasz Borowiecki, który znowu czaruje swoim podejściem. “Bez katarynek” to niemal akordeonowy walczyk retro, jakiego nie powstydziłby się sam Jaromir Nohavica, do którego porównywany jest Andrus. Jest wdzięcznie, elegancko oraz dowcipnie. Ale już “Babka w czapce” to wręcz rock’n’rollowy popis z lat 60., gdzie gitara pozwala sobie na bluesowe popisy, podobnie idzie “Przy kościele Santa Croce” okraszonym organami oraz smyczkami, budującymi specyficzny nastrój. Kolejna wolta to jazzowa “Ciocia w gablocie”, gdzie słyszymy kontrabas oraz pstryknięcia.do tego jeszcze wokalizy Doroty Miśkiewicz, żeby było na bogato, bon a koniec atakują dęciaki niczym z “Różowej pantery”. Bardziej eleganckie jest “Stargard in the Night”, czyli polska wersja “Strangers in the Night” Franka Sinatry rozpisana na akordeon, fortepian oraz gitarę. Ale nic nie przygotowało na chopinowską w duchu “Szopkę d-moll op. 86” (jest też wersja instrumentalna), gdzie fortepian gra wręcz z rozmachem, chociaż czasami troszkę nieczysto.

By dalej trzymać się zabarwienia etnicznego, wybrane na singla “Od Jokohamy do Fujisawy” zabarwione jest “japońskimi” smyczkami, chociaż troszkę (to przez gitarę oraz “tykające” dzwoneczki) przypomina mi “Until” Stinga. Bluesowe “A jak patrzy się z Przehyby” z ciężkimi klawiszami oraz oszczędną gitarą luzem mogło powstać gdzieś w latach 80., zaś wejście saksofonu oraz absurdalne poczucie humoru (współczesne losy Sobieskiego i Marysieńki). Równie zabawne jest góralsko-greckie “Sybciej wyżej mocniej”, chociaż refren jest wręcz patetyczny. Zaskakujący koktajl Mołotowa. Spokojniejszy folklor miejski serwuje utwór tytułowy z prześlicznym klarnetem, by na koniec zaatakować szybkim tangiem “Leszku, synu Kazimierza”, gdzie najwięcej do powiedzenia mają dęciaki oraz klarnet (nawet “Podmoskiewska wieczerza” się tu znalazła). A żeby nie było nudno to jako dodatkowe nagranie dostanie instrumentalną “Szopkę” oraz psychodeliczny duet z Czesławem Mozilem (“Trzeba mieć specjalną skrzynię”).

Jak sobie na tym polu poradził sobie sam gospodarz? Płynnie odnajduje się w tym całej gatunkowej żonglercce, zaś oparte na absurdalnych pomysłach teksty nie są pozbawione trafnych obserwacji społecznych (kwestia podsłuchów w “Stargard in the Night”), kwestia wieku pewnej ciotki odkryta przez czy greckiej olimpiady z udziałem… podhalańskich górali, antywojenny song (“Leszku synu Kazimierza”) czy filozoficznej refleksji czy człowiek pochodzi od… bociana (“Sokratesa 18”).

Trafnie, dowcipnie oraz inteligentnie – to bardzo niebezpieczna mieszanka, która każe ustawić albumy Andrusa obok choćby dzieł Kabaretu Starszych Panów (nie, nie przesadzam). Fani mistrza będą usatysfakcjonowani, a miłośnicy absurdalnych sytuacji tym bardziej znajdą wiele dla siebie. Reszta powinna spróbować, bo są duże szanse na złapanie wielkiego haju. A nawet padniecie ze śmiechu, tak jak ja.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Judyta Pisarczyk – Koncert w Trójce

koncert-w-trojce-w-iext52608214

Wydanie płytowe koncertów ze Studia im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie stało się pewną gratką. Kolejne wydawnictwo z tej serii to zapis koncertu Judyty Pisarczyk – bardzo młodej oraz utalentowanej wokalistki jazzowej, która w zeszłym roku zdobyła Grand Prix Ladies Jazz Festiwal w Gdyni. I to ta nagroda doprowadziła do realizacji tego koncertu.

Zapowiadał to zgrabnie trójkowy dziennikarz Piotr Baron, wspierany przez przewodniczącą jury gdyńskiego festiwalu, Urszulę Dudziak. By płynnie przejść ku jazzowym numerom (nie swoim, ale to nie szkodzi) wsparta przez fortepiano, gitarę elektryczną oraz perkusję. Buja bardzo “Moanin’”, gdzie w połowie instrumenty oraz wokalizowanie Judyty zaczynają rozkręcać całą imprezę. Równie przyjemnie jest “Find” z bardzo długim i dynamicznym wstępem, dającym wiele swobody dla gitarowego duetu basowo-elektrycznego. Ich zadanie to rozkręcić całą tą imprezę, co przez większość czasu im się udaje. Nawet w chwilach dominacji fortepianu (swingujące “Tight”) czy Hammonda (zmieniający tempo “What If?”), Pisarczyk nie traci lekkości w swoim głosie, ani energii. Ale czy śpiewa tylko w języku Szekspira? Jest jeden polski utwór – “Co to jest czułość?”, najbardziej delikatny i liryczny z tego zestawu, ale też bardzo gorzki. To jednak jedyny wyjątek od reguły.

Dalej jest równie dynamicznie jak przy “What If?”, klimatem sięgając po muzykę z lat 60. i 70. (bogato zaaranżowane “Upside Down” czy zaśpiewany standard Dave’a Brubecka “Take Five”), nakręcając fanów śpiewanego jazzu. Jest elegancko, stylowo oraz przyjemnie dla uszu, pokazując ogromny potencjał wokalistki. Nie wiem jak wy, ale chciałbym posłuchać jej autorskiej płyty. A koncert z Trojki jest udany oraz daje wiele frajdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Azyl P. i przyjaciele – Koncert w Trójce

azyl p i przyjaciele

Azyl P. był jedną z popularniejszych kapel rockowych lat 80., kojarzona z hitem “Mała Maggie”. Później były reaktywacji, samobójstwo wokalisty Andrzeja Siewierskiego, były nagrywane piosenki, a grupę tworzą: basista Dariusz Grudzień, perkusista Marcin Grochowalski oraz gitarzysta Bartosz Jończyk. 24 września 2017 roku zespół nagrał koncert w Studiu im. Agnieszki Oscieckiej, zapraszając wielu przyjaciół. Co z tego wyszło?

Gospodarzem tej imprezy był Marek Wiernik i radzi sobie naprawdę dobrze, przechodząc między gośćmi. Dodatkowo grupę wsparł drugi gitarzysta Piotr Zając. Pierwszy był Juan Carlos Cano, który uczestniczył w jednym z programów typu talent show. Na początek poszedł lekko orientalny “Chyba umieram”, rozpędzający się z każdą sekundą oraz idący we wręcz hard rockowe klimaty. Równie wściekły jest “Dajcie mi azyl”, jadący niczym walec po konkurencji, a na koniec seta Cano (nawet ten akcent nie przeszkadzał) zaserwował “Nic więcej mi nie trzeba”, który jest melodyjny i agresywny jednocześnie. Po nim wchodzi Titus, który samym głosem mógłby rywalizować z Lemmym Klimsterem. “Twoje życie” to hard rockowy blues, ale “Och, Lila” to już prawdziwa petarda (gościnnie w chórku Ania Brachaczek) z takimi riffami, że aż włosy się jeżą na głowie. Sama Brachaczek wskakuje w “Daj mi swój znak”, gdzie gitary tną, perkusja wali, a Ania wydaje się bardzo łagodnie śpiewać. Tuż po niej obecny wokalista zespołu – Maciej Silski, serwujący trzy kawałki. Szybki “Już lecą” to przykład rockowej petard, pozornie spokojniejsza jest “Kara śmierci”, chociaż solówki gitary brzmią bardzo mrocznie tak jak wręcz metalowa “Praca i dom”, a sam Silski bardzo dobrze się w tym odnajduje. Po nim wchodzą dwie legendy – Krzysztof Jaryczewski (chropowate oraz chwytliwe “Buty czerwone”) i Marek Piekarczyk (spokojniejsze “Zwiędłe kwiaty” oraz zdecydowanie rozpędzona niczym Pendolino “Och, Alleluja”), którzy nie są w stanie zawieść nikogo.

Na sam finał, bo musi być on spektakularny dostajemy “Mała Maggie” wykonywaną przez wszystkich gości. A żeby było jeszcze bardziej ekstra, wydawnictwo kończy nowe nagranie grypy “Co ja wiem”. Muszę przyznać, że utwór dorównuje całości wydawnictwa, pokazujące nadal jaką moc oraz energie ma ta formacja. Nie wiem jak wy, ale ja chciałbym posłuchać nowej, studyjnej płyty Azylu P.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sting & Shaggy – 44/876

1524139360_sting-shaggy-44-876

Tego duetu nie spodziewał się nikt. Stinga przedstawiać nie trzeba, a Shaggy swoje najlepsze lata wydaje się mieć za sobą. Więc kooperacja ta wydawała się być ratowaniem kariery ziomka z Jamajki, ale czy może wyszłoby z tego coś więcej? Byłem bardzo sceptyczny do “44/876”, wyprodukowanym przez Martina Kierszenbauma (producent Stinga, były współpracownik Shaggy’ego), dodatkowo nie jestem fanem reggae. Ale może tym razem miało być inaczej?

Sam początek to utwór tytułowy, gdzie panów wsparli Aidonia z Morganem Heritagem i brzmi to… nieźle. Bardziej reggae’owate jest “Morning is Coming” z bujającymi dęciakami oraz “ciachającą” gitarą. Ale gdy wchodzi saksofon robi się jeszcze bardziej chilloutowo. Jednak dla mniej najciekawsze są element spoza tego gatunku (pianistyczny początek “Waiting for the Break of Day”, mocniejsza perkusja w niemal soulowym “Gotta Get Back My Baby”), chociaż czysto jamajskie klimaty brzmią przyjemnie (niezłe “Don’t Make Me Wait” czy oparte na dęciakach “Just One Lifetime”). Wymienianie poszczególnych utworów wydaje się troszkę na siłę, choć złego słowa nie powiem ani o gitarowym “22nd Street” czy przypominającym nagrania The Police “Dreaming in the U.S.A.”, które najbardziej się wybijają.

Dla obydwu panów brzmienia z Jamajki są znane nie od dziś i obaj panowie tworzą bardzo zgrabny duet. Lekko szorstki głos Stinga połączony z rapowaniem Shaggy’ego pasują do tej muzyki tak, że już bardziej się nie da. Dodajmy do tego teksty o miłości, pozytywnej energii oraz nostalgii i mamy murowany hit stacji radiowych, przypominającym o zbliżających się wakacjach. To co, bujamy się?

7/10 

Radosław Ostrowski

Rasmentalism – Tango

RASMETNALISM-TANGO-1000x1000-560x560

Duet Ras i Ment mocno wybił się na polskiej scenie hip-hopowej. Rasmentalism szedł swoją drogą, przez co zdobył masę wielbicieli (album „Za młodzi na Heroda”), ale też niektóre zabiegi (eksperymentalny „1985”) doprowadziły do podziałów oraz ostrych dyskusji. Szóste dzieło, czyli „Tango” wydaje się iść w kierunku uproszczenia brzmienia oraz powrotu do chwytliwych dźwięków. Tylko czy panowie nie poszli ze skrajności w skrajność?

Początek, czyli „Niebo” brzmi jak dawne numery duetu, czyli mieszankę zapętlonych wokaliz z funkowym bitem oraz surową perkusją (nawet cykającą w przesterowany sposób), tworzą bardzo bujającą mieszankę. Niczym na „Wyszli coś zjeść”, a nóżka chce tańczyć. Podobnie jest w minimalistycznym „Tranquilo”, któremu bliżej do Flirtini ze swoim śpiewanym refrenem oraz chilloutowym klimatem, a także płynący „Fast Food”, gdzie nieźle śpiewa Rosalie. i całkiem zgrabnie wjeżdża Taco Hemingway. Także utwór tytułowy wpisuje się w nowe, bardziej popowe wcielenie, z płynącymi cudeńkami elektronicznymi w tle. „Moment” też buja, a śpiewany refren Otsochodzi wpada bardzo w ucho. Nawet drobiazgi w rodzaju Hammonda („Kilka dni”) Ale najbardziej zapada w pamięć „Duch”, gdzie Rasa wsparli Sokół z Oskarem, tworząc mocarny kawałek. Troszkę zdziwił mnie „Tryb samolotowy”, gdzie wchodzi Vito brzmiący bardziej jakby z jakiejś ludowej formacji niż rapu, co wybiło mnie z rytmu oraz… uśpiło.

Uderza wręcz popowy sznyt tego albumu, co może wprawić wiele osób w konsternację, jednak coraz bardziej zaskakuje to nowe oblicze duetu. Ment nadal tworzy niesamowite bity, tym razem zanurzone w elektronice, zaś tekstowo dominują tutaj relacje damsko-męskie, ale nie brakuje trafnych strzałów oraz zgrabnych porównań. Nie mniej dla mnie problemem jest to, ze nie zostaje to w głowie na długo, co jest dużym zaskoczeniem in minus. Sam Ras jest w niezłej formie i przyjemnie się słucha tej nawijki, ale „Tango” wydaje się być najsłabszym albumem Rasmentalismu. Jest, jakby to ująć, jednorazowym materiałem – posłuchasz raz, może kiedyś drugi i trzeci, ale w pamięci nie zostanie zbyt wiele. Szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Dancing, salon, ulica

dancing_salon_ulica

Janek Młynarski razem ze swoim combo dalej penetrują przedwojenne szlagiery, wykonując je tak jak kiedyś miejskie kapele. Dwa lata temu wydali drugi album, którego tytuł nie jest przypadkiem. Jak zwykł mawiać Andrzej Włast (przedwojenny autor) piosenka staje się szlagierem dopiero wtedy, gdy kochają ją dancing, salon i ulica. Na pewno też było z utworami znajdującymi się na tym albumie.

Od razu uprzedzę, brzmieniowo absolutnie się nic nie zmieniło. Nadal wygrywa gitara z mandoliną i bandżolą, wspierana przez… piłę oraz kontrabas. I wszystko to jest wykonywane z lekkością, ulicznym sznytem, co już wychwytujemy od „Dziś panna Andzia ma wychodne”. A im dalej w las, tym znajdziemy te bardziej znane („Tango Milonga”, „Chryzantemy złociste” – nie, nie te serwujące słowne wiązanki uliczne), jak i te mniej dla osób spoza Warszawy. Jest i żwawy walczyk („Kącik marzeń” czy „Twych słodkich ust”), troszkę bardziej liryczne granie ze skrzypcami w tle (powoli rozkręcający się „Dlaczego właśnie dziś”), lekko „podchmielona” „Wódeczka” czy posiadająca długi wstęp „Tango Milonga”. Warto też wspomnieć gitarowe „Ecie pecie” z dowcipnym tekstem czy wolniejszy „Kwiat paproci”.

Teksty nie są pozbawione zarówno poetyckości („Dlaczego właśnie dziś”, „Kwiat paproci”), jak i dowcipu („Mój czarny kot”, „Czarnoksiężnik”), co na pewno wzbogaca to wydawnictwo. Owszem, utwory brzmią jakby grane na jedno kopyto, ale wdzięk Młynarskiego oraz zgrane brzmienie formacji daje wiele luzu do całości. Tak sympatycznej, dowcipnej, jak i groźnej niczym ulice przedwojennej Warszawy. Czas mija szybko (troszkę za szybko), ale zawsze można włączyć płytę od nowa.

7/10

Radosław Ostrowski

Editors – Violence

Editors_violence

Brytyjska formacja Editors ostatnimi czasy zrezygnowała ze stricte rockowego grania, ku bardziej elektronicznym klimatom znanym z Depeche Mode, co było słychać na dwóch ostatnich krążkach. Wyprodukowany wspólnie z Lee Abrahamsem szósty album „Violence” wydaje się kontynuować tą ścieżkę. Czy kapela z Birmingham utrzymuje poziom poprzedników czy może tym razem się potknęli?

Początek wydaje się bardzo spokojny w „Cold” z delikatnie płynącym głosem Toma Smitha oraz pulsującymi klawiszami w tle. Powoli dochodzą wokale w tle, dyskotekowa perkusja i robi się gęściej aż do podostrzonego refrenu, gdzie odzywa się gitara elektryczna spuszczona ze smyczy, dodając dynamiki. Bardziej radiowy jest wybrany na singla „Hallelujah (So Low)”, gdzie zdecydowanie więcej do powiedzenia ma gitara (ostra ściana dźwięku w refrenie, poprzedzona orientalnymi smyczkami oraz melorecytacją), doprowadzając wręcz do ataku na uszy. Jest ciężej, wręcz industrialnie, by wrócić do spokoju z początku – troszkę czuć ducha pierwszych płyt grupy. Ale wtedy na scenę wchodzi utwór tytułowy i nie ma zmiłuj – tu już bardziej czuć klimat elektropopu z lat 80., polany niepokojącym klimatem (przestery, przestrzenne dźwięki oraz perkusja), ale jednocześnie bardzo przebojowy oraz dynamiczny. Mroczny i liryczny jednocześnie, dyskotekowy, lecz nie tandetny, o co było bardzo łatwo i z długim, instrumentalnym końcem, dającym spore pole do popisu dla elektroniczno-perkusyjnych eksperymentów. Noworomantyczny i epicki „Darkness at the Door” (dęciaki, chórki w refrenie) spokojnie mógłby się znaleźć na jednej z płyt OMD, gdyby nie perkusyjne uderzenia, zmieniająca się w militarne werble, co tworzy intrygującą mieszankę. Spokojniej się rozkręca nastrojowe „Nothingless”, lecz twórcy wpuszczają w maliny, tak jak w przypadku „Cold”. Tutaj znowu zmieniają tempo, dochodzą chórki oraz… fortepian wpleciony w elektroniczne cudeńka, by znowu się uspokoić i zaatakować. Drugi singiel, czyli „Magazine” zaczyna się od zapętlonego chóru i lekkiego mroku, by wskoczyć w bardziej taneczne klimaty, nie zapominając o dodaniu „brudnych” gitar. Ale kompletnie nie spodziewałem się „No Sound but the Wind”, czyli delikatnej, nastrojowej ballady opartej niemal w całości na fortepianie i brzmi to… pięknie. Tak samo jak „Counting Spooks”, które jest bardziej rozbudowane aranżacyjnie, lecz zachowujące spokój. Lecz trwa to do połowy, by rozpłynąć się w bardziej tanecznym rytmie.

Na „Violence” grupa łączy melodyjność, gitary z elektroniką oraz miejscami onirycznym klimatem. Tom Smith nadal potrafi czarować swoim aksamitnym głosem, bez popadania w manieryczność. Chociaż bardziej podobały mi się poprzednie płyty Brytyjczyków, to ewolucja grupy budzi szacunek. Editors odnaleźli się na nowo i jeśli ktoś chciałby rozpocząć znajomość z tą grupą, „Violence” będzie idealnym wstępem. Nadal trzymają fason.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Evanescence – Lost Whispers

Evanescence_-_Lost_Whispers

Pamiętacie takie utwory jak “Bring Me to Life” czy “My Immortal”? to najbardziej rozpoznawalne utwory próbującej w gotyckim rocku grupy Evanescence z bardzo charakterystycznym, emocjonalnym wokalem Amy Lee. Po wydaniu trzeciej płyty w 2012 grupa zrobiła sobie przerwę, by po trzech latach powrócić do nagrywania. Ale “Lost Whispers” z 2016 nie jest studyjną płytą, lecz kompilacją.

Ale nie jest to zestaw największych hitów grupy, tylko utwory znane głównie ze strony B singli z poprzednich płyt. Na początek zaś dostajemy świeżynkę, czyli krótkie “Intro” promujące trasę z 2009 roku (okraszone elektroniką) oraz nową wersję “Even In Death” zagrane na fortepian z wiolonczelą, przez co brzmi troszkę patetycznie. I te smyczkowe oblicze, ze sporadyczną ilością gitar, będzie nam jeszcze towarzyszyć jak w niemal kołysankowym “Missing” czy fortepianowe ballady z podniosłym “Breathe No More”. Ale I fani mocniejszych brzmień znajdą cos dla siebie jak siebie jak ostre “Farther Away” czy ciachające riffami “If You Don’t Mind”. I tak mamy tu przeplatankę dźwięków podniosłych (fortepian, smyczki) z mocnymi riffami gitar oraz (nad)ekspresyjnym głosem Amy Lee, które może doprowadzić nawet do bólu uszu.

I muszę przyznać, ze to bardziej rockowe wcielenie przemawia najbardziej oraz gdy dochodzi do złączenia obydwu styli jak w niemal operowo-orientalnym “A New Way to Bleed” czy rozpędzony “Say You Will”, dający kopa. A na koniec dostajemy wyciszający “Secret Door” z porywającymi smyczkami.

Ta dwoistość Evanescence powoduje, że trudno ocenić to wydawnictwo. Z jednej strony bywa zbyt patetycznie, wręcz nie do słuchania. Ale kiedy do gry wchodzi gitara elektryczna jest więcej niż strawnie. “Lost Whispers” ma dwa oblicza, które rozkładają się na te dwie połówki, więc jak ktoś chce posłuchać jednego z tych oblicz powinien przewijać resztę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Europe – Walk the Earth

Europe_Walk_the_Earth_album_cover

Ewolucja jaką wykonał szwedzki zespół Europe jest nieprawdopodobne. Od glam rockowych hiciorów aż do hard rockowych, wręcz metalowych brzmień dokonanej po reaktywacji w 2004 roku. “Walk the Earth” to piąty album po ewolucji grupy, wsparty znowu przez producenta Dave’a Cobba. Czyzby tendencja zwyżkowa grupy miała się utrzymać?

Początek jest dziwnie spokojnym walcem schowanym w utworze tytułowym. Klawisze sprawiają wrażenie wziętych z gramofonu, ale to zasłona dymna przed atakiem godnym Deep Purple, o czym przypominają klawisze oraz bardzo nośny refren. “The Siege” jest szybkie niczym rozpędzone Ferrari, serwując perkusyjne strzały nie cofając się przed niczym, ocierając się o Orient. A im dalej, tym nie brakuje ognia (troszkę podniosły “Kingdom United”), lecz pojawia się jeden moment na złapanie oddechu w całkiem niezłym “Pictures”. Nie brakuje popisów gitarowo-perkusyjnych na złamanie karku (“Election Day” czy “Gto”) czy ciężkich skrętów w strone Black Sabbath (mroczne “Wolves” z fantastycznym solo oraz powoli rozkręcający się “Haze”). Panowie koszą aż miło i cieszy fakt, że nadal mają tego pazura, ale na poprzednich płytach było po prostu więcej ognia. Ten powraca w finałowym “Turn To Dust” z cudownymi organami, przypominającymi troszkę Procol Harum aż do urwanego finału.

Technicznie trudno się przyczepić, ale melodia czasami sie gubi i się nie odnajduje. Wokal Tempesta nadal ma moc, podobnie jak riffy Johna Noruma. Ale “Walk the Earth” to dobry album hard rockowy, tylko dobry. Co prawda i tak jest to poziom dla wielu wykonawców nieosiągalny, jednak apetyt był na coś znacznie większego.

7/10

Radosław Ostrowski