Noel Gallagher’s High Flying Birds – Who Built The Moon?

NGHFB-whobuiltthemoon

Kiedy jeszcze istniał zespół Oasis, to trwały dyskusje kto miał większy wpływ na tworzenie muzyki tej grupy: wyszczekany i pyskaty wokalista Liam czy bardziej skupiony na graniu gitarzysta Noel. Ten drugi od 2010 roku tworzy Noel Gallagher’s High Flying Birds, pokazując i potwierdzając, że kreatywność jest po jego stronie. Po dwóch płytach i drobnych roszadach w formacji (perkusistę Jeremy’ego Staceya oraz gitarzystę Tima Smith zastąpili Chris Sharrock z Gemem Archerem, a także dołączył chórek żeński), muzyk postanowił przypomnieć o sobie trzecim wydawnictwem, wyprodukowanym przez specjalistę od elektroniki, Davida Holmesa. Co tym razem wyszło?

To zdecydowanie najbardziej odjechana, psychodeliczna płyta, ale też najtrudniejsza do przełknięcia w dorobku tej formacji. Że będzie inaczej pokazuje “Fort Knox”, gdzie dźwięki wręcz na siebie nakładają się, atakując swoją atonalnością. Ciężkie wejścia elektroniczno-ambientowego tła, nasilające się smyczki oraz dyskotekowa wręcz perkusja zmieszana z wokalizami, a nawet budzikiem. To wszystko brzmi jak narkotyczny trip, tylko podkręcony do granic wytrzymałości uszu, gdzie jest wręcz przeładowanie. Podobnie, choć mniej agresywnie rzuca się “Holy Mountain”, gdzie wchodzą dęciaki oraz lekko przesterowana reszta, mocno garażowa, ale potrafi chwycić swoim refrenem. Podobnie działa rozpędzony, wsparty przez klawisze, fortepian oraz sekcję rytmiczną “Keep on Reaching”, gdzie przełamanie dają dęciaki. O wiele przystępniejszy jest “It’a a Beautiful World” z minimalistyczną perkusją, “mechaniczną” gitarą a’la The Edge, chociaż Gallagher pozwala sobie na pewne eksperymenty (refren z wokalem odbijającym się niczym echo) czy wręcz odjechany “She Taught Me How to Fly”.

Każdy utwór to inna szufladka, inny klimat i faza. Od bluesowego “Be Careful What You Wish For” z riffem oraz perkusją troszkę przypominającą… “Come Together”, ale jest bardziej niepokojąco (te perkusjonalia w tle) przez bardzo dynamiczny “Black & White Shadows” po instrumentalne dwie części “Wednesday”. Ale nic nie jest  stanie przygotować na “The Man Who Built the Moon”, będący wręcz monumentalnym dziełem, pełnym smyczków oraz klimatu znanego fanom Oasis.

Trudno jednoznacznie ocenić nowe dzieło Latających Ptaków Noela, bo jest najbardziej wymagającym ze wszystkich. Jest przebogata i pełna różnych detali na drugim planie, ale jest też bardziej odjechana, mniej przystępna (przynajmniej na początku) oraz trzeba ją przesłuchać kilka razy, by się przekonać. A wtedy daje się pokazać ze swojej strony.

7/10

Radosław Ostrowski

A Perfect Circle – Eat the Elephant

APC_eat_the_elephant

Poboczny project gitarzysty Billy’ego Howerdela oraz wokalisty Toola, Maynarda Jamesa Kennana był w uśpieniu przez wiele lat. Ostatni album wyszedł w 2004 roku, a od 2011 dopiero wznowiła działalność. I nagle niczym Filip z konopi, wyskakuje APC z nowym, czwartym materiałem. I jak wyszło?

To bardzo progresywne, tajemnicze brzmienie, które ciągle próbuje zaskakiwać. Nawet tytulowy utwór, który rozpoczyna całość, zaczyna się bardzo jazzowo, z łagodnymi dźwiękami pianina oraz perkusji, nabierając z czasem przyspieszenia, chociaż i niepozbawiona piękna (druga połowa), by zapuścić się w nieco mroczniej w troszkę cięższy, lecz dynamiczniejszy “Disilussioned” (ta perkusja oraz chropowata elektronika). Ale półtorej minuty później następuje wyciszenie, gdzie szansę ma wybrzmieć fortepian (pod koniec słychać tylko jego) oraz odbijające się niczym echo wokal. A półtorej minuty przed końcem wracamy do melodii z początku. A im dalej w las, tym bardziej dziwaczne rzeczy: harfowo-elektroniczny “The Contrarian”, pełen przesterowanych dźwięków oraz perkusyjnych popisów “The Doomed”, lekko oniryczne “So Long, and Thanks for All the Fish” czy bardziej art rockowy “TalkTalk”. Nawet wejścia smyczków (“By and Down the River”) nie wydają się przypadkowe.

Pozornie to wszystko wydaje się chaotyczne, a mieszanka różnych styli potrafi się nałożyć na jeden kawałek, co na szczęście nie jest poważną wadą. Nawet instrumentalny “DLB” daje wiele frajdy, chociaż industrialny “Hourglass” może przyprawić o ból uszu, a wszystko zachowuje bardzo mroczny klimat.

“Eat the Elephant” jest na tyle intrygującym albumem, że mimo pozornej melodyjności, potrafi oczarować swoim podskórnym klimatem niepokoju. Nie jest to stricte rockowe dzieło (gitara bardziej odzywa się od połowy), zaś Maynaard jest zaskakująco spokojny, wręcz delikatny. Album ciągle nieobliczalny, zmieniający tempo, instrumenty i rytm, co w progresywnym świecie jest naturalne. Choć niektóre zakręty są wyboiste (triphopowy “Ge the Lead Out”), droga jest słuszna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Arctic Monkeys – Tranquility Base Hotel And Casino

Tranquility Base Hotel And Casino

Ta brytyjska formacja znana była z chwytliwych, rockowych numerów czerpiących ze stylistyki lekko garażowego rocka, a ostatnio nawet ocierając się o psychodelię. Pięcioletnia przerwa doprowadziła do kontynuacji współpracy z producentem Jamesem Fordem oraz znacznie dłuższym tytułem niż poprzednik. Czy coś się zmieniło?

O dziwo… tak. Brzmieniowo jest bardziej retro, wręcz klimat jest rozmarzony niczym w pobocznym projekcie Alexa Turnera – The Last Shadow Puppets. I to sugeruje bardzo odrealniony “Star Treatment”, który toczy się wręcz w bardzo wolnym tempie, ale jednocześnie jest w nim coś hipnotyzującego. Od drobnych uderzeń perkusji aż po lekko oniryczną elektronikę do niemal recytującego wokalu Turnera, mocno przypominającego wczesnego Davida Bowie. Dalej mamy zapętlony fortepian w “One Point Perspective”, gdzie już bardziej czuć rocka, dzięki obecności gitary oraz pojawiającym się w tle smyczkom, kontynuując niepokojący klimat (rozpędzone klawisze z końca) w “American Sports” nadającym na bardziej jazzowych falach. Lekko psychodeliczny (i troszkę przypominający ostatnie dzieła Raya LaMontagne’a) jest utwór tytułowy, gdzie przewija się klawesyn z bardziej wyrazistym basem. Równie mroczny klimat zachowuje pozornie oszczędny “Golden Trunks” z nakładającymi się wokalami, a wybrany na singla “Four Out of Five” ma coś z mrocznego Davida Bowiego, tak jak krótki pozornie łagodny “The World’s First Ever Monster Truck Front Flip”, gdzie spokojnie zapewniają muzycy: “Wciśnij guzik, a my zajmiemy się resztą”, a w tle słychać werble. Podobnie pełne moogowych dźwięków “Science Fiction” skontrastowane ze spokojnym wokalem oraz przestrzennymi dźwiękami gitar z klawiszami. Echa starych Małpek czuć w “She Looks Like Fun”, tylko że bardzo niewiele z nich zostało (poza wstępem), bo reszta to powolne, lekko romantyczne granie zmieszane z popisami klawiszowo-perkusyjnymi oraz przemielonym głosem mówiącym tytuł tego utworu.

Dziwne w tym wszystkim jest to, że mimo kompletnej zmiany stylistyki (z szybkich, czasami garażowych, ale chwytliwych numerów na retrofuturystyczną otoczkę a’la lata 60.), Arktyczne Małpki bardzo dobrze się w tym odnajdują. Bardzo specyficzny klimat, bardziej przesterowane, wręcz przestrzenne dźwięki, dużo elektroniki I spokojniejszy wokal Turnera mogą wprawić w wielką konsternację fanów zespołu. “Tranquility” to zupełnie nowa jakość, ale dla starych fanów może być to przeprawa. Z każdym odsłuchem staje się coraz piękniejsza oraz intrygująca, tylko dajcie sobie i jej czas.

8/10

Radosław Ostrowski

Mike Oldfield – Omnadawn

Mike_oldfield_ommadawn_album_cover

Wczoraj 65. urodziny obchodził Mike Oldfiled – multiinstrumentalista, który jednym albumem zmienił muzykę na zawsze. O “Tubural Bells” napisano wszystko, co można było, ale ja się skupię na trzecim wydawnictwie, czyli “Omnadawn” z 1975 roku.

Tak jak na początku swojej ścieżki muzyk podzielił swój utwór na dwie, długie części. Tym razem jednak poszedł w stronę wręcz folkową, ocierającą się o celtyckie dźwięki. Początek jest bardzo delikatny, z eterycznymi wokalami w tle oraz harfą. Co najbardziej zaskakuje to wykorzystanie przestrzennej elektroniki niczym mgła otaczającej cały utwór. Dochodzą kolejne partie gitar, buzuk, nawet basu, ale spokój zostaje brutalnie zerwany. Wchodzi gitara elektryczna i świdruje uszy zapowiadając burzę pełną werbli, nasiloną popisami gitar wszelkiej maści oraz podniosłych smyczków. Nastrój podtrzymują flety oraz dęciaki, jakbyśmy patrzyli na niesamowite góry, gitara elektryczna zaczyna nabierać cieplejszych barw, by następnie ustąpić miejsca skocznemu fletowi, fortepianowi i buzuce, orzeźwiającej niczym łyk świeżej wody, nabierając większego rozpędu. I wtedy następuje wyciszenie w postaci harfy, fletów oraz delikatnego chórku, wspieranego kolejno przez skrzypce, cymbałki, a także gitarę elektryczną zmieszaną z chórkiem. Chwila zadumy wraca z oszczędną, lecz dynamiczną perkusją oraz mocarnym połączeniem elektroniki z wokalizami, dodającymi wręcz mistycznego ducha, zaś reszta instrumentów wręcz tańczy, dając spore pole dla gitary akustycznej oraz dęciaków w tle, podkręcając wręcz to tempo, by eksplodować solówce gitarowej. Od tej pory grają tylko bębenki, aż do końca.

Druga część zaczyna się bardzo dramatycznym wejściem elektroniki imitującej smyczki, wspieranej przez gitary i przypominając bardziej zapętlony styl Michael Nymana, nabierając coraz bardziej podniosłego charakteru, by w połowie się wyciszyć dając dużo miejsca dla akustycznej gitary, dającej wiele melancholijnego nastroju, a połączenie łagodnego elektryka z dudami robi wręcz piorunujące wrażenie. A na sam koniec dostajemy bardzo kojący flet, skontrastowany przy finale z basem oraz nacierającymi dzwoneczkami, a także bardziej skocznym, irlandzkim rytmem.

A na finał dostajemy… piosenkę, czyli krótkie, akustyczne “On Horseback”, do którego dołącza gitara elektryczna,  śpiewają The Pernhos Kids, podtrzymując klimat całości i potwierdzając wielką klasę Oldfielda multiinstrumentalisty. “Omnadawn” jest wręcz mistycznym doświadczeniem, jakiego nie spodziewałem się od dawna. Spójny, pełen wręcz etnicznego klimatu, zachwycający bogactwem szczegółów. To nie jest muzyka, to wręcz doświadczenie – I nie przesadzam.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

David Byrne – American Utopia

0007931JIUQ5I56F-C122

Dziś 66 lat kończy David Byrne – gitarzysta oraz charyzmatyczny lider popularnego w latach 80. zespołu Talking Heads. Grupa znana z takich hitów jak „Psycho Kiler”, „This Must be The Place”, „Once in a Lifetime” czy „Burning Down the House” już nie funkcjonuje od 1992 roku, jednak muzyk nadal pozostaje aktywny w swojej profesji. Po nagranej płycie z St. Vincent („Love This Giant” z 2012 roku), postanowił przypomnieć o sobie w swoim solowym dziele.

„American Utopia” to część większego projektu multimedialnego „Reasons to Be Cheerful”, mającym na celu danie powodów do optymistycznego nastawienia życiowego w czasach politycznego zamętu oraz problemów ze środowiskiem. Muzyka znów wspiera producent Brian Eno, który zanurzył całość w tak alternatywnym sosie, że już bardziej się nie da. Lekko psychodeliczne w refrenie „I Dance Like This” skontrastowane z pianistyczną zwrotką, może wywołać bardzo silną konsternację, niemniej refren mocno wpada w ucho, swoją pulsacją oraz przesterowanym wokalem. A dalej też nie brakuje eksperymentów: sitarowy początek „Gasoline and Dirty Sheets”, który nagle przechodzi w oszczędną elektronikę, by w połowie polać to odrobiną jazzowej improwizacji na saksofonie. Nie brakuje nawet lekko bluesowo-elektronicznego „Every Day Is a Miracle”, pozwalając na przyjemne bujanie oraz pozytywnego kopa. Kontrastem jest bardzo melacholijny „Dog’s Mind”, pełen przerobionych smyczków oraz ambientu w tle, który wydaje się nie pasować do reszty. Bardziej eksperymentalny jest „This Is That”, wręcz mantryczny, okraszony harfą z oszczędną perkusją, by pod koniec wejść w bardziej popowe rewiry. Ale jeszcze dziwaczniejszy jest „It’s Not Dark Up Here”, mogące stanowić dobry podkład dla raperów (lekko orientalne smyczki, oszczędna perkusja) i pozbawiony wyrazistości „Bullet”, podobnie jak gitarowy „Doing the Right Thing”, który zaskakuje końcówką.

Na finał dostajemy wręcz taneczne „Everybody’s Coming To My House” z tłustym basem i gościnnym wsparciem Samphy, TTY oraz Happy Baara, dodając ognia do tego przebogatego stylistycznie utworu, by zwieńczyć dzieło niesamowitym „Here”, gdzie ręka Briana Eno jest bardzo obecna. Do wokalu Byrne’a nie można mieć zastrzeżeń, tak samo jak skłonności do eksperymentowania, chociaż nie wszystkie utwory robią tak piorunujące wrażenie jak otwierające i kończące tą utopię.

Poza tym jest to bardzo słuchalna, niepozbawiona kilku ciekawych pomysłów muzyka, która jest dość nierówna. Tak samo w tekstach Byrne bardziej stawia na prosty podział i krytyczne spojrzenie na obecną Amerykę. Tylko, że nie proponuje niczego nowego. Innymi słowy, wstydu nie ma, ale chwalić się nie ma za bardzo czym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Limboski – Poliamoria

poliamoria-w-iext52741616

Ten wokalista krążący wokół muzyki korzeni, ze szczególnym wskazaniem na bluesa i rocka, wydawał się artystą bardzo niszowym. Ale Michał Augustyniak, czyli Limboski wyrobił sobie markę wśród fanów. Ale na czwartym swoim albumie wydaje się, ze przebije się do szerszego grona odbiorców w czym pomógł producent Marcin Bors. Całość tym razem nagrano w Berlinie, a nie – jak dotychczas – w Krakowie. Czy to się odbiło na jakości samych piosenek?

To nadal wyprawa ku stykowi rocka i bluesa, ale też najbardziej przebojowa z dotychczasowych płyt. Chociaż psychodeliczny początek (krótkie “Pogrzeb mnie”), pełen nawarstwiających się klawiszy oraz surowych riffów robi niesamowitą robotę. Pozornie prostszy, lecz przyjemniejszy jest “W naszym małym dziwnym mieście” z prostą solówką, ciepłymi chórkami, przypominając rock’n’rollowe numery z lat 60. Znacznie szybsze są “Czarne bramy”, chociaż stylistycznie nie zmienia się aż za bardzo, tak jak w dość mrocznym “W moją stronę”, gdzie perkusja z gitarą tworzą nieprzyjemny duet, zaś klimatu dopełnia fortepian. By jednak było zaskakująco, refren jest bardzo rozpędzony i… pogodny. “Sunie” to powrót do psychodelii polanej elektroniką, kontynuowany przez mroczną “Melancholię”, jakiej nie powstydziłby się Nick Cave, a ten opętańczy wrzask pod koniec będzie prześladował w snach.

Pozornie oszczędne “Serce gołębie”, potrafi chwycić za serducho wokalizami w tle, pełniącymi role pomruku oraz kolejnymi gitarowymi popisami w tle. Folkowo-westernowe “Nie idź tam” pozwala na krótkie złapanie oddechu, a skrzypce brzmią tu przepięknie. Fani mocniejszego bluesa poczują się jak w domu, słuchając jak “Księżyc płonie”, chociaż znowu skrzypce przebijają się na pierwszy plan, grając rewelacyjnie. Nawet lekko jazzowe “Z fantazją” wydaje się spójnym elementem całości tak jak idące w tym samym kierunku “Tu na dole”.

Same teksty, idące w stronę lekko poetycką, nie popadają w błahostki ani nie są przerostem formy nad treścią. Sam Limboski ma taki dość dojrzały wokal człowieka po przejściach, przez co nie wypada w żaden sposób fałszywie. I te teksty o niekoniecznie łatwej miłości potrafią przykuć uwagę, tak jak barwna oraz bogata muzyka. I to czyni “Poliamorię” jedną w ciekawszych, nieoczywistych płyt pozornie popowych.

8/10

Radosław Ostrowski

DonGuralesko – Dom otwartych drzwi

dom-otwartych-drzwi-w-iext51886073

Tego poznańskiego rapera przedstawiać nie trzeba. Debiutował mocnym uderzeniem (“Drewnianej małpy rock”), by zabawić się w lokalnego szamana (“Totem leśnych ludzi”), a ostatnio bardziej zaczął interesować się sztuką (“Magnum Ignotum: Preludium”). Jakie tym razem swoje oblicze zaprezentuje donGuralesko zwany też potocznie Guralem?

Instrumentalne intro “Wew”, w którym coraz mocniej zaczyna wiać oraz lać, nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale połączenie tych dźwięków z basem oraz perkusją wprowadza mocno do przesiąkniętego nostalgiczną elektroniką oszczędnego “Gdybym” (świetna robota Tailor Cuta). Staroświecka “Taka sytuacja” z ciepłymi klawiszami przyjemnie buja i pokazuje, co potrafią Returnersi. Rozbujany utwór tytułowy z prostą perkusją oraz napakowanych dziwacznych dźwiękach rozkręca całą imprezkę, razem z mocniejszą elektroniką. A wtedy wchodzi kolejna ekipa, czyli klasyczni White House. To, co wykonują w “Modern Talking”, “Tratwie Meduzy” czy niemal onirycznej “Wyspie kormoranów” dla fanów oldskulowych dźwięków będzie niczym miód na serce, a duch szamański powraca w magnetyzującym “Parę słów”, gdzie niektórych fraz nie powstydziłby się sam Kazik. Minimalizm powraca także w intrygującym “Poczekaj moment” czy wykorzystujący fragment “Misia” “Cegła w murze”. I wchodzi chyba największy wygłup na tej płycie, czyli braggowe “O’Kruca”, gdzie co niektóre bluzgi zostały ocenzurowane.

Returnersi, White House oraz Tailor Cut wykonują naprawdę świetną robotę, idealnie współgrajac z nawijką Gurala. Gospodarz zaskakująco trzyma bardzo wysoki poziom, a nawijki tak dobrej to od dawna nie miał. Nie brakuje zarówno bardzo błyskotliwych skojarzeń i panczlajnów (“O’Kruca”, “Parę słów”), gdzie obok siebie są Kafka, Smarzowski i Nykiel, ale też dosć trafnej obserwacji świata, ubarwiającego poetyckimi frazami (“Wyspa kormoranów”, “Książki ważkie”).

Na szczęście raper nie przegina, zgrabnie bawiąc się słowem, rzadko dopuszczając się wodolejstwa, więc warto odwiedzić ten dom. To stary Gural w nowym opakowaniu.

8/10

Radosław Ostrowski

Kartky & Emes Milligan – Nowe kino

https%3A%2F%2Fimages.genius.com%2F7ba52ed09384cfdb07e0039558129392.600x600x1

Co by się stało, gdy dwóch młodych wilczków postanowiło połączyć siły? Tak się stało dwa lata temu, gdy dwóch zdolnych raperów z QueQuality – Kartky oraz Emes Milligan zaczęli tworzyć wspólny materiał. Obaj byli po debiutach, skupiając uwagę fanów rapu, mieli bardzo podobną wrażliwość i styl, więc pytanie czy był sens tego połączenia?

O dziwo tak, bo chemia między ziomkami jest bardzo silna, zaś produkcja lawirująca między lightowym bitem, a ciepłymi dźwiękami rozkręca się z każdym utworem. Kawałek tytułowy zaczyna cała imprezę i buja to bardzo przyjemnie, w czym pomagają cykacze oraz wysamplowane wokale, a panowie rzucają skojarzeniami jak szaleni. Pewną zmianę serwuje melancholijny „C2C” (obowiązkowy fortepian), gdzie Emes zaczyna podśpiewywać i radzi sobie nieźle. Dodatkowo między zwrotkami są wplecione fragmenty relacji z walki, podkręcając klimat oraz nawijki dotyczące walki ze wszystkim. Bardziej staroszkolne jest „Zamknij oczy” z mocną perkusją, delikatnymi wokalizami i rozmarzoną elektroniką w tle (końcowe „Polej, przechyl, powtórz” zostanie w pamięci na długo). Potrzebujecie jakiegoś imprezowego hitu? „Need Ya” nagrane z Sarcastem spełni wasze oczekiwania. Szybki, dynamiczny rytm, pełen elektronicznych pasaży oraz przyspieszonym flow obydwu panów, daje prawdziwego kopniaka i wybija się najbardziej. Dziwaczny wydaje się minimalistyczny „Labirynt”, okraszony pulsującymi, ambientowymi dźwiękami czy wręcz atakujący perkusjami „Szelest”, gdzie w tle mamy przyjemną wokalizę, by zaatakować mrocznym „Miastem ślepców”, walącym cięższym klimatem.

Wolne tempo oraz ascetyczna aranżacja „Role Models” może wielu zmęczyć, ale szybka nawijka daje mięsa w tym utworze. Podobnie jak przyspieszony i agresywniejszy „Holy Water” oraz utrzymujący tempo „Nie wiń mnie”. Melancholijne tempo oraz klimat dominuje „Tak blisko”.

Pierwsza co uderza przy przesłuchaniu „Nowego kina” to spójność pod względem klimatu, jak i tematyki, czyli relacji damsko-męskich. Ale nie z perspektywy hustlera czy prawdziwego skurwysyna w mieście, lecz bardziej lirycznie, delikatnie, czasami wręcz intymnie, co nie jest tutaj zbyt częste. Nie brakuje i odniesień do filmów (tytuł zobowiązuje), a pozorna monotonia kryje w sobie więcej dobra niż można to sobie wyobrazić. W to kino warto zainwestować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Adam Strug – Leśny bożek

lesny-bozek-b-iext51929866

Tego znanego etnomuzykologa (badacz muzyki tradycyjnej) oraz wokalistę poznałem bliżej, gdy ze Stanisławem Soyką mierzył się z poezją Bolesława Leśmiana. Ale Strug solowo udziela się od wielu lat i po bardzo ciepło przyjętej “Myszy” wrócił do nagrywania. Rok temu pojawił się czwarty longplay, gdzie tym razem pojawiają się utwory m.in. Leopolda Staffa, Adama Asnyka czy ludowego poety Jana Pocka. I tak narodził się “Leśny bożek”.

Ale najbardziej nieoczywista jest tutaj muzyka, bardzo skręcająca w kierunku wschodnim, ale też bardziej ludowym. Otwierające całość “Dwa księżyce” wybijają się dzięki akordeonowi, trąbkom oraz bogatych detalach na drugim planie. Ta etniczość wnosi wiele świeżości, ale też nie brzmi bardzo “skansenowo”, czego można się było obawiać. Czy to melancholijny walczyk “Puściła po stole”, ubarwiony akordeonem oraz dzwoneczkami, czy bardziej rozpędzony “Ostatni raz”, jakiego nie powstydziłby sie sam Goran Bregović.Swoje pięć minut mają też gitary różnej maści (“Ptasie kłopoty”) czy niemal “uliczne” “Pod moim oknem” z łatwo wybijającym rytm kontrabasem. Osoby wolące posłuchać muzyki dostaną instrumentalnego “Srebrnego”, który idealnie pasowałby na jakiejś wesele, a szukający nutki romantyzmu polubią delikatny “Ranek nad morzem”.

Strug razem z muzykami serwuje kolejną paletę barw, mimo dominacji akordeonu. Muzyk z członkami zespołu tworzy bardzo wyjątkowy klimat, odtwarzając muzykę bardzo zapomnianą, powoli wyciąganą ze strzech. Ze swoim lekko chropowatym głosem pasuje do tego świata, zgrabnie wykonując poszczególne słowa. Niby typowe etniczne brzmienie, ale bardzo przystępne, bezpretensjonalne i nienachalne. To bardzo, bardzo przyjemna płyta, podtrzymująca poziom do jakiego Strug nas przyzwyczaił. Absolutnie godne polecenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojciech Majewski – Nie było lata

nie-bylo-lata-b-iext51369270

Jazz i poezja śpiewana pozornie nie pasują do siebie, ale pianista Wojciech Majewski ma na ten temat odmienne zdanie. Tym razem postanowił się zmierzyć z wierszami Stanisława Grochowiaka, pozapraszał wielu gości, zarówno śpiewających (m.in. Zbigniew Zamachowski, Stanisław Soyka), jak i grających (m.in. Henryk Miśkiewicz, Sławomir Kurkiewicz) i z tej kombinacji powstało “Nie było lata”.

By było jeszcze bardziej poetycko, pojawiają się fragment recytowane przez Wiesława Komasę, pełniącego tutaj role narratora, a niektóre wiersze są wręcz wplecione do piosenki, przez co te fragment nie gryzą się ze sobą. Otwierający całość “Świt” wydaje się wręcz nierzeczywisty, pełen przemielonych dźwięków, wywołujących niepokój i tworzącymi wręcz futurystyczny klimat. Nawet fortepian wydaje się dziwaczny, a wokale gdzieś przebijają się, stanowiąc pokręcony kolaż. Bardziej zdyscyplinowany i melancholijny jest “Kanon”, by przejść do bardziej dynamicznego “Tęsknię” (tutaj błyszczy Janusz Szrom), z bardziej wybijającym się duetem fortepian-kontrabas czy bardzo stonowane, Hammondowe “Mobile” z ciepłym głosem Krzysztofa Napiórkowskiego oraz pięknymi smyczkami. Dla fanów spokojniejszych nut jest “Nad tomem mazurków Chopina”, a szukający lekkiego ożywienia znajdą w “Zaproszeniu do miłości”, gdzie na początek fortepian z klawesynem tworzą intrygujący duet, by sam Majewski mógł zaszaleć czy nerwowa “Bitwa”.

Gospodarz dba tutaj o różnorodność brzmienia, a niektóre fragment (“Świt”, “Zgliszcza”) ocierają się wręcz o awangardę. Problemem może też być pewien przesyt, bo 21 kompozycji (!!!) to sporo, choć niektóre utwory są strasznie krótkie jak “Interlude” (niecałe pół minuty) albo bardzo monotonne. Sytuacje ratują inni wykonawcy naznaczając swoim głosem każdy z utworów (poza w/w jeszcze Magda Umer, Magdalena Różczka recytująca “Ars poetica” czy Zbigniew Zamachowski), pozwalając utrzymać zainteresowanie tą jesienną płytą, która wymaga sporo wysiłku oraz cierpliwości. Inaczej odbijecie się od niej bardzo szybko, a to nie brzmi zbyt zachęcająco.

6,5/10

Radosław Ostrowski