Czesław Śpiewa – Czesław Śpiewa & Arte dei Suonatori

czeslaw-spiewa-arte-dei-suonatori-b-iext48103239

Urodzony w Danii Czesław Mozil to jedna z wyrazistych, wręcz kontrowersyjnych postaci polskiej muzyki. Nie tylko ze względu na swój accent, ale miejscami bardzo gorzkie teksty, co pokazała “Księga Emigrantów. Tom I” (tytuł jednego z utworów: “Nienawidzę Cię Polsko” jest dość jednoznaczny). Tym razem postanowił połączyć siły z barokową orkiestrą Arte dei Sounatori, dodając odrobinę świeżości w tej intrygującej muzyce. I albo to będzie wielki sukces albo spektakularna porażka, do której dołączy piszący teksty Michał Zabłocki.

Pozornie jest to mieszanka barokowego (nie w sensie przesyconego dźwiękami) brzmienia smyczków z bardziej popową produkcją, ale jest to bardzo eleganckie połączenie, co słychać w otwierającym całość “Mam trzy latka” z przepięknym wstępem smyczkowym oraz finałowym popisem skrzypiec, a pośrodku dostajemy elektryczną gitarę. “Na straganie” bardziej idzie w stronę rapu, gdzie smyczki łączą się z akordeonem, a wokal miejscami jest przerobiony cyfrowo. Równie chwytliwa jest krótka “Kłamczucha”, gdzie perkusyjny bit miesza się z “tańczącymi” smyczkami oraz powolny, jazzowo-psychodeliczny “Polak mały”. Także “Na wyspie Bergamocie” coraz bardziej nakręca się aż do mocnego finału. Mroczniej się robi przy klawiszowej “Kaczce Polaczce” oraz bardziej melancholijnej “Lokomotywie”. Nawet “Wlazł kotek za płotek” brzmi dość dziwacznie, z kolei łagodne “Pokłóciły się zwierzaki” tylko pozornie są spokojne, wręcz sakralnie. Oniryczna “Jesień”, gdzie dźwięki odbijają się jak echo brzmi świetnie, a całość kończy “Ach dass ist wasser gnug hatte”, idealnie pasujący do filmów Davida Lyncha, pozornie sielankowy, lecz podskórnie bardzo mroczny.

Tak samo poczucie dualizmu serwują teksty – pozornie brzmiące niczym szkolne wierszyki, ale z tekstów odbija się pokazany w krzywym zwierciadle portret Polaków: buractwo, chciwość, manipulacja, poczucie wyższości, wieczne pretensje. To zderzenie ma w sobie prawdziwą siłę ognia, prowokując do refleksji. Pod warunkiem, że będziecie chcieli się dokopać do drugiego dna.

To połączenie barokowego brzmienia z gorzką refleksją ubraną w ironię, okraszona elegancką muzyką. Czesław z Arte dei Sounatori wystrzelili prawdziwą petardę. Nie da się przejść obojętnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Andrzej Piaseczny – O mnie. O Tobie. O nas

o-mnie-o-tobie-o-nas-b-iext51349982

W zeszłym roku ten sympatyczny wokalista popowy obchodził 25-lecie działalności. Ale zamiast wydania z tej okazji jakiegoś specjalnego wydawnictwa w rodzaju podsumowania, postanowił zaserwować premierowy materiał. Tym razem Piasek zaprosił do współpracy Anię Dąbrowską, która napisała wszystkie teksty oraz sprawdzonego producenta Michała Przytułę, z którym wokalista pracował w latach 90. Co wyszło z tego połączenia?

Bardzo delikatne, popowe dźwięki jakby z niedzisiejszych czasów, o czym świadczą dźwięki perkusji oraz łagodnie wplecionej elektroniki. Obowiązkowy fortepian zmieszano z gitarą elektryczną (“Z popiołów”), troszkę mocniej uderzy perkusja (“Wszystko dobrze”, z troszkę podrasowaną perkusją oraz tłem), wykorzystano elektronikę tworząc intymny klimat (“Na palcach”), bardziej żywiołowy jest utwór tytułowy oraz pełen smyczków “Twój największy skarb”. Jest nawet skoczny popis na gitarę akustyczną (“Cokolwiek potem” oraz bardziej taneczny “God Pride”) i druga połowa płyty jest zdecydowanie ciekawsza brzmieniowo. Ale to wszystko pozostaje w granicach bardzo łagodnego, eleganckiego popu, z jakiego Piaseczny znany jest od wielu lat. Z jednej strony to troszkę zarzut, bo można było bardziej zaszaleć i zaryzykować, z drugiej to brzmienie wydaje się pasować do tego wokalisty jak nigdy.

Same teksty nie należą do prostackich oraz banalnych, ale dotykają emocji, z jakimi najczęściej mamy do czynienia. I robią to w sposób bardzo delikatny, wręcz poetycki, jednak bez przekombinowania, baboli czy dziwacznych metafor. Jest prosto, lecz nie prostacko.

“O mnie. O Tobie. O nas” to kolejny przykład solidnego rzemiosła Piasecznego. Ładne, melodyjne, z niegłupim tekstem, elegancko wykonane oraz zaśpiewane. Tylko i aż tyle. Czasami to wystarczy, a Piaska szanować zawszę będę.

7/10

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – Tischner. Mocna nuta

mocna-nuta-tischner-w-iext52618406

Płyty inspirowane dorobkiem znanych twórców kultury nie są niczym zaskakującym ani nowym. Tym razem postanowiono zmierzyć się z twórczością ks. Józefa Tischnera – jednego z najbardziej oryginalnych polskich filozofów oraz fana góralszczyzny. Siły połączyli basista Raz Dwa Trzy Mirosław Kowalik oraz wokalista Jan Trebunia-Tutka, zapraszając masę gości. Co z tego wyszło?

Muzyka naznaczona góralskim duchem, przemieszana z popowym sznytem. Tytułowa “Mocna nuta” to bardzo zgrabne reggae z mocnym głosem Jorgosa Skoliasa, będącym w opozycji do Trebunii-Tutki, łagodnie bujającego się do tej melodii. Równie lekki, choć bardziej gitarowy jest wybrany na singla “Mietek”, gdzie na wokal wchodzi Muniek. I to piękne solo na gitarze pod koniec – cudowne. Potem wchodzi legendarna grupa Trebunie-Tutki i to aż trzykrotnie, co jest zrozumiałe. Zarówno “Nad przepaścią”, okraszona bębenkami “Godność”, jak i lekko orientalna “Wolność” są najbardziej etnicznymi fragmentami całości. Bardziej nieoczywisty jest “Początek miłości”, mieszająca góralszczyznę z jazzem oraz bardziej karaibską perkusją czy równie urocza bossa nova “Miłość”, gdzie bardzo dobrze się odnalazła Kayah. Od siebie jeszcze polecam bardziej rockową “Mądrość i głupotę” (Skolias) a’la Santana oraz jazzująca “Metafora łaski” Waglewskiego.

I ta refleksyjna kompilacja brzmi dobrze, w czym pomagają teksty, mówiące o obecnym świecie, ale w żaden sposób nie idą w stronę banalnych fraz. Jest to zaiste mocna, chociaż zaskakująco łagodna nuta, dająca sporo także frajdy z samego słuchania. Rzadko się zdarzają się takie kombinacje.

7/10

Radosław Ostrowski

Jack White – Boarding House Reach

Jack_White_-_Boarding_House_Reach_cover_art

Na nowy solowy album Białego Jacka trzeba było czekać aż 4 lata. W międzyczasie wyszło nowe wydawnictwo The Dead Weathers, przypominające najlepsze dokonania tego muzyka. Ale oczekiwania wobec nowego, samodzielnego dzieła nie były zbyt wysokie dla mnie. Czyżby dalej było eksperymentowanie?

Początek jest mocno przesiąknięty elektronicznymi popisami w tle pod postacią “Connected by Love”. Jest rytmicznie, z chwytliwym refrenem (nawet śpiewanym przez chórek) oraz solówką na klawiszach, co mrozi krew w żyłach. Elektroniczna perkusja dominuje też w “Why Walk a Dog?”, ocierając się o bardziej industrialne momenty (mocno przesterowana gitara), ale wszystko wraca ku klasycznemu brzmieniu w “Corporation”, tak ocierającym się o lata 60. oraz 70., że bardziej się już nie da. Zarówno Hammondy, perkusja, jak i gitara tworzą tu zespół naczyń połączonych, chociaż całość jest w sporej części instrumentalna (słowa pojawiają się pod koniec). Musiały się też pojawić element folkowe jak wręcz oniryczny “Abulia and Akrasia” czy wyciszony “Ezmeralda Steels the Show”, ale bardziej zaskakuje obecność psychodelicznych fragmentów w rodzaju “Hypermisophoniac”, zmieniający tempo “Respect Commander” czy rozpędzone, rapowane “Ice Station Zebra”, jakich nie powstydziłby się sam Frank Zappa. Ale czy są jakieś rockowe numery? Taki jest dynamiczny “Over and Over and Over”, czyli popis solówek z wręcz chóralnym zaśpiewem w refrenie i tą dzikość, jakiej należało się spodziewać. Tak samo oparty na pędzącej perkusji rozkrzyczany “Everything You’ve Ever Lerned”.

Muszę przyznać, ze tym razem White chyba znalazł już swój własny język. Nie jest on taki, jakiego się spodziewałem, ale ta mieszanka elektroniczno-psychodeliczna pasuje do niego. I wreszcie jest to melodyjny zestaw piosenek, które potrafią zwrócić swoją uwagę. Zdarzają się pewne drobne kiksy, ale nie jest ich aż tak dużo jak poprzednio. Jestem w lekkim szoku.

7/10

Radosław Ostrowski

Jack White – Lazaretto

Jack_White_-_Lazaretto

Biały Jacek postanowił znowu o sobie przypomnieć po solowym debiucie, licząc na to, że dalej jest na niego hype. Po dwóch latach w 2014 roku rzucił kolejne swoje mięsko w postaci “Lazaretto”, które – znowu – sam wyprodukował. Pytanie, będzie więcej rocka, bluesa czy dalej brniemy w country, ścigając się z Dolly Parton oraz Willie Nelsonem?

Początek – tak jak poprzednik – to klawiszowe popisy w lekko bluesowym “Three Women” przypominający brzmienie z lat 70., gdzie znów instrumenty mają wiele do roboty. Świetne jest pobrudzony utwór tytułowy, gdzie wybija się melodia grana na basie oraz krótki popis… raperski Jacka, a sama melodia w połowie się wycisza, by powoli się nakręcić, na koniec serwując solo na skrzypcach. Niestety, następny w zestawie jest folkowy “Temporary Ground”, który wypada całkiem nieźle (głównie przez solówki fortepianu). Troszkę lepiej jest we wręcz naładowanym elektroniką oraz pianinem “Would You Fight for My Love?”, niepozbawione ostrego grania, a także w lekko psychodelicznym, instrumentalnym “High Ball Stepper”, którego nie powstydziło by się Led Zeppelin. Szybki “One More Drink” też wypada całkiem fajnie, tak jak kolejne pianistyczne cudadło w osobie “Alone in My Home”. A im dalej w las, tym robi się dziwniej I dalej panuje rozgardiasz: od folkowego pitolenia (“Entitlement”) przez mieszankę psychodeliczno-popowego “That Black Bat Licorice” aż do fragmentów rocka, z przewagą tego pierwszego. To ładnie brzmi, ale znowu nie tego się spodziewałem.

White jest w dobrej formie, brzmieniowo jest troszkę lepiej, ale to nie jest taki progres na jaki liczyłem. Po takim gościu jak frontman White Stripes liczę na więcej wywijania gitarami. Może to jest niesprawiedliwe ocenianie, ale taką sobie wyrobił reputację.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jack White – Blunderbuss

Jack_White_Blunderbuss_cover

Ten album przesłuchałem w okolicach premiery, ale postanowiłem do niego powrócić po latach. Jack White był jednym z tych ludzi, którzy spowodowali, ze w XXI wieku rock nadal ma się dobrze i potrafi być świeży. Tak było, gdy działał jako duet The White Stripes. Ale w 2012 roku wydał swój pierwszy solowy album, którego fani oczekiwali jak nowej Ewangelii. Sam też wyprodukował “Blunderbuss” (garłacz) i jak to brzmi po latach?

Otwierające całość “Missing Pieces” wydaje się wzięte z lat 60., co mogą sugerować rozpoczynające utwór klawisze, coraz bardziej rozpędzająca gitara oraz sekcja rytmiczna. I wypada to całkiem nieźle, zwłaszcza finałowe popisy instrumentalne. Fani Stripesów odnajdą się w szybkim, garażowym “Sixteen Saltines” – to, co tygryski lubią bardzo. I nawet ten dziwacznie śpiewający White pasuje do tego zestawu. Odrobinę klimat się zmienia w “Freedon at 21”, gdzie nawet perkusja wydaje się troszkę przesterowana, gitarka się zapętla, a Jacuś… rapuje. Ale od tego momentu gitarę elektryczną zastępuje akustyczna, a klimat idzie w kierunku country. O ile jeszcze “Love Interrruption” jeszcze broni się duetem klawiszowo-klarnetowym, to dalej jest po prostu smęcenie wsparte na gitarze, steel guitar, smyczkach. Pojawiają się pewne fragment przebudzenia jak “Weep Themselves to Sleep” oraz bardziej pobrudzone “I’m Shakin’”, jednak to wszystko za mało. White próbuje eksperymentować, łapiąc kilka srok za ogon. Tylko, że to folkowo-country’owe pitolenie nie jest tym, czego oczekują fani White’a.

Trudno powiedzieć coś złego o grze muzyków, bo ci robią naprawdę zgrabną robotę. White też potrafi wokalem oraz gitarą namieszać, tylko że czuję się wpuszczony w maliny. Owszem, ma swoje momenty i potrafi nawet oczarować (umieszczone w wersji japońskiej “Love is Blindness”), jednak w ostatecznym rozrachunku “Blunderbass” to rozczarowanie. Chyba, ze jest się zapatrzonym w swojego idola fanem White’a, łykającym wszystko, co zrobi. Ta spluwa nie wypaliła.

6/10

 

Radosław Ostrowski

Ringo Starr – Give More Love

RSGiveMoreLove

Od tego tygodnia Ringo Starr nosi tytuł szlachecki, co patrząc na jego dorobek nie jest zaskakujące. Ale jest to na tyle dobry pretekst, by posłuchać osttniego wydawnictwa perkusisty The Beatles, którego wsparł stary znajomy – Dave Stewart. Ringo pozapraszał jeszcze paru gości oraz kumpli, z którymi grywał i tak powstało “Give More Love”. Mieszanka pop-rockowych numerów, ale czy dobra?

Początek to “We’re On The Road Again” – dynamiczne, energetyczne, wręcz lekko bluesowe ze świetnymi riffami Steve’a Lukathera oraz bardzo nośnym refrenem. Po takim pazurze wchodzi spokojniejsze, bardziej taneczne “Laughable”, gdzie najważniejsze są riffy Petera Framptona (z czasem pędzące niczym skoczek narciarski na belce) oraz klawisze, by wejść w bardziej melancholijny “Show Me the Way”, przypominający klimatem utwory z lat 70. czy rozpędone w refrenie bluesisko “Speed of Sound”. Wszystko zaczyna się sypać przy “Standing Still”, próbującym wejść w buty country, gdzie broni się tylko solówki gitary akustycznej, a reagge’owe “King of the Diamond” wpada całkiem nieźle, poza cytowaniem “One Love” Boba Marleya. Trudno przejść przy “Electricity” do refrenu, gdzie wokal Starra zostaje mocno podrasowany cyfrowo, co psuje efekt. Podobnie jest ze smęcącym country “So Wrong For So Long”.

Sam Starr ma przerobiony wokal, by brzmiał bardziej czysto, co jest już obecne od co najmniej dwóch ostatnich płyt. Nadal jednak nie wywołuje to tak wielkiej irytacji, jakiej moglibyśmy się spodziewać. Skręty w inne gatunki nie zawsze satysfakcjonują, a w wersji deluxe są jeszcze dwie nowe wersje utworów, w których Starr macza palce (tak słabe, że warto ich wspominać). Jest całkiem nieźle, czyli tak jak ostatnio. Ma swoje momenty, ale końcówka mocno rozczarowuje.

6/10

Radosław Ostrowski

Katarzyna Groniec – Ach!

ivddku31b3wc

To jedna z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny muzycznej, od lat zawsze idąca własną ścieżką, balansując między piosenką poetycką, ale tworzoną inaczej, nie zawsze kameralnie, intymnie, eksperymentując z brzmieniem bardziej alternatywnym. Przy swojej dziesiątej płycie “Ach!” Katarzyna Groniec serwuje własne kompozycje zamiast coverów, wsparta przez Marcina Borsa (producent), Basię Wrońską (muzyka i niektóre teksty) oraz Macieja Macuka (muzyka). Co tym razem powstało?

Jest szorstko, melodyjnie i mrocznie, co czuć w “Na pół”, gdzie klawisze z perkusją tworzą klimat znany choćby z ostatniej płyty Bat for Lashes, a sama Groniec tutaj wręcz szepcze w tym onirycznym spektaklu. A co utwór, to niespodzianka oraz spory eklektyzm. Akustyczny “Rescue”, gdzie w tle słychać ptaki (przynajmniej na początku), by uderzyć wplecionymi klawiszami. Bardziej rockowe, chociaż delikatne jest “Koko” oraz rozmarzone “Kanaan”, okraszone Hammondami, a mrok wraca w singlowym “Nie kocham”, gdzie perkusja pędzi, a gitara niby się snuje, ale nie jest spokojnie. Pewna sielankowość, wręcz folkowy klimat przewija się w “Końcu”, zaskakując cały czas. Zwłaszcza, gdy w tle są klawisze oraz trąbka, by zostać zduszona melancholijnym “Deszczem”, gdzie po raz pierwszy gra fortepian. Niepokój wraca w podpartym elektroniką “Się rozpłacz”, gdzie pozornie radosny głos wydaje się zgrzytem, rys, by podrzucić perkusyjny bit oraz ambient, mieszając jeszcze bardziej w głowie. Utwór tytułowy też skręca ku elektronicznemu tłu, przypominając troszkę… Massive Attack (nie wierzę, że to piszę), co kompletnie mnie zaskoczyło. Wtedy staje się piękny “Cud”, gdzie wracamy do oniryzmu (klawisze robią swoje, tak samo jak nakładające się głosy Groniec – ten szepczący i melorecytujący w refrenie), by na końcu wrócić do akustycznej gitary w “Goodbye”, kończąc słowami “I don’t wanna die anymore”.

Pani Groniec tylko raz pozwala sobie na większą ekspresję (“Nie kocham”), a reszta jest bardzo śpiewana delikatnie, na granicy szeptu, ale jednocześnie wyraźnie ją słychać, zaś teksty pełne smutku oraz miejscami gorzkich obserwacji, trafiają w punkt. I nawet ten muzyczny eklektyzm, który może początkowo wprawić w konsternację, staje się spójnym elementem całości, pokazując różne oblicza miłości. Ciekawe, nieszablonowe, ale i wymagające doświadczenie.

7,5/10

Radosław ostrowski

Fisz Emade Tworzywo – Numer 1

20180301031556_FET_numer_1_standard_(002)

Fisz i Emade, czyli bracia Waglewscy to jedni z bardziej rozpoznawalnych polskich duetów na scenie hip-hopowej. Chociaż ostatnie lata to bardziej skręt ku muzyce alternatywnej (zaskakująco udany), tym razem postanowili przypomnieć swoje poprzednie dokonania. “Numer 1” to – niestety, albo stety – składanka zawierająca przeboje duetu znanego jako Tworzywo Sztuczne lub Fisz Emade Tworzywo z lat 2000-2011.

Wszystko zaczęło się od surowego, jazzującego “Polepionego” oraz utrzymanego w podobnym tonie “Huraganu”, który jest bardziej minimalistyczny (mimo dźwięków szklanek oraz nalewanego piwa). “Tajemnica” ma w sobie więcej z r’n’b, tak samo jak oparty na fletach oraz klawesynie “30 cm”. Pewną zmianę serwują “Sznurowadla”, gdzie ładnie gra gitara elektryczna oraz drobna elektronika w tle, ale prawdziwa wolta nastała wraz z “Tysiąc pięćset sto gwiazd”. Tutaj elektroniczna fascynacja wystrzeliwuje od tłustszych bitów przez perkusję aż po “przemielony”, miejscami zakrzyczany głos Fisza. Nawet mocniejsze riffy się odzywają, co jest zaskoczeniem. “Deszcz w butach” kontynuuje tą ścieżkę, ale nawet tło jest mocno podrasowane, wręcz oniryczne. Wypadkową obydwu stylów są chwytliwy “Imitacje”, prowadzone przez gitarowy sampel. Powrót do surowego brzmienia serwuje “Jesteście gotowi”, a takżz bazujące na perkusji soczyste “Serce” z bardzo mocnymi panczami.

I kolejna wolta, czyli bardzo delikatne, wręcz rozmarzone “Nie bo nie” z funkową gitarą oraz ciepłymi klawiszami. Tak jak bardzo dynamiczna oraz bogata (dziwnie) aranżacyjnie “Szef kuchni”, którego nie powstydziłby się sam OSTR. Z kolei “Heavi Metal” to niejako powrót do początków, gdzie mamy surową perkusję oraz powrót do podkładów na funkowych kawałkach z lat 70. (gitara, flety, wokale), kontynuowany przez szybki “666” oraz w bardziej rockowej “Najpiękniejszej kobiecie w mieście”. Nawet “Wiosna 86”, choć wydaje się minimalistyczna, ma w sobie dużo energii, rozkręcającej się z każdą sekundą. Jedynym zgrzytem są utwory ze “Zwierza bez nogi”, ponieważ sprawiają wrażenia przeładowanych dźwiękami (utwór tytułowy oraz reagge’owe “Tak to robimy”).

Żeby nie było, że mamy tylko stary stuff dostajemy dwa premierowe kawałki, przypominające stylistyką poprzednie dokonania: oszczędny “Zwykły” oraz bardziej taneczny “Kanterstrajk”. Tekstowo, a także technicznie Fisz potrafi rzucać kwiecistymi metaforami, dowcipnymi frazami czy braggowaniem, z koniecznym wspomnieniem tego, co Emade robi na perkusji. Słucha się tego fantastycznie i jeśli ktoś chciałby zapoznać się z dorobkiem braci Waglewskich, “Numer 1” będzie idealnym wstępem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Julia Pietrucha – Postcards From The Seaside

Postcards_from_the_Seaside

Debiutancka płyta Julii Pietruchy była jedną z niespodzianek ostatnich lat oraz dowodem na to, że śpiewający aktor to nie koniecznie poezja śpiewana czy piosenka aktorska. Zastanawiałem się, czy był tylko jednorazowy wyskok, czy będzie jednak ciąg dalszy. Tydzień temu wyszedł drugi album i, tak jak poprzednik, jest dostępny w całości na YouTube. Jak wyglądają “Pocztówki z widokiem na morze”?

Artystka nie zapomniała o swoim ukulele, które przewija się cały czas. Choć otwierający całość “Sailor” zaczyna się od… wiolonczeli oraz akordeonu, do którego dołącza delikatniejsza gitara z perkusją, tworząc bardzo przyjemny koktajl. Skoczniejsi są “Friends”, oparte na gitarach oraz fajnych (z braku lepszego słowa) chórkach w tle, dając energetycznego kopa. Nawet ten klaskany środek pasuje tutaj, a gdy wchodzą ładne klawisze z dęciakami, można się rozmarzyć. Zmianę wprowadza “Ewka” I nie chodzi o to, ze jest śpiewana po polsku. Odbijający się jak echo fortepianu budzi niepokój, które nie łagodzą dźwięki cymbałków, skontrastowane z “łkającymi” smyczkami w tle. Jeden ze smutniejszych, ale pięknych utworów. “Undo de sea” ma coś ze swingu – dynamiczna gra dęciaków, rytmiczny bas oraz popis perkusji. Powrót do melancholii serwuje zgrabny “Niebieski”, oparty tylko na fortepianie oraz tajemnicze “Medea”, brzmiąca jakby nagrana na starej płycie. Do tego jeszcze wchodzą dziwne perkusjonalia, a także nakładające się głosy, budujące mroczny, lekko “lynchowski” klimat. Mocny kawałek, z pazurem, jakiego się nie spodziewałem tutaj.

To nie jedyna niespodzianka, bo jeszcze jest grany na ukulele… blues ze świerszczami (“Small Town”), gdzie znowu robi się tak ciepło na serduszku, utrzymany w duchu dream popu “Who Knows” (znowu klaszczemy!!) z bardzo ciepłymi klawiszami, a także podparte perkusyjnym “bitem” “Wasted”, na którym skrzypce na początku się wykazują. Cudowne. Tak samo jak rozpędzone folkowe “Nie potrzebujemy nic” czy minimalistyczno-soczyste “Mindless Crime”

Sam wokal Pietruchy nadal jest bardzo delikatny, pełen dziewczęcego uroku, ale też niepozbawiony emocjonalnego ciężaru, co nie jest takie łatwe. Znowu wokalistka sama napisała wszystkie utwory, pokazując zaskakującą wszechstronność. “Pocztówki” są bardziej różnorodne, pokazujące inne oblicze Pietruchy, która niczym kameleon zmienia się, a jednocześnie jest sobą. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak jest. Jestem pewny, że jeszcze będę wracał do tych utworów.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski