Warszawskie Combo Taneczne – Przyznaj się

przyznaj-sie-w-iext38493581

Czy mówi wam coś nazwa Warszawskie Combo Taneczne? To formacja kierowana przez Jana Młynarskiego, która gra i przypomina utwory przedwojennej Warszawy, a dokładniej utwory śpiewane przez ulicznych grajków. Już wkrótce szykuje swój trzeci album, ale ja przypomnę nagrany w 2014 debiut “Przyznaj się”, zawierająca w większości utwory Andrzeja Własta, zmarłego w getcie warszawskim autora ponad 2000 piosenek.

Mamy dość klasyczne instrumentarium, czyli gitarę, mandolinę, kontrabas, klarnet, a nawet… piłę (taką, co ścinania drzew), a całość brzmi jakby grana w jakiejś knajpie czy gdzieś nagrana na ulicy. Czasem po drodze pojawi się jakiś akordeon z saksofonem (taneczny “Wspominałem ten dzień”), ale nawet spokojniejsze numery są zrobione z nerwem jak “Na wolskiej Sali iskry szły”, gdzie jeszcze mamy bardzo chropowaty wokal Anny Bojary w refrenie. Nie zabrakło tanga w postaci “Daremnie prosisz”, krótkiego popisu w minimalistycznych “Były święta u Sztachetów” i “Rum Helce” czy bardziej skocznych pieśni w rodzaju “Warszawo, moja Warszawo” aż po bardziej egzotyczne fragment jak w “La Paloma” z cudną perkusją oraz wręcz płynącą gitarą akustyczną (w podobnym tonie wybrzmiewa utwór tytułowy, tylko bardziej psychodeliczno-melancholijny, gdyż gra tam saksofon), znacznie dynamiczne “Ach, te Rumunki” lub bardziej podniosłe “Serce w plecaku”.

Nie zabrakło też znanych przebojów jak “Siekiera motyka”, poruszająca “Warszawo ma” czy “Bal na Gnojnej”, a to wszystko Młynarski ubiera w takie bardzo retro brzmienie, lecz nie idzie w stronę skansenu. Teksty, od bardziej dowcipnych po wręcz wzruszające pozostają nadal aktualne. Ta ulica nadal żyje, oddycha I funkcjonuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Marlon Williams – Make Way for Love

a0616054986_10

O tym nowozelandzkim gitarzyście grającym folkowe odmiany dowiedziałem się dopiero, gdy został ogłoszony gwiazdą OFF Festiwalu. Był członkiem popularnej w swoim kraju formacji The Unfaithful Ways, by rozpocząć solową karierę. “Make Way for Love” to jego drugi autorski album, gdzie poza śpiewem gra także na gitarze.

Otwierające całość “Come To Me” zaczyna się bardzo delikatnie, jakbyśmy cofnęli się do lat 50., co mocno sugeruje sama jakość brzmienia oraz bardzo łagodnie grajaca w tle gitara elektryczna. A kiedy dochodzą do głosu smyczki, robi się po prostu pięknie. Bardziej dynamiczne, choć w duchu Elvisa jest “What’s Chasing You” z pięknie grającą gitarą, nawet gdy wydaje się wygrywać tylko jeden akord (“Beautiful Dress”, gdzie jest jeszcze fortepiano oraz cudowny chórek). Perkusja przyspiesza w “Party Boy” i rzeczywiście jest bardziej imprezowo, nawet gdy wkracza “chropowata” elektronika, z kolei więcej mroku wpuszcza do siebie “Can I Call You”, gdzie nawet gitara wydaje się grać bardziej złowrogo. Dla poprawy samopoczucia dostajemy melancholijne “Love Is a Terrible Thing” w całości prowadzona przez fortepiano, a klimatem zahacza o Nicka Cave’a. Powrót do brzmień folk/country serwuje “I Know a Jeweller”, w którym przygrywają cudnie smyczki oraz wolniejszy “I Didn’t Make a Plan”. Odrobina elektroniki wchodzi do lekko onirycznego “The Fire of Love”, by wskoczyć do pełnego cudów “Nobody Gets What They Want Anymore”, zaś finałowego utworu tytułowego (rock’n’rollowy walczyk) nie powstydziłby się Father John Misty.

Sam wokal Williamsa bardzo mocno przypomina Elvisa (mocny, wyrazisty oraz zaskakująco liryczny), a klimat dźwięków lat 50. oraz 60. zostaje świetnie ożywiony. Muzyka nie jest bezczelnym kopiowaniem tego, co było, zaś współczesna produkcja dodaje sznytu. Do tego dodajmy niegłupie teksty, tworząc jedną z ciekawszych retro albumów ostatnich lat.

8/10

Radosław Ostrowski

New People – New People

00077V0TKWTEJK67-C122

Określenie supergrupa ostatnio jest mocno nadużywane, ale w polskiej scenie alternatywnej narodził się kolejny project, który można tak śmiało ochrzcić mianem supergrupy. New People wbrew pozorom to nie debiutanci, a grupę tą tworzą: wokalistka Alicja Boratyn (Wicked Giant, ex-Blog 27), basista Jakub Czubak i klawiszowiec Piotr Piechota (obydwaj z The Car Is On Fire), perkusista Aleksander Orłowski (Magnificent Muttley), wokalistka Natalia Pikuła (Drekoty), gitarzysta Jakub Sikora (ZaStary, Crab Invasion) oraz trębacz Hubert Woźniakowski (Eric Shoves Them In His Pockets). Taki team wyruszył z debiutanckim dziełem pod prostym tytułem “New People”.

Tyle ludzi z różnymi zainteresowaniami oraz fascynacjami muzycznymi musiało doprowadzić do bomby, a wyszła bardzo melodyjna, ciepła oraz energetyczna płyta, ocierająca się troszkę o pop z lat 70. Sugeruje to szybki, gitarowy “Better Ways” z przyjemną perkusją na początku oraz bujającym basem. Podobnie, ale bardziej rozkręcające się jest “Rain Talk” z chwytliwym refrenem oraz mocniejszym środkiem, gdzie gitara pozwala sobie na więcej. Wolniejszy “Yoga Lover” zachwyca prostym basem, a także brzmieniem klawiszy. Bardziej dynamiczny jest “Sad Max” (nie powiązany w żaden sposób ze sławnym Mad Maxem), gdzie pod koniec pojawia się trąbka, dodając jeszcze więcej frajdy. Powrót do gitarowego popu daje “Lucky One”, gdzie klawisze, bas oraz funkowa gitara tworzą bardzo zgrany kolektyw, a także najwolniejszy “Cityboys Moonlight Treat”, idący w stronę eleganckiego jazzu z lat 50. oraz 60. czy rozmarzony “New Guy New Town”. Pęd wraca do “Get Right” z popisem basowo-perkusyjnym na początku.

Ta dziwna sklejka, gdzie czuć echa Beach Boys, Belle & Sebastian czy nawet The White Stripes daje bardzo wiele frajdy, a zespół nie zamierza w żaden sposób kombinować. Czar wnoszą śpiewające przez większość czasu duet Boratyn/Pikuła, chociaż panowie też czasem dadzą głos. “New People” warto posłuchać, gdy zrobi się cieplej na zewnątrz, bo album zrobi wam cieplej w serduchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Neuoberschlesien – N.OS

3

Na pewno pamiętacie taki zespół Oberschlesien, który porównywano do samego Rammsteina, tylko śpiewającego po śląsku? Niestety, grupa się rozpadła wskutek wewnętrznych napięć i na jej miejsce powstała nowa formacja NeuOberschlesien. O bytności grupy może wskazywać fakt, że nagrali nowy album nazywany “N.OS” lub “3”.

Czy coś się zmieniło w brzmieniu? Absolutnie nie, co czuć już w tytułowym utworze: jest ostro, mocno, gitarowo oraz elektroniczne, czyli po staremu oraz bezkompromisowo. Równie ciężki, choć bardziej przebojowa jest “Polska” ze świdrującymi klawiszami na początku oraz wplecionym w tekst “Kto ty jesteś? Polak mały”, co robi piorunujące wrażenie. Spokojniejszy (jak na ten zespół) “Kalu” pozwala wziąć oddech oraz usłyszeć w refrenie… Piotra Połacia (albo ja się przesłyszałem), by troszkę podkręcić temperaturę “Innym światem”, a także bardziej mrocznym “Bogiem wojny”, gdzie niepokój budowany jest od samego początku. Równie chwytliwy jest “Plexi Sex”, gdzie klawisze pozwalają sobie na wiele, tak jak w nerwowym “Farcie”. Kompletnie mnie zaskoczył bardziej taneczny “Bez słów” (także śpiewana po polsku, by gorole mogli zrozumieć), ale wszystko to się układa w spójną całość.

Nadal zachwyca wokal Michała Stawińskiego – niski, surowy, wręcz chropowaty, ale bardzo ekspresyjny. W połączeniu z tekstami, niepozbawionymi lokalnego patriotyzmu (“Polska” czy “N.OS”), jak i bardziej osobistymi refleksjami składa się na bardzo interesującą, niegłupią mieszankę. Także dla nie fanów cięższych brzmień, łączących się z bardzo melodyjnymi dźwiękami.

8/10

Radosław Ostrowski

Glen Hansard – Between Two Shores

0006XQFXR9XXY2CK-C122

Bardzo lubię tego irlandzkiego gitarzystę folkowego. Do tej pory nagrał dwie solowe płyty oraz masę z udziałem zespołu The Frames. Czy będzie w stanie zaskoczyć na swoim trzecim, solowym wydawnictwie czy dalej delikatnie będzie brzdąkać?

Sam początek to bardzo dynamiczny, wręcz rockowy “Roll on Slow”, gdzie mamy gitarę elektryczną, dęciaki oraz metaliczny bas. Tak rockowego oraz wręcz agresywnego Hansarda nie słyszałem nigdy, a środkowy riff robi cudowną robotę. Spokój pojawia się już w drugim utworze “Why Woman”, ale gitara elektryczna oraz trąbki zostają. Czasem wejdą organy (wzięty niemal z lat 70. “Wheels on Fire”), wskoczą skrzypce na solo (“Setting Forth”), by przypomniał o sobie stary Hansard w akustycznym “Wreckless Heart” oraz “Movin’ On”. Zaskakujące jest to, ze wszystkie utwory trzymają poziom, Hansard wokalnie jest bardziej ekspresyjny niż zwykle, a melodie są bardziej chwytliwe niż zwykle. Mógłbym rozpisywać się dalej, ale ten album potrafi tak zauroczyć swoimi dźwiękami, kojącymi niczym ciepła herbata po długim pobycie poza domem. Robi się cieplutko na sercu i nie tylko. Wielu może się zniechęcić, bo jest miejscami za spokojnie, lecz ta muzyka jest zbyt dobra, by sobie ją odpuścić. I tak dojrzale wygląda na tek okładce.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lao Che – Wiedza o społeczeństwie

4c147c36-d36f-4793-9db9-4eb58813bdf7

To jest jeden z najbardziej wyrazistych polskich zespołów muzyki alternatywnej, który bawi się słowami oraz gatunkami muzycznymi. Kapela pod wodzą Spiętego została wzmocniona przez dołączenie Karola Goli z Pink Freud oraz wsparta przez producenta Emade postanowiła zająć się nauczaniem. Bo tylko w ten sposób jestem w stanie zrozumieć tytuł “Wiedza o społeczeństwie”.

Muzycy zapowiadali, że pójdą brzmieniowo w lata 80., przerabiając je na swoją modłę, czyli tanecznie, melodyjnie, ale I bardzo refleksyjnie. I na dzień dobry dostajemy “Kapitana Polskę”, gdzie syntezatory z gitarą dają prawdziwego kopa, by potem wskoczyć w ostatnie dokonania… Arcade Fire, polane funkową gitarą oraz trąbką. A żeby było jeszcze fajniej, drugą zwrotkę nawija Fisz (właściwie początek). A potem jest bardziej intensywne “United Colours of Armageddon”, gdzie kolory mają swoje inne znaczenie, by wskoczyć na najbardziej przebojowy oraz – pozornie – najspokojniejszy “Nie raj” z bardzo przebojowym refrenem oraz niemal funkowym basem. Czasy “Prądu stałego/prądu zmiennego” przypomina pełen przesterów i dziwadeł pokroju echa “Gott mit Lizus” oraz psychodeliczno-jazzowa “Liczba mnoga”. Do Jazzombie nawiązuje “Polak, Rusek i Niemiec”, zakręcony oraz postrzelony, gdzie saksofon może się wyszaleć, a pod koniec klawisze brzmią niczym z 8-bitowej gry. Niepokojący jest początek “Snu a’la Tren”, jakbyśmy trafili do dżungli czy pola bitwy (rozmowy przez walkie-talkie, theremin w tle), by coraz bardziej wejść w stronę reggae (ten flet w refrenie), a orientalne “Baśnie z tysiąca i jednej nocki” miażdżą nawijką Spiętego.

Lao Che potwierdza swoją nieobliczalność w tworzeniu muzyki, gdzie dalej kleją rzeczy pozornie niepasujące do siebie: od rocka, rapu przez pop aż po bardziej dancingowe klimaty (“Spółdzielnia”). Spięty w tekstach też niby nie zaskakuje, bo bawi się słowami, wieloznacznościami opowiadając o życiu, imigrantach, polskości, religii itp. A dźwiękowo jest tyle detali, ale nie ma poczucia przesytu muzyki. Jaką poznajemy wiedzę o społeczeństwie po tej płycie? Sami odkryjcie, jednak muszę ostrzec, że za pierwszym razem możecie nie załapać o co chodzi w tekstach. Dlatego warto podjąć wysiłek kolejnego, kolejnego I kolejnego odsłuchu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bonson – Postanawia umrzeć

cd_bonson_postanawia_umrzec_1

Znany i lubiany Bonson coraz bardziej przebija się do świadomości rap-gry. Ale tym razem postanowił zdecydować się na dramatyczny krok. Okładka wyglądająca niczym nagrobek, data urodzin i śmierci, litery takie jak na grobie. No i tytuł “Bonson postanawia umrzeć”. Co się stało? Dlaczego? A może to jest jednak żart?

Tym razem za bity i podkłady odpowiada KPSN. Jest mrocznie, bardzo ponuro i nieprzyjemnie (tytuł zobowiązuje), ale nie brakuje bardziej melodyjnych fragmentów. Sam początek jest bardzo nieprzyjemny, a Bonson chwyt za gardło historią swoich początków oraz przedstawia siebie jako troszkę zmęczonego i pustego w środku, robiącego dobrą minę do złej gry (“z szafki biorąc uśmiech numer 3”), zaś podkład staje się coraz mocniejszy, by uderzyć słowami “nagle postanowiłem umrzeć”. Kolejny utwory to droga ku coraz bardziej postępujemy upadkowi oraz mroczna wyprawa po najciemniejszej stronie człowieka. “Pozory” potrafią zwieść początkiem z ciepłymi klawiszami, gdzie nasz gospodarz opowiada o tym, że jest już dobrze, jak odmieniło się jego życie. Ale to wszystko okazuje się pułapką, zaczynającą się wysamplowaną, “brudną” gitarą, by dokonać oskarżenia, pokazać prawdziwe oblicze, a i bit jest bardziej bezwzględny (wypalenie, powrót do dragów, relacje na portalach społecznościowych). Także surowo-melancholijne “Razy” walą razami zadanymi przez perkusją, gdzie zaczynamy poznawać demony przeszłości: alkohol, “odziedziczony” po ojcu i narkotyki, powoli wsiąkające do życia Bonsona. Linia “W dół” niby wydaje się taka bardzo taneczna, ale to kolejna zmyłka. Tutaj mamy trójkąt emocjonalny: on-ona (z głosem Marysi Starosty)-gorzała, a finał nie może być zbyt dobry. Podobnym tropem idzie “Martwy król”, gdzie dalej widzimy te demony oraz początki drogi artystycznej, gdzie nie brakuje wnikliwej obserwacji. Pojawia się pewna refleksja (“Border”, gdzie dochodzi do pewnego rozszczepienia bohatera czy oniryczny “To tylko wstyd”, ale też bardzo mroczne, zapętlone gitarą “Moi idole nie żyją” ze wspominaniem klubem 27 oraz świetnie śpiewającym Cywinskym), nawet okraszona trapowym podkładem (“Rano”) czy bardzo wnikliwe, niemal rockowe “Chcesz mnie poznać” (tutaj szaleje Roma), ale pozostaje po ostatnim utworze pytanie: co dalej? Zwłaszcza, że ostatnim utworem jest “W dół”, gdzie tym razem słyszymy Justynę Kuśmierczyk (jej słowa są zmienione).

Sam Bonson jest bardzo, wręcz brutalnie szczery, nie pozwalając sobie na jakiekolwiek słodzenie. Nie jest to w zadnym przypadku ekshibicjonizm,ale bardzo inteligentnie poprowadzona wiwisekcja, pełna wyrazistych fraz, które zostaną w pamięci na długo. Technicznie jest bardzo mocny, silny emocjonalnie, zawsze trafiający w punkt, nawet goście są świetni (poza Justyną Kuśmierczyk, mocno odstającą od reszty), dopełniając wizji gospodarza. I pozostaje mieć nadzieję, że “Postanawia umrzeć” nie będzie ostatnim dokonaniem rapera.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pokahontaz – REset

pokahontaz-reset-okladka

Rakim i Fokus jako Pokahontaz zaskakująco dobrze trzymają fason, zachowując dobrą formę oraz grono fanów. Po trzech latach postanowili znów dać o sobie znać, tym razem wspierani przez legendarny producencki duet White House, którzy kasowali swoimi bitami na albumach z serii “Kodex”. Czyli będzie bardzo oldskulowo, ale czy należy to traktować jako wadę?

Samplowane podkłady, mocne uderzenia perkusji, czyli witamy w latach 90. A to zapowiada już świetne, bardzo agresywne z “Z buta w drzwi”, okraszone lekko “egzotycznymi” klawiszami oraz dęciakami. Bas z samplami zgrabnie się uzupełniają w melodyjnym, wręcz skocznym “Nowym rozdziale” i “B.O.” (refren, gdzie panowie skaczą), skreczowanym “Stawiam dziś” (z zapętlonym wstępem) czy funkowym “Nigdy stop”. Ale panowie parę razy zaskakują: zmieniający podkład i tempo “Me nastawienie”, naznaczone odrobinę symfonicznym patosem “Kalendarze” z mocnym, śpiewanym refrenem Tymka (zwrotka też mu zacnie wyszła). Zaskoczeniem jest tutaj “Mętlik”, gdzie czuć ducha dawnego, elektroniczno-futurystycznego Pokahontaz a w “Zerwanych ze smyczy” widać, co grupa potrafi nawet na pozornie ogranym brzmieniu. Swoje robi też pozornie wolny, lekko jazzowy numer “Krzyżówka”, gdzie panowie przerzucają się dwuzwrotkami, bardzo mroczny “Niflheim”, jakby żywcem wzięty z pierwszych “Kodexów” oraz naszpikowany energią “Czarne lustereczka”, gdzie panowie dość mocno atakują współczesny świat cyfrowy (wsparci przez Bob One’a, kradnącego kawałek), by w finale doszło nie potężnego połączenia sił, czyli “404” zagrany z Kalibrem 44. Efekt jest potężny.

Jak sobie radzą panowie? Fokus potwierdza swój techniczny warsztat (pędzący w “Z buta w drzwi” oraz “Czarnych lustereczkach”) oraz siłę panczlajnów, ale Rahim też potrafi parę razy zaskoczyć (“404”, pełen hasztagów “Kalendarze” czy “Me nastawienie”). I “Reset” nie jest w żadnym wypadku archaicznym reliktem przeszłości. To raczej nostalgiczny powrót do przeszłości, ale niepozbawiony dawnego stylu Pokahontaz. Żaden skok na kasę czy droga na łatwiznę. Czy to jest zapowiedź nowego etapu, czy jednorazowy wyskok – czas pokażę. A “Reset” jest pozytywnym impulsem po troszkę przekombinowanym “Reversalu”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Franz Ferdinand – Always Ascending

Franz_Ferdinand_-_Always_Ascending_album_cover_art

Szkocka formacja Franz Ferdinand znana jest z grania takiego rocka do tańca, w duchu brzmień z lat 70. oraz 80. Ostatnio wydali album z zespołem Sparks, lecz doszli do wniosku, że pora wrócić do własnego szyldu oraz brzmienia. Czy na piątym albumie coś się zmieniło, a może będzie pewna zmiana? Była jedna istotna: gitarzysta Dino Bardot oraz klawiszowiec Julian Corrie dołączyli do grupy, zastępując Nicka McCarthy’ego.

Tutaj grupa idzie bardziej w lata 80., a więcej miejsca otrzymuje elektronika. Nadal jest melodyjnie, wręcz pulsujące (tytułowy utwór, choć dość długo się rozkręca) oraz do potańczenia. Jest tylko jedno poważne ale – sporo jest tutaj utworów spokojniejszych, wręcz bardzo delikatnych. Jeszcze “Lazy Boy” potrafi zabujać swoim basem, chwytliwą gitarą oraz mroczniejszymi klawiszami, podobnie jak “Paper Cages” z chwytliwym refrenem. Ale kiedy wchodzi “Finally”, tempo zostaje gwałtownie spowolnione, mimo wpływów rock’n’rolla lat 60., tak jak w melancholijnym, niemal akustycznym “The Academy Award”. To nie jest FF, jakiego pamiętamy, a powraca to w nudnym “Glimpse of Love”. Nawet syntezatorowy, chropowaty “Lois Lane” nie jest w stanie tego uratować. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że brakuje tutaj tej dynamiki i energii, której było więcej choćby w “Right Thoughts, Right Words, Right Action”, gdzie w pamięć zapadły takie “Evil Eye”, “Love Illumination” czy “Fresh Strawberries”. Najbliżej tutaj jest “Feel the Love Go”, gdzie czuć ducha starego Franza, z bogatą aranżacja (klawisze, pianinko, gitara, nawet saksofon się przypałętał), dającą możliwość do podrygów.

Kapranos nadal zapada w pamięć, próbując uwodzić swoim delikatnym wokalem, ale cała reszta jest sporym rozczarowaniem. Nie chodziło o wywrócenie muzyki do góry nogami, lecz tworzenie melodyjnych, tanecznych numerów w duchu starego rock’n’rolla. Rozumiem, że trzeba szukać nowych ścieżek dla siebie, jednak nie mogę pozbyć się wrażenia straty energii oraz tych petard robionych przez zespół. Jest po prostu za spokojnie, za nudno, za wolno.

5/10

Radosław Ostrowski

Simple Minds – Walk Between Worlds

SM-WBW-cover1200

Ta sympatyczna formacja ze Szkocji przypomniała o sobie dzięki płyci “Big Music” z 2014 roku. Nie była to wielka muzyka, ale udany powrót po latach. Jednak w składzie do roszad: formację opuścili klawiszowiec Andy Gillespie (zastąpiła go Catherine AD) oraz perkusista Mel Gaynor (tutaj wskoczyła Cherisse Osei), który zdążył nagrać swoje partie na nowym materiale. Za to do składu wróciła wokalistka Sarah Brown (wcześniej pojawiała się na koncertach) oraz grający na fortepianie muzyk sesyjny Peter-John Vettese. Jak podziałały te zamieszania w składzie?

Otwierające całość singlowe “Magic” sugeruje powrót do brzmień z lat 80., gdzie mamy masę elektronicznych dodatków oraz mocnych popisów perkusyjnych (zwłaszcza w refrenie), spychając gitarę na dalszy plan (refren oraz finał, wręcz mocny). I jest to jedne z bardziej chwytliwych numerów tego wydawnictwa, do którego będzie się wracać. Bardziej przesterowany oraz taneczny jest “Summer”, chociaż na początku trudno przełknąć ten przesyt dźwięków tła. Gitara odzywa się (bardziej) w lekko orientalnej “Utopii” oraz naszpikowanej basami chropowatym “The Signal and The Noise”, gdzie Brown ma szansę się wybić, co robi także w przepełnionym ciepłymi dźwiękami “In Dreams”. Podnioślej, lekko kiczowato (ale bez przesady) jest w “Barrowland Star”, które przypomina brzmieniem… Tears for Fears. Czasami jest troszkę tandetnie (utwór tytułowy, który jest zwyczajnie przekombinowany czy niezłe “Sense of Discovery”), a żeby nie było nudno mamy jeszcze (w wersji deluxe) trzy dodatkowe kawałki.

Kerr na wokalu brzmi bardzo delikatnie, miejscami wręcz jak natchniony, ale nadal wydaje się być niczym młodzieniaszek na imprezie. Nadal ma w sobie energię i pasję, tak jak reszta zespołu. To dobre, pop-rockowe granie w stylu, jakim ta formacja jest znana. Proste myśli nadam mają w sobie wielką siłę.

7,5/10

Radosław Ostrowski