Barbara Wrońska – Dom z ognia

86l93yo55bgo

Dla fanów polskiej muzyki alternatywnej Barbara Wrońska jest (od lat) filarem formacji Pustki oraz siostrzanego duetu Ballady i Romanse. Jednak tym razem wokalistka oraz autorka tekstów postanowiła skoczyć na głęboką wodę i zdecydowała się wydać solowy album. To pozornie łatwe zadanie (przynajmniej marketingowo) zadanie, bo fani na pewno pójdą nabyć.

A co dostajemy? To nie są Pustki, ani Ballady i Romanse. Można odnieść wrażenie, że Wrońska skupiła się na retro brzmieniu, chociaż otwierająca całość “Rozmowa” oparta jest na elektronicznych pasażach, przerobionych głosach, odgłos puszczonej płyty gramofonowej, jakaś męska wokaliza. W połączeniu z enigmatycznym tekstem oraz odbijającym się niczym echo wokalem budzi wręcz surrealistyczne odczucia. Oszczędniejszy jest singlowy “Nie czekaj” jakby żywcem wzięty z lat 60. z cudną elektroniką oraz perkusjonaliami, pełen drobnych detali, dających masę frajdę, by wielokrotnie powtarzać ten kawałek, kończący się instrumentalnym, pełnym melancholii outrem. Po tej rytmicznej jeździe spokój daje “Koniec lata”, gdzie dominuje wolno grający fortepian oraz perkusyjne popisy, by potem oczarować elektroniką z niemal lat 80. w “Nieustraszonych”, któremu bliżej do siostrzanego duetu z bardzo czarującym refrenem. “Abstrakcją” spokojnie mogłaby się znaleźć na ostatniej płycie Julii Marcell (refren), tylko bardziej podrasowana z mocno odjechaną końcówką. Podobnie dziwaczny, chociaż bardziej melodyjny jest utwór tytułowy, pełen mroku oraz przewijających się wokaliz w tle oraz gitary. Skoczna “Prosta droga” czaruje spokojem, skocznością, odgłosami dzieci – bardzo pozytywny i energetyczny. Jedynym niepasującym do tego składu jest anglojęzyczny “Depression” z dziwacznie “przemielonym” męskim głosem. Nawet smutny “Odnajdź mnie” potrafił mnie poruszyć tymi swoimi organowymi solówkami.

Wrońska swoim wokalem przypomina to, co robi w Pustkach, pokazując swoją różnorodność: od delikatności I spokoju po bardziej ekspresyjne momenty, bez popadania w przesadę. Ale prawdziwą perła są tutaj teksty – wieloznaczne, osobiste, opisujące trudne relacje międzyludzkie. Wejście do tego domu może dla wielu skończyć się poparzeniem, lecz takiego doświadczenia trudno zapomnieć. Dopieszczone, dopięte, intrygujące – najbardziej melodyjny album w dorobku pani Wrońskiej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Passenger – The Boy Who Cried Wolf

TheBoyWhoCriedWolf

Michael David Rosenberg zwyczajnie nie odpuszcza i ostatnio, niczym Woody Allen wydaje jedną płytę w roku. Po “Young As a Morning Old As a Sea” przyszła kolej na kolejne dzieło Brytyjczyka. Tytuł znowu jest intrygujący, czyli “The Boy Who Cried Wolf”. Cóż za wilk, po którym trzeba płakać? Sprawdźmy.

Początek gitarowo-mandolinowy w postaci “Simple Song” pokazuje, że niewiele się zmieniło od poprzednika. Nadal to granie folkowe, zdominowane przez gitarę akustyczną, co nie znaczy obecności nudy oraz braku energii. Przyjemna “Sweet Louise” okraszona gitarą elektryczna, a także staroświecko brzmiącymi klawiszami. Tytułowa kompozycja zaczyna się szybko, niczym pędzący wiatr, ale jednocześnie zachowuje swój wręcz intymny charakter. Jednak, by nie było cały czas tak spokojnie wchodzą organowe „Walls”, pełne ciepła, kojących dźwięków fortepianu oraz gitary. To jest takie pastelowe, że już bardziej się nie da, a niespieszny „Setting Suns” utrzymuje klimat całości. Ale dla mnie największym problemem jest monotonia – tutaj piosenki (w przeciwieństwie do poprzednika) są mniej urozmaicone. Czasem pojawi się perkusja, gitara też próbuje być inna niż cała reszta, nawet skręcić w stronę country („Someday” ze steel guitar), odezwie się fortepian, ale to się tutaj zdarza zbyt rzadko. Ważniejszy jest tutaj tekst oraz ten ciepły wokal Passengera.

„The Boy Who Cried Wolf” jest dla mnie, niestety, pozbawionym różnorodności smętem dla najwytrwalszych fanów folku. Trudno odmówić spójności, klimatu czy ładnego brzmienia, ale kompletnie się o nim zapomina. Nie warto płakać nad tym wilkiem.

6/10

Radosław Ostrowski

Passenger – Young as the Morning, Old as the Sea

Young-as-the-Mountain-Old-as-the-Sea-Passenger

Ostatnio pojawia się wielu facetów grających na akustycznej gitarze niby smętne, ale ciekawe utwory. Glen Hansard, Damien Rice, a ostatnio niejaki Michael David Rosenberg aka Passenger. Ten facet wypłynął jakieś sześć lat temu dzięki hitowi “Let Her Go” z czwartej płyty. Ale ja opowiem o albumie numer siedem pod bardzo długim tytułem “Młoda jak poranek, stara jak morze”. Intrygująco brzmi, prawda?

Spodziewamy się dominacji gitary, ewentualnie wspieranej przez fortepian, może jeszcze perkusję. I w zasadzie to dostajemy w otwierającym całość “Everything”, gdzie jeszcze dostajemy smyczki w tle. Bardziej skoczny jest “If You Go” z gitarą elektryczną mającą więcej do powiedzenia i jest bardziej przyjemna. Na podobnym tonie, delikatnego rocka gra też “When We Were Young” oraz dynamicznym “Anywhere” (tam grają też trąbki). Troszkę mroczniej oraz bardziej oniryczne gra “Somebody’s Love” z organowym wstępem, płynną gitarą elektryczną, fletami, a także skocznym fortepianem. Także utwór tytułowy pędzi, choć gra tylko gitara akustyczna, by wyciszyć się oraz popatrzeć na “Beautiful Birds” z gościnnym udziałem Birdy. Mógłbym wymienić następne utwory, ale to się mija z celem, bo są (niestety) podobne do siebie, jeśli chodzi o klimat. Pod koniec coraz bardziej daje o sobie znać akustyczne brzmienie.

Pomaga też bardzo ciepły wokal Passengera, który sprawia wrażenie nigdzie się nie spieszącego, bardzo spokojnie frazującego każde słowo. Fani mogą się także kupić w wersję deluxe z kilkoma utworami w wersji akustycznej. Na krajobraz przed oknem będzie się słuchać idealnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mikromusic – Tak mi się nie chce

tak-mi-sie-nie-chce-b-iext51452320

To jeden z bardziej wyrazistych głosów polskiej sceny alternatywnej. Kierowana przez duet Dawid Korbaczewski/Natalia Grosiak formacja Mikromusic tym razem zbierała pieniądze na realizację swojej płyty, dzięki crowfundingowi, a całość wydali własnym sumptem. Pod tym względem troszkę ironiczny wydaje się tytuł “Tak mi się nie chcę”. Naprawdę im się nie chciało nagrywać czy może jest to zbytnia kokieteria?

Na pewno nie zmienił się mocno styl zespołu, chociaż otwierający całość “Synu” ma troszkę więcej elektroniki niż zazwyczaj, ale pozostaje poruszającym, troszkę melancholijnym (gitara) utworem. Pozornie spokojny wydaje się “Leć uciekaj”, pełen nakładających się gitar oraz szybkiej gry perkusji, stając się coraz bardziej taneczny aż do wejścia metalicznego basu oraz wyciszenia całego zespołu. Podobnie rytmiczny jest tytułowy walczyk, który pod koniec wręcz wybucha. “Koniec zimy” wydaje się dość chłodny oraz zanurzony w popie z lat 80., dając prawdziwego energetycznego kopa pod koniec (mocne riffy), wracając do bardziej spokojnych dźwięków w “Na krzywy ryj”, gdzie przewodzą trąbka oraz flet. Oniryczność pełna elektronika wraca w bardzo lekkim “Tak tęsknię”, gdzie pod koniec zespół przyspiesza i słyszymy tylko eteryczne wokalizy, by wejść do minimalistycznej “Syreny (pieśń żeglarza)” wodzącej za nos bluesową gitarą, by na koniec ubarwić mandolin. “O kolorach” tez ma w sobie dawkę wręcz psychodeliczną, tak jak rytmiczna “Pieśń Panny IV” z pięknym solo na fortepian oraz wręcz akustyczna “Mgła nad stawem”.

A najważniejszą osobą w grupie pozostaje Natalia Grosiak, która swoim niemal eterycznym, magnetyzującym głosem potrafi uwieść oraz zaczarować. O czym zaś śpiewa? O miłości, samotności, rodzicielstwie (“Synu”), czasem w bardzo błyskotliwy sposób (“Syrena”, “Tak mi się nie chce”), pełen poetyckich fraz, prowokując ciągle do myślenia. I mam wielką nadzieję, ze dalej im się tak nie będzie chcieć jak na tej płycie.

8/10

Radosław Ostrowski

Midge Ure – Orchestrated

orchestrated-midge-ure-1159157

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów popu lat 80., frontman legendarnej grupy Ultravox Midge Ure tym razem poszedł w stronę, jaką wybierają muzycy od bardzo dawna. Nagrał album z orkiestrą symfoniczną z aranżacjami autorstwa Ty Urwina, a całość nagrano w Sofii. Jak wypadają orkiestrowe wariacje klasyków new romantic?

Na sam początek dostajemy dostojny, wręcz majestatyczny “Hymn” z mocnym uderzeniem w postaci perkusji oraz smyczków. Wtedy następuje wyciszenie, wchodzi fortepian oraz delikatny głos Ure’a (jedyny w swoim rodzaju), powoli wpuszczając inne instrumenty, by wrócić z tym stylem, znanym ze wstępu. To robi piorunujące wrażenie, tak jak “Dancing with Tears in My Eyes”, będące bardziej delikatne od oryginału, ale posiadające potężny ładunek emocjonalny. Pozornie plumjający “Breathe” ma w sobie mnóstwo ciepła oraz bardzo koi zmysły, w przeciwieństtwie do mrocznego “Man of Two Words” z dudami wplecionymi w refren, a takze prześlicznego “If I Was” oraz zachowującego swój elektroniczny klimat “Vienny”. Nakręcający się, spektakularny “The Voice”. Z całego zestawu warto wspomnieć nową kompozycję “Ordinary Man”, miejscami horrorowy “Death in the Afternoon” (ten wstęp potrafi wzbudzić suspens) czy finałowy “Fragile”.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co Midge Ure potrafi zrobić ze swoim głosem. Nadal magnetyzuje I posiada tyle charyzmy, że można obdzielić dziesiątki wykonawców. Brzmi to po prostu pięknie i żadne słowa nie będą w stanie tego oddać.

8/10

Radosław Ostrowski

Haydamaky & Andrzej Stasiuk – Mickiewicz

Mickiewicz

Jak zaprezentować poezję w taki sposób, by nie była to recytacja na poziomie szkolnej akademii czy skrętem w stronę tzw. poezji śpiewanej? Wielu śmiałków już próbowało (rapowy project “Poeci” czy Sokół mierzący się z Różewiczem albo Buldog) i w tym kierunku wyruszył ukraiński zespół etno-rockowy Haydamaky wsparty przez polskiego pisarza, Andrzeja Stasiuka. Pierwotnie miał to być album oparty na “Sonetach krymskich”, gdzie miał także uczestniczyć zespół Kroke, ale ostatecznie twórcy poszli troszkę szerzej. Co wyszło z tego połączenia?

Stasiuk robi tutaj za poetę, mówiącego albo melorecytującego cały czas, zaś muzycy dodają bardzo dzikie wręcz tło, a wokalista Sasza Jarmoła nawija po ukraińsku. Jak w niemal psychodelicznych “Stepach akermańskich”, pokazując jak za pomocą “etnicznego” instrumentarium wspartego przez trąbki oraz gitarę elektryczną, można zaszaleć. I te fujarki na początku oraz końcu, robią mocne wrażenie. Nie brakuje bardziej rockowych fragmentów (niepokojąca “Burza”, która musi brzmieć mocno czy wręcz metalowa “Reduta Ordona”), by dać chwilę wyciszenia jak w gitarowym, płynnym “Pielgrzymie”, gdzie gitara brzmi wręcz “meksykańsko” czy zmieniającym tempo “Alpuharze”, gdzie do pięknej solówki trąbki wchodzi mocniejsze, rockowe granie, a Stasiuk nawet rapuje i to całkiem nieźle. Melancholijne “Mogiły Haremu” (piękny flet) oraz bardzo rozbudowany “Upiór” grany wyjątkowo oszczędnie brzmi fajnie, z każda minutą się rozkręca, ale Stasiuk próbuje śpiewać i psuje to dobre wrażenie. Za to zaskoczył mnie jazzowe “Bajdary”, jakby żywcem wzięte z Nowego Orleanu oraz lekko bluesowa “Droga nad przepaścią”, nabierający coraz większego pędu.

Kooperacja na pierwszy rzut oka może wydawać się dziwna, nie zabrakło drobnych potknięć, niemniej jest to bardzo udane podejście do MIckiewicza. Wiersze w wersji mrocznej, onirycznej, chwytliwej – do wyboru, do koloru. Jestem całkowicie pewny, że dojdzie do następnego spotkania.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Harry Styles – Harry Styles

HarryStyles-albumcover

Znacie takie sytuacje, gdy członek boysbandu odchodzi z macierzystej formacji i postanawia zacząć swoją nową ścieżkę, tym razem będąc bardziej sobą niż częścią mechanicznego, sztucznego tworu. Taką ścieżkę postanowił podjąć niejaki Harry Styles, którego małoletnie panny znały z niejakiego One Direction. Zebrał producentów pod wodzą niejakiego Jeffa Bashkera (współpraca m.in. z Alicią Keys, Rihanną, Bruno Marsem czy Kanye Westem) i nazwał całość pod wielce oryginalnym tytułem “Harry Styles”. Powiem szczerze, że miałem duże wątpliwości I nie zamierzałem nawet tego krążka kijem dotykać.

Aż do momentu, gdy usłyszałem katowany przez stacje “Sign of The Simes” – utwór brzmiący jakby wygrzebany gdzieś z mroków niepamięci lat 70. z delikatnie prowadzonym fortepianem, smyczkami oraz gitarą. Początek jednak to rozmarzona, delikatna ballada “Meet Me in the Highway”, gdzie wokal brzmi niczym echo. Napędza pozytywnie brzmiąca egzotycznie “Carolina” z cudnie grającymi smyczkami oraz chórkiem w tle, a wszystko przypomina pop-rockowe dźwięki lat dawnych. Czasem skręci w delikatne country (nastrojowe “Two Ghosts”) czy nawet folk (“Sweet Creature”), by zaatakować krótkim, rockowym “Kiwi” oraz “Only Angel” z dreampopowym wstępem. Pozornie taki rozrzut stylistyczny może wydawać się niespójny i chaotyczny, ale udaje się to wszystko utrzymać w ryzach dzięki świetnej produkcji oraz bardzo zmiennemu, dopasowującemu się idealnie wokalowi samego Stylesa.

Wokalista mocno odcina się od swoich poprzednich dokonań, by zaprezentować swoje inne oblicze, czerpiące z dawnego pop-rockowego brzmienia, unikając plastikowości. Ładne aranżacje (te smyczki, gitary) oraz całkiem niegłupie teksty tworzą zaskakująco dojrzały twór. Dobra płyta, z paroma wystrzałami (singlowe numery) i obietnicą czegoś więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dave Kerzner – Static

a0129160493_10

O tym charyzmatycznym muzyku opowiadałem już przy recenzji debiutanckiej płyty zespołu Sound of Contact (nie mogę się doczekać drugiego wydawnictwa, chociaż ostatnio są znowu komplikacje). W między czasie gitarzysta oraz kompozytor grupy, wydał solowy album “New World”, który został dobrze przyjęty. Teraz Kerzner poszedł za ciosem, znowu zaprosił masę gości, m.in. Steve’a Hacketta (gitarzysta Genesis), Matta Dorseya (kumpla z macierzystej formacji), czy Colina Ewina (basista Porcupine Tree) i tak powstał “Static”.

Fani progrockowych dźwięków powinni się ucieszyć, prawda? Początek, to bardzo krótkie oraz oszczędne intro w postaci “Prelude”, które płynnie przechodzi do rozbudowanego, gitarowo-perkusyjnego “Hypocrites”, jakby żywcem wziętego z lat 70. Grany jest bardzo lekko, wręcz przebojowo, perkusja może się wykazać, zaś w połowie wchodzą klawisze, dodając odrobinę magii. Bardziej melancholijny utwór tytułowy łapie za gardło, zahaczając troszkę o Pink Floyd z ładnym fortepianem oraz delikatnymi wokalizami Ewy Karoliny Lewowskiej. Znacznie gwałtowniej jest przy akustycznym “Reckless” z psychodeliczną końcówką. Równie spokojniejszy jest “Chain Reaction”, pełen pozytywnej energii oraz ładnej gitary czy dużo lepszy “Trust” z cudnym solo skrzypiec i pięknym fortepianem. Dziwacznie brzmi pełen sklejonych elektronicznych dodatków krótki “Quiet Storm”, ale gdy wchodzi chropowaty “Dirty Soap Box”, to uderzają soczyste solówki Steve’a Hacketta, przesterowany bas oraz popisy perkusyjne Nicka D’Virgilio z Big Big Train. Podniosły “The Truth Behind” mnie znudził i zmęczył swoimi popisami instrumentalnymi (strasznie hałaśliwymi), a lejący w tle deszcz niczego nie naprawił. “Right Back to the Start” to krótki przerywnik dla przedłużenia czasu, podobnie instrumentalny “Statistic”. Sytuację próbuje ratować bardziej soczysty “Millennium Man”, który spokojnie by wszedł na ostatni album Rogera Watersa, gdyby ten postawił na czad, a “State of Innocence” z cudnie śpiewającymi chórkami oraz troszkę ospała gitara, brzmiąca niczym skrzypce.

Na finał Kerzner postawił na bardzo długi, bo 16-minutowy kawałek “The Carnival of Modern Life”. Na początek dostajemy dziwnie zmieszaną wiolonczelę z elektronicznymi dodatkami, by szybko wskoczyć w jazz-rock zmieszany z psychodelią, gdzie gitara z klawiszami zaliczają coraz bardziej pokręcone solówki, tempo się zmienia jak w rollercoasterze, a w głowie nie zostaje niewiele, poza inspiracją Pink Floydami.

Kerzner wokalnie nadal śpiewa delikatnie, coś pomiędzy Davidem Gilmourem a Stevenem Wilsonem. Jednak problem ze “Static” jest taki, że połowa płyty działa mniej emocjonalnie od reszty. Debiut miał większą siłę rażenia, a tutaj jest troszkę przekombinowania, brakuje pazura oraz mocy w tym wszystkim. Liczyłem na coś więcej, choć jest kilka ciekawych numerów.

7/10

Radosław Ostrowski

Closterkeller – Viridian

rec_viridian_059c89f89dd952

Ta formacja to najbardziej znany polski zespół grający gotyckiego rocka. Od samego początku kojarzony jest z postacią charyzmatycznej wokalistyki Anji Orthodox, gra od ponad 25 lat, a po drodze doszło do kolejnych roszad w składzie (nowy gitarzysta, perkusista oraz basista, czyli Michał Jarominek, Adam Najman i Olek Gruszka). Na kolejną płytę trzeba było czekać aż sześć lat i – zgodnie z tradycją – nosi nazwę koloru. Tym razem padło na “Viridian” (odcień zieleni) i co z tego wyszło?

Wszystko zaczyna się od “Viridiany” – mrocznej, powoli budującej się atmosfery opartej na metalicznym, nisko grającym basie oraz przestrzennych klawiszach. Do tego dochodzą surowe riffy oraz odbijające się niczym echo wokalizy przypominające wręcz syreni śpiew, by w połowie zaatakować mocniejszymi ciosami. I to właśnie obecność elektroniki rzuca się w uszy, co potwierdza “To albo to”, którego egzotyczny początek jest tak przesiąknięty ambientem, że można podejrzewać wytwórnię o podmianę płyty. Fani ostrzejszego kasowania gitarami muszą poczekać do “Król jest nagi” oraz troszkę spokojniejszego “Marcja” (pewnie przez ten fortepian), lecz znacznie mroczniejszy “Pokój tylko mój” miesza siarczyste riffy z podniosłymi smyczkami w tle. Cięższy jest także niemal metalowa, podniosła “Inkluzja”. Mieszankę czadu z melodyjnością tworzą “Matka Ojczyzna”, przestrzenne “Nocne polowanie” oraz wybrana na singla “Kolorowa Magdalena”, by pod koniec zaserwować dwa bardzo rozbudowaną “Studnię tajemnic” i “Strefę ciszy”.

Nadal wrażenie robi magnetyzujący głos Orthodox – nie wiem, jakie są tu moce i czy przypadkiem nie zawarto paktu z diabłem, ale to nadal działa. Nawet, gdy ten wokal gra na bardzo delikatnych tonach, co jest nieprawdopodobne. Dodajmy do tego miejscami poetyckie teksty, to powstaje miejscami baśniowa, miejscami mroczna płyta. Na pewno będę do niej wracał, wracał i wracał.

8/10

Radosław Ostrowski

Quebonafide – Egzotyka

2509_quebonafide_egzotyka_front_cover_queshop

To miał być najambitniejszy album rap sceny roku 2017. Pochodzący z Ciechanowa raper tym razem postanowił zrealizować wydawnictwo, będące zapisem jego podróży po świecie. Każdy utwór to inny kraj, inny klimat, praca trwała dwa lata (były problem z wizą do USA) I to miało być bardzo epickie doświadczenie. Czy warto było czekać na “Egzotykę”?

Początek to prawdziwy bangier od Sherlocka w stylu techno, czyli “Oh My Budda”, gdzie wpleciono jeden z hiciorów lat 80. – “One Night in Bangkok” Murraya Heada mieszając z agresywnymi bitami oraz “orientalnymi” wstawkami. Bardziej refleksyjny i poważniejszy jest meksykański “quebahombre”, przepełniony gitarami. A potem wchodzi niemal oniryczny “Szejk”, gdzie elektronika jest bardziej gęsta niż jakakolwiek zupa, a dodatkowo jeszcze słyszymy jakieś wplecione teksty z pracy nad teledyskiem (chyba). Mantryczna wstawka “Bollywood” wprawia w konsternacje, tak samo jak łagodne dźwięki fortepianu oraz gościnne wejście Czesława Mozila. I ten koktajl tworzy bardzo melancholijny klimat. Bardziej pogodne oraz energetyczne jest brazylijska “Luis Nadario de Lima”, gdzie w tle jest wrzawa niczym ze stadionu. Oniryczny wstęp okazuje się zmyłką do bangerowego “Madagaskaru”, tak samo jak oparta na perkusjonaliach “Changa”, gdzie czuć ducha Afryki (ryk lwa, wokalizy brzmiące niczym odgłosy szamanów). Bardziej szpanerski oraz pełen elektroniczno-perkusyjnych zabarwień ma “C’est la vie”, a “Zorza” porusza bardziej melancholijnymi dźwiękami smyczków i fortepianu. Równie smutne są “Między słowami”, zanurzone ambientem oraz drobnymi wejściami “japońskości”, pokazując samotność. A niewypałem jest dla mnie “Arabska noc”, ale nie z powodu bitu, lecz udziału Wac Toji oraz Solara, rekompensowane chwytliwym refrenem. Podróż do USA ma posmak klasycznego stylu, serwowanego przez The Returnes w “To nie jest hip-hop” z KRS-Onem na gościnnym wejściu w świetnej dyspozycji, a wszystko kończy wręcz transowy “Odyseusz”, będący podsumowaniem całej ekspedycji.

Quebo jest w cholernie dobrej formie wokalnej, nie boi się przyspieszyć czy walić hasztagami, ale też przybliżyć ten świat: biedę, nędzę, beznadzieję, samotność czy hedonizm. Wielu będzie się czepiać, ze raper korzysta z typowych skojarzeń związanych z każdym krajem (aikido, bumerang, Bollywood, kartele), ale robi to w bardzo niewymuszony sposób i tak inteligentnie, że nie można tego odbierać jako wady, nawet gdy pozornie smęci. Tak złożonego projektu jak “Egzotyka” nie spotkacie zbyt długo w muzyce.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski