Krzysztof Zalewski – Zalewski śpiewa Niemena

zalewski-spiewa-niemena-b-iext52306034

Ten album by nie powstał, gdyby nie pewien koncert w Jarocinie. Z okazji 30-lecia występu Czesława Niemena oraz 50-lecia albumu “Dziwny jest ten świat” organizatorzy festiwalu, zaproponowali Krzysztofowi Zalewskiemu występ z utworami Mistrza. Publiczność przyjęła utwory bardzo entuzjastycznie, więc postanowiono całość nagrać ku pamięci potomnych. Zebrano ekipę z gitarzystą Jerzym Zagórskim na pokładzie i tak powstał ten album.

Nie zabrakło najbardziej znanego, czyli “Dziwny jest ten świat” (bardzo minimalistyczna aranżacja) oraz “Jednego serca”, ale wybrano też te troszkę mniej znane pieśni z późniejszego okresu. Wszystko zostało zabarwione w rockowej konwencji z lat 70. oraz 80. Dynamiczna “Doloniedola” z psychodelicznymi solówkami gitary oraz klawiszy, bardziej soulowe “Przyjdź w taką noc” z cudnym saksofonem w tle oraz siostrami Przybysz pełniącymi role chórku czy oparte na pulsującej elektronice “Status mojego ja”, gdzie dochodzi oszczędna gitara. Jest też znany z ostatniej płyty Natalii Niemen “Począwszy od Kaina”, tutaj bardziej delikatny. Równie łagodny, oparty na klawiszach “Kwiaty ojczyste” oraz blisko trzymający się oryginału “Jednego serca”. Lekka psychodelia wraca w oszczędnym “Pielgrzymie”, który w połowie staje się ostrzejszy dzięki gitarom oraz egzotycznie brzmiącym wokalizom, a także w “Spojrzeniu za siebie”, by zakończyć rock’n’rollowym “Domkiem bez adresu”.

Chociaż z tym finałem, to troszkę przesadziłem. Bo na finał dostajemy fragment koncertu z Jarocina i trzeba przyznać, ze na żywo wypadło to fantastycznie. Sam Zalewski swoim głosem, bardzo silnym, naznacza te utwory swoim piętnem, szukając własnego sposobu na każdy z utworów. I robi to znakomicie, dodając wiele energii. A takich tribute albumów chcemy jak najwięcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Rachel Platten – Waves

Rachel_Platten_-_Waves

Kolejny przykład popu zza Wielkiej Wody, gdzie niby mamy uzdolnioną wokalistkę oraz songwriterkę wspartą przez sztab producentów pod wodzą Ryana Teddera i pytanie: Czy jest szansa na stworzenie czegoś godnego uwagi? Miałem wątpliwości.

A pierwsze dźwięki „Perfect for You” wywołały we mnie wstręt, z typowym zestawem w postaci odbijającego się niczym echo perkusji, pstryknięć, cykaczy. Ale kiedy wszedł dyskotekowy bas niczym z dawnych lat, przez chwilkę czułem się lepiej niż myślałem. Także oparty na „pozytywkowych” klawiszach „Whole Heart” wypadł całkiem nieźle. Ale im dalej w las, tym bardziej jest zgodnie ze współczesnym, taśmowym stylem produkcji. Cykający „Collide” z refrenem, gdzie mamy przerobiony głos, pełen poplątanych dźwięków quasi-minimalistyczny „Keep Up” z rapowaną koncówką, przyprawiającą o ból głowy czy oparty na echu „Broken Glass”. Do tego jeszcze te wszechobecne wokalizy i niby fajne takie „zacięcia” wokalne, mające przykuć uszy na dłużej, a wywołują jedynie rozdrażnienie. Poruszyć potrafiłmnie tylko delikatny „Hands” oparty na fortepianie czy troszkę podniosły „Grace”, ale to troszkę mało, by zawracać sobie tym głowę.

Nawet jest taki sobie, bez jakiegoś wielkiego wstydu, ale i zachwycić się też nie bardzo jest czym. To esencja nijakości, którą po odsłuchu zostawiasz oraz nie wracasz. Te fale nie porwały mnie absolutnie.

4/10

Radosław Ostrowski

Paulina Przybysz – Chodź tu

paulina-przybysz-chodz-tu-cover

Pamiętacie taki zespół Sistars? Siotry Przbyszy miały wtedy prawdziwą siłę rażenia, chociaż obecnie mówi się o idącej rockową ścieżką Natalii. Druga siostra, pozostała wierna “czarnym” brzmieniom spod znaku r’n’b oraz rapu. Teraz postanowiła przypomnieć o sobie na trzecim solowym albumie. Podszedlem i…

Poczułem się lekko zaskoczony, gdyż całość leci mieszanką elektronicznych bitów z samplami i/lub instrumentami. Tykająca “Saliva” z harfą oraz basem zapowiada nieuniknione, tworzy poczucie uciekającego czasu. Oszczędna, ale pełna retro-elektroniki “Papadamy” potrafi pobujać, choć organy w połowie utworu połączone z melorecytującą Kasią Nosowską tworzy petardę. Mieszankę jazzowo-orientalno-soulową tworzy “Buy Me a Song” z bardzo delikatnym wokalem w zwrotkach oraz przyspieszonym tempem po minucie (te solo smyczków w tle!!), by wskoczyć do minimalistycznych “Dzielnych kobiet”, okraszonych wręcz orientalnymi wstawkami w podśpiewywanym refrenie. Podobnie, choć łagodniej buzuje “Drewno” z bardzo fajnie grającą perkusją, wybrany na singla klasyczny “Pirx” z nawijanym finałem czy lekko “japoński” w brzmieniu “Kumoi”. Takie egzotyczne naleciałości przewijają się także w zabarwionym jazzem “No Entrance”, a “System” uderza swoim futurystycznym tłem.

Paulina wokalnie tutaj lawiruje między delikatnym śpiewem, a rapowaniem oraz między językami polskim i angielskim. Ale ku mojemu zdumieniu robi to tak płynnie, że nie jestem w stanie wyjść ze zdumienia. Tak samo lawiruje między tematami (rodzina, kobiecość, codzienność), przez co jest absolutnie nieobliczalnie, a muzyka daje jej dużo pola do popisów. Podejdziecie i zechcecie posłuchać?

8/10

Radosław Ostrowski

Maynard Ferguson – Body and Soul

41X9DZS6GYL

Jazz śpiewany, a jazz instrumentalny to dwie różne półki. Popisy instrumentalne różnych muzyków dla słuchaczy mogą być dość męczące. Ale nawet na tym polu zdarzają się wyjątki jak kanadyjski trębacz Maynard Ferguson. W 1986 roku nagrał album „Body and Soul”, a dwa lata temu wznowiono to wydawnictwo. Czy po latach się potrafi obronić?

Fergusona wsparli koledzy, m.in.: trębacz Wayne Bergeron, klawiszowiec Todd Carlon, basista Dave Carpenter, gitarzysta Michael Higgins oraz perkusista Steve Fisher. Na początek dostajemy energetyczne „Espresso”, pokazujące jak wielką siłę potrafi mieć kawa po wypiciu: pędzące na złamanie karku popisy trąbki z saksofonem, „strzały” dęciaków, łagodzące klawisze to wszystko tworzy mieszankę wybuchową. Bardziej rozmarzony jest utwór tytułowy, z mocniej zaznaczonym basem oraz dużo silniejszą solówką Maynarda. Przy „M.O.T.” bardziej czuć rockowy posmak, a także większą obecność klawiszy, co dodaje klimatu. Także bardziej egzotyczna samba „Mira Mira” przyjemnie buja, tak samo jak taneczny „Last Dive”. Chwilę spokoju daje nam lekko „orientalny” „Beautiful Hearts” z bardzo przyjemnym fortepianem oraz pięknym fletem, by znów porwać do tańca w funkowym „Central Park” oraz bardziej soft-rockowemu „Flight 108”.

Najbardziej zaskakuje fakt, że pomimo 30 (nawet więcej) lat na karku, „Body and Soul” ma w sobie wiele energii oraz świeżości. Czuć brzmienie epoki (klawisze), ale to wszystko ma w sobie wiele mocy, energii oraz pazura. Ferguson na trąbce potrafi uwieść, gra z pazurem, zaś muzyka przyjemnie buja i chce się więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

One – Świat świętych krów

swiat-swietych-krow-b-iext36412030

Czasem zdarza się tak, że bardzo młodzi wykonawcy grają bardzo starą muzykę. Tak postanowił zrobić gitarzysta Adam Malicki, który swoją pierwszą płytę nagrał w wieku 16 lat! Takie były początki One, który trzy lata temu rzucił swoim fanom drugi materiał. Tym razem muzyka wsparli wokalista Adam Wolski (Golden Life), perkusista Jeff Bowders (Joe Satriani), gitarzysta Paul Gilbert (Mr. Big), a jakością brzmienia zajął się Jun Murakawa (współpraca m.in. z Nine Inch Nails oraz Soundgarden). Z takim składem to musiało wypalić.

Brzmi to surowo, prosto, ale też bardzo energetycznie, co czuć już w utworze tytułowym. Mocne uderzenia perkusji, siarczyste riffy, czasami diablo rozpędzone, godne takich klasyków jak AC/DC czy Def Leppard (hard rockowe „Bramy nieba”). Bywa też i mroczniej jak w powolnym „Sezamie mój”, który zmienia tempo w połowie, ale to rzadkie chwile spokoju. Najważniejsze jest tutaj mocne, siarczyste granie Malickiego, brzmiącego niczym prawdziwy zawodowiec. Nie ważne czy to stadionowa „Krew mojego miasta”, niemal purplowskie „Cesarstwo zła”, bardziej funkujący „Hołd”, gdzie bardziej wokalista rapuje niż śpiewa czy soczystego bluesa w postaci „Wezwania”. A chcecie sprawdzić jak brzmią na żywo? Wystarczy włączyć rock’n’rollowy „Po prostu my”.

Taki staroświecki rock nadal jest w cenie, a popisy gitarowe Malickiego czynią go jednego z najmłodszych rockmanów w naszym kraju. Wokal Wolskiego świetnie pasuje do takiego ciężkiego grana, chociaż czasami teksty nie powalają na kolana. Niemniej warto zwrócić uwagę na tą formację, która zaznacza swoją obecność na rockowym panteonie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maleo Reggae Rockers – Wake Up!

0004U1IBJ1HFMWQW-C122

Rzadko słucham muzyki reggae. Nie dlatego, ze mi się nie podoba, ale wszyscy wykonawcy zlewają mi się w jedno. Niemal wszystko brzmi tak samo, jeśli chodzi o instrumentarium, jak też o tempo. Ale są tacy, którzy próbują iść swoją ścieżką, wykorzystując element tego brzmienia po swojemu. Tak próbuje działać Darek Majelonek z formacją Maleo Reggae Rockers na swojej ostatniej płycie z 2015 roku “Wake Up!”. Czyżby miało nastąpić przebudzenie?

Początek jest spokojny, by nie rzec klasyczny w konwencji, czyli przyjemnie bujający “Oh Wicked Man”. A dalej jest jak Pan Bóg przykazał czy raczej Haile Selasje. Spokojne tempo perkusji, “ciachająca” gitarka, czasem ubarwione perkusjonaliami (“Więcej światła” czy oszczędne “Niech ogień płonie”), smyczkami (“Muszę iść”), Hammondem (klasycznie “Nie tak”), solówką trąbki (“Niech ogień płonie”) czy troszkę pędzącą gitarą (“Dziewczyna ze stali”). Bardziej w tym gatunku liczy się pozytywny przekaz, refleksyjne teksty oraz wokalna charyzma. O sile miłości, korzystaniu z życia, zgniłym świecie, karmie itp.

Sam Majelonek śpiewa tak, jakby urodził się na Jamajce i jest to zaleta. Mimo, że “Wake Up!” nie wymyśla prochu od nowa, to jednak słuchanie “Wake Up” dało sporo frajdy oraz energetycznego kopa. Czasami to wystarczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Lisbeth Scott – Bird

Bird_cover_art

Ta uzdolniona wokalistka i autorka tekstów znana jest z tego, że wielokrotnie śpiewała piosenki tworzone do filmów, współpracując z takimi kompozytorami jak John Williams, James Newton Howard czy Harry Gregson-Williams. Sporadycznie te utwory są też wydawane na albumach, których wyszło sporo od lat 90. Trzy lata temu powstała ostatnia płyta tej artystki “Bird”. Jak się lata?

To mieszanka spokojnego popu, ku kontemplacji. Taki jest delikatny, idący ku folkowi oraz country “Beautiful Disaster”, przepełniony gitarami jak tylko się da, a jednocześnie bardzo lekki. Bardziej rockowy jest “Good to Me”, mieszając wręcz eteryczne brzmienie z bardziej wyraźnymi riffami. Ale dominuje tutaj spokój oraz bardziej subtelne dźwięki: lekko westernowe “One Last Time”, roztańczony fortepian w lirycznym “Just Like Rain” czy pełnym akustycznej gitary “Let It All Go”. Nie mówiąc o mandolinowym, skocznym “So In Love” oraz mieszającym chórki z folkiem “Spare Me”. Wszystko zwiewne, urocze i śliczne, czasami nawet rozpędzone (początek “Still Feel Fine”), ale bez przesady.

Podobnie delikatny jest wokal pani Scott, rzadko pozwalający sobie na momenty ekspresji (finałowe “Hallelujah” Leonarda Cohena, zaskakująco nijakie). Czy ta ptaszyna będzie w stanie się wzbić wyżej? Nie jestem tego pewny, a czas można spędzić przy słuchaniu innych albumów.

6/10

Radosław Ostrowski

Joe Satriani – What Happens Next

Joe_Satriani_-_2018_-_What_Happens_Next

Dawno nie było instrumentalnej muzyki gitarowej. A ostatnim takim macherem w kasowaniu riffami konkurencji stał się legendarny Joe Satriani. Ten łysol w okularach robi z gitarą to, co niejeden facet z dziewczyną – i nie chodzi mi o picie herbaty oraz jedzenie ciasteczek. Do nowego materiału dokooptował Chada Smitha (perkusista Red Hot Chili Peppers), Glenna Hughesa (basista Deep Purple oraz wokalista Black Country Communnion) i Mike’a Frasera (producent), by zrealizował kolejny album pod tajemniczym tytułem “Co będzie dalej”. Co wyszło?

Wiadomo, ze będzie mocno, agresywnie, soczyście oraz hardkorowo. Już otwierający całość “Energy” sugeruje, czego należy się spodziewać – solówki są bardzo melodyjne, rytmiczne, a jednocześnie bardzo, bardzo ostre. Troszkę chropowate, wręcz przesterowane jest “Catbot”, gdzie bardziej wybija dziwacznie brzmiący bas, by pod koniec wejść w bardziej podniosłe tony oraz dać pole do popisu dla fortepianu. W “Thunder High on the Mountain” gitara troszkę brzmi jakby wzięta z “Thunderstrucka”, monotonny rytm wali perkusja, by po minucie kompletnie zmienić tempo, dorzucając bardziej do pieca, by wrócić do początku. Spokojniej przygrywa “Cherry Blossoms”, gdzie Satriani łagodzi tempo, w tle plumkają smyczki, a w połowie riffy stają się bardziej “płaczliwe”, podkręcając tempo do granic ostrości. Równie łagodniejsze jest “Righteous” z lżejszymi uderzeniami perkusji oraz rozpędzonymi w połowie riffami oraz bardziej zbliżone do Carlosa Santany “Smooth Soul”. Na złamanie karku rusza szybki niczym TGV “Headrush”, przyjemnie bujający “Looper” oraz długaśny energetyk w postaci “Super Funky Badass” czy bardzo hałaśliwy (na początku) “Invisible”.

Satriani może i troszkę cofnął się w czasie, ale nadal gra po prostu fantastycznie, by porwać słuchacza swoimi solówkami. Sekcja rytmiczna dotrzymuje kroku solisty, pędzącego czasami na złamanie karku. 62-letni gitarzysta budzi respekt, a jednocześnie przeraża. Bo skoro w tym wieku tak kosi, to aż strach myśleć, co się dalej wydarzy.

8/10

Radosław Ostrowski

Beth Hart & Joe Bonamassa – Black Coffee

Beth-Hart-and-Joe-Bonamassa-Black-Coffee-1-1200x1200

Ten wokalno-gitarowy duet pracował już dwa razy. Ona z głosem jak dzwon, porównywana do samej Janis Joplin, on młody, 40-letni (obecnie) mistrz gitary barwiącej całość bluesem. Jest jeszcze ten trzeci – producent Kevin Shirley, który współpracuje z tą dwójką nie od wczoraj. Ostatnie takie połączenie było 5 lat temu, więc ktoś doszedł do wniosku, że trzeba się znowu spotkać. Tak się narodziło “Black Coffee”.

Początek to soczyste riffy sklejone z dęciakami w postaci “Give It Everything You Got”, które mogłoby się spokojnie znaleźć w “Seesaw”, mimo coraz mocniejszych, szybkich, ostrych solówek. Pozornie wolniejszy, ale bardziej soczysty jest “Dam Your Eyes”, gdzie dochodzi jeszcze grające w tle fortepian, budujący klimat dawnych spelunek. Petard jest utwór tytułowy, gdzie jedynym zabarwieniem jest chórek śpiewający w tle. Pianinko w tle jeszcze będzie się przewijać jak w bardzo delikatnym “Lullaby of the Leaves”, kończące się siarczystymi riffami Joe czy  “Why Don’t You Do Right”. Nie zabrakło nawet miejsca dla skocznego rock’n’rolla w postaci rozpędzonego “Saved”, który nie gryzie się z całą bluesową ferajną. I nawet ten fortepian z dęciaki nie wywołuje zgrzytu, skoro jest to zabarwione tak ostrymi, smakowitymi popisami gitarowymi Bonamassy. Mógłbym dalej wymieniać utwory, ale to jest kompletnie bez sensu, bo wszystko stoi na wysokim poziomie.

Gitarowe popisy mistrza Joe, połączone z siarczystym, energetycznym wokalem Beth Hart tworzy bardzo mocną kombinację dla fanów blues-rockowych klimatów. Czasem zabuja, załagodzi, ale też uderzy z całej siły. Niczym tytułowa czarna kawa, która smakoszom powinna przypaść do gustu.

8/10

Radosław Ostrowski

Daniel Cavanagh – Monochrome

DanCav-Monochrome-sml

Czy są tu obecni fani Anathemy? Dorobek tej progresywnej formacji z Anglii robi ogromne wrażenie, a siłą zawsze był wokal oraz kompozytorskie umiejętności Daniela Cavanagh. Muzyk tym razem postanowił nagrać solowy album po wydanej w zeszłym roku udanej płycie “The Optimist”. Czyżby dalej było kontynuowane brzmienie progresywne?

Otwierający całość “The Exorcist” spokojnie mogłoby się znaleźć na ostatniej płycie Anathemy, chociaż jest mniej gitarowy niż by się mogło spodziewać. Delikatny fortepian, zapętlone klawisze zaznaczające lekko swoją obecność, wreszcie wchodzi gitara akustyczna bardzo niespieszna i grająca od niechcenia, z czasem jednak te instrumenty zaczynają nabierać na sile, by pod koniec strzelić mocniejsze, podniosłe solo na elektryku. Równie tajemniczo, chociaż bardziej zwarty jest “This Music” z nieco organowym tłem, pełnym krótkich wejść gitary oraz cudnym głosem Anneke Van Giersbergen. Równie podniosły jest “Soho”, który bardzo powoli rozkręca się, by w finale wyciszyć się, dając miejsce dla przestrzennej elektroniki. I wtedy wchodzi prawdziwy kolos w postaci “The Silent Flight Of The Raven Winged Hours”. Zaczyna się od gwałtownej grze na fortepian oraz skrzypce, by potem dać moment spokoju, by podkręcić aurę monotonnymi (pozornie) dźwiękami perkusji, gitary akustycznej oraz przemielonych odgłosów Mooga, zagłuszających nawarstwiające się słowa gdzieś w tle. A kiedy wydaje ci się, że zaraz zapadniesz w sen, gitara bardzo mocno świdruje uszy razem ze skrzypcami. Potem wchodzi miniaturka “Dawn”, rozpędzona niczym diabli. A na koniec dwa długie utwory: powolny oraz spokojny “Oceans of Time”, który staje się coraz bardziej podniosły, a solówka jest bardziej kojąca niż jakakolwiek kołysanka. Podobnie gra “Some Dreams Come True” z ładnym fortepianem, szumem morza, odgłosem dziecka oraz poruszającymi smyczkami.

Więcej jest tutaj kompozycji instrumentalnych, co daje sporo przestrzeni dla muzyków. Cavanagh rzadko śpiewa, ale zawsze angażuje. To zestaw pięknej muzyki, która intryguje, zaciekawia oraz daje sporo powietrza, absolutnie inna od Anathemy. Monotonna? absolutnie nie.

8/10

Radosław Ostrowski