Black Rebel Motorcycle Club – Wrong Creatures

c67480db-d724-424b-b02c-d4184c1f0211

Na początku wieków to amerykańskie trio było mega popularne, a grupa pod wodzą Roberta Levona Beena w swoim kraju otoczona jest wiernym gronem odbiorców. Ci musieli czekać pięć lat na nowe wydawnictwo, które zaspokoi ich apetyty na garażowe, grunge’owe granie. Więc powinno być brudno, ostro oraz głośno?

Początek w postaci będącego intrem “DFF” jest pełen mroku, nakładających się głosów oraz oszczędnej perkusji, przypominającej uderzenia bębnów, by przejść do środka chropowatości zmieszanego z agresywniejszym country, czyli “Spook” oraz dość mrocznie brzmiącą elektroniką w tle, pełnym przesterów “King of Bones”. Dziwnie melodyjny to utwór, ale potem wszystko spowalnia w “Haunt”, brzmiącym niczym senny koszmar, co jest spowodowane bardzo specyficzną grą gitary. Bliżej do Lou Reeda jest dziwnie eteryczne “Echo”, chociaż w refrenie odzywa się mocniejsze uderzenie perkusyjno-gitarowe. Równie melancholijne jest “Ninth Configuration”, przynajmniej na początku, by coraz bardziej się rozkręcić swoje hałaśliwe gitary. Na podobnym tonie wygrywa “Questions of Faith” oraz najbardziej oniryczny w całym zestawieniu “Calling Them All Away”. Czy to znaczy, że nie ma szybszych, bardziej żwawych numerów? Jest bardzo “pobrudzony” “Little Things Gone Wild”, z drugiej dziwaczny “Circus Bazooko” ze skoczną, niemal “cyrkową” elektroniką.

Trudno odmówić całości klimatu, pełnego mroku, brudu zmieszanego z melancholia, chociaż melodię troszkę szlag trafił. Także bardzo eteryczny, wręcz wycofany wokal Beena może wprawić w konsternację. Bliżej jest tu klimat to garażowych brzmień lat 90., a dość długi czas trwania utworów wielu może zniechęcić. Czy te kawałki nadają się do jazdy na motorze? Sami spróbujcie się przekonać.

7/10

Radosław Ostrowski

Dolores O’Riordan – No Baggage

No_Baggage_-_Dolores_O_Riordan

Minęły dwa lata, debiut rozszedł się w całkiem przyzwoitym nakładzie (350 tysięcy egzemplarzy), więc trzeba było pójść za ciosem. Składu nie zmieniono, stylistyki też nie, więc czy druga (i ostatnia) solowa płyta mogła dorównać – albo przebić – debiutowi?

Pozornie nic się nie zmieniło, chociaż otwierający całość “Switch Off the Moment” ma lekko bluesowe zacięcie (ten bas oraz perkusja). Ale gitara nadal jest mocna i hałaśliwa, a tempo chwytliwe. Pełen zadziorności jest też “Skeleton” oraz pozornie spokojny “It’s You”. Pojawiają się jednak pewne nieoczywiste element: etniczna perkusja (początek “The Journey” czy wycofany “Stupid”), mocniej wyczuwalny bas (mroczne “Be Careful”), orientalne flety (“Throw Your Arms Around Me”), nawet klawisze są takie cieplejsze (“Fly Through”). Jest też inna, bardziej rozmarzona wersja “Apple of My Eye” czy grana na fortepian “Lunatic”. Tylko, że to wszystko wylatuje z ucha szybciej niż powinno, co jest przynajmniej zagadkowe.Pozornie jest bardziej gitarowo i rockowo, ale też bardziej nijakie, więcej tu hałasu niż melodii.

Chociaż Dolores też się stara jak może, parokrotnie czarując swoim głosem, to jest za mało, by skupić uwagę na dłużej niż tylko jeden odsłuch.

5/10

Radosław Ostrowski

Dolores O’Riordan – Are You Listening?

Are_you_listening_cover

15 stycznia tego roku dotarła smutna wiadomość: zmarła Dolores O’Riordan, frontmanka bardzo popularnej w latach 90. formacji The Cranberries. Artystka pracowała nad nowym materiałem, którego raczej już nie usłyszymy. Jednak zamiast opowiedzieć o albumach zrealizowanych z macierzystą formacją, bardziej się skupię na solowych dokonaniach. Kiedy w 2003 roku, The Cranberries ogłosiło koniec działalności, wokalistka postanowiła spróbować swoich sil jako solistka I w cztery lata później światło dzienne ujrzał album “Are You Listening?”, który wyprodukowała wspólnie z Danem Brodbeckiem. Co wyszło z tego połączenia?

Chwytliwe “Ordinary Day” z melancholijną gitarą promowało całość, utrzymaną w stylu pop-rockowym. Chwytliwe, energetycznie i z pazurem. Podobnie, choć mocniej daje “When We Were Young”, gdzie gitara jest bardziej głośna. I wtedy następuje uspokojenie w postaci bardzo delikatnego “In The Garden”, z ciepłą elektroniką, smyczkami, tworzącymi wręcz bajkowy klimat, który zostaje brutalnie przerwany ostre wejście gitary elektrycznej, troszkę wybijając mnie z rownowagi. Szybki, pianistyczny “Human Spirit” okraszony jeszcze fletem przywrócił wiarę w magię, ale im dalej, tym ostrzej, wręcz grunge’owo jak w “Loser”, szybszy w refrenach “October”  czy cięższy “Stay with Me” okraszony bardzo łagodnym wstępem, ale też pojawiają się ładniejsze piosenki pokroju “Apple of My Eye”, bardziej niepokojący “Black Widow”, gdzie wokale chodzą niczym echo, a fortepian gra niczym zapętlony, by mocniej walnąć riffami czy niemal folkowy, pełen uroczych wokaliz “Accept Things”.

Dolores wokalnie pozwala sobie na więcej niż w The Cranberries, stając się bardziej ekspresyjna niż zwykle. I to mnie parę razy zaskoczyło, ale zawsze miała bardzo wyrazisty głos. I to dziwnie się zgrywa z resztą brzmienia, choć za pierwszym może to wywołać konsternację. Czy jest to udana płyta? Tak, z przyzwoitą muzyką do słuchania (czasami) we dwoje, chociaż ma więcej ognia spod znaku gitarowych solówek. Co nie musi przeszkadzać, więc posłuchacie?

7/10

Radosław Ostrowski

Mike Oldfield – Five Miles Out

Mike_oldfield_five_miles_out_album_cover

Dla fanów bardziej ambitnej muzyki Mike Oldfield na zawsze pozostanie twórcą legendarnego “Tubular Bells”. Jednak ten multiinstrumentalista próbował – z mniejszym lub większym skutkiem – podbijać światowe listy przebojów tworząc chwytliwe, pop-rockowe kawałki takie jak “Moonlight Shadow” czy “To France”. Nie inaczej było w przypadku pochodzącej z 1982 roku płyty “Five Miles Out”.

I tak jak w tym okresie, maestro zaczyna całość od potężnej suity, tutaj nazwanej “Taurus II”. Tutaj mamy grany motyw wykorzystany w tytułowym utworze, grany na gitarze. Sama kompozycja to dźwiękowy kolaż, mieszający rocka, folk z elektroniką, zmieniając kompletnie tempo, aranżację, nastrój, skupiając się na jednym motywie oraz dając ogromne pole do popisu dla Oldfielda (a także dla śpiewającej Maggie Reilly), który większy nacisk dał na rocka i elektronice. I ta druga dominuje przy “Family Man”, pełniąc role tła dla wokalu Szkotki, bardziej rock’n’rollowych solówek Mike’a oraz perkusyjnym uderzeń. Spokój wraca w niemal baśniowym “Orabidoo”, zaczynającym się cudnymi dźwiękami niczym z małych cymbałków i gitary, do którego dołącza perkusja oraz przemielony przez vocodera głos samego Oldfielda, który – na moje nieszczęście – brzmi kompletnie niezrozumiale. Pod koniec nagle fortepian, klawisze oraz gitara dostają totalnego przyspieszenia, by wejść w bardziej podniosły, wręcz przygnębiający nastrój, wracając do melodii z początku. Bardziej “orientalnie” za to wypada zanurzony w elektronice “Mount Teidi”, by zaatakować utworem tytułowym, gdzie nie brakuje porywających solówek gitar, mocnych uderzeń perkusji (także elektronicznej), ciepłego głosu Reilly oraz bardziej zrozumiałego, choć przemielonego cyfrowo Oldfielda. A na sam koniec dostajemy zgrabną, ładną miniaturkę w postaci “Wldberg (The Peak)” oraz wersję demo “Five Miles Out”, gdzie przewodzi wokal Reilly, wnosząc całość na wyższy poziom.

Ale, ale w 2013 roku wyszedł remaster ten płyty, nie tylko z cyfrowo przerobionym dźwiękiem, lecz dodatkowym CD z zapisem koncertu Oldfielda w Kolonii podczas trasy promującej płytę. Poza utworami z tej płyty, usłyszano m.in. “Tubular Bells” (w troszkę innej aranżacji, zabarwione nawet lekko orientalnymi wstawkami w postaci fletów, gdzie pod koniec zostaje przedstawione skład) czy “Mirage”, co tylko podnosi wartość wydawnictwa.

I muszę przyznać, że po latach “Five Miles Out” ciągle się broni swoim brzmieniem, chociaż troszkę czuć lekką naftalinę (elektronika zawsze się szybko starzeje). Oldfield daje poruszającą muzykę, niepozbawioną potencjału komercyjnego (w dobrym znaczeniu tego słowa). Już tutaj widać pewien potencjał do robienia hitów, pozostając jednak w duchu progresywnego rocka.

8/10

Radosław Ostrowski

Steve Nash & Turntable Orchestra – Out of Fade

out-of-fade-b-iext48875983

Czy jest dzisiaj możliwe tworzenie czegoś nowego, świeżego oraz kreatywnego? Jak się okazuje, Steve Nash ma taki pomysł. Jego Turntable Orkiestra to połączenie klasycznej orkiestry z elektroniką grana na… gramofonach oraz żywych instrumentach. Tego muzyka wspiera 7 DJ-ów oraz kameralna orkiestra. Z tego pomieszania powstał debiutancki album „Out of Fade”.

Zaczyna się delikatnym „Mazurkiem” z drobnymi plumkaniami smyczków, wejścia skrzypiec oraz fortepianu. Najbardziej zaskakuje to, ze słychać gdzie został użyty gramofon, a sklejenie tego z bitami robi porażające wrażenie, jeszcze bardziej podkręcając rytm tego wariackiego eksperymentu. Delikatne instrumenty w połączeniu z bardziej żywiołowym i współczesnym podkładem musiało wystrzelić, mimo śladowego udziału gości wokalnych jak Bisz, Joe Kickass i O.S.T.R. Podniosły, chociaż jednocześnie płynny „America”, bardzo rozbudowany aranżacyjnie „Epic”, który brzmi… epicko (a jakże by inaczej!), przepięknie wygrywający fortepian zmieszany z klasycznym bitem („Karimuticz” z kapitalnymi skreczami) oraz solem skrzypiec na końcu, bardzo mroczne „Źródło”, gdzie zapętlony fortepian budzi niepokój, przyspieszający walc miesza się z jazzem („Celebration”), mieszamy sample, strzały, smyczki, perkusyjne popisy, skrecze („Fuga”), do tego jeszcze przemielone głosy (ciepły „Summertime”). Muzyka jest tak bogata aranżacyjnie, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać, a Nash potwierdza niesamowity zmysł aranżacyjno-muzyczny.

„Out of Fade” po prostu się wciąga niczym najlepszy towar u dilera, gdzie dochodzi do dość nieoczywistych połączeń. Jeszcze nie słyszałem, by ktoś spoza środowiska hip-hopowego wykorzystywał gramofony jako instrument. Absolutnie warto sięgnąć po tą nieoczywistą muzykę, działającą niemal na wszystkie zmysły.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stereophonics – Scream Above the Sounds

Stereophonics_-_Scream_Above_the_Sounds_%28Album_artwork%29

Darzę bardzo dużą sympatię tą walijską formację prowadzoną przez Kelly’ego Jonesa. Pozamiatali konkurencję nagranym pięć lat temu albumem “Graffiti on the Train”, doprowadzając swoich fanów do ekstazy. Następca tego dzieła “Keep the Village Alive”, spotkał się z chłodniejszym odbiorem, więc teraz pora było podnieść się do góry. Czy tak będzie ze “Scream Above The Sounds”?

Zaczyna się od niezłego, gitarowego oraz tanecznego “Caught by the Wind”, by pójść w stronę retro rocka z lat 80. w postaci “Taken a Tumble”. Można to rozpoznać po brzmieniu gitar, perkusji oraz odrobinę “podrasowanym” wokalu w refrenie. Troszkę romantycznie się robi przy “What’s All The Fuss About?” z pięknie grającą trąbką w tle oraz bardziej mechanicznym, pełnym zgrabnej elektroniki “Geronimo” z przesterowaną gitarą, finałowym szaleństwem fortepianu oraz… saksofonem. Za to ogromnym zaskoczeniem była dla mnie wyciszona, wręcz eteryczna ballada “All in One Night” inspirowana filmem “Victoria”, pokazująca łagodniejsze oblicze zespołu. W wersji deluxe tego wydawnictwa jest też w wersji unplugged, równie ładna. Mocniej I zadziorniej wybrzmiewa “Chances Are”, ale potem wchodzi grana tylko przez fortepian “Before Anyone Knew Our Name”, potrafiąca chwycić za serce nawet największego twardziela. Zdarzają się troszkę spokojniejsze skręty jak “Would You Believe?”, ale też i bardziej rockowe popisy w postaci pełnego ognia “Cryin’ In Your Beer” czy delikatnego “Elevators”.

Kelly Jones ze swoim chropowatym głosem ubarwia każdy kawałek, co zawsze jest dużym plusem. Potrafi poruszyć, chwycić za gardło i ma w sobie tyle charyzmy, że można obdzielić wielu innych wokalistów. Fani powinni też sięgnąć po wersję deluxe z dwoma utworami w wersji unplugged oraz trzy piosenki ekstra. Nie jest to może poziom “Graffiti on The Train”, ale jest lepiej od poprzednika.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sztywny Pal Azji – Szara

00002991-8499

Pamiętaci takie utwory jak “Kurort” czy “Wieża radości, wieża samotności”? Te utwory wykonywała jedna z legend lat 80., czyli Sztywny Pal Azji. Grupa kierowana przez gitarzystę Jarosława Kisińskiego, wsparta przez bardzo rozpoznawalny wokal Leszka Nowaka. Po drodze było wiele perturbacji oraz roszad (także za mikrofonem), ale cztery lata temu wyklarował się skład: Nowak, Kisiński, Paweł Nazimek (gitara basowa), Zbigniew Ciaputa (perkusja) oraz młodsza krew w postaci klawiszowca Wojciecha Wołyniaka i gitarzysty Krystiana Różyckiego. W tym właśnie składzie powstał 14 (!!!) album zespołu “Szara”.

I muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to, iż muzycy (pozornie) stoją w miejscu, czyli czerpią garściami z czasów swojej świetności – lat 80., co czuć nawet w brzmieniu gitar. Zdziwienie może wprawić opener w postaci “Iluminacji” z recytującym Mirosławem Baką, którego się nie spodziewałem. Znacznie szybszy jest “Eskimos”, pełen gitarowego tańca oraz szybkich uderzeń perkusji. Bardziej melancholijnie robi się w oszczędnym “Pamiętniku”, by wrócić do niepokoju w “5 dni”, gdzie gitara z wiolonczelą tworzą klimat. “Wstyd” rownie dobrze mogło zagrać R.E.M., a inspiracja “Małym Księciem” wydaje się bardzo silne. Podobny ton wybrzmiewa w “5000” czy bardziej idącym ku nowej fali “Tess”. Ale nic nie jest w stanie przygotować na “Luxtorpedę” grana na ukulele, puzon oraz klarnet, delikatnie płynąc w stronę jazzu. Do tego jeszcze dziecięcy chórek w refrenie. Nawet reggae się pojawia (“17 kwietnia”) z akordeonem w tle czy powoli pędzący “Pocałunek w Rzymie”. Melancholia wraca w “Jezusie” oraz troszkę dynamicznym “Świetle”.

Nowak nadal jest w dobrej dyspozycji wokalnej, poza nim udziela się też Kisiński oraz Baka, którego melorecytacje współgrają zarówno z tekstem (“Wstyd’), jak i nastrojem poszczególnej piosenki. A tekstowo poza melancholijnymi opowieściami miłosnymi, mamy tu odrobinę wspomnień (“5 dni”), alkoholizm (“Wstyd”), śmierć (“Jezus”) czy zdradę (“czy to ty, czy to ja”), tworząc bardzo różnorodną paletę.

Wbrew tytułowi “Szara” ma w sobie więcej barw niż można byłoby podejrzewać i pokazuje, że Sztywny Pal Azji potrafi zaskoczyć. Bywa i romantyczny, jak też bardziej refleksyjny, co jest dużym plusem, chociaż jest parę nieoczywistych niespodzianek (“Luxtorpeda”). Zazdrościć formy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Morrissey – Low in High School

LOW_IN_HIGH_SCHOOL_900X900

Ostatnio o Morrisseyu zrobiło się głośno, gdy stanął w obronie Harveya Weinsteina oraz Kevina Spacey, po drodze wydał powieść. Ale postanowił przypomnieć o sobie na polu muzycznym wydając po trzech latach nowym wydawnictwem. Tylko, czy poza szumem warto sobie zawracać głowę tym wydawnictwem?

Producencko „Low in High School” wsparł Joe Chiccarelli, z którym już pracował przy poprzedniej płycie. I już okładka zapowiada, że (tekstowo) łagodnie nie będzie. A jak muzycznie? Mieszanka popu, rocka i innych stylów jest tutaj normą, a początek to odgłos słonia, szybka perkusja sklejona z marszowym rytmem, metalicznym basem oraz „pobrudzoną” gitarą „My Love, I’d Do Anything for You”. Działa to bardzo pobudzająco, czego nie są w stanie zmienić wplecione dęciaki. A potem następuje wolta w stronę taneczno-chropowatej elektroniki przy delikatnym „I Wish You Lonely” oraz odrobię mrocznym (smyczki w tle) „Jacky’s Only Happy When She’s Up On The Stage”), ocierającym się o prostego rock’n’rolla. I niech was nie zmylą dzwoneczki w „Home Is a Question Mark”, bo to bardzo smutne, melancholijne brzmienie cięższe emocjonalnie od The Smiths. Melodyjnie trafia zgrabniutki „Spent The Day in Bed”, dodając troszkę ciepła oraz bardzo trafne przesłanie, by „być dobrym dla siebie” i „przestać oglądać wiadomości”, ale niepokojąco się robi w lekko militarnym i mającym długi wstęp „I Bury the Living”, gdzie gitara brzmi niczym niebezpieczna fala, w każdej chwili mogąca eksplodować. Przygnębiający jest zdominowany przez fortepian „In Your Lap” oraz oparty lekko egzotycznym posmakiem „The Girl from Tel-Aviv Who Wouldn’t Kneel”. Ale końcówka robi się lekko nudnawa, mim prób urozmaicenia (dynamiczne flamenco „When You Open Your Legs” czy bardzo chropowate „Who Will Protect Us from Police?”)

Wokalnie Morrissey brzmi jak… Morrrissey i nie wygląda na to, że miałoby się coś zmienić na tym polu. Tekstowo Moz nadal mówi dość krytycznie o świecie, opisując zarówno ogłupiająca siłę mediów („Spent the Day in Bed”), kwestię uzależnienia od sławy („Jacky’s Only Happy When She’s Up On The Stage”), wojny („I Bury The Living”), brutalności („Who Will Protect Us from Police?”) i zmusza ciągle do myślenia.

Morrissey ciągle utrzymuje formę, mimo kilku potknięć blisko mety. Na szczęście nie są w stanie zepsuć tego dobrego wrażenia obcowania z ciekawym dziełem, prowokującym do refleksji oraz na tyle urozmaiconym dźwiękowo, by nie czuć znużenia.

7/10

Radosław Ostrowski

De Press – Product (remaster)

product-kscd-17-front

Pamiętacie taką piosenkę “Bo jo cie kochom”? Aż trudno mi było uwierzyć, ze ten energetyczny kawałek, będący rockową wersją góralskiej pieśni powstał w 1981 (!!!!) roku, stając się największym (i jedynym) hitem zespołu De Press. Grupie od początku przewodzi Andrej Nebb, czyli Andrzej Dziubek ostatnio tworzący albo płyty z pieśniami o żołnierzach wyklętych, albo ważnych wydarzeniach historycznych. Ale na początku, gdy poza wokalistą grupę była składem polsko-norweskim (gitarzysta Jorn Christensen oraz perkusista Ola Snortheim), czuli w sobie ducha punk rocka spod samiuśkich Tater. I o tym przypomina wznowiony w zeszłym roku drugi album tria “Product” z 1982 roku, który wreszcie został wydany na kompakcie.

Album ten wyprodukował John Leckie, który potem współpracował z takimi kapelami jak XTC, The Stone Roses czy Radiohead. To punk polany nowofalowym sosem, co czuć już w otwierającym całość chłodnym, choć szybkim „The Fatal Day” z obowiązkowym, metalicznym basem. Już tutaj mocno się czuje ducha Joy Division (symbioza między gitarą a basem są wręcz identyczne jak te duetu Hook/Summer). Troszkę spokojnie robi się w perkusyjnym wstępie „In a Position to Know”, do którego dołącza bardziej rozmarzona gitara, ale wszystko robi się takie bardziej mroczne. Skoczniej się robi przy rozpędzonym „Passages”, gdzie gitara elektryczna spotyka akustyczną, podkręcając tempo, by (niczym w przekładańcu) pozornie uspokoić sprawę w „In A Crowed Room”, znowu zapuszczając w rejony mroku (niepokojące, „organowe” klawisze, bardziej gęsta gitara) i depresji, gdzie Dziubek wręcz krzyczy w refrenie. Znacznie mocniejsze są „Signals”, gdzie riffy coraz bardziej są mięsiste, troszkę przypominający… rozpędzony Maanam, tylko bardziej punkowy. Pozornie romantyczny jest utwór tytułowy, lecz czuć niepokój, co jest zasługą dziwnie nieprzyjemnych riffów. Całość brzmi bardzo energetycznie, ale jednocześnie ma w sobie taki punkowo-chłodny posmak dający radę nawet dzisiaj.

Zaś co do samego Dziubka vel Nebba, to jego angielszczyzna wypada całkiem nieźle i zrozumiale, a to nie jest takie proste. Po polsku śpiewa tylko raz w finałowym „Świentym pokoju” (pisownia oryginalna), a to oblicze De Press bardziej do mnie przemawia. Szkoda, że frontman uważa inaczej, ale to temat na osobną historię.

8/10

Radosław Ostrowski

Dreamcar – Dreamcar

Dreamcar

Nie lubię określenia supergrupa, ale czasami pasuje do określonych formacji. Czy taką ekipą będzie Dreamcar. Zespół ten tworzą wokalista AFI Devey Havok oraz muzycy No Doubt: gitarzysta Tom Dumont, basista Tony Kanal i perkusista Adrian Young. Czyli No Doubt bez Gwen Stefani na pokładzie. Czy ta zmiana bylaby dobra dla fanów zespołu?

Od strony producenckiej wsparł ich gitarzysta Supercult Tony Pagnotta i czuć rockowego ducha pod postacią św. Punka z nowofalowymi dźwiękami klawiszy. Tak jest w otwierającym całość “After I Confessed”, pełen kopa, szybkiego tempa oraz perkusyjnych popisów. Pozornie spokojniejszy (poza refrenem) jest singlowy “Kill for Candy” oraz rozkręcający się “Born To Lie” mają wszelkie zadatki na koncertowe killer. Pozytywnie zaskakuje taneczny “On the Charts” z metalicznym basem, funkową gitarą i nowofalowymi klawiszami, rozpędzający się, skoczny “All of the Dead Girls” czy bardziej surowy, odjechany “Ever Lonely”. Wolniej robi się przy “Slip on the Moon” czy pełnym tnących gitar “Don’t Let Me Love”, jednak to tylko krótkie przystanki w tym rozpędzonym pociągu, który jest melodyjny, chwytliwy oraz przebojowy jak tylko się to da.

A jak sobie poradził Havok? Ma zaskakująco delikatny głos, bardziej przypominający brytyjskich wokalistów z lat 80. pokroju Simona Le Bon z Duran Duran, co pasuje do tej stylistyki. Intrygująca, miejscami mroczna, ale bardzo energetyczna mieszanka, dająca miejscami prawdziwego kopa. Na karnawał parę numerów będzie pasować.

7,5/10

Radosław Ostrowski