De Press – Product (remaster)

product-kscd-17-front

Pamiętacie taką piosenkę “Bo jo cie kochom”? Aż trudno mi było uwierzyć, ze ten energetyczny kawałek, będący rockową wersją góralskiej pieśni powstał w 1981 (!!!!) roku, stając się największym (i jedynym) hitem zespołu De Press. Grupie od początku przewodzi Andrej Nebb, czyli Andrzej Dziubek ostatnio tworzący albo płyty z pieśniami o żołnierzach wyklętych, albo ważnych wydarzeniach historycznych. Ale na początku, gdy poza wokalistą grupę była składem polsko-norweskim (gitarzysta Jorn Christensen oraz perkusista Ola Snortheim), czuli w sobie ducha punk rocka spod samiuśkich Tater. I o tym przypomina wznowiony w zeszłym roku drugi album tria “Product” z 1982 roku, który wreszcie został wydany na kompakcie.

Album ten wyprodukował John Leckie, który potem współpracował z takimi kapelami jak XTC, The Stone Roses czy Radiohead. To punk polany nowofalowym sosem, co czuć już w otwierającym całość chłodnym, choć szybkim „The Fatal Day” z obowiązkowym, metalicznym basem. Już tutaj mocno się czuje ducha Joy Division (symbioza między gitarą a basem są wręcz identyczne jak te duetu Hook/Summer). Troszkę spokojnie robi się w perkusyjnym wstępie „In a Position to Know”, do którego dołącza bardziej rozmarzona gitara, ale wszystko robi się takie bardziej mroczne. Skoczniej się robi przy rozpędzonym „Passages”, gdzie gitara elektryczna spotyka akustyczną, podkręcając tempo, by (niczym w przekładańcu) pozornie uspokoić sprawę w „In A Crowed Room”, znowu zapuszczając w rejony mroku (niepokojące, „organowe” klawisze, bardziej gęsta gitara) i depresji, gdzie Dziubek wręcz krzyczy w refrenie. Znacznie mocniejsze są „Signals”, gdzie riffy coraz bardziej są mięsiste, troszkę przypominający… rozpędzony Maanam, tylko bardziej punkowy. Pozornie romantyczny jest utwór tytułowy, lecz czuć niepokój, co jest zasługą dziwnie nieprzyjemnych riffów. Całość brzmi bardzo energetycznie, ale jednocześnie ma w sobie taki punkowo-chłodny posmak dający radę nawet dzisiaj.

Zaś co do samego Dziubka vel Nebba, to jego angielszczyzna wypada całkiem nieźle i zrozumiale, a to nie jest takie proste. Po polsku śpiewa tylko raz w finałowym „Świentym pokoju” (pisownia oryginalna), a to oblicze De Press bardziej do mnie przemawia. Szkoda, że frontman uważa inaczej, ale to temat na osobną historię.

8/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s