Adam Strug i Stanisław Soyka – Strug. Leśmian. Soyka

Strug_Lesmian_Soyka

Czasami pojawia się płyta, która nie pasuje do pory roku, w której zdarza się posłuchać. Bo po co latem słuchać coś „jesiennego”, czyli smętnego, pozornie nudnego i bardziej refleksyjnego. Zwłaszcza jeśli to poezja śpiewana – gatunek trudny, bardzo szeroki i kojarzony głównie z akustycznym i stonowanym brzmieniem. Właśnie taka płyta wyszła w maju, a w moje ręce wpadła teraz. Jest to spotkanie dwóch dżentelmenów, którzy postanowili wykonać utwory trzeciego pana.

Kim są ci panowie? Adam Strug to 44-letni multiinstrumentalista, kompozytor i poeta. Stanisław Soyka to znany i ceniony wokalista oraz pianista. Kim jest ten trzeci pan? To Bolesław Leśmian, którego wiersze zostały kolokwialnie mówiąc wzięte na warsztat. Podział jest prosty: Leśmian napisał dawno to, co było potrzebne, Soyka gra na fortepianie (jedyny instrument) a Strug śpiewa. I jest to taka płyta jaka być powinna: minimalistyczna, bardzo refleksyjna, ale jednocześnie wręcz intymna, emocjonalna w barwie głosu Struga. Ale gry Soyki nie nazwałbym w żadnym wypadku smętem czy nudą, bo zdarza się przyśpieszyć („Nocą umówioną”), nadać pewnego dostojeństwa („Po ciemku”) albo melancholii (singlowy „Tam na rzece”).

Jeśli chodzi o warstwę liryczną, mowa tutaj zarówno o miłości, ale tej dawnej, śmierci (okraszony czarnym humorem „Po co tyle świec nade mną”) czy przemijaniu. W zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek utwór, bo wszystkie trzymają naprawdę równy poziom. I jest to przykład, że ze spotkania kilku osób może wyjść coś ciekawego i intrygującego. Wiem, że bardziej ta płyta „wybrzmi” jesienią, ale teraz jak pogoda jest nie zbyt ciekawa (wieje, leje i piździ) to czemu by nie zajrzeć do Leśmiana?

7/10

Radosław Ostrowski

The Alan Parsons Project – Pyramid

Pyramid

I znów po roku objawił się kolejny album projektu Alana Parsonsa, który niepodzielnie (razem z Erikiem Woolfsonem). Po opowieściach Edgara Allana Poe oraz kosmicznej opowieści, tym razem ruszyliśmy w wyprawę wgłąb piramidy w Gizie. I ten koncept-album spotkał się z życzliwym przyjęciem, ale czy wytrzymała ona próbę czasu?

Razem ze stałymi współpracownikami (basista David Paton, gitarzysta Ian Bairnson, wokaliści: Colin Blunstone, Lenny Zakatek, John Miles, Jack Harris oraz klawiszowiec Woolfson) i kilkoma nowymi twarzami (perkusista Stuart Elliott, który współpracował m.in. z Paulem McCartneyem czy Alem Stewartem i drugi klawiszowiec Duncan Mackay) wyruszamy w tą dość interesującą ekspedycję, a pierwszym przystankiem jest instrumentalny „Voyager”, z budującymi „starożytny” klimat klawiszami, które jeszcze będą się później odzywać („One More River” czy „Can’t Take it with You”). Równie tajemniczo brzmi drugi instrumentalny utwór – „In the Lap of the Gods”. Poczatek to uderzenia dzwonów i flet, potem pojawia się mocne uderzenie, flet zmienia swoje brzmienie a za nim idą organy i marszowa perkusja. Dołączają potem gitara akustyczna z fortepianem, męską wokalizą oraz smyczkami, budującymi bardzo specyficzny klimat. Wreszcie pod koniec pojawiają się trąbki, flety i chóralny zaśpiew, nabierający bardziej epickiego rozmachu. I trzeci instrumental, czyli „Hyper-Gamma-Spaces”. Od razu mamy szybką, zapętlającą się elektronikę z basem i perkusją, a tempo ciagle przyśpiesza, podkreślając formę Woolfsona oraz Mackaya. Te utwory są wplecione razem z piosenkami.

A te są naprawdę bardzo interesujące i ciekawe, a każdy dźwięk nie wydaje się być dziełem przypadku. Każdy z wokalistów dopasowuje się do nastroju każdej piosenki. Nie brakuje nastrojowego „wyciskacza łez” (finałowe „Shadow of a Lonely Man” z czarującym fortepianem oraz smyczkami), żywszego tempa (trochę pachnąca Pink Floyd perkusja w „What Goes Up” plus trąbki czy „One More River” z szybszą gitarą i perkusją), odrobiny wyciszenia i patosu (smyczki w „The Eagle Will Rise Again”, choć wokalizy za bardzo pachną Bee Gees) oraz melancholii („Can’t Take It with You” z bardzo smutnymi klawiszami). Tak samo teksty mówiące o samotności, upadku i walce.

Wejście na tą piramidę okazało się ciężkim doświadczeniem, które potwierdza wyborną formę Alana Parsonsa i spółki. Płyta miejscami mroczna i tajemnicza, ale na naprawdę wysokim poziomie oraz bardzo piękna. A co będzie dalej?

8,5/10

Radosław Ostrowski

Yes – Heaven and Earth

Heaven_and_Earth

Nie spodziewałem się, że jeszcze będę przesłuchiwał płytę zespołu Yes. Wydawało mi się, że po wyrzuceniu Andersona ta grupa może nie mieć żadnego sensu. Jakby tego było grupę opuścił nowy wokalista, Benoit David z tego samego powodu, co Anderson (pamiętajcie: jeśli chcecie zostać wokalista Yes, nie możecie chorować). Ale panowie White, Squire, Howe i Downes wybrnęli z sytuacji znajdując nowego frontmana – 43-letniego Jona Davisona, który nawet ma zbliżony wokal do Andersona. I w tym składzie wydali nowy, 21 album.

Tym razem za produkcję odpowiadał doświadczony Roy Thomas Baker, który współpracował z takimi legendami jak Queen, Nazareth czy ostatnio Guns’n’Roses (do dziś nie wybaczono mu tego). Osiem kompozycji i pierwszą rzeczą uderzającą jest… delikatność brzmienia, podkreślane przez spokojną grę klawiszy oraz gitary akustycznej. I trzeba przyznać, że brzmi to naprawdę nieźle, miejscami wręcz odprężająco jak w „Believe Again” z bardzo ładnymi klawiszami. Z tej delikatności czasami wyrywa się gitara Steve’a Howe’a (czasami grająca nastrojowo i podporządkowana reszcie), która gra tak jak właściciel potrafi, a potrafi bardzo, co pokazuje choćby w „The Game” (zwłaszcza środek). Bas z perkusją też robią swoje, co najbardziej słychać w takich lekkich piosenkach jak „To Beyond” ze skocznymi klawiszami czy skręcający w stronę bluesa niezły „In a World of Our Own” czy bardziej popowym „It Was All We Knew”, jednak na szczęście dostajemy mocny finał w postaci 9-minutowego „Subway Walls”, gdzie każdy ma szanse się popisać swoimi umiejętnościami.

O wokalu Davisona powiedziałem, że przypomina trochę Andersona, tylko jest bardziej wyciszony i spokojniejszy, ale bardzo dziwacznie pasuje do tego nowego Yes. Choć trochę miałem wątpliwości, to jednak jest to nadal Yes. Trochę bardziej stonowane, ale nadal progresywne, wciągające, melodyjne i kreatywne. Jest to naprawdę porządna płyta, którą można przesłuchać w celu wyciszenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Led Zeppelin – Led Zeppelin I (Deluxe Edition)

Led_Zeppelin_I

O takich płytach opowiada się najtrudniej. Bo to już klasyka gatunku, rzecz zmieniająca historię rockowego grania. Każdemu fanowi tej muzyki nazwa Led Zeppelin mówi wiele, nawet bardzo wiele. Robert Plant, Jimmy Page, John Bonham i John Paul Jones – ci panowie odnieśli wielki sukces artystyczny, a ich płyty nadal świetnie się sprzedają. W tym roku Page obiecał, że pierwsze trzy płyty zostają zremasterowane. To zobaczmy, co z tego wyszło.

Dźwięk rzeczywiście brzmi świetnie i przestrzennie. Gitara nadal szaleje (page jest po prostu fenomenalny) i mimo lat, ta muzyka zwyczajnie zestarzeć się nie chce.  Ciężkie granie miesza się tutaj z bluesem, a jednocześnie jest to bardzo melodyjne i chwytliwe jak w otwierającym całość „Good Days Bad Days” czy mieszając klimat w „Babe I’m Gonna Leave You” (dominuje gitara akustyczna). Swoje robią też bluesowe „You Shock me” z brudną gitarą, harmonijką ustną oraz fantastycznym Hammondowym środkiem i utrzymany w podobnym tempie „Dazed and Confused” z mocarnym finałem. Właściwie w każdym utworze jest coś wartego wyróżnienia: organowy wstęp („Your Time is Gonna Gone”), instrumentalny „Black Mountain Side” idący w stronę Orientu, szybki rytm w „Communication Breakdown” czy jazzująca perkusja na początku epickiego „How Many More Times”. Robert Plant na wokalu też wyczynia cuda wianki i robi to znakomicie, dopełniając całośc tego albumu.

Poza odświeżonym i zremasterowanym albumem jest jeszcze druga płyta będąca zapisem koncertu zespołu z paryskiej Olympii z lipca 1969. I na żywo to dopiero brzmi. I co najważniejsze, nie jest to do końca kalka płyty w skali jeden do jednego (znacznie wydłużone „Dazed and Confused”) i jest jeszcze większa energia.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Agnieszka Świta – Sleepness

Sleepless

Kojarzycie taką grupę Caamora? Nie szkodzi. To projekt grający progresywne dźwięki stworzony przez Clive’a Nolana oraz Agnieszkę Świtę. Do tej pory duet zrobił jedną operę („She”), jeden musical oraz multum tras koncertowych. Mieszkająca w Wielkiej Brytanii Polska zdecydowała się wydać solowy album, który mnie zaintrygował.

Do realizacji wokalistka ściągnęła najlepszych brytyjskich muzyków progresywno-metalowych: klawiszowca Clive’a Nolana (na co dzień gra w Pendragon), basistę Andy’ego Faulknera (Jump), gitarzystę Steve’a Harrisa (Ark) oraz perkusistę Dave’a Mackintosha (Dragon Force). I to słychać, że są to profesjonaliści w każdym calu. Gitara jest tutaj naprawdę mocna i ostra, klawisze tworza odrealniony klimat, a sekcja rytmiczna też daje do pieca ile wlezie. Słychac to mocno w trzyczęściowym „Cosmo”, ale są też małe perełki jak wstęp gitarowy (akustyczny) w „Borderland”, gdzie klawisze imitują najpierw smyczki, a potem nabierają… kosmicznego kolorytu, metalowa gitara w „Trapped”, płacząca gitara  i zgrana z organami w „Scarlet”. Każdy utwór bardziej lub mniej, ale porywa.

A jeśli dodamy do tego potężny i miejscami anielski głos samej Agnieszki, to efekt jest wręcz miażdżący. „Sleepness”, choć nie wymyśla niczego nowego, jest bardzo zgrabną i poruszającą muzyką, która skręca trochę w gotyk, metal, progresję. I to świetnie ze sobą współgra.

8/10

Mike + The Mechanics – A Beggar On A Beach Of Gold

Beggar_on_a_Beach_of_Gold

Minęły cztery lata i zespół Mike’a Rutherforda (tym razem rola klawiszowca Adriana Lee została zmniejszona do muzyka sesyjnego, zastąpiony przez Rutherforda), próbował dorównać sukcesem swoim najlepszym albumom. Udało się sprzedać ponad 100 tysięcy egzemplarzy, co jest niezłym wynikiem. I pojawił się nawet jeden przebój. Czy po latach się to broni?

Zespół coraz bardziej idzie w stronę popu, co widać już w tytułowym utworze z bardzo ładną elektroniką. Klawisze odgrywają tutaj większą rolę, odpychając gitarę elektryczną. Ale nadal jest to bardzo przyjemne, trochę staroświeckie popowe granie. Plumkające klawisze w „Another Cup of Coffee”, elektroniczna perkusja we wspólnie zaśpiewanym przez Younga i Carracka „You’ve Really Got A Hold Of Me”, pstrykanie w „Mea culpa” czy świetnie śpiewający chórek w największym hicie, czyli „Over My Shoulder”. Owszem, zdarzają się wolniejsze fragmenty (trochę nijaki „Something To Believe In”, lekko rozmarzony „A House of Many Rooms” czy dwa niezłe covery).

„Żebrak na plaży złota” jest znacznie spokojniejszy i stonowany od poprzednik płyt Mike + The Mechanics. Young z Carrackiem nadal są świetnie zgrani, jednak potem zaczęły się pęknięcia w grupie, które odbiły się na brzmieniu. Porządne granie.

7/10

Spinache – Spinache

Spinache

Facet był bardzo znanym producentem działającym w środowisku hip-hopowym (choć kojarzony ze współpracy z Francuzem Redem), ale tak naprawdę staż ma wielki. Nieunikniony był moment, gdy zacznie wydawać solowe płyty i to właśnie ten czas nadszedł. Pora na drugi solowy album Pawła Grabowskiego bardziej znanego jako Spinache.

I trzeba przyznać, ze brzmi to naprawdę ciekawie i spójnie, czyli nie liczcie tutaj na dubstepowe cuda wianki oraz inwazje dźwięków. Bity są proste, ale moc jest naprawdę spora. Nie brakuje staroświeckich metod („Ty tak jak ja” z funkiem i dęciakami w tle, elektroniczne „CU” czy dyskotekowe „LoveLace”), inspiracji obecnymi trendami z USA (łamana perkusja i bas w „Piję życie do dna” czy melodyjne syntezatory w „Podpalamy noc”). Brzmi to naprawdę fajnie, przyjemnie, nawet chilloutowo. A jak trzeba trochę mocniej uderzyć, to są „Hamulce” i „Jak roluje”.

Sam Spinache ma dość interesujący głos i słucha się go naprawdę nieźle. Nie zabrakło tutaj hasztagów i cytatów, a wszystko to ma swoje tempo, nie brakuje refleksji i imprezowego klimatu. Tylko, że jakieś to mało odkrywcze i mało zaskakujące. Niemniej jest to naprawdę porządny i przyjemny album.

7/10

Radosław Ostrowski

Nazareth – Rock’n’Roll Telephone

RocknRoll_Telephone

Nazwa tego zespołu mówi sama za siebie. Działają od końca lat 60. i choć z pierwotnego składu ostał się tylko basista Pete Agnew (wokalista Dan McCafferty z powodów zdrowotnych musiał zrezygnować i w zeszłym roku przeszedł na emeryturę i zastąpił go niejaki Linton Osborne), to nadal sprawnie funkcjonują, nagrywają, nie odpuszczają. Jak gruchnęła wieść, że będzie nowy materiał, fani na pewno się rzuca na niego jak pies na kość.

„Rock’n’Roll Telephone” jeszcze został nagrany z McCaffertym na pokładzie, a samo brzmienie to zadziorny, surowy rock z lat 70. Choć elektryczna gitara ma co robić (singlowe „Boom Bang Bang”, epicki tytułowy utwór ze świetnymi riffami oraz basem czy szybki „Punch a Hole of the Sky”), to jednak panowie potrafią zaskoczyć. Nie wiem jak inaczej nazwać ”Back 2b4”, gdzie gitara elektryczna pojawia się dopiero w połowie, a atmosfera jest… naprawdę sielska. I nawet ballady są tutaj fajne („spokojny „Winter Sunlight” ze wspólnie śpiewanym refrenem), nawet pojawia się beatbox („Long Long Time”), oldskulowy blues (niezły „The Right Time”) i to wszystko tworzy naprawdę fajną, rock’n’rollowa płytę.

Choć wokal McCafferty’ego jest lekko podniszczony, to ma power i po prostu pasuje do tego, co słyszymy – duch rock’n’rolla jest wiecznie żywy i wiek wokalisty nie ma tutaj żadnego znaczenia. W dodatku wydanie deluxe zawiera kilka piosenek z koncertów, gdzie słychać, że Nazareth nie umarło.

Legenda trzyma się mocno i całkiem dobrze. Ten telefon rzeczywiście ma rock’n’rolla w sobie.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Perfect – DaDaDam

Dadadam

Tego zespołu nie trzeba specjalnie przedstawiać. 35 lat działalności, miliony sprzedanych płyt i wielkie przeboje formatu „Autobiografii”, „Chcemy być sobą” czy „Niepokonani”. Tym razem z okazji okrągłej rocznicy działalności postanowili nagrać płytę. Jak powiadają członkowie grupy – ostatniego albumu. Czy będzie to smutna stypa, a może fajna impreza?

Jedno pozostaje niezmienne – nadal panom się chce i jeszcze potrafią porządnie przyłoić. Darek Kozakiewicz na gitarze robi wiele fajnych rzeczy i nie przynudza (szczególnie polecam instrumentalny „Speedy Tune”, który zajeżdża mocno Motorheadem). Pachnie to trochę dawnymi czasami grupy („Droga bez łez” czy „Nigdy dość”), energii jest tu sporo i nie brakuje tutaj potencjalnych hitów (singlowa ballada „Wszystko ma swój czas” czy chwytliwa „Znowu plaża”), gitarka wreszcie ma co robić, nie brakuje tutaj także akustycznego dźwięku („Takie to przebudzenie” z bardzo mrocznym środkiem). Innymi słowy jest różnorodnie, ale nie chaotycznie, w dodatku jest jeszcze kilka niezłych patentów (nakładający się wokal w refrenie do „Nigdy dość” z perkusyjną popisówą pod koniec), choć nie wszystko tutaj pasuje (nijaki „Ekspres” i chyba zbyt festynowy „Strażak” z dęciakami).

Markowski nadal śpiewa po swojemu i jeszcze nie zamierza iść do muzeum. Warstwa tekstowa też trzyma solidny poziom i nie tutaj jakiś poważnych kiksów czy dziwacznych frazesów. Jest refleksyjnie, poważnie i bardzo energetycznie. Może i nie będzie tutaj wielkich hitów na miarę w/w, ale o nadal dobra muzyka. Czy Perfect odchodzi ze sceny niepokonanym? Zaryzykuję, ze tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tede – #kurt _rolson

Kurt_Rolson

Tede to jeden z najstarszych raperów, którzy nadal tworzą i nie odpuszczają. Od kilku lat regularnie nagrywa nowe płyty do spółki z producentem Sir Michem. Kolejnym wspólnym dziełem jest „Kurt Rolson”.

I znów jest to dwupłytowy album. Tym razem jednak raper postanowił poeksperymentować z dźwiękami, bardziej naciskając na elektroniczne wstawki, a z żywych instrumentów przebija się… fortepian. Nie brakuje też samplowania w stronę funku i soulu („Stworzeni by wygrywać” czy „Najba Musik”) czy wszelkiego rodzaju cykaczy („Najaraj się Marią”), a nawet rocka („Nic nie jest na zawsze” z gościnnym udziałem perkusisty Adama Tkaczyka i gitarzysty Grzegorza Skawińskiego). Dosłownie jesteśmy bombardowani dźwiękami, a rozwarstwienie może doprowadzić do silnego bólu głowy (pulsujący „Tłek” czy dyskotekowy „Słak Kogz Dupy”), a różnorodność jest tutaj zdecydowanie zaletą, za co należy pochwalić Sir Micha. I tutaj rzeczywiście ilość poszła mocno w jakość.

Jeśli chodzi o Tedego, jednego nie można mu odmówić – technicznie jego nawijka jest naprawdę przednia. Przyśpieszenia, sylabizowanie – tu jest to zrobione bezbłędnie, tylko jak spróbujemy się wsłuchać w treść, to już nie jest tu tak dobrze. Bo ile można mówić o hejterach („Kara’van”, „J23”), braggowania czy obserwacje szołbiznesu. Nie brakuje też autorefleksji („fryderyk_chopin”) oraz obśmianie gimbazy.

Ale to troszeczkę za mało, by nazwać „Kurta Rolsona” znakomitym. Tede sprawia wrażenie trochę niewyżytego faceta, któremu wydaje się, że nadal ma coś do powiedzenia. Ale to tylko czasami udowadnia. Może następnym razem?

7/10

Radosław Ostrowski