John Mayall – A Special Life

A_Special_Life

Jeden z najważniejszych twórców brytyjskiej sceny bluesowej. 80-letni gitarzysta z okazji swoich urodzin postanowił wyruszyć w trasę koncertową i nagrał swój pierwszy album od pięciu lat. Wpływ Mayalla na bluesa jest bezdyskusyjny – twórca kapeli Blues Breakers, która była kuźnią talentów (grali m.in. Eric Clapton, Mick Fleetwood, Jack Bruce czy John McVie), tworząc blues rocka.

Musze przyznać, że „A Special Life” brzmi bardzo klasycznie, poza gitara elektryczną swoje robi tutaj  akordeon („Why Did You Go Last Night”), fortepian i klawisze, a zróżnicowanie brzmienia mocno ubarwia ten bardzo interesujący album. Nie brakuje tutaj ostrości („Speak of the Devil” czy „Big Town Playboy” zdominowanym przez harmonijkę i fortepian), skrętu w country („That’s All Right” z szybką harmonijką), odrobiny spokoju („Floodin’ In California” czy w utworze tytułowym zdominowanym przez harmonijkę i fortepian), a wszystko podrasowane dynamiczną grą gitary elektrycznej i naprawdę mocnym wokalem Mayalla. Nie czuć, że ten facet skończył 80-tkę, taką ma energię i zwyczajnie nie odpuszcza. Ostatnim takim muzykiem z takim powerem był Buddy Guy.

Niby nie jest to nic zaskakującego, ale to kawał porządnego i oldskulowego bluesa. Nie oznacza to w żadnym przypadku archaicznego i nudnego. Energia jest, gitara gra jak powinna i lekko podniszczony wokal – widzicie przed oczami jakąś spelunę, w której można to grać? Bo ja tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski


The Alan Parsons Project – I Robot

I_Robot

Rok po swoim debiucie Alan Parsons i spółka postanowili pójść za ciosem i wydać kolejny album. Tym razem inspiracją były zbiory opowiadań Isaaca Asimova o robotach. Więc można było przypuszczać, że elektronika będzie miała więcej do powiedzenia. Znowu zebrał grupę zawodowych muzyków (m.in. basistę Dave’a Pattona z grupy Camel, gitarzystę Iana Bairsona i perkusistę Stuarta Tosha) i zapraszają do swojego świata.

Wszystko zaczyna się od bardzo elektronicznego „I Robot”, gdzie klawisze i sposób przechodzenia dźwięków może budzić skojarzenia z Tangerine Dream (sam początek), do którego jeszcze wpleciono wokalizy. A w połowie jeszcze swoje zaczyna robić bas z gitarą akustyczną i wtedy znów nakładają się wokalizy, nadając podniosły, wręcz elegijny charakter przyszłości, tak jak cymbały. Dalej jest pójście w bardziej piosenkowy charakter, choć i instrumentalnych kompozycji nie brakuje. „I Wouldn’t Want to Be Like You” ma niepokojący początek – klawisze i „tnąca” intensywniej gitara elektryczna, która potem skręca w stronę funku, a śpiew Lenny’ego Zakatka jest mocny. „Some Other Time” to wyraźna zmiana nastroju – delikatne klawisze, gitara akustyczna, pianino i spokojniejszy wokal duetu Peter Strater/Jaki Whitren. Jednak w refrenach silniejsze są syntezatory i sekcja rytmiczna, a w połowie utworu jeszcze gitara elektryczna robi swoje, a podniosłości dodają dęciaki. W podobnym tonie jest „Breakdown” z wybijającymi się klawiszami, „płaczliwa” gitara oraz chór (wokal: Allan Clarke) czy organowy „Don’t Let It Show”, do którego potem dołączają flety i smyczki (Dave Townsend ciepło śpiewa).

Mroczniej się robi w „The Voice”, zwłaszcza na początku (rytmicznie powtarzający się bas, krótka gitara oraz „mechaniczny” wokal), potem gdy dochodzą smyczki (opadają w połowie) i następuje delikatne przyśpieszenie, pojawiają się perkusjionalia i klaskanie. Instrumentalny „Nucleus” brzmi jak relacja z NASA (szumiące głosy ludzkie, perkusja udająca maszynę do pisania), a elektronika nadaje wręcz kosmiczny charakter. Melancholię wnosi „Day After Day”, dzięki „mechanicznej” elektronice oraz spokojnemu wokalowi Jacka Harrisa.

Na finał dostajemy dwa instrumentalne utwory. Pierwszy to mroczne „Total Eclipse” z podniosłymi wokalizami, opadającymi skrzypcami oraz paskudną elektroniką, zapowiadającą koniec świata. Pozornie pogodny jest „Genesis CH.1 V. 32” z delikatna grą gitary i klawiszy, nadającej melancholijny ton. Spotęgowany jest on również przez gitarę elektryczną.

Smutny to album opowiadający o tym, jak kończy się los, gdy „człowiek buduje robota na swoje podobieństwo” (cytat z okładki). A wierzcie mi, że finał nie będzie zbyt szczęśliwy. O tym jednak musicie sami się przekonać.

8/10

Radosław Ostrowski

Linkin Park – The Hunting Party

The_Hunting_Party

To jeden z tych zespołów, których nie trzeba przedstawiać. Wystarczy wspomnieć takie utwory jak „In The End”, „Numb”, „Somewhere I Belong” i już wiadomo o co chodzi. Mieszanka gitarowego grania z samplami, nawijką i elektroniką, czyli Linkin Park. Ostatnio ten zespół (prowadzony przez producenta Ricka Rubina) bardziej poszedł w stronę radiowego grania, za co mu podziękowano. Mimo to do „The Hunting Party” podchodziłem dość ostrożnie.

Tym razem za produkcję odpowiadają dwaj członkowie zespołu – gitarzysta Brad Delson i drugi wokalista Mike Shinoda, którzy także odpowiadają za melodie oraz teksty. I jest na pewno lepiej niż przy ostatnich trzech albumach. Po pierwsze, przypomnieli sobie, że mają gitarzystę, więc jest ostro i z przytupem. Czy oznacza to, że zrezygnowali z elektronicznych wstawek? Oczywiście, ze nie, ale one nie dominują. Może zabrzmi to prowokacyjnie, ale tutaj chłopaki bardziej postanowili zrównoważyć ostry riff z samplami. Symbioza ta jest najbardziej obecna w „Until It’s Gone” czy „Guilty All The Same” (nawijka rapera Rakima pasuje tu jak ulał) oraz w „Rebellion” (gościnnie na gitarze Daron Malakian z System of a Down). Także w otwierającym całość „Keys to the Kingdom” sample i elektronika brzmią nieźle, ale to ostra gitara i walenie perkusji napędza tą płytę. Owszem, są też momenty spokojniejsze jak na nich (pachnący trochę P.O.D. „All for Nothing” z gościnnym udziałem wokalisty Helemta – Paige’a Andersona czy instrumentalne „The Summoning” i „Drawbar” z Tomem Morello na pokładzie) , jednak brzmią one naprawdę dobrze.

Nadal na wokalu szaleje Chester Bennington, który przypomina sobie, iż kiedyś darł ryja na całego. Mike Shinoda nadal nawija, czasami podśpiewuje („A Line in the Sand”), ale panowie rzadko pojawiają się razem, co budzi mój pewien niedosyt.

Co do jednego nie mam wątpliwości, Linkin Park przypomniał sobie o swoich ostrych korzeniach i powolutku wracają do dawnego brzmienia. Może nie wszystkie utwory porywają, niemniej jest to krok w dobrą stronę. Jest pazur, jest energia – forma chyba też.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Word of Mouth

Word_of_Mouth

Udało się odnieść wielki sukces jakim było “Living Years”. Ale jak się potem miało okazać, dla Mike’a Rutherforda i jego kumpli był to maksimum możliwości. Przynajmniej pod względem komercyjnym. Czy to znaczy, że ich następne płyty były kompletnie nieudane? Sprawdzę to na przykładzie pochodzącego z 1991 roku „Word of Mouth”.

Jeśli ktoś się spodziewał, że zespół pójdzie bardziej w stronę hard rocka, heavy popu czy disco polo, musiał być mocno rozczarowany, bo jest to proste, pop-rockowe granie. Ale za to jakie fajne i przyjemne, bo nagranie takich albumów tylko pozornie wydaje się łatwe, proste oraz nieskomplikowane. Nie brakuje tutaj szybkich energetyków („Get Up” z szalejącym pianinkiem oraz bardzo nośnym refrenem), podniosłych i krzepiących haseł (tytułowy utwór z równie nośnym refrenem jak w/w), jak i chwil wyciszenia (nastrojowe „A Time and Place” z delikatnymi klawiszami). Do wyboru do koloru, a słowo nuda w przypadku tych dżentelmenów jest słowem, które wykorzystaliby w tekście jednej z piosenek. Jak oni to robili? Nie mam pojęcia, w dodatku teksy nie były takie głupie i puste. W dodatku wzbogacali utwory małymi dodatkami jak saksofon („Everybody Gets a Second Chance”) czy pojawieniem się chóru („Before (The Next Heartache Falls)”). Nawet elektronika nie brzmi ani tandetnie, archaicznie, tylko potrafi czasem ukoić „Stop Baby”.

Reszta to już poziom, do którego ten zespół przyzwyczaił, czyli świetnie śpiewający Paulowie: Young i Carrack, przyjemne melodie oraz troszkę głębszy tekst (tytułowy utwór czy „A Time and a Place”). I mimo upływu lat pozostaje to dobrą, naprawdę bardzo fajną muzyką.

8/10

Radosław Ostrowski

Anathema – Distant Satellites

Distant_Satellites

Zespół Anathema kierowany przez braci Cavanagh poznałem dwa lata temu, gdy poznałem płytę  „Weather Systems”, która mnie powaliła. Tak samo koncertowy „Universal” i znowu razem z producentem Christter-Andre Cederbergiem panowie weszli do studia, tworząc „Distant Satellites”.

Pytanie za sto punktów, czy te dziesięć piosenek jest absolutnie wartych czasu? Niestety nie. Początek wydaje się być kontynuacją „Weather Systems”.  Słychać to w grze perkusji i gitar, a w trzyczęściowej trylogii „The Lost Song” jest to najbardziej słyszalne. Zapętlenie się melodii, która nabiera na sile (słychać to mocno w części pierwszej, cześć druga to wyciszenie – podobnie było z dwoma częściami „Untouchable” na poprzednim krążku) zwłaszcza uderzenia perkusji, epickość nadawana przez smyczki, elektronikę i gitarę akustyczną.

A gdzie jest do cholery gitara elektryczna? Rozumiem, że trzeba poeksperymentować i poszukać czego nowego, ale to nie znaczy kompletnej kastracji rockowego brzmienia. I takie utwory jak „Ariel” (tutaj sytuację ratują niezłe riff zgrane ze smyczkami) czy „Dusk (Dusk Is Trenscending)” zwyczajnie mnie wynudziły, swoja monotonią i co gorsze przewidywalnością kierunku. Aczkolwiek na tej drodze jest parę ciekawych rzeczy: pięknie poprowadzony duet w „The Lost Song Part III” (i tam gitara ma co robić), bardzo liryczna „Anathema” z fantastyczną gitarą w środku. Pewną odskocznią jest zapętlający się „You’re Not Alone” i organowy „Firelight”. I mógłby z tego wyjść nawet niezły album, gdyby nie naprawdę słabe zakończenie – tytułowy utwór jest zbyt elektroniczny, a perkusyjny bit brzmi po prostu tandetnie. Podobnie „Take Shelter”.

Nie spodziewałem się, że od tej grupy dostanę album rozczarowujący. Ale w końcu musi być ten pierwszy raz. I czy ktoś może mi wytłumaczyć, czemu wszyscy pchają się pod elektronikę i to taką wręcz plastikową? Nie rozumiem tego.

5/10

Radosław Ostrowski

The Alan Parsons Project – Tales of Mystery and Imagination

Tales_of_Mystery_and_Imagination_Edgar_Allan_Poe

Było lato roku 1974. Nic specjalnego się nie działo, jednak w Abbey Road poznało się dwóch dżentelmenów. Pierwszy był inżynierem dźwięku, pracował przy „The Dark Side on the Moon” Pink Floydów, drugi pisał teksty i piosenki, udzielał się tez na sesjach jako pianista. był pianistą, grającym sesyjnie. I właśnie ten muzyk wpadł na pomysł nagrania płyty inspirowanej utworami Egdara Allana Poe. Panowie nazywali się Alan Parsons i Eric Woolfson, tak też powstał już kultowy zespół The Alan Parsons Project, album wyszedł dwa lata później.

I zobaczmy, co panowie wymyślili? Zaprosili do współpracy masę muzyków, a także Orsona Wellesa jako narratora. I to on zaczyna „A Dream Within a Dream”. Już w trakcie dołączają instrumenty: delikatną elektronikę, powoli nasuwający się fortepian z perkusjonaliami oraz silniej brzmiącymi klawiszami. Wreszcie pojawiają się flety, podkreślające wręcz „senny” charakter całego przedsięwzięcia. W połowie wszystko ustępuje – wtedy pojawia się bas, prosty i dosadny. Wchodzi za nim perkusja oraz delikatne organy, zgrywające się z gitarą elektryczną i drugą gitarą mieszającą się plus jeszcze gitara akustyczna. Wszystko się wycisza i zostaje tylko bas. On też otwiera „The Raven” i nabiera troszkę większej energii, a wokal brzmi tutaj bardzo mechanicznie (Alan Parsons użył na sobie EMI vocodera), a perkusja ma więcej rzeczy do roboty, klawisze potęgują mroczny klimat. W połowie pojawia się chór (na chwilkę) nadając epicki charakter, a druga połowa w wykonaniu Leonarda Whitinga (Romeo z filmu Franka Zeffirelliego) brzmi bardzo delikatnie, takoż muzyka z ładnymi dźwiękami gitary, harfy, by riff stał się agresywniejszy w rytm marszowych klawiszy, nadając lekko psychodelicznego klimatu. Dalsze utwory też są śpiewane, ale już przez innych. „The Tell-Tall Heart” z mocnym wokalem Arthura Browna jest już bardziej rockowa i mroczna (gitary) i piosenkowa, a środkowa część ze smyczkami i klarnetami jest po prostu piękna, jednak dalej powraca mrok i już nie jest tak przyjemnie, co podkreśla Brown.  Znacznie delikatniejsze jest „The Cast of Amontilliado” z pięknymi smyczkami na wstępie, chórkami w środku oraz świetnym zgraniem orkiestry (dęciaki, klawikord) i chóru z zespołem w tzw. refrenach, a wokal Johna Milesa jest też łagodniejszy. Zupełnie odwrotnie niż w „(The System Of) Doctor Tarr and Professor Fether”, gdzie Milesa wspiera Jack Harris. Tutaj mamy ponure ograny, gitarowe riffy i chwytliwą melodię, a dalej pojawiają się… oklaski, jakby żywcem wzięte z jakiegoś przedstawienia.

Jednak najważniejszym utworem jest podzielona na cztery części „Zagłada domu Usherów”. „Preludium” zaczyna się ciągnącymi się elektronicznymi smyczkami oraz głosem Wellesa. Dalej brzmi orkiestra – fleciki, smyczki, trąbeczki, harfa – na początku brzmiące trochę mrocznie, potem nabierają znacznie pogodniejszego charakteru. Może poza smyczkami – te idą w stronę grozy aż do samego końca, choć wspierane przez inne instrumenty (wybuchy dęciaków), na sam koniec dostajemy burze i deszcz, które towarzyszą nam przy „Arrival”. Do tego jeszcze dostajemy wiatr i organy oraz zapętlające się oraz przyśpieszone klawisze. Perkusja naśladuje tutaj walenie do drzwi, a gitara płacze, na koniec wyciszona chórkiem. „Intermezzo” jest bardzo krótkie i bardzo strasznym popisem skrzypiec, by płynnie przejść do „Pavane”. Tutaj mamy kontrabas, gitarę, bałałajkę i cymbałki, które nadają bardzo lirycznego, wręcz magicznego klimatu (do pojawienia się mroczniejszych klawiszy i perkusji), by wszystko runęło w „Fall” (smyczki stają się nerwowe, razem z bębnami i dęciakami). Całość wieńczy „To One in Paradise”, które mimo mrocznego wstępu (smyczki z końca „Fall”) brzmi trochę pogodniej, dzięki klawiszom, chórowi i gitarze akustycznej, a także delikatnym wokalom Wolfsona i Terry’ego Sylvestra. Także tekst o snach i raju brzmi mniej strasznie od reszty.

I muszę przyznać, ze „Tales of Mistery and Imagination” to piękny hołd złożony Edgarowi Poe, mimo lat potrafi poruszyć (genialna “zagłada domu Usherów”), oczarować klimatem i dać początek nowej legendzie progresji. Czy udało im się przeskoczyć tak wysoko postawioną poprzeczkę? Zobaczymy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Boy Hits Car – All That Led Us Here

All_That_Led_Us_Here

Rockowego grania ciąg dalszy. Tym razem padło na kwartet z Los Angeles, działający już ponad 20 lat, a jego jedynym członkiem od początku jest wokalista Gregg Rondell (gra też na dwunastostrunowej gitarze), a pod wydaniu ostatniej płyty trzy lata temu dołączył nowy perkusista. I co z tego wyszło?

Ekipa bardzo idzie w stronę takich kapel jak Korn czy P.O.D., czyli jest melodyjnie, ale głośno i ciężko. Gitara i perkusja (przede wszystkim perkusja) robi tutaj naprawdę zamieszanie, uatrakcyjniając ten album, który w zasadzie jest zaledwie poprawny. I nawet pewne urozmaicenia (orientalny „Quiet Storm” z sitharem, w połowie akustyczne „Ocean Equation” czy perkusyjny wstęp „Ourglass”) oraz bluzgający wokalista, całkiem niezły zresztą, nie jest w stanie przykryć ani nudnych kompozycji, mało ciekawego brzmienia. Na szczęście czas trwania nie jest specjalnie długi i można tą płytę przesłuchać dość szybko. Tylko czy warto?

5/10

Radosław Ostrowski

Black Stone Cherry – Magic Mountain

Magic_Mountain

Kwartet z Kentucky do tej pory nagrał trzy płyty, które pachniały southern rockiem. I teraz po trzech latach wrócili. Ekipa w składzie: Chris Robertson (wokal, gitara prowadząca), Ben Wells (gitara rytmiczna), Jon Lawhon (gitara basowa) i John Fred Young (perkusja) chcą udowodnić, że jeszcze potrafią przyłoić. I to pokazują na „Magic Mountain”.

I jest to bardzo zadziorne granie, które jest na pewno bardziej współczesne niż przesłuchiwany wcześniej Black Label Society, bardziej soczyście i melodyjniej. Tempo jest dość różnorodne, co na pewno jest plusem, a gitara w paru miejscach naprawdę się popisuje („Peace Pipe”), czasem pachnie oldskulowo („Bad Luck & Hard Love” czy bardzo nośne „Me & Mary Jane”), czasami jest bardzo delikatnie (początek „Runaway”, który potem jedzie po szybkości czy pachnący bluesem „Blow My Mind”), a kiedy jest potrzeba przyśpieszają (tytułowy utwór z „organowym” wstępem czy „Never Surrender”). Może i to już słyszeliśmy wcześniej, ale to kopyto jest naprawdę mocne, zaś wokal Robertsona jest taki, jaki być powinien. Choć ballady są tutaj naprawdę niezłe („Sometimes”), to jednak wypadają najsłabiej w całym zestawie. Na szczęście nie ma ich tutaj zbyt wiele, a energia i dynamika nakręca ten album, któremu warto poświęcić czas.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Archive – Axiom

Axiom

Brytyjska trip-hopowa formacja Archive zdobyła rozgłos dzięki płycie „You All Look the Same to Me”, zawierająca przeboje „Bullets i „Again”. Po dwóch latach od ostatniego albumu, postanowili nagrać kolejny materiał i by było bardziej ambitnie dodali do tego 40-minutowy film, który można (chyba) zobaczyć także na stronie grupy.

Skupmy się jednak na samej płycie, która zawiera tylko siedem kompozycji, które jednak bardzo płynnie przechodzą między sobą. I muszę przyznać, że ta spójność mnie powaliła, choć nie jestem wielkim fanem muzyki elektronicznej, to jednak aura jest pełna mroku oraz tajemniczej magii. Obecna jest ona od pierwszej do ostatniej minuty. Zaczyna się bardzo delikatnie, dzięki pięknie ciągnącym się smyczkom w „Distorted Angels”, do których (poza wokalem Pollarda Berriera) dołączają dziwne „wybuchy” perkusji, a w ostatniej minucie elektronika się uspokaja, tworząc wręcz kosmiczną aurę. Ale prawdziwą petardą jest tutaj tytułowy (prawie dziesięciominutowy) utwór, z kapitalną po prostu partią dzwonów (naprawdę melodyjnie dzwonią), które w połowie ustępują „plumkającym” klawiszom oraz innym dźwiękom (m.in. przesterowanej gitarze elektrycznej) czy „przyśpieszonemu” dźwiękowi fortepianu. A piosenek nie ma tu zbyt wiele (melodyjnie mroczny „Baptizm” z podniesionym wokalem, szybkimi uderzeniami perkusji czy pulsujący „Transmission Data Terminate”, gdzie znów perkusja nadaje rytm, a nawet fortepian brzmi dość zagadkowo, zaś wokale – męski i żeński – obydwa delikatne, kontrastują z muzyką). Przestrzennie brzmi też „The Noise of Flame Crashing” (te klawisze), a drugą petardą jest „Shiver” z bardzo pięknie grającym fortepianem.

I muszę przyznać, że nowe Archive mnie po prostu oczarowało, idąc w stronę bardziej progresywnych dźwięków, co mnie bardzo ucieszyło. Muzyka jest bardzo przestrzenna i klimatyczna, czaruje i zniewala. Mocny kandydat na płytę roku 2014. I nie ma w tym cienia przesady.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Mike + The Mechanics – Living Years (25th Anniversary Edition)

Living_Years

Zgodnie z zasadą sequeli, zespół Mike + The Mechanics nie odpuścił i ruszył za ciosem. Co prawda, wymierzenie tego ciosu trwało trzy lata, jednak album „Living Years” odniósł wielki kasowy sukces, ale przetrwał próbę czasu? Zobaczmy.

Słychać na pewno, ze to album z lat 80., a to dzięki wszelkiego rodzaju elektronicznym wstawkom jak plumkający początek „Nobody’s Perfect” (jeszcze w tle przewija się marszowa perkusja) czy brzmieniu perkusji, jednak nadal jest to zestaw melodyjnych i chwytliwych piosenek (szybkie „Seeing is Believing” z niezła gitarą oraz imitacja chóru w refrenie), a niektóre z nich jeszcze potrafią pięknie zabrzmieć. Tak jak tytułowa piosenka z delikatną gitarą, przestrzenna elektroniką oraz świetnie śpiewającym chórem w refrenie czy bardzo płynące „Nobody Knows” z delikatnym wstępem gitarowym i ładnymi klawiszami oraz szybszymi refrenami. Żeby jednak nie było tak przyjemnie, to pojawia się parę mocniejszych uderzeń jak „Poor Boy Man” z potężna gra klawiszy na początku czy szybkie „Blame” (klawisze przyśpieszają i w takim tempie jadą w tle oraz naprawdę mocnym riffem pod koniec). A tak naprawdę każdy utwór jest przynajmniej bardzo dobry, a to w połączeniu ze świetnymi głosami Paula Younga i Paula Carracka oraz niebanalnymi tekstami (m.in. o odpowiedzialności, samotności czy wierze).

W tym roku wyszła reedycja albumu. A co to oznacza? Dodatkowy album, a w nim zapis trasy koncertowej z 1989 roku, promującego „Living Years”. Na początek jednak drugiej płyty dostajemy nową wersję „Living Years” zespołu w odmienionym składzie (z wokalem Andrew Roachforda) i brzmi to całkiem nieźle. A koncertowe wcielenie Mike’a prezentuje się naprawdę więcej niż solidnie i nie jest to tylko zbędny dodatek. Za to dodatkowy punkt.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski