The Black Keys – Turn Blue

Turn_Blue

Ten amerykański duet w ostatnim czasie sporo namieszał, dzięki płytom “Brothers” I “El Camino”, przez co uznano ich za następców duetu The White Stripes. Dan Auerbach (gitara i wokal) oraz Patrick Carney (perkusja), czyli The Black Keys po trzech latach przerwy wracają z nowym materiałem, znowu do spółki z producentem Danger Mousem (współpraca m.in. z Beckiem, Norą Jones czy Jackiem Whitem).

Już sama nazwa płyty wskazuje, że będzie zmiana klimatu, choć nadal w stylistyce rocka lat 60. oraz 70., ale dominuje tutaj melancholia i smutek, co słychać zarówno w chórkach przewijających się w refrenach, jak i w elektronice (wstęp „Weight of Love”), ale nie znaczy to, ze nie tworzą melodyjnych piosenek. Choć bas gra bardzo rytmicznie, gitarka elektryczna jest taka bardziej delikatna (choć pokazuje pazur w „Year in Review”), pojawiają się nawet smyczki (tytułowy utwór), nie mogłem pozbyć się wrażenia, że słysze ostatnie Arctic Monkeys (chyba przez ten bas i perkusję), tylko zrobione z większym rozmachem i energią. Nie ma tutaj pójścia pod sympatię radiowcom, dochodzi do zmiany tempa („Bullet in the Brain”, który zaczyna się bardzo akustycznie, by potem nabrać większego rozmachu i przyśpieszenia czy „It’s Up To You Now” z szybką perkusją i gitarą, by w połowie perkusja nabrała mocy razem z „garażową” gitarą i wrócic do początku) czy bardziej stonowanych kompozycji (prawie akustyczne „Waiting on Words”), ale nadal są one różnorodne i parę razy potrafią naprawdę zaskoczyć. A jeśli do tego dodamy świetny wokal Auerbacha, to mamy naprawdę dobrą płytę. Nie jakąś super powalającą (choć są kapitalne numery), ale uczciwie dobrą oraz przyjemną w odsłuchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Toto – 35th Anniversary Tour: Live in Poland

35th_Anniversary_Tour_Live_In_Poland

Zespół Toto to jedna z żywych legend rocka lat 80., któremu nieśmiertelność przyniósł przebój „Africa”. W zeszłym roku kapela przyjechała do Łodzi w ramach trasy koncertowej z okazji 35-lecia działalności., a teraz wyszedł zapis tego koncertu w wydaniu podstawowym (dwie płyty CD) oraz rozszerzonym z DVD i Blu-Rayem.

Ekipa w składzie: Steve Lukather (gitara i wokal), David Paich (klawisze, wokal), Steve Porcaro (klawisze, wokal), Joseph Williams (wokal), Simon Phillips (perkusja) wspierana przez basistę Nathana Easta zagrała zarówno utwory z ostatnich albumów jak i swoje największe hity jak „Africa” (druga połowa improwizowana wspólnie z publicznością), „Rosanna” (w połowie idąca w stronę jazzu, dzięki lekkiej grze fortepianu i improwizacji gitarowej) czy „Hold the Line” (popisy gitarowo-perkusyjna na koniec). Na przemian jest balladowo i nastrojowo, gdzie wykazują się klawisze („I’ll Be Other You”), ale nie brakuje też popisów gitarowych Lukatera (poza wspomnianą „Roseanną” choćby „Wings of Time”) czy klawiszy (końcówka „Falling in Between”), zas publiczność reaguje bardzo entuzjastycznie i zdarza się jej śpiewać razem z zespołem. I to wszystko słychać na dwóch płytach, a co najważniejsze nie czuć wieku muzyków. W zasadzie trudno mi pisać o koncertowych płytach, bo w zasadzie są wykonywanymi na żywo Greatest Hitsami. Jednak ja polecam sięgnięcie po wersję z obrazem. Aż mi zaostrzyło to apetyt.

Oceny nie będzie.

Radosław Ostrowski

Yann Tiersen – Infinity

Infinity

Muzyk ten na zawsze został zapamiętany jako kompozytor “Amelii”, ale Yann Tiersen ma wiele oblicz i na swoich solowych płytach potrafi naprawdę zaskoczyć. Jaka twarz pokażę na płycie „Infinity”? Jedno mogę wam zapewnić – śpiewać nie będzie, choć pojawi się wokal.

„Infinity” zaczyna się naprawdę tajemniczo i interesująco – tytułowy utwór jest bardzo przestrzennym echem, w którym pojawia się elektronika (imitująca morze) oraz monotonnie zagrane skrzypce. Potem zaczyna padać deszcz i płynnie przechodzimy do „Slippery Stones” – melodia grana jakby z karuzeli, cymbałki, klawisze, jakieś dzwoneczki, perkusja i (chyba) mocno przerobiona gitara. Do tego dziwacznego towarzystwa dochodzą męskie i żeńskie głosy, by pod koniec zagrała delikatna gitara. A im dalej, tym robi się coraz dziwaczniej i tajemniczo – elektronika budzi skojarzenia z filmami Davida Lyncha, jednak można rozpoznać kompozytora po wykorzystywaniu fortepianu (intrygująca „A Midsummer Evening”, gdzie pod koniec wraca melodia karuzelowa), skrzypiec (długi „Ar Maen Bihan”, gdzie one przybierają na sile i współgrającą z nimi perkusją po dwóch minutach oraz nieprzyjemną gitarą czy „Steinn”) czy elektronikę (bazujące na dzwoneczkach i gitarze „Lights”). Jeszcze odezwie się gdzieś w tle gitara elektryczna („The Crossing”), ale wymienianie poszczególnych utworów trochę mija się z celem.

Całość tworzona przez Tiersena jest bardzo tajemnicza, miejscami bardzo mroczna, ale też bogata dźwiękowo oraz kompletnie nieprzewidywalna. I jeśli pamiętacie Tiersena, tylko jako autora ścieżek dźwiękowych, to możecie doznać szoku, bo to zupełnie inny klimat. 

8/10

Radosław Ostrowski

Sabaton – Heroes

Heroes

Szwedzka, muzyczna odpowiedź na “Sensacje XX wieku” – tak przedstawiam sobie zespół metalowy Sabaton, który na swoich albumach opowiada o wydarzeniach historycznych (ostatnia płyta “Carlous Rex” dotyczyła wojny trzydziestoletniej). Tym razem wracają do opowiadania o Ii wojnie światowej, co już widać na okładce „Heroes”.

Przy okazji doszło do poważnych roszad – ze składu zostali wokalista Joakim Broden i basista Par Sundstrom, za to przybyli perkusista gitarzyści Chris Rorland oraz Thobbe Englund i perkusista Hannes van Dahl. Ale brzmieniowo nic się nie zmieniło. I w zasadzie to dostajemy. Mocne uderzenia perkusji, podniosłe chórki, trochę tandetna elektronika (jednak w śladowej ilości) czy pędzące na złamanie karku gitary elektryczne z perkusją, czyli mamy muzyczną rzeźnię. Jednak kapela parę razy potrafi zaskoczyć np. wplatając melodię z pozytywki w „Inmate 4859” (trochę przypominające „Uprising”), balladowe „The Ballad of Bull” zagrane na fortepianie czy wrzucone „Dla Elizy” Beethovena w kończącym całość „Hearts of Iron”. W tych momentach Sabaton pokazuje trochę inne oblicze, choć nadal mają power i energię, która potrafi porywać, choć nic nowego nie wymyślają. Ale czy o to tu chodzi? Nie brakuje tutaj mocnych petard jak „Resist and Bite” (riff otwierający trochę przypomina „Thunderstruck” AC/DC) czy „To Hell and Back”, jednak jest ich trochę mniej, zaś tempo lekko się uspokoiło.

A o czym tym razem opowiadają? M.in. o radzieckiej, żeńskiej eskadrze bombowej, rotmistrzu Witoldzie Pileckim, belgijskim oddziale walczącym z Niemcami czy czechosłowackim bohaterze, zapomnianym potem przez komunistyczne władze. Więc jest heroicznie, podniośle i ostro, jeśli nie przekonaliście się wcześniej do wokalu Brodena, już się nie przekonacie. Mocne, dobre granie z misją, że się tak wyrażę.

7/10

Radosław Ostrowski

Santana – Corazon

Corazon

Carlosa Santanę przedstawiać specjalnie nie trzeba. Jeden z najlepszych (i najstarszych) wirtuozów gitary swój złoty okres przeżywał w latach 70-tych oraz na przełomie wieków, dzięki płycie „Supernatural”, w której pozapraszał masę gości tworząc wiele przebojowych hitów, wykorzystując tą formułę jeszcze parę razy (ostatnio cztery lata temu), by powrócić do instrumentalnego grania (fantastyczne „Shape Shifter” z 2012). Jednak jak wiadomo, trzeba z czegoś opłacić rachunki i Carlos znów postanowił nagrać przebojową, rockową płytę – „Corazon”, która miała pachnąć latynowskimi klimatami. Ale miałem obawy, że to nie wypali.

I o dziwo początek jest naprawdę świetny, dzięki bardzo przebojowej „Saiderze” (Samuel Rosa szaleje) oraz spokojniejszej „La flaca” z mocnym wokalem Juaneza. Potem jest dość szeroki misz-masz gatunkowy, gdzie nie brakuje zarówno rapowania (ostre „Mal bicho”), reggae (niezłe „Iron Lion Zion” z Ziggym Marleyem), popu („Besos de lejos”), jazzu (instrumentalny – prawie – „Yo Soyla Ruz”) a nawet tandetnej elektroniki (czy mogło być inaczej, jak się idzie na współprace z Pitbullem?), jednak nie układa się to w żadną spójną całość, a bogactwo gości może przyprawić o ból głowy, bo mamy tu m.in.: Glorię Estefan, Miguela czy Diego Torresa. Oni radzą sobie raz lepiej, raz gorzej. Ale Santana robi to, co potrafi najlepiej – bo gra naprawdę świetnie, wzbogacając każdą melodię, nawet jeśli nie jest ona najwyższych lotów.

Piętnaście piosenek, których słuchałem w „Corazon” są strasznie nierówne, a duet z Pitbullem to kompletna porażka. Chyba wrócę do przesłuchania jeszcze raz „Shape Shifter”, choć jest tutaj parę wartych uwagi numerów.

6/10

Radosław Ostrowski

Kelis – Food

Food

Tą wokalistkę znam jako (byłą już) żonę rapera Nasa, która solowo radziła sobie całkiem nieźle. Po ostatnim albumie, gdzie w mocno elektroniczno-dyskotekowe klimaty postanowiła dokonać wolty i nagrał kompletnie inny album, zas produkcją zajął się Dave Sitek (członek TV on the Radio, pracujący m.in. z Yeah Yeah Yeahs).

Tym razem idziemy w stronę soulu i r’n’b’, czyli wracamy do początków, w dodatku grając na żywych instrumentach – perkusja, dęciaki i bas. Nie brakuje potencjalnych radiowych hitów (popowy „Breakfast” czy mocno funkowy „Jerk Ribs” z soczystymi dęciakami oraz fortepianem), jednak nie jest to decydująca twarz „Food”. Bardziej klimatyczna, ze świetnymi aranżacjami – rytmiczne „Forever Be” ze świetnym wstępem smyczkowo-dętym, spokojny, wyciszony „Floyd” z Hammondami czy wręcz akustyczne „Bless the Telephone” pachnące Simonem & Garfunkelem. Chwytliwe, melodyjnie i staroświecko – pachnie to latami 70., za co naprawdę należy pochwalić Sitka oraz muzyków, którzy naprawdę tutaj dali z siebie wszystko.

Ale na największe pochwały zasługuje Kelis i jej naprawdę kuszący wokal, który przkuwa uwagę i sprawdza się w każdej piosence (mi akurat najbardziej w „orientalnym” „Change”), wracając do wybornej formy. To danie okazało się naprawdę smaczne, ale trochę obawiam się jej następnego materiału. Przecież każda jej płyta była inna. Mam nadzieję, że będzie ona przynajmniej tak udana jak ta.

8/10

Radosław Ostrowski

Asia – Gravitas

Gravitas

I historia zatoczyła koło. Kiedy w 2006 roku reaktywowała się Asia, nikt nie spodziewał się, że uda im się powrócić w glorii i chwale. Po nagraniu trzeciej płyty po tym wydarzeniu, ekipę opuścił (znowu) gitarzysta Steve Howe. Pozostali członkowie jednak się nie przejęli i na jego miejsce przyjęli 27-letniego Sama Coulsona i w tym składzie nagrali kolejny album „Gravitas”.

Tym razem za produkcję odpowiadają frontman John Wetton oraz klawiszowiec Geoff Downes. Czy pod tym względem oznacza to jakieś zmiany? W zasadzie nie, bo ukształtowany styl z lat 80-tych jest konsekwentnie przekazywany z albumu na album. Każdy z muzyków zna się na swojej rzeczy, nie brakuje podniosłych – chórlanie śpiewanych – refrenów, a całość jest przebojowa i radio friendly. Palmer łoi na perkusji aż miło, zgrywając się razem z Wettonem, a Downes popisuje się swoimi klawiszowymi umiejętnościami, choć można miejscami odczuć zmęczenie materiału, które najbardziej słychać w balladach (za długi utwór tytułowy, „The Closer I Get to You” z niezłym tematem pianistycznym czy „Heaven Help Me Now” z pięknym orkiestrowym wstępem – dalej jest sieczka), może poza „Russian Dolls” z wplecionym odgłosem pociągu w tle, pachnąca trochę wschodem. A jak radzi sobie Coulson? To nie jest drugi Howe – jest trochę surowszy i mocniejszy, ale brakuje mu finezji poprzednika. Nie zawodzi za to John Wetton, którego głos brzmi naprawdę dobrze.

W zasadzie „Gravitas” niczego nie zmienia, ale z drugiej strony – liczyliście na coś innego? Jest to naprawdę przyzwoita Asia, choć mam nadzieję, że panowie jeszcze mnie zaskoczą i wejdą na wyżyny swoich możliwości. Ale kto wie?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – XXX

XXX

When I’m gone, do this thing for me,
For this is my final day, and you know I would not joke,
So bury me in willow, not in oak.

Każdy gatunek muzyczny ma swoją supergrupę, czyli zespół składający się z indywidualistów grających wcześniej w innych zespołach. W rocku prograsywnym takim zespołem jest brytyjska Asia. Z okazji 30-lecia działalności scenicznej, ukazał się nowy materiał „XXX”.

Zespół nagrał go w pierwotnym składzie: klawiszowic Geoff Downes (The Buggies, obecnie Yes), giatarzysta Steve Howe (Yes), perkusista Carl Palmer (Emerson, Lake and Palmer) oraz basista i wokalista John Wetton (King Crimson). Silne indywidualności, które znów się zetknęły pięć lat temu. Każdy z nich pokazuje na co ich naprawdę stać. Ale ich muzyka wyprodukowana przez Mike’a Paxmana (Uriah Heep, Status Quo) brzmi bardziej nostalgicznie i dojrzalej. Zespół łączy stare brzmienia z lat 80-tych (najbardziej to słychać w klawiszowych partiach Downesa), a jednocześnie jest bardzo wyrafinowany i dość dojrzały. Każdy z muzyków pokazuje na co ich stać i tworzy bardzo nastrojowe kawałki („Burn Me in Willow”,”Faithful” czy kapitalna ballada „Ghost of a Chance”), ale jednocześnie bardzo energetycznej i dynamicznej („No Religion” czy otwierający „Tomorrow the World”). Refreny są chwytliwe i wpadające w ucho (najbardziej to słychać w rozpisanym na głosy „Reno (Silver and Gold)”, ale pojawiają się w każdym kawałku) i po prostu chce się do nich wracać. A co najważniejsze żaden z muzyków nie narzuca się, tylko uzupełniają się i tworzą bardzo spójną całość, nawet jeśli wyczuwa się podobieństwo do Yes.

Wokal Wettona jest naprawdę mocny i idealnie pasuje do każdego utworu. Nie ważne czy rozmyśla o śmierci („Burn Me in Willow”), miłości („Face on the Bridge”) czy o życiu, jest maksymalnie przekonujący. Tak samo w tekstach, które są naprawdę kawałkiem dobrego pióra. Słowo „banał” muzykom jest obce, za co należy im się chwała.

Mówiąc krótko, „XXX” podziałała na mnie bardziej niż ostatnia (udana) studyjna płyta zespołu Yes. Asia zaskakuje dojrzałością i dużą dawką energii, której muzykom z takim stażem zaczyna brakować. Kolejny przykład żywotności progresywnych brzmień.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Mike + The Mechanics – Mike + The Mechanics

Mike__The_Mechanics

Jeżeli członek progresywnej kapeli, decyduje się założyć popową kapelę, zawsze jest pytanie o co tu chodzi. Tak zrobili muzycy grupy Asia, ich szlakiem podążył Mike Rutheford – basista zespołu Genesis, gdzie po odejściu Steve’a Hacketta zaczął tez grać na gitarze elektrycznej. Kiedy Genesis poszło w stronę bardziej popowego brzmienia, Rutheford doszedł do wniosku, by zadziałać na własny rachunek i założył kapelę Mike and the Mechanics (zapisywana też Mike + The Mechanics). Poza Ruthefordem, który poza graniem na basie/gitarze, był też kompozytorem zespół tworzyli: klawiszowiec Adrian Lee, perkusista Peter Van Hooke oraz dwaj wokaliści: Paul Young i Paul Carrack (na płycie śpiewają swoje utwory na zmianę). W tym składzie w A.D. 1985 roku wydali swój debiut.

Za produkcję odpowiadał Christopher Neil, który współpracował m.in. z a-ha, Celine Dion czy Shakin’ Stevensem. Pytanie tylko czy po latach ten album może się wybronić, choć formuła na dobry, popowy album wydaje się prosta: chwytliwe melodie; proste, lecz nie naiwne teksty; świetny wokal (przynajmniej przyzwoity) i producent z głową na karku. Już otwierający całość „Silent Running” – pierwszy przebój ma to wszystko. Delikatna gra klawiszy, proste i rytmiczne granie sekcji rytmicznej, nakładające się w refrenie wokale oraz gitarowy riff w środku, a mocniejszy na koniec. A że wstęp trwa prawie dwie minuty i zaczyna się od dziwnych dźwięków, to inna kwestia. Choć perkusja oraz elektronika zdradzają wiek płyty (słychać to chyba najmocniej w „All I Need is a Miracle” z wstępem trochę pachnącym new romantic), to jednak brzmi ona chyba szlachetnie i trochę mniej plastikowo od dzisiejszego grania.

Dodatkowo jeszcze wplecione zostały dodatkowe dźwięki (m.in. cykanie świerszczy w nastrojowym „Par Avion” – te klawisze naprawdę robią nastrój –  gdzie śpiewa trzeci wokalista – John Kirby czy „strzelająca” perkusja w bardziej rockowym „Hanging by a Threat”, gdzie klawisze są w środkowej części zgrane z klawiszami), a prostota zmieszana z finezja. Jeśli ktoś chce potańczyć, to mamy „I Get the Feeling” z dęciakami do towarzystwa, preferujący dynamikę polubią „Take the Reins” z akustyczną gitarą oraz chórkami w tle, chyba że szukamy nastrojowych melodii, to czymś takim jest wręcz epickie „You’re Are the One” czy „A Call to Arms” (niewykorzystana melodia  grupy Genesis).

Wokale tutaj bazują na kontraście: mocny Carrack kontra delikatny Young. Panowie nie mają żadnego wspólnego utworu, co na pewno byłoby dodatkową atrakcją do spółki z naprawdę ambitnym tekstem (dotyczy to „Silent Running”).

Debiut Mike’a Rutherforda z nowym projektem okazał się jedną z większych niespodzianek roku 1985. I mimo upływu prawie 30 lat, jakoś nie chce się zestarzeć, jakby pokazywał: tak należy robić pop. Reszta jest historią, którą spróbuje wam przybliżyć.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – Omega

Omega

Po dłuższej przerwie Asia wróciła w pierwotnym składzie odcinając się totalnie od tego, co się działo w latach 90. Powrót w czteroosobowym, pierwotnym okazał się strzałem w dziesiątka, a płyta „Phoenix” przywróciła ich do łask. A jak wiadomo, trzeba iść za ciosem i po dwóch latach wyszedł następny album.

Tym razem dla wytwórni Frontline Records i pod okiem producenta Mike’a Paxmana, który współpracował m.in. z zespołami Status Quo i Uriah Heep. Czy coś się brzmieniowo zmieniło? Nie. Nadal to głównie dynamiczne rockowe granie, okraszone progresywnymi sztuczkami, co potwierdza już otwierająca całość “Finger on the Trigger”. Ale Asia to nie tylko dynamiczne hiciory do podbijania radiowych stacji, każdy z członków świetnie gra na swoim instrumencie i wokal Wettona jest naprawdę dobry. Problem jednak polega na jednym, ale poważnym drobiazgu: nic nowego tutaj nie ma i powoli czuć z tego powodu pewne znużenie. A ballady, choć dość spokojne („Ever Yours” z ładną gitarą akustyczną), działały dość usypiająco, choć zdarzają się pewne drobne momenty przyjemności (fortepian, smyczki oraz solówka Howe’a w „Listen, Children” czy lekko bluesowe „Emily”), jednak trzeba przyznać, że to naprawdę solidnie zrobiona płyta. Jednak muszę się przyznać, że „Phoenix” bardziej na mnie podziałał. Ale „Omega” tez jest całkiem niezła.

7/10

Radosław Ostrowski