Fargo – seria 2

Druga seria „Fargo” to oddzielna historia w porównaniu do poprzednika, ale jest kilka elementów spajających ją z poprzednią częścią. Tym razem głównym bohaterem jest Lou Solverson – ojciec policjantki Molly, a cała akcja rozgrywa się w pamiętnym roku 1979. Nasz Lou jest iglarzem oraz komendantem posterunku policji w Louverne, małym miasteczku w Minnesocie leżącym obok Fargo, gdzie zawsze dzieje się wiele. Wszystko zaczęło się od dziwacznego morderstwa gdzieś w przydrożnej jadłodajni.

fargo_21

Tam miał się spotkać Rye Gerhardt – najmłodszy syn mafijnej rodziny Gerhardtów, zajmujących się dystrybucją oraz handlem narkotykami. Mężczyzna (w porównaniu do narwanego Todda oraz rozsądnego Niedźwiedzia) jest niespełna rozumu i planuje zrobienie spółki ze swoim kumplem, właścicielem sklepu z maszynami do pisania. Problem w tym, że wspólnik ma wyrok i tylko sędzina może odhaczyć zawieszenie i odpalić maszynkę z kasą. Spotkanie jednak zmienia się w krwawą jatkę. Czy mogło się inaczej skończyć, gdy na wariata ze spluwą używasz środka na owady. Po drodze jeszcze Rye skasował kucharza i dobił kelnerkę, próbującą uciec. I nic by się nie stało, gdyby nie fakt, iż Rye zobaczył… latający spodek, a na koniec zostaje potrącony przez Bogu ducha winną kosmetyczkę – Peggy Blomkvist, żonę rzeźnika Eda. To jednak tak naprawdę mały pikuś, bo Gerhardtowie mają zostać przejęci przez mafię z Kansas City. Całą operacją ma dowodzić Mike Milligan, a zaginięcie Rye’a odtwiera puszkę Pandory pełną granatów, karabinów oraz trupów.

fargo_23

Noah Hawley znowu to zrobił: nakręcił wciągający serial kryminalny, gdzie czuć ducha braci Coen. Dodatkowo osadzenie wszystkiego w realiach lat 70. stworzyło bardzo ciekawy klimat. Nadal jest zima, sporo śniegu (nie wszędzie jednak), a każdy bohater tej układanki chce wyjść z zastanej sytuacji za pomocą sprytu, siły lub zdrowego rozsądku. Nie zawsze jednak będzie to możliwe, bo raz rozpoczętej spirali przemocy, odkręcić się nie da. Tutaj najważniejsza jest rozgrywka między Milliganem a Gerhardami, sprowadzająca się do strzelanin, zasadzek oraz brutalnej walki o przetrwanie. Peggy z Edem, niejako wbrew sobie zostają wplątani w tą mordownię i też próbują ocalić skórę z tej absurdalnej sytuacji. I też nie mogą się już z tego wycofać, a punktem krytycznym staje się pozbycie się ciała najmłodszego z rodu Gerhardów.

fargo_22

Sam Hawley miesza tutaj wątki, retrospekcje (pierwsze zabójstwo widziane przez nestora rodu Gerhardów, Otto czy młodość Indianina Hanzee’ego), scenki będące jedynie dodatkiem do humoru (kręcenie filmu o masakrze w Sioux Falls), a nawet futurospekcje (sen Betty, gdzie widzimy jej rodzinę z 2006 roku). Bawi się tutaj formą (dzielenie ekranu niczym w komiksie), wodzi za nos i myli tropy, prowadząc do nieuchronnej konfrontacji, a kilka scen (próba oblężenia posterunku czy rewelacyjna strzelanina między gliniarzami chroniącymi Blomkvistów z Gerhardtami) trzyma skutecznie za gardło i nie puszcza. Nawet sam Ronald Reagan się pojawia, by powalczyć o nominację prezydencką.

fargo_24

Jednocześnie odtwarza mentalność epoki, gdzie kobieta była tylko (lub aż) wsparciem dla męża, który miał robić karierę, prowadzić interesy i decydował o wszystkim. Czuć też mocno echa afery Watergate, mocno niszczącą zaufanie społeczeństwa do rządu, stając się silnym źródłem wielu teorii spiskowych oraz fascynację UFO. Dla wielu pojawienie się w kluczowych miejscach statku kosmicznego może wywołać silne poczucie dezorientacji, bo nie zostaje to mocno wyjaśnione. Wszystko jednak ogląda się to znakomicie, a wyważenie scen akcji z drobnymi obyczajowymi obserwacji oraz czarnym humorem działa piorunująco.

fargo_25

Ponieważ jest to nowe rozdanie, nie zobaczymy tutaj twarzy znanych z poprzedniej części. Nie znaczy to, że nie ma tutaj komu kibicować i brakuje wyrazistych postaci. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się Blomkvistowie – zwykli, szarzy ludzie z prostymi marzeniami. Ale przypadek (los, UFO) ma inny scenariusz. On (świetny Jesse Plemons) to taki sympatyczny poczciwina, sterowany przez miotającą się i szukającą spełnienia się żonę (rewelacyjna Kirsten Dunst). Oboje sprawiają wrażenie nierozgarniętych do końca, ale to ludzie znajdujący się w sytuacji mocno przerastającej ich możliwości. Rozsądek jako jedyny zachowuje tutaj Lou. Grającego jego starszą wersję Keith Carradine’a zastąpił znakomity Patrick Wilson, który koncertowo portretuje człowieka dbającego zarówno o swoją rodzinę (żona choruje na raka), przeżył wojenne piekło i kieruje się swoją intuicją. Co najważniejsze, zawsze trafia w sedno, chociaż bywa bezsilny wobec zdarzeń (próba wykorzystania Blomkvistów jako przynęty wobec mafii z Kansas), mając za wsparcie teścia gliniarza (rzadko widziany Ted Danson).

fargo_26

Po drugiej stronie, czyli bandziorów wyróżnia się zdecydowanie Mike Milligan (kompletnie nieznany Bokeem Woodbine) i nie tylko dlatego, że jest czarny oraz fikuśnie się ubiera niczym bohater z „American Gangster”. Ten gangster-filozof potrafi zaskoczyć inteligentną refleksją na temat przewrotności losu, a jednocześnie ma tyle szczęścia, jak nikt inny. Szkoda tylko, że doczekał się tak nieoczywistego finału. Równie wyrazista jest Jean Smart jako kierująca interesem Gerhardtów Floyd – opanowana, wyciszona i wręcz niezłomna, ale nie bojąca się ostrych środków oraz impulsywny i brutalny Dodd (Jeffrey Donovan w formie), z którym lepiej nie zadzierać.

Drugie „Fargo” to po prostu inna historia w porównaniu z poprzednią serią. Lepsza czy gorsza – trudno ocenić. Na pewno nie czułem mocnego zawodu (może poza zakończeniem, które było takie spokojne i bardziej życiowe), a i tak oglądałem z zapartym tchem. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać trzeciej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Outcast: Opętanie – seria 1

W mały miasteczku mieszka Kyle Barnes – tytułowy odrzutek. Facet mieszka sam w starym, opuszczonym i podniszczonym domem, który należał do jego matki. Nie dba o siebie, nieogolony, w brudnym podkoszulku, nie wyściubia nosa, właściwie tylko siostra Megan utrzymuje z nim sporadyczny kontakt. Facet ma powody, by się ukrywać, gdyż jego matka była opętana przez demona i biła go, gdy był dzieckiem. Pomógł wtedy wielebny Anderson, który zajmuje się egzorcyzmami. I to właśnie wielebny prosi Kyle’a o pomoc w wypędzeniu złych mocy, trzymających władzę nad chłopcem o imieniu Joshua.

outcast1

Pozornie to wprowadzenie może sugerować, że będziemy mieli do czynienia z serialem grozy w stylu „Egzorcysty”. Tym bardziej, że twórcą jest Robert Kirkman, autor komiksowego pierwowzoru i twórca równie popularnej serii „Walking Dead”. Sama czołówka, gdzie widzimy miasto do góry nogami, z nieprzyjemnymi dźwiękami elektronicznej muzyki zapowiada, co to będzie za serial. Atmosfera jest mroczna i gęsta – dominują ciemne pomieszczenia oraz retrospekcje pokazujące losy naszego Kyle’a. sama intryga jest bardzo tajemnicza i twórcy bardzo, BARDZO powoli odsłaniają kolejne elementy opowieści oraz obecności tajemniczych istot, przejmujących ludzkie ciała. Nie wiadomo kim są i dlaczego się pojawiają (padają tylko dwa słowa: dzień scalenia) i dlaczego lgną do naszego bohatera jak ćmy do światła. I wtedy zaczynają się schody: kiedy wydaje się, że twórcy pójdą w stronę opętania (proceduralny charakter), zajmują się przedstawieniem całego otoczenia i losy innych postaci oraz ich relacje. Wielebny ma dobre relacje z szefem policji, Megan ma męża-gliniarza, a w przeszłości było molestowana seksualnie, jest jakiś tajemniczy kamper pełen krwi, pojawia się mężczyzna w czerni o imieniu Sydney, zamierzający bruździć. Dla mnie to wszystko tak naprawdę tylko dodatki i zapychacze, nie wnoszące niemal nic do całej historii, odwracając uwagę od najważniejszego – walki ze złem.

outcast2

I trzeba przyznać, że sceny opętań oraz egzorcyzmów są po prostu rewelacyjne. Już na sam początek dostajemy przypadek Joshuy, co jadł swoją skórę aż do kości (fuj!) i nie bojący się przemocy. Starcia z istotami są bardzo brutalne i widowiskowe – niby są klasyczne lewitacje oraz wrzaski, ale jeśli Pismo Święte i krzyż nie zadziała, to i pięściami drania się wyplenia. Tak, dobrze czytacie – krew się leje, a wyjście w postaci czarnej substancji, rozpływającej się w powietrzu jest tak widowiskowe, jak to telewizja pozwala. Szkoda, że od połowy serialu tych scen jest coraz mniej, bo to jest dla mnie esencja całości. Może w drugiej serii ekipa się opamięta i zrobi zadymę? Czas pokaże.

outcast3

Od strony aktorskiej jest dość nierówno, ale najmocniejszym i najciekawszym bohaterem jest Kyle, znakomicie zagrany przez Patricka Fugita. Małomówny, zamknięty w sobie facet, który traktuje swój dar jako klątwę, budzi współczucie. Widać w jego oczach ból, gdy traci swoich najbliższych i próbuje znaleźć odpowiedzi na nurtującego go pytania o swoje moce. Wspierać go próbuje wielebny Anderson (niezły Philip Glenister), jednak to postać trudna do oceny. Walczący ze złem, ale jednocześnie bardzo porywczy, łatwo dający się podejść i szybko poddany ostracyzmowi. Trochę takie niedouczone dziecko, jednak dopiero pod koniec zaczyna myśleć, chociaż nie można być tego pewnym do końca. Ten duet napędza ten serial do samego końca, ale udaje się ukraść 5 minut Brentowi Spinerowi, czyli tajemniczemu Sydney’owi, który ma plan, wie więcej niż mówi i intryguje do samego końca. Cała reszta postaci jest przyzwoita, stanowiąc solidne tło dla wydarzeń.

outcast4

„Outcast” ma zadatki na obiecujący serial grozy. Tylko pod warunkiem, że nie będzie odwracał uwagi od scen z opętanymi oraz wyjaśni się więcej w sprawie planu Sydneya, to może być znakomicie.

7/10

Radosław Ostrowski

Ripper Street: Tajemnica Kuby Rozpruwacza – seria 3

UWAGA! Tekst zawiera spojlery!

Od ostatnich wydarzeń minęły 4 lata, a w Whitechapel nadal panoszy się zło. Czyli jest 1895 – inspektor Reid coraz bardziej zamknięty w sobie śledczy, spędza więcej czasu w swoim archiwum niż na ulicy tropiąc zbrodniarzy. Na dodatek zmarła mu żona i pokłócił się z kapitanem Jacksonem, przez co posterunek nie ma lekarza, a sierżant Drake przeniósł się do Manchesteru, gdzie awansował na inspektora. A była już żona kapitana, Long Susan, teraz jest szefową Obsidian – potężnej korporacji, próbującej zmienić oblicze Whitechapel. A wszystko zaczyna się od napadu na pociąg, który kończy się katastrofa kolejową i śmiercią 55 osób.

ripper_street_31

BBC potrafiło robić mocne seriale kryminalne i nie inaczej było z „Ripper Street”. Jednak po drugiej serii, stacja zdecydowała się serial skasować. Na szczęście BBC One otrzymało wsparcie od Amazona, dzięki czemu mogliśmy poznać dalsze losy naszych ukochanych bohaterów. A Whitechapel nadal jest skażone złem i to najohydniejszym: dziecięca prostytucja, nielegalne aborcje, wymuszenia, próby ochrony browaru przemocą, potężne korporacje naginające prawo, handel bronią. A wszystko to w czasach, gdy słowo antykoncepcja było niezgodne z prawem, kobieta zaś była posłuszna mężowi, od którego woli zależał jej los. Nie to, co teraz 😉 Twórcy bardzo przekonująco odtwarzają mentalność epoki wiktoriańskiej, gdzie konwenanse decydowały o wszystkim, zachowując realizm, brud i pokazując Whitechapel jako miejsce wręcz przeklęte, z którego nie można się wyrwać, nie brudząc sobie rąk. I pozornie każdy odcinek to osobna historia, jednak są pewne wątki w tle – śledztwo w sprawie katastrofy (udaje się schwytać sprawców, ale nie zleceniodawcę), cudownie odnaleziona córka inspektora Reida, wreszcie dziennikarskie śledztwo Freda Besta, które zaprowadzi go na dno.

ripper_street_32

Jest mrocznie, każde śledztwo zaskakuje, tak samo jak wykorzystywanie nowinek technicznych (odciski palców, dokładne badania ciał), a jednocześnie nie pozbawione ciętego humoru oraz naturalistycznej przemocy. Jest mrocznie, strasznie i niepokojąco, ale zawsze trzyma w napięciu do samego końca. Może zakończenie wydaje się zbytnim (jak na ten tytuł) happy endem, na którym mogłaby się cała historia skończyć, ale powstała seria 4. Na nią jednak przyjdzie czas.

ripper_street_33

Nadal jest to serial z najwyższym poziomem aktorskim, co jednak nie powinno dziwić. Kolejny raz klasę pokazuje Matthew Macfadyen w roli niezmordowanego stróża prawa, inspektora Reida. Coraz mocniej widać jaki wpływ ma na niego ta praca, jak go niszczy, jednak nadal udaje mu się zachować bystrość umysłu oraz umiejętnie wnioskować fakty i dowody. Zamach na jego życie mocno go osłabił (bóle głowy, chodzenie o lasce), a pojawienie się córki przywraca światło do jego życia. Drugim mocnym bohaterem pozostaje Bennett Drake (rewelacyjny Jerome Flynn) – bardziej używający umysłu zamiast pięści i z wręcz gołębim sercem. Ta przemiana bardzo pozytywnie zaskakuje, tak samo jak trzeciego twardziela, czyli kapitana Jacksona (Adam Rothenberg). Ten facet z głęboką wiedzą medyczną kiedyś chętniej najpierw sięgał po broń i pakował się w większe tarapaty, teraz częściej pije i nie wiąże się z nikim na stałe. Ta przyjaźń wielokrotnie jest wystawiana na próbę, a sceny z udziałem tej trójki dają największą satysfakcję.

ripper_street_34

Jednak drugi plan nadal jest niezawodny i nie ważne czy jest to twardy, chociaż już powoli szykujący się do emerytury inspektor Abberdine (Clive Russell), węszący afery dziennikarz Best (David Dawson) czy spokojny sierżant Artherton (David Wilmot), ale i tak wszystkim czas kradnie MyAnna Buring, czyli twardo idąca po swoje Susan Hart. Spokojna, opanowana i godnie znosząca różne ciosy, ale nie pozbawiona bezwzględności. Z nowych postaci zdecydowanie wyróżnia się Ronald Capshaw (John Hefferman) – śliski prawnik, balansujący na granicy prawa, cyniczny i zdeprawowany. Kontrastem dla niego jest posterunkowy Grace (Josh O’Connor), dopiero uczący się swojej profesji.

ripper_street_35

Cóż mogę więcej powiedzieć? Twórcom udało się utrzymać poziom poprzednich serii, co nie jest taki proste, a technicznie nadal to robi wrażenie, z dbałością o szczegóły. Takich rzeczy nie powstydziłby się hollywoodzki tytuł. Już nie mogę się doczekać kolejnej serii.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jonathan Strange i pan Norrell

Czy gdybym wam powiedział, że w XIX wieku w Anglii żyli magowie, jak byście na ten fakt zareagowali? Pewnie byście powiedzieli, że coś ćpałem albo wpadłem w stan zwany obłędem, ale nie zamierzam zrezygnować ze swojego zdania. Magowie dyskutowali i prowadzili wtedy rozmowy zamiast rzucać czary. Do czasu, gdy przybył do Londynu Gilbert Norrell – mały jegomość z wielkim talentem. Pokazał jedną sztuczkę (ożywił kamienne posągi na cmentarzu), przez co skupił uwagę i wymusił na magach zakaz wykonywania przez nich swojej profesji. W tym samym czasie w małym Shropshire mieszkał Jonathan Strange – ziemianin mieszkający z piękną żoną, lecz nie posiadający żadnego fachu. Przypadkowo spotkanie z niejakim Vinculusem spowodowało, że zainteresował się magią. A w tym czasie trwała wojna z Napoleonem. I wtedy Norrell dokonuje cudu, czyli wskrzesza zmarłą zonę ministra sir Waltera Pole’a – magia zaczęła być szanowana. Ale za ten cud była cena, gdyż potrzebna była pomoc elfa, za co ten miał wziąć połowę życia zmarłej.

Czytałem powieść Susanne Clarke, na podstawie której powstała ta produkcja BBC i byłem pod wielkim wrażeniem. Wielka magia, skomplikowana intryga oraz przyjaźń, która została zniszczona przez upór jednej ze stron. I to wszystko tutaj jest – opowieść o restauracji brytyjskiej magii pasjonuje i wciąga, a każda postać, nawet najdrobniejsza ma kluczowe znaczenie dla całości. Przeznaczeniu nie da się uciec, ale można je lekko zmienić, jednak magia potrafi być bardzo niebezpieczna, wprowadzając zamęt w naszym świecie. Wszystko za sprawą elfa, mającego własne plany związane z zabicie magów lub ich unieszkodliwieniem. Klimat jest mroczny i niepokojący, przez większość czasu jesteśmy albo w bibliotece, zostajemy nawet przeniesieni na pole walki i do Wenecji, by wejść do Faerie i przygnębiającej Utraconej Nadziei – miejscu, gdzie przebywają ludzie porwani przez elfy.

strange_i_norrell3

Poza tą intrygą, gdzie magia miesza się z ludzkimi namiętnościami, walką o władzę, poklask i splendor, twórcy trafnie obserwują stosunek ludzi do magii – nieznanego dzieła, którego mocy nie są nawet w stanie sobie wyobrazić. Początkowo pogardzana i traktowana jako zabawa, zyskuje jednak uznanie i splendor, chociaż czyny dokonywane przez nią nie zasługują na uznanie jak  wskrzeszenie zmarłych hiszpańskich jeńców, by wyciągnąć informacje w sprawie dział. Ale nawet po tym uznaniu ludzie chcą wykorzystywać magię niczym broń, co widać choćby w prośbach o czary, by zabić członka rodziny. Także ludzie wokół magów chcą żyć ich blaskiem i sławą, chociaż sami tylko przeszkadzają jak postaci Lascallesa oraz Drawlighta – odpychający i małostkowi poklaskiwacze, spychający z odpowiedniej ścieżki oraz siejący zawiść.

strange_i_norrell4

Jedyne do czego można się przyczepić to krótki czas trwania całości – tylko 7 odcinków, ale za to wiernie oddających klimat powieści. Za to dobrze prezentują się efekty specjalne – statki z wody, wskrzeszanie zmarłych czy czarny obłok nad postacią Strange’a robią imponujące wrażenie, podobnie jak scenografia oraz kostiumy z epoki. Wizualnie to cymes, ale to BBC i przyzwyczaiło nas do tego.

strange_i_norrell5

Za to poziom aktorski jest też taki jak na miarę BBC, czyli bardzo wysoko zawieszona poprzeczka. I dotyczy to wszystkich postaci, nawet tak epizodycznych jak książę Wellington czy szalony król Jerzy. Jednak wszystko skupia na sobie garstka postaci. Tytułowych bohaterów zagrali Bertie Carvel oraz Eddie Marsan. Pierwszy przypomina swoją aparycją troszkę Hugh Dancy’ego i bywa troszeczkę roztrzepany, ale im dalej, tym bardziej widać wiele jego cech – ambicję, oddanie żonie i magii, szacunek, szaleństwo oraz odrobinę bezczelności. Nie można mu jednak odmówić odwagi w przekazywaniu jego przekonań. Z kolei Marsan ma trudniejsze zadanie, gdyż jego bohater jest kompletnym przeciwieństwem Strange’a – rozważny, niski, spokojny domator, kochający książki oraz świadomy niebezpieczeństw związanych z magią. Jednak on pada ofiarą swoich wad – próżności, zapatrzenia w siebie oraz brakowi obycia w świecie, co miało przynieść mu zgubę. Tego nie mógł powstrzymać nawet oddany sługa – John Childermass (wspaniały Enzo Cilenti), który parę razy był w stanie wykazać się większym rozumem od swego pana.

strange_i_norrell6

Trudno też nie docenić dwóch pań – Arabelli (świetna Charlotte Riley), oddanej i wspierającej swojego męża oraz zmieniającej się pod wpływem czarów lady Pole (mocna Alice Englert), uznanej za obłąkaną. A i tak najważniejszy jest tutaj dżentelmen o włosach jak puch ostu, czyli magnetyzujący Marc Warren. Ta postać to śliski, niski i niebezpieczny elf, bawiący się niejako czarami jak rozkapryszone dziecko. Nie uznający sprzeciwu, ale bardzo potężny, nie wahający się nawet zabić. Dawno nie widziałem tak wyrazistego czarnego charakteru.

strange_i_norrell7

Cóż mogę zrobić niż tylko polecić spotkanie Strange’a i Norrella? To będzie porywające i niesamowite doświadczenie nawet dla osób znających literacki oryginał, gdzie zachowano to, co najważniejsze – takiej magii nie serwowano od dawna.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bosch – seria 2

Wydawałoby się, że po wydarzeniach z poprzedniej serii, nie zobaczymy już więcej detektywa Harry’ego Boscha. Jednak policja z Los Angeles nie jest w stanie sobie poradzić bez naszego bohatera. Harry wraca po pół roku, by podjąć się trudnej sprawy – znaleziono w bagażniku limuzyny zwłoki Anthony’ego Allena, amerykańskiego producenta filmów porno. Sposób dokonania zabójstwa sugeruje, że były to mafijne porachunki. Bosch razem z partnerem, Jerrym Edgarem bada sprawę, a trop prowadzi do Las Vegas.

bosch21

Tak jak w poprzedniej serii, także i tutaj jest jeszcze jeden wątek, prowadzony niezależnie od głównego wątku i wydaje się być z nim nie powiązany. To sprawa związana z synem zastępcy komendanta Irvinga, George’a trzymającego z podejrzanymi kolegami z pracy. Dodatkowo jeszcze (ale sporadycznie) pojawia się dla Boscha szansa na rozwiązanie starej sprawy sprzed lat, czyli morderstwa swojej matki. Pilnujący całości Eric Overmeyer (czyli jedna druga kultowego „Prawa ulicy”) trzyma rękę na pulsie, by wszystkie wątki trzymały się kupy. Nawet poboczne wątki, czyli polityczne ambicje Irvinga czy prywatne życie Boscha nie są tak schematyczne jak poprzednio. Zwłaszcza, że była żona Boscha (przypadkowo) zostaje wplątana w całe dochodzenie.

bosch22

Twórcy zgrabnie mieszają tropy, wprowadzają zaskoczenia, dialogi są więcej niż niezłe, a nad wszystkim czuć klimat niemal klasycznego czarnego kryminału. Ale jednocześnie przyglądają się pracy gliniarza, gdzie czasami różne komórki tej samej służby – wewnętrzny, narkotyki, federalni zamiast pomagać, bardziej skupiają się na sobie, niepotrzebnie komplikując sobie sprawy. Stąd taki spory brak zaufania, mataczenia, brudy. Wszystko to się ogląda ze sporą ciekawością, a kilka krótkich scen akcji (strzelanina przed bankiem, obława na głównego podejrzanego z granatami w działaniu) trzyma za gardło, z kolei finał – nawet dla mnie – był sporym zaskoczeniem.

bosch23

Aktorsko nadal trzyma wysoki poziom, a Titus Welliver potwierdza tylko, że jest najlepszym Harry’m Boschem, na jakiego stać telewizję. Twardy glina, dla którego liczy się rozwiązanie sprawy i dorwanie sprawcy – innymi słowy, człowiek z powołaniem. Poza nim najbardziej się wybija niezawodny Lance Reddick jako zastępca Irving – pozornie chłodny i opanowany, ale do czasu. Cieszą większe role Sarah Clarke (Eleanor Wish, ex-żona Boscha) i Madison Lintz (Grace, córka), za to prawdziwymi perłami są świetne role Jeri Ryan (Veronica Allen) oraz Matthew Lillarda (gangster „Lucky”), ubarwiając mocno drugi plan razem z Brentem Sextonem (ochroniarz Carl Nash, który ma swoją mroczną tajemnicę) i James Ransome („umoczony” Eddie Arceneaux).

bosch24

Druga seria „Boscha” jest bardziej dopracowana i ma ciekawszą intrygę niż pierwsza część. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że poziom zostanie zachowany, a nasz dzielny gliniarz jeszcze powróci.

bosch25

8/10

Radosław Ostrowski

Nocny recepcjonista

John le Carre jest jednym z popularniejszych i cenionych autorów literatury sensacyjnej z wątkami szpiegowskimi. Wiarygodna psychologia, piętrowa intryga, siatki powiązań i realizm – to cechy charakterystyczne twórczości Brytyjczyka. Nic dziwnego, że jego dorobkiem zainteresowali się filmowcy. Po znakomicie przyjętym „Szpiegu” (adaptacja powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” otwierający trylogię Smileya), tym razem BBC zmierzyło się z „Nocnym recepcjonistą”.

nocny_recepcjonista1

Głównym bohaterem jest Jonathan Pine – nocny recepcjonista jednego z hoteli w Egipcie i były żołnierz. Wypełnia swoje obowiązki rzetelnie i bez zastrzeżeń. Wtedy – jak w prawdziwym życiu – pojawia się kobieta, Sophie Alekan. Niby nikt nie wyróżniający się z tłumu, jednak prosi mężczyznę o ukrycie dokumentów, dotyczących handlu bronią, w który jest zamieszany niejaki Richard Roper – znany biznesmen i filantrop. Pine przekazuje je koledze z wojska, a te z kolei do wywiadu i Angeli Burr, tropiącej Ropera od lat. Śmierć Alekan staje się na tyle silną motywacją dla Pine’a, że ten podejmuje współpracę z wywiadem.

nocny_recepcjonista2

Reżyserująca całość Dunka Susanne Bier nigdy wcześniej nie realizowała dzieła stricte gatunkowego, więc były wątpliwości, co do tego wyboru. Na szczęście wszystko skończyło się tylko na strachu. Intryga jest wystarczająco pogmatwana i zapętlona, polując na Ropera zwiedzimy Hiszpanie, Cypr, Turcję i Egipt – wszystko w mocnych i jasnych kolorach, stojąc w kontrze do zimnego, szklanego Londynu. Każdy z bohaterów grających pierwsze skrzypce skrywa pewne tajemnice i ciągle przed kimś gra, a akcja jest tutaj tylko dodatkiem i to bardzo dobrze zrealizowanym (porwanie syna Ropera, sceny pokazu sprzętu wojskowego czy finałowa konfrontacja) – tutaj liczy się psychologia postaci oraz gra pozorów. Początek jest dość spokojny i po drugim odcinku wszystko przyspiesza, a jednocześnie wymagane jest spore skupienie, by odkryć nitki związane z Roperem i tym, kto go kryje.

nocny_recepcjonista3

Co do samego Ropera i jego świty, przypominało mi to dwór królewski niż mafijną organizację, gdzie najważniejsze jest zaufanie i lojalność. To powinno działać także w drużynie walczącej przeciwko niemu, jednak nieczyste zagrywki, sprzeczne interesy i silna pokusa pieniądza, osłabia skuteczność. I jeszcze ta biurokracja.

Bier poza cholernie dobrym scenariuszem, wrzuciła cholernie świetnych aktorów. Znakomity jest Tom Hiddleston w roli Pine’a – uczciwego i przyzwoitego faceta, podejmującego ogromne ryzyko. No i  jest świetnie ubrany, a w scenach, gdy musi udawać jest maksymalnie wiarygodny. Każde spojrzenie jest dopracowane i nie ma miejsca na fałsz, chociaż później motywacja jego bohatera przestaje być jasna i klarowna. Jednak tak naprawdę serial został zdominowany przez Hugh Lauriego i Olivię Coleman. Ten pierwszy w roli Ropera jest po prostu wyborny, płynnie przechodząc od czarującego dżentelmena przez opanowanego człowieka interesu do bezwzględnego i cynicznego sukinsyna. Z kolei Angela Burr w interpretacji Coleman to tzw. twarda babka z silnym kręgosłupem, a jej zaawansowana ciąża, determinacja i ośli upór budziły skojarzenia z detektyw Gunderson z „Fargo”. Troszkę w cieniu pozostaje Elisabeth Debicki, wcielająca się w żonę Ropera – zawsze piękna i elegancka, ale tak naprawdę jest niewolnicą, skrywającą mroczną tajemnicę.

nocny_recepcjonista4

BBC kolejny raz utrzymało swój wysoki pułap i znowu przeniosło literaturę le Carre w sposób godny mistrza. Wystarczy przejść przez troszkę nudny początek, by w pełni delektować się tym dziełem, ale miłośnicy stricte bonzowskich akcji, mogą poczuć się rozczarowani.

8/10

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 4

UWAGA! Tekst zawiera spojlery
(jeśli nie oglądaliście poprzednich części, nie czytajcie)

house_of_cards_41

Frank Underwood ma spore problemy, odkąd został prezydentem. I nie chodzi tutaj o potyczki z mediami, nazywanie potocznie konferencjami prasowymi, walkę o reelekcję, ale o stratę najwierniejszego sojusznika: Claire. Kobieta odchodzi o męża i próbuje spełnić swoje ambicje polityczne, do czego Frank nie chce dopuścić. Jakby tego było mało, były dziennikarz Lucas Goodwin wychodzi z więzienia i w ramach programu ochrony świadków, dostaje nową tożsamość i pracę, jednak nie zamierza siedzieć bezczynnie i planuje zemstę na Underwoodzie.

house_of_cards_42

Wydawałoby się, że po trzeciej – lekko nudniejszej serii – twórcom „House of Cards” zaczyna brakować pomysłów na historię. A jednak dalsze losy Francisa oraz bezwzględnego politycznego spektaklu znowu zaczęły wciągać, zarówno dzięki świetnym dialogom, jak i coraz bardziej zagmatwanemu scenariuszowi. Frank mierzy się z wieloma wrogami: z samą Claire (na szczęście ta wojna nie trwa zbyt długo), z gubernatorem Willem Conwayem – swoim przeciwniku w walce o fotel prezydenta, wreszcie z ICO (odpowiednik Państwa Islamskiego). Dodatkowo przez nieostrożność wracają demony z przeszłości i dawne grzechy z poprzednich serii. A to dzięki dziennikarskiemu śledztwu prowadzonemu przez wracającego do gry dziennikarza Toma Hammerschmidta. Dalej mamy nieczyste zagrywki, szantaże, podchody i wewnętrzne zdrady. Ale nawet to nie było w stanie przygotować mnie na najmocniejsze wydarzenie tej serii – zamachu na Underwooda i jego dramatycznej walki o życie. Tutaj twórcy wpletli dość surrealistyczne majaki, gdzie odzywają się demony przeszłości. Kevin Spacey znowu potwierdza klasę wcielając się w diabolicznego i bezwzględnego polityka, którego darzymy sporą sympatią.

house_of_cards_44

Poznajemy też bardziej przeszłość Claire, która przenosi się do umierającej matki (znakomita Ellen Burstyn). Relacje między kobietami są delikatnie mówiąc chłodne i rzucają inne światło na kobietę, jej marzenia i pragnienia, potrzebę bycia niezależną. W walce – najpierw przeciw Frankowi, a następnie razem z nim – zostaje wrzucona LeAnn Harvey (wracająca do gry Neve Campbell), będąca świeżą krwią w politycznej walce. Conway (świetny Joel Kinnamann) jest sprytnym i ambitnym politykiem, umiejętnie korzystającym z nowoczesnych mediów, co daje mu ogromną przewagę, jednak brak doświadczenia staje się jego największym problemem i – zapewne – przyczyną porażki.

house_of_cards_43

Do końca (wybory) walki zostały jeszcze 3 tygodnie i Bóg wie, co się stanie w serii V, ale ja już się nie mogę doczekać. Czwarta seria to powrót serialu do formy i mimo masy lawiracji, przetasowań, wszystko zostaje jasne i klarowne do samego końca. Technicznie wszystko jest na swoim miejscu, realizacja pewna, gdzie każdy klocek jest na swoim miejscu. Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

Detektyw – seria 2

W stanie Kalifornia znajduje się miasto Vinci. I to właśnie tutaj los połączy trójkę kompletnie obcych bohaterów. Skorumpowanego i zmęczonego życiem Raya Velcoro, detektyw Ani Bezzerides z biura szeryfa oraz oficera drogówki, Paula Woodrugha. Połączy ich wspólne dochodzenie w sprawie morderstwa zarządcy miasta, Bena Caspare’a, z którym interesy prowadziło wiele osób.

detektyw_21

Nie będę kłamał twierdząc, że druga seria „Detektywa” była jedną z najbardziej wyczekiwanych propozycji telewizyjnych tego roku, chociaż dość ryzykowna. Mroczna i oniryczną Luizjanę zastąpiła słoneczna Kalifornia, nie pozbawiona mroku oraz brudu. Nic Pizzolato z inną ekipą (Cary’ego Fukunagę zastąpiło kilku reżyserów z Justinem Linem na czele) opowiada inną kryminalną opowieść, która niespecjalnie wyróżnia się spośród innych tytułów. Króla w Żółci i rytualne mordy zastąpiły tajemnicze i brudne układy między policją, mafią i biznesmenami. Narkotyki, prostytucja, korupcja, szantaż, morderstwa – dzieje się tutaj sporo, a mając aż czwórkę protagonistów i tylko 8 odcinków można być pewnym, ze nie wystarczy czasu na wszystko. Tutaj jest największy problem II serii – jest ona przeładowana wątkami, postaciami i zdarzeniami, a intryga komplikuje się do tego stopnia, że trudno połapać się w tym kto, kogo i dlaczego. A walka z układem (jakikolwiek by on nie był) jest z góry skazana na przegraną, gdyż wpływowi i potężni ludzie uczciwymi oraz próbującymi wymierzyć na swój sposób sprawiedliwość, goniąc za prawdą, podcierają sobie dupy.

detektyw_22

Dodatkowo realizacja niespecjalnie powala. Zdjęcia, dialogi (miejscami mocno ocierają się o banał), czołówka i muzyka są ok, montaż też w porządku i trudno się do czegokolwiek przyczepić, ale brakuje błysku poprzedniej części. Czegoś, co b oczarowało, czekając na kolejne rozwiązywanie tajemnic. Tutaj to nie następuje, a śledztwo niejako prowadzone jest przy okazji. Każde z bohaterów mierzy się z własnymi demonami, tajemnicami oraz przeszłością, ale brakuje tutaj głębi. Jeśli coś tutaj miażdży, to bardzo gorzki finał, pozbawiający nadziei i złudzeń.

detektyw_23

Kompletnym zaskoczeniem jest tutaj wysoki poziom aktorstwa, ale to HBO. Świetnie sobie poradził Colin Farrell w roli wypalonego Velcoro, lawirującego między lojalnością wobec kolegów z pracy a gangsterem Frankiem Semyonem. Zmęczony, nieogolony, rozwiedziony i porywczy budzi największą sympatię odbiorcy, która zostaje do samego końca. Równie przekonująca jest Rachel McAdams, będąca twardą gliną z wyraźnym kodeksem moralnym. Jednak pod tą warstwą jest bardzo krucha kobieta, nie ukazująca swoich emocji. Przyzwoity jest Taylor Kitsch jako trzeci detektyw Woodrugh. Widać, że to skryty facet prześladowany przez swoją wojskową przeszłość, jednak trudno uwierzyć w jego emocje, które są bardzo głęboko tłumione i można się ich tylko domyślić. Jednak twórcy mieli jedną castingowa niespodziankę – Vince’a Vaughna. Ten aktor, kojarzony z rolami komediowymi (w nie najlepszych produkcjach tego gatunku) to ostatnia osoba jaką bym obsadził do roli biznesmena z gangsterskimi korzeniami. Ku mojemu zdumieniu Vaughn nie wyglądał ani śmiesznie, ani groteskowo i stworzył pełnokrwistą postać twardego człowieka, bezwzględnie rozprawiającego się ze swoimi wrogami, którzy chcą go załatwić. I jeszcze ma dużą dawkę skrywanej charyzmy. Kto by się spodziewał?

detektyw_24

Tak jak pisałem, II seria „Detektywa” nie powaliła mnie na kolana i nie zahipnotyzowała tak jak poprzednia seria. Było dobrze, ale czegoś mi zabrakło. Miałem poczucie przesytu realizacji i zbytniej hermetyczności, a to w takim gatunku przeszkadza. Może w III serii będzie inaczej, o ile powstanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Gracze – seria 1

Spencer Strasmore kiedyś był jednym z najlepszych graczy futbolu amerykańskiego. Ale kontuzja przekreśliła szansę na większą karierę. Obecnie pracuje jako menadżer w firmie zajmującej się inwestowaniem w firmie niejakiego Andersona. Próba spieniężenia swoich znajomości, okaże się drogą wyboistą i skomplikowaną.

gracze1

Nowa produkcja HBO stworzona przez Stephena Levinsona to tragikomedia skupiająca się na sportowcach. Zwłaszcza na tych, którzy muszą na nowo odnaleźć się w świecie bez sportu, piłki i tej całej stadionowej wrzawy. Kimś takim jest Spencer, który – choć już nie zawodnik – zna to środowisko od podszewki. Dodatkowo jednak poza nim, mamy tutaj trójkę graczy, którzy przechodzą ewolucję z odcinka na odcinek: otoczony nie najlepszymi doradcami i szastający pieniędzmi Vernon Littlefield, zdolny, lecz impulsywny Ricky Jarrett oraz będący na emeryturze Charles Greene, próbujący odnaleźć się w nowym otoczeniu. Mimo ważkich problemów oraz trafnych obserwacji świata sportowego, jest to bardzo lekka i zabawna produkcja spod znaku HBO. Nie brakuje bluzgów, absurdalnych sytuacji (impreza na statku, gdzie dochodzi m.in. do seksu z… matką jednego z zawodników), ale też i aluzji zrozumiałych dla fanów sportu. Cóż, futbol amerykański, nie jest zbyt popularny w naszym kraju, a sumy pieniędzy, o które toczy się gra są dość astronomiczne, jednak pojawiają się też inne, równie zabawne sytuacje (panika Spencera przed badaniem i zaskakująca reakcja po ich wynikach), a ograne wątki i schematy takie jak rywalizacja o numer koszulki czy szantaż są tutaj poprowadzone naprawdę z głową.

gracze2

Technicznie jest to naprawdę dobra produkcja, ze świetnie dobranymi piosenkami (głównie spod znaku rapu), idealnie wpasowany do poszczególnych scen. Dodatkowo mamy słoneczne Miami, piękne kobiety oraz lekki klimat. Ale żeby nie było tak słodko, jest kilka wad. „Gracze” to przede wszystkim męski świat, gdzie kobiety w zasadzie są albo wspierającymi żonkami, albo seksownymi kociakami, spełniającymi fantazje seksualne. Stanów pośrednich nie stwierdzono, parę wątków to niewypały (m.in. agent Jason poznający przyszłego męża swojej mamy), ale z odcinka na odcinek było coraz lepiej, fabuła rozkręcała się i nawet małe wpadki nie były w stanie przeszkodzić z czerpaniu sporej frajdy z oglądania.

gracze3

Aktorsko, „Gracze” to popis Dwayne’a „The Rocka” Johnsona, mającego więcej do zagrania niż zwykle. Spencer w jego interpretacji to wiarygodny bohater – opanowany i spokojny facet, który chce jak najlepiej dla swoich klientów. Staje się ich mentorem, choć sam musi zmierzyć się ze swoimi problemami (bólem, lekami i przykrościami, które zrobił innym), zachowując pełny luz oraz lekkość.

gracze4

Reszta bohaterów też ma swoje pięć minut, z czego najciekawszych jest aż dwóch. Pierwszy to Ricky Jarrett (bardzo dobry John David Washington), który jest świetnym graczem, jednak bywa bardzo impulsywny i nie do końca wierny swojej dziewczynie. Powoli jednak zaczyna aklimatyzować się z grupą i jest w stanie pokonać swoje demony (to akurat są bardzo zabawne sceny). Drugi jest Charles Greene (Omar Miller) – doświadczony, przechodzący na emeryturę zawodnik. Aktor wiarygodnie pokazuje jego rozterki związane z powrotem na boisko oraz strach, czy da radę. Vernon jest najmniej interesującym bohaterem, jednak grający go Donovan W. Carter dobrze oddał jego niedoświadczenie oraz ignorancję. Wynika to jednak z młodego wieku oraz złego otoczenia. Za to najbardziej trudnym do oceny bohaterem jest partner Spencera, Joe Krutel. Z jednej strony oddany przyjaciel, z drugiej impulsywny, nie zawsze trzeźwo myślący choleryk, który jest kolejnym ładunkiem komediowym.

gracze5

Mimo pewnych niedoskonałości, „Gracze” to dobry i lekki serial, gwarantujący bezpretensjonalną rozrywkę. Już nie mogę doczekać się drugiej serii.

7/10

Miasteczko Wayward Pines – seria 1

UWAGA
Tekst może zawierać spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Zaczyna się to wszystko dziwacznie. Budzi się mężczyzna – w lesie, kompletnej obcej okolicy. Nie pamięta kim jest, ani jak tu trafił. Po kilkudziesięciu krokach trafia do miasteczka, w kawiarni trafi przytomność. Trafia do szpitala i odzyskuje powoli pamięć – nazywa się Ethan Burke, jest agentem Secret Service i przybył do miasteczka, by odnaleźć dwójkę zaginionych kolegów po fachu. Miasteczko nazywa się Wayward Pines i wydaje się przyjazne, gdzie ludzie są uśmiechnięci, życzliwi i otwarci. Jednak coś jest nie tak – okolica jest otoczona murem pod napięciem, samochodów praktycznie nie ma i nie można się nigdzie dodzwonić (żona, syn i szef się martwią).

wayward_pines1

Już przed premierą produkcja Chada Hodge’a oparta na trylogii Blake’a Croucha’a porównywano do „Miasteczka Twin Peaks” i coś w tym jest. Tajemnica, niepokojąca okolica, która skrywa swoją prawdziwą twarz. Jednak takie porównania i skojarzenia działają raczej na niekorzyść, bo klimatu produkcji Lyncha oraz Frosta podrobić się zwyczajnie nie da. Początek mocno rozczarowuje, bo dość szybko orientujemy się, że rzeczywistość miasteczka nie jest efektem choroby psychicznej Burke’a (co zostaje nam lekko zasugerowane na początku, ale twórcy porzucają ten pomysł) i szybko zdradzają pewne elementy układanki. Kamery, mikrofony, chipy zamontowane w nogach, mur, fałszywe banknoty oraz reguły panujące w tym raju na Ziemi. Nie próbuj uciec. Nie rozmawiaj o przeszłości. Zawsze odbieraj telefon, gdy dzwoni. Cena za to jest śmierć.

wayward_pines2

Całość od strony produkcji pilotuje M. Night Shyamalan, który – delikatnie mówiąc – lata świetności ma już dawno za sobą. „Wayward Pines” to dla niego szansa naprawy swojej reputacji oraz pokazania, że jeszcze się nie wypalił. Jak wspominałem początek rozczarowywał, bo łatwo rozgryzłem, że coś tu jest nie tak. Wolne tempo, dość niezdarnie (do odcinka 3 i 4) prowadzona fabuła nie wróżyły niczego dobrego. Już miałem skreślić „Wayward Pines” aż pojawił się odcinek piaty, gdzie zostaje rozwiązana główna tajemnica. I kompletnie zbaraniałem – więzienie jakim wydawało się Wayward Pines okazało się jedynym azylem ocalałej ludzkości, która zmutowała się w paskudne stwory-kanibale zwane abikami. Od tego momentu wszystko nabrało tempa, intryga zazębiała się mieszając gatunki (akcja, thriller, horror, SF) i było wiele mocnych scen akcji. Napięcie wisiało w powietrzu, pojawiło się kilka wolt zmieniających podejście do całości, włączając wątek indoktrynacji dzieci oraz kultu jednostki – założyciela miasta Davida Pilchera, traktowanego niemal jak Bóg. Wrażenie to zostało spotęgowane przez gorzki finał. Szkoda, że nie powstanie druga seria, bo zaciekawiło mnie jak Ben Burke odnalazłby się w tym niebezpiecznym środowisku.

wayward_pines3

Aktorzy mieli niełatwe zadanie, gdyż postacie (w większości) nie są zbyt wyraźnie zarysowane. Ale udaje się im zbudować role z krwi i kości, chociaż nie wszyscy dostali tyle czasu antenowego, by wykorzystać w pełni swój potencjał. Dotyczy to ról Juliette Lewis (kelnerka Beverly, pragnąca uciec z miasteczka) i Terrence’a Howarda (arogancki, uparty i bezwzględny szeryf Pope), którzy dość szybko opuszczają ten świat. Bardzo dobrze prezentuje się Matt Dillon jako Ethan Burke. Prawy i uczciwy glina, próbujący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, skrywający strach w spojrzeniu. Potem zostaje nowym szeryfem miasteczka, ale nie daje sobą pomiatać. Jeszcze lepsza jest Melissa Leo (pielęgniarka Pam, który budzi porównywalny strach jak siostra Ratched) oraz Toby Jones (spokojny i opanowany psychiatra, dr Jenkins), który odgrywa tutaj kluczową rolę w historii.

wayward_pines4

Jedyna osoba z obsada, która wywoływała mocno zgrzyt to Shannyn Sossamon jako bezradna i wystraszona Theresa Burke – żona Ethana, ale to raczej wina scenarzystów niż jej gry aktorskiej.

wayward_pines5

Najbardziej mi szkoda, że nie będzie ciągu dalszego, a otwarty finał musi mi wystarczyć. Serial jest przykładem tezy, że jak coś się źle zaczyna, nie musi się źle kończyć. Dobra robota, panie Shyamalan i reszto ekipy.

7/10

Radosław Ostrowski