Olive Kitteridge

Uchowaj nas od strzelb i samobójstw naszych ojców.
John Berrymann

Tytułowa Olive Kitteridge była nauczycielką matematyki, żoną aptekarza i matką Christophera. Poznajemy jej życie na przestrzeni 25 lat z jej życia, gdy syn dojrzewał, a kobieta powoli przechodziła w wiek starczy. Poznajemy ją jednak w dość ponurych okolicznościach – starą, zmęczoną kobietę idącą do lasu, żeby popełnić samobójstwo. I cofamy się w przeszłość.

olive_kitteridge1

Kolejna produkcja telewizyjna od HBO, tym razem zrealizowana przez Lisę Cholodenko. Niby takich obyczajowych opowieści znamy setki czy tysiące, jednak twórcy unikają prostych szablonów i schematów, unikając sentymentalizmu jak ognia. W ogóle nie ma tutaj ciepłych obrazków, a jeśli już, to tylko dzięki stronie plastycznej, skupiającej się na detalach (scena wesela Christophera). Rzeczywistość bardziej przypomina tą z „American Beauty”, gdzie uśmiechnięci i szczęśliwi ludzie są tak naprawdę zgorzkniali, niespełnieni, próbujący odebrać sobie życie i uwikłani w toksyczne związki. Humor jest tutaj złośliwy i gorzki jak lekarstwo, które trzeba łyknąć, choć nie smakuje. Drobne obrazki powoli układają się w jedną całość, chociaż chronologia jest zaburzona. I to te obserwacje dnia codziennego, powolne wchodzenie w starość, gdy trzeba zrobić bilans oraz interakcje z całym otoczeniem są clue tego serialu.

olive_kitteridge2

Można było pewne wątki dłużej rozwinąć i zbudować dłuższą opowieść, jednak Cholodenko trzyma się tego stonowanego i pozornie chłodnego dzieła. Nie działa to jednak usypiająco, co jest zasługą pewnej pracy reżyserki, świetnych dialogów oraz wnikliwej obserwacji. Serial troszkę przypominał mi sposobem opowiadania „Boyhood” Linklatera, jednak tutaj konstrukcja jest zwarta, pojawiają się dramaturgiczne uderzenia (śmierć Jacka, niedoszłe utonięcie przyszłej panny młodej czy udar męża Olive) i każda część łączy się w spójną opowieść o starości, poszukiwaniu szczęścia oraz… trzymaniu się życia, mimo wszystko. A otwarte zakończenie pozwala samemu dopowiedzieć ciąg dalszy.

olive_kitteridge3

Nie miało by to jednak takiej siły ognia, gdyby nieznakomite aktorstwo. Zacznę od wspaniałego drugiego planu i fantastycznego Richarda Jenkinsa – safandułowatego, naiwnego oraz ciepłego męża Olive, aptekarza Henry’ego. Jego melancholijne spojrzenie mówiło więcej niż słowa, a oddanie wobec żony nie budziło moich wątpliwości. Polubiłem tego faceta od razu. Podobnie jak świetnego Petera Mullana (nauczyciel Jim O’Casey), niezawodnego Billa Murraya (złośliwy i zrzędliwy Jack Kennison, który nie daje sobie w kaszę dmuchać) czy przeuroczą Zoe Kazan (pracownicę apteki Denise) – każde z nich zbudowało pełnokrwiste postacie, mając do dyspozycji kilka- lub kilkanaście minut.

olive_kitteridge4

Ale królowa jest tutaj tylko jedna i jest to wielka – napiszę to inaczej – WIELKA Frances McDormand. Olive w jej wykonaniu to jedna z najlepszych postaci kobiecych jakie kiedykolwiek się pojawiły. Zimna, złośliwa i nie bawiąca się w subtelności „królowa mrozu”, która nigdy się nie poddaje. Życzliwość i uprzejmość do dla niej oznaka słabości, ale pod tym chłodem kryje się ciepła i uczuciowa kobieta. Tylko trzeba to bardzo uważnie dostrzec, bo niuansów jest więcej niż się wydaje.

olive_kitteridge5

Kolejny dowód na to, że telewizja doścignęła kino dawno temu. „Olive Kitteridge” angażuje, dzięki precyzji wykonania, znakomitemu aktorstwu oraz ciekawej obserwacji obyczajowej.  Będę bardzo tęsknił za tym chłodem.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Dolina Krzemowa – seria 2

Po wydarzeniach z poprzedniej serii, firma Pied Piper kierowana przez Richarda Hendricka oraz Ericha Bachmana zaczyna się coraz bardziej liczyć na świecie komputerowym. Jednak pojawia się poważniejszy problem – krótki zastrzyk finansowy może nie wystarczyć i zaczynają szukać bogatego sponsora oraz rozwijać swoja firmę.

dolina_krzemowa_21

Mike Judge i spółka dalej przyglądają się naszym bohaterom z serialu HBO. Dalej obnażane są działania korporacji oraz to jak z tymi regułami mierzą się nie zawodowi biznesmeni, ale kolesie spędzający cały czas przy komputerze i przypadkowo dokonują wielkiej rzeczy (algorytm idealnej konwersji). Przez chwilę niebezpiecznie serial wydawał się zbliżać do „Teorii wielkiego podrywu” (pojawienie się laski w firmie), jednak szybko zostaje to zarzucone. Panowie – jak to w poprzedniej serii – mają rzucane kłody pod nogi i z jednych tarapatów pakują się w drugie. Nowy szef (zmarłego Petera Gregory’ego zastępuje zimna sucz zwana Laurie Beam) nie ułatwia sprawy, a inwestor Ross Hunnemann ma olbrzymiego fioła na punkcie bycia miliarderem – a jakby tego było mało dybie na nich Hooli pod wodzą Gavina Belsona, rywalizującego z nimi o ten sam produkt i oskarżając o kradzież intelektualną.

dolina_krzemowa_22

Humor tak jak w poprzedniej serii, balansuje mocno na granicy dobrego smaku, ale nie jest aż tak ostry jak poprzednio (zwłaszcza w finale), chociaż potrafi rozbawić (negocjacje z inwestorami, gdzie Erlich rzuca mięsem i obraża inwestorów przyszłych, dyktując warunki). I jest to może pokazane w krzywym zwierciadle satyry, to jednak coś może być na rzeczy. Bezwzględność z pomocą prawników, próby zastraszania, stalowe nerwy, awansowanie ludzi niekompetentnych (Bighetti – były członek Pied Piper) – skądś to wszystko znamy, prawda?

dolina_krzemowa_23

Nasi znajomi nadal świetnie sobie radzą i czuć chemię miedzy nimi, a Richard nadal jest zbyt wrażliwym i niezbyt rozważnym facetem w świecie bezwzględnej rywalizacji. Nadal rządzi chamski i ostry Erlich (T.J. Miller), podkręcający atmosferę swoim bezpardonowym zachowaniem. Ciągle na drugim planie iskrzy miedzy satanistą Gilfoylem a Pakistańczykiem Dineshem, a Jared wydaje się być jedynym głosem rozsądku. Jednak największym problemem jest brak czegoś zaskakującego i świeżego, poza nowymi postaciami. Wszystko to wynagradza namacalna chemia miedzy bohaterami (zawodowymi stand-uperami) oraz finał, który komplikuje całą sprawę.

dolina_krzemowa_24

I nadal czeka się z niepokojem na dalszy rozwój wypadków. Nadal uważam, że „Dolina Krzemowa” to udany serial komediowy od HBO. Nadal śmieszy, a to najważniejsze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Komisariat drugi

Do komisariatu drugiego policji w Nowym Jorku trafia Casey Schraeger – młoda policjantka z wydziału obyczajowego. A dokładnie trafia do wydziału zabójstw, gdzie razem z nowym partnerem, Jamesem Walshem ma poprowadzić pierwsze poważne śledztwo – morderstwo. Ofiarą jest partner Walsha, Burt Kowalski. I na miejscu odkrywa, że nic nie jest takie, jak się wydaje.

komisariat_drugi1

Noah Hawley jest najbardziej znany jako twórca serialu „Fargo„. Jednak zanim udało mu się odnieść sukces telewizyjna wersja opowieści braci Coen, próbował pracy przy telewizji. I to z różnym skutkiem (kilka odcinków dla „Kościach”), ale pierwszą samodzielną produkcja był „Komisariat drugi” dla telewizji ABC. A że był to świetny tytuł, może świadczyć fakt, że po 10 odcinkach… został skasowany. Być może przeszkodziła konwencja – dość nietypowa jak na serial sensacyjno-kryminalny. Poza głównym wątkiem (zabójstwo Kowalskiego), każdy z detektywów (dwie pary plus Alvarez) prowadzi własne śledztwa, niektóre dość dziwaczne i nietypowe. Rodzinny gang planujący różne skoki, by zebrać kasę na przeszczep nerki nestora rodu, sklep z akcesoriami do zabijania, zabójstwo nagiego człowieka, 89-letni staruszek próbujący złamać prawo czy włamanie do mieszkań w celu… nakręcenia pornosa. Brzmi zabawnie?

komisariat_drugi2

Hawley miesza tutaj humor z powagą, co dla wielu może okazać się ciężkostrawne. Dziwaczne sprawy, żarty pełne ironii i aluzji (jeden odcinek to była wariacja na temat „Okna na podwórze”), ale tez nie brakuje poważnych spraw. Ukrywania choroby, traumy wskutek pobicia sprzed lat, ukrywanie się i próba zmiany pod fałszywym nazwiskiem – dzieje się tu wiele, a każdy policjant ma swoje własne tajemnice. I ten dziwaczny koktajl smakuje znakomicie. Zgrabne zagadki są testem dla naszych komórek, a galeria dziwacznych postaci i ich interakcje to test dla naszej przepony oraz tolerancji na ten pokręcony świat. Taki jak nasze życie – czasami bez ładu i składu, czasami dziwacznego oraz absurdalnego, ale też ciepłego i z sympatią wobec naszych bohaterów.

komisariat_drugi3

No i jeszcze aktorstwo na naprawdę wysokim poziomie, gdzie każdy aktor ma swoje przebłyski. Więc po kolei – naszymi przewodnikami po komisariacie są Schraeger i Walsh, świetnie zagrani przez Amber Tamblyn i Jeremy’ego Rennera. Ona nie jest żółtodziobem w swoim fachu, jednak zmiana przydziału początkowo wprawia ją w konsternację i musi się nauczyć multum rzeczy – od znajomości systemu przysług przez odpowiednie użycie słów, ale pozostaje upartą i dociekliwą policjantką. On z kolei to stary wyga, znający procedury oraz wszelkie metody śledcze, który pod ta warstwą twardziela skrywa coś więcej. Chemia między tą dwójką jest mocno odczuwalna i oboje ogląda się z przyjemnością.

komisariat_drugi4

Równie ciekawy jest tutaj drugi plan, gdzie najbardziej wybija się inny, bardziej szalony duet: Harold Perrineau/Adam Goldberg. Ten pierwszy brawurowo gra detektywa Leo Banksa – panikarza przerażonego wizją swojej śmierci (jego ojciec zmarł w wieku 42 lat) i dlatego nosi non-stop kamizelkę kuloodporną, drugi to wąsaty i dowcipny glina ukrywający raka mózgu, biorącego udział w ryzykownych akcjach. Warto tez wspomnieć rozbrajającego Kaia Lennoxa (mający bardzo wysokie ego Eddie Alvarez), tajemniczego Joshua Cole’a (dobroduszny detektyw Cole, który skrywa mroczny sekret) oraz atrakcyjną Monique Gabrielę Curnen (detektyw Beaumont), którzy wykonują świetną robotę.

komisariat_drugi5

„Komisariat drugi” to jeden z tych seriali, który umarł przedwcześnie. Słodko-gorzkie i szalone śledztwa, zbudowane na paradoksach galerie postaci, świetne intrygi i ogromna dawka humoru. Jedyne co czułem, po obejrzeniu ostatniego odcinka było smutkiem. I ciekawością, jakież to następne sprawy byłyby prowadzone. Ale tego już się nigdy nie dowiem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Agentka Carter – seria 1

Jest rok 1946. Peggy Carter jest agentką pracującą w Naukowych Rezerwach Strategicznych.  Jednak zamiast działać w terenie, stoi za biurkiem i nadal opłakuje śmierć Kapitana Ameryki. Sytuacja ma się zmienić. Jej przyjaciel – miliarder i wynalazca, Howard Stark, zostaje oskarżony o sprzedaż swoich wynalazków obcym mocarstwom. I to Stark prosi ją o pomoc w oczyszczeniu swojej reputacji, ale musi to zrobić po cichu.

agentka_carter1

Marvel atakuje nie tylko komiksami czy filmami. Przegrupował swoje siły i z powodzeniem podbija tez mały ekran. Najpierw „Agentami TARCZY”, wreszcie kapitalnym „Daredevilem”, ale między tą dwójką weszła produkcja Christophera Markusa i Stephena McFeely’ego (scenarzyści obu części „Kapitana Ameryki” oraz drugiego „Thora”), dla których jest to debiut telewizyjny. Ci, co oglądają filmy Marvela poczują się jak w domu, bo będą mogli wytropić masę smaczków i aluzji. Chociaż żeby ogarnąć o co chodzi, nie jest potrzebna znajomość „Kapitana Ameryki: Pierwszego starcia” (fragmenty pojawiają się jako retrospekcje), co na szczęście jest plusem. Sama historia i intryga jest na tyle skomplikowana, by skupić uwagę odbiorcy, jednocześnie jest to tak lekkie (ten miejscami złośliwy humor), iż nie wywołuje znużenia. Szpiedzy, tajemnicza organizacja Lewiatan (atmosfera i zagadka budowana wobec tego tworu jest precyzyjna) i traktowanie kobiety jako tylko oraz wyłącznie mistrzyni zadań dla sekretarek – tak wygląda świat Peggy Carter.

agentka_carter2

Twórcom udało się wiernie odtworzyć realia lat 40. I nie chodzi tu tylko o wizualną stylizację (knajpy z neonami, eleganckie stroje, dym z papierosów) czy świetne efekty specjalne, ale też czasy, gdzie może i słyszano o feminizmie, ale nikt sobie z tego nic nie robił. Mentalność, gdzie kobieta musi być przyzwoitą damą i nie może nawet myśleć o samodzielności czy niezależności była nie do pokonania. Sceny akcji są zrobione dynamicznie i efektownie, aczkolwiek zdarza się szybki montaż (nie zbyt często, ale jednak) i całość miejscami pędzi na złamanie karku (akcja w ZSRR). Jedyne do czego bym się przyczepił to dość krótki czas trwania całości (tylko osiem odcinków) i finałowej konfrontacji, która sprawiła we mnie poczucie niedosytu (częściowo ratuje to ostatnia scena, która buduje podwaliny pod II serię), odrobinka patosu w kilku scenach czy traktowanie kolegów Carter z pracy jak idiotów – na szczęście nie wszystkich.

agentka_carter3

Dodatkowo aktorzy wczuli się w klimat i świetnie odnaleźli się w swoich rolach. Ci, co widzieli Hayley Atwell w pierwszym filmie o przygodach Steve’a Rogersa ten wie, że jest to niezależna i twarda kobieta, bardzo odbiegająca od wizerunku damy w opałach. Tutaj tylko to potwierdza, bo Peggy nie jest grzeczną dziewczynką i nie zależy jej bardzo na akceptacji męskiego grona. Twarda, elokwentna i inteligentna fighterka działająca dla dobra kraju – mimo bycia harcerką, nie jest nudną kobietą. Partnerujący jej panowie nie są tylko dodatkiem do fabuły, lecz mają swoje zadania: silny i odpowiedzialny dowódca Roger Doodley (Shea Whigham potwierdzający swoją klasę), seksistowski, wywyższający się Jack Thompson (dobry Chad Michael Murray) czy dociekliwy kaleka Sousa (przekonujący Enver Glokaj) to wyraziste, choć może stereotypowe postacie.

agentka_carter4

Najbardziej wybijają się dwaj panowie. Pierwszy to Howard Stark (świetny Dominic Cooper) – miliarder, playboy i genialny wynalazca, posiadający pragmatyczne podejście i cyniczny humor. Widać, że syn posiadł wszystkie cechy tatusia (dodał tylko od siebie zbroję). Drugim jest kamerdyner Stark, Edwin Jarvis (genialny James D’Arcy, kradnący każdą scenę) – elegancki, lojalny dżentelmen z krwi i kości. Czuć silną chemię między nim a Carter – może i sprawia wrażenie ciapowatego oraz zbyt oddanego swojej żonie, ale gdy przychodzi do poważnych akcji jest cennym pomocnikiem. Na pewno wróci w następnej serii.

agentka_carter5

 

Druga seria będzie w przyszłym roku i jedno jest pewne – będzie więcej odcinków. Marvela uniwersum coraz bardziej się zazębia, co może wprawić wielu w zakłopotanie. „Agentka Carter” to lekka i bezpretensjonalna rozrywka na wysokim poziomie, a oglądanie jej sprawia wielką przyjemność. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

8/10

Radosław Ostrowski

Daredevil – seria 1

Kim jest Daredevil? To kolejny komiksowy superbohater stworzony przez Marvela. Nazywa się naprawdę Matt Murdock i jest prawnikiem. Kiedy był dzieckiem, wskutek wypadku stracił wzrok, a jego ojciec bokser naciskał, by dobrze się uczył. Ale mężczyzna bywa bezradny wobec nieuczciwości w Hell’s Kitchen, za którymi stoi tajemniczy Wilson Fisk. Murdock trafia na niego przypadkowo, gdy jego (oraz wspólnika Foggy’ego Nelsona) pojawia się Karen Page – sekretarka w firmie Allied Unites oskarżona o morderstwo.

daredevil5

Marvel znany jest z tego, że konsekwentnie zaczyna podbija kinową widownię, zaczynając na pierwszym „Iron Manie”, a kończąc na „Avengersach”. Tym razem Kevin Feige postanowił połączyć siły z Netflixem, by podbić telewizję. Powstał serial jedyny w swoim rodzaju – nie pozbawiony brutalności i mroku, a także sporej dawki realizmu oraz wiarygodności. To komiks, w którym bohaterowie są ludźmi z krwi i kości, a dodatkowo poruszane są niewygodne tematy jak handel dziećmi, wykorzystywanie niepełnosprawnych jako handlarzy narkotyków czy finansowych przekrętów. Mimo wszystko, jest to serial rozrywkowy na najwyższym poziomie, gdzie intryga jest bardzo złożona (wszystko skupia się na poznaniu przeciwnika, który steruje pionkami w półświatku), a każdy wątek poboczny odgrywa kluczową rolę. Skorumpowana policja, politycy oraz prawnicy – świat pełen beznadziei i czasami bezsilności (wątek mieszkańców kamienicy, którzy mają zostać usunięci), ale jest też typowa dla Amerykanów wiara w siłę jednostki. Jednak nie ma tutaj poczucia naiwności czy banału.

daredevil1

Skoro jest to film o superherosach, to muszą być sceny akcji (bijatyki, strzelaniny i pościgi), a te zostały zrealizowany w sposób pierwszorzędny. Każdy cios jest widoczny, kamera jest statyczna, zaś choreografia jest imponująca. Wystarczy przypomnieć sobie scenę odbijania przez Daredevila dziecka porwanego przez Rosjan (całość nakręcona jednym ruchem kamery, gdzie jesteśmy w ciasnej przestrzeni) czy starcie z Nobu, gdzie w ruch idą narzędzia ninja. W ruch idą nie tylko pięści, ale wszelkie dostępne przedmioty (pałki, młotki, ostrza, kije), co tylko uatrakcyjnia całość. Jest się czym zachwycać. Wszystko jest tutaj przekonujące, nawet wątki romansowe, co jest rzadkością. Nawet lekki i złośliwy humor działa kojąco (sorry, bluzgów tu nie będzie i o seksie też zapomnijcie). Także świetne są sceny, w których widzimy umiejętności Murdocka (skupienie się na jednej osobie, wsłuchiwanie się w bicie serca czy „ognista” perspektywa, z której widzi).

daredevil2

No i do tego jest to kapitalnie zagrane. Nie można się nie nachwalić Charliego Coxa, który starł złe wrażenie jakie wywołał 12 lat wcześniej Ben Affleck. Aktor radzi sobie zarówno w roli „niewidomego” z wyostrzonymi zmysłami, jak i w scenach akcji, gdzie wykorzystuje zarówno swoje nauki jak i zmysły. Choć wygrywa swoje starcie, nie udaje mu sie wyjść bez szwanku oraz siniaków. Jest ciągle rozdarty między wiarą w prawo, a używanie siły jako ostatecznego rozwiązania. Równowagą dla niego jest dowcipny, ale i oddany przyjaciel Foggy (wyborny Elden Henson), wnoszący humor oraz lekkość.

daredevil3

I po raz pierwszy od dawna mamy w tego typu produkcji wyrazisty czarny charakter, czyli Wilsona Fiska. Znakomity Vincent D’Onofrio tworzy bardzo zniuansowany i skomplikowany portret działającego w cieniu biznesmena, który z jednej strony jest bardzo wrażliwym, skrytym dżentelmenem (przeszłość go naznaczyła), ale nie bojącym się siłowych rozwiązań, jeśli coś nie idzie po jego myśli i działania po wpływem impulsu (zabicie szefa rosyjskiej mafii za… wejście i przerwanie kolacji). Takich wyrazistych postaci jest kilka jak dociekliwy dziennikarz Ben Urich (Vondie Curtis-Hall), będący powiernikiem Fiska tajemniczy Wesley (Toby Leonard Moore) czy surowy i szorstki mentor Murdocka, Stick (Scott Glenn).

daredevil4

Podobnie jest z rolami kobiecymi: od Karen Page przechodząca przemianę z zastraszonej do nieustępliwej, dochodzącej do prawdy współpracowniczki i sekretarki kancelarii Nelson & Murdock (świetna Deborah Ann Wolf) przez trzymającą się ziemi pielęgniarki Claire (Rosario Dawson – piękna jak zawsze), po wspierająca Fiska właścicielkę galerii Vanessę (intrygująca Ayelet Zuler).

daredevil6

Drew Goddardowi (twórca) udało się zrobić nie tylko jedne z najlepszych seriali o superherosach, ale i w ogóle seriali wszech czasów, gdzie nie ma zbędnych scen, zapchajdziur czy niepotrzebnych wątków. Finałem jest ostateczne stworzenie Daredevila i jego ikonicznego kostiumu, a druga seria zapowiada się interesująco. Czekacie? Bo ja na pewno.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bosch – seria 1

Hieronim „Harry” Bosch jest policjantem wydziału zabójstw z Los Angeles. Kiedy go poznajemy, ściga podejrzanego o morderstwa i gwałty. Jednak próba zatrzymania podejrzanego kończy się zabójstwem. Mimo oskarżenia i procesu (akcja toczy się dwa lata po tym wydarzeniu), Bosch nie rezygnuje z pracy. Dostaje informację o znalezieniu kości na wzgórzu. Przeczesując miejsce, detektyw znajduje szczątki dziecka zakopane 25 lat temu, a to oznacza śledztwo.

bosch1

Filmowcy zawsze chętnie sięgają po powieści, zwłaszcza te bestsellerowe. Tym razem trafiło na cykl powieściowy Michaela Connelly’ego o detektywie Harrym Boschu. Pisarz nie tylko pobłogosławił przedsięwzięciu, ale też razem z Erikiem Overmeyerem (scenarzysta m.in. „Prawa ulicy” i „Treme”) współtwórcą serii. I jest to rasowy kryminał – ze śledztwem, myleniem tropów, stawianiem na klimat zamiast dynamicznej strzelaniny oraz rozwałki. Sprawa jednak nie należy do łatwych – brak tutaj nowatorskich wynalazków z „CSI” czy innych „Kości”. Rządzi tutaj stara szkoła – przeglądanie dokumentów, przesłuchania świadków, zbieranie dowodów. I mamy standard – mroczna przeszłość, tajemnica, nawet jest seryjny morderca (może związany ze sprawą, a może nie) oraz klimat pachnący kinem noir, w czym pomaga lokalizacja oraz brak nowinek technologicznych (patolog jest dorabiający na boku archeologiem).

bosch2

Jednak mimo nietypowego (jak na dzisiejsze produkcje) podejścia do korzeni klasyki gatunku, serial nie jest doskonały. Problemem są tutaj wątki nie dotyczące śledztwa. Zycie prywatne Bosch to banał na banale, w dodatku nie do końca wykorzystany (rozwiedziony z byłą policjantką, z którą ma córkę, romans z młodą policjantką z ambicjami) albo sprawiający wrażenie zapychacza jak polityczne gierki zastępcy komendanta Irvinga. Na szczęście samo śledztwo jest na tyle interesujące, że można wybaczyć te niedoskonałości. Mroczne zdjęcia potęgują klimat tajemnicy, detektyw mierzy się z własnymi demonami, a dialogi między bohaterami są dość proste i oszczędne, a także nie pozbawione nutki humoru.

bosch3

Na szczęście całość jest pewnie poprowadzona i ma świetnych aktorów na pokładzie. W Boscha wciela się Titus Welliver – aktor kojarzony głównie z drugoplanowych lub epizodycznych ról małego ekranu jak w serialach „Skazany na śmierć”, „Mentalista”, „Synowie Anarchii” czy „Agenci T.A.R.C.Z.Y.”. Jednak w głównej roli prezentuje się równie znakomicie jak w mniejszych rolach, kradnąc całą uwagę dla siebie. Bosch jest niemal archetypem detektywa z książek Raymonda Chandlera – twardy i nieustępliwy profesjonalista z ponurym życiorysem. Nawet jeżeli nagina prawo, działa w zgodzie z własnym sumieniem, co nie czyni go popularnym wśród przełożonych (będący wrzodem na dupie kapitan Pounds). Świetny jest też Jamie Hector (partner Boscha, Jerry Edgar) oraz Lance Reddick (Irvin Irving – chyba ten aktor w rolach „biurowych” sprawdza się bez zarzutu).

bosch4

 

Złego słowa też nie jestem w stanie powiedzieć o Jasonie Gedricku – psychopatyczny Raynard Waits w jego wykonaniu to opanowany i spokojny sukinsyn, niepozbawiony sprytu. Z całej stawki najmniej interesująca jest Annie Wersching. Julia Brasher w jej interpretacji jest kolejną młodą policjantką, szukającej swojej szansy na szybszy rozwój kariery. Jednak popełnia zbyt wiele błędów i dla ratowania swojej dupy jest w stanie zrobić wiele.

bosch5

„Bosch” dla Amazona jest częścią planu realizacji ambitniejszych propozycji, które mogłyby rywalizować z Netflixem. To dobrze zrealizowana produkcja sięgająca po klasykę gatunku oraz posiadająca własny styl. Już z niecierpliwością czekam na drugą serię – może będzie lepsza?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zadzwoń do Saula – seria I

Dawno, dawno temu, a mówiąc dokładnie 7 lat temu pojawił się serial, który okazał się wielkim dziełem, chociaż początek tego nie zapowiadał. Dzisiaj „Breaking Bad” ciszy się statusem dzieła kultowego, a opowieść o nauczycielu chemii zachodzącym przemianę w barona narkotykowego, wciąga i fascynuje. Więc kiedy pojawiły się wieści o spin-offie tego serialu, byłem troszkę sceptyczny, ale i podekscytowany. Wrócić do Alboquerque – byłoby fajnie.

better_call_saul1

Tym razem głównym bohaterem jest Saul Goodman – charyzmatyczny prawnik, który miał gadane i był w stanie wybronić każdego, dosłownie każdego. Ale Vince Gilligan razem z Peterem Gouldem postanowili opowiedzieć o naszym adwokacie zanim poznał on Waltera White’a aka Heisenberga. Nasz bohater najpierw nazywał się Jimmy McGill – gdy go poznajemy jest młodym prawnikiem, który próbuje wyrobić sobie własną markę, będąc w cieniu swojego brata Chucka – uznanego adwokata i wspólnika w Hamlin, Hamlin & McGill. Twórcy serwują aluzjami do pierwowzoru, co widać w sposobie realizacji – dziwacznych perspektywach (serwisu do kawy, kółka jadącego wózka itp.), wplataniu różnych piosenek oraz coraz bardziej komplikując drogę do przemiany McGilla w Goodmana (rozczaruję was – w tej serii do tego nie dochodzi). Sam początek serialu pokazuje nam obecną sytuację Goodmana, który wskutek działań White’a musiał uciec i zmienić tożsamość. Więc opowieść jest niekończącą się retrospekcją z życia Jimmy’ego/Saula.

better_call_saul2

Nasz bohater ma problemy i przez długi czas chce grać czysto, a najbardziej zależy mu na rozgłosie, w czym ma pomóc mu zajęcie się sprawą Kettelmanów, oskarżonych o defraudację, co doprowadza do zaskakujących sytuacji (Jimmy o mało nie zostanie zabity przez Tuco) i nieprzewidywalnego finału. Po drodze nasz bohater poczuje smak zdrady, parę razy zagra nieczysto i poznamy jego przeszłość, gdy był krętaczem, a także jego relacje z bratem oraz jego dawnym szefem, Hamlinem. Jedyna rzecz, która rozczarowuje to ostatni odcinek, który w połowie traci tempo, choć zakończenie intryguje. Znamy finał, ale już nie mogę się doczekać drugiej serii.

better_call_saul3

Zazwyczaj jest tak, ze gdy w głównej roli widzimy postać drugoplanową z pierwowzoru, efekt jest rozczarowujący. Na szczęście, w „Better Call Saul” jest inaczej. Bob Odenkirk znowu jest fenomenalny, czarujący i ma taką nawijkę, ze każdy chciałby go zatrudnić, nawet jeśli sprawa jest absurdalna (np. oddzielenie Teksasu od USA). Nawet jako McGill potrafi skupić swoją uwagę, a sposoby reklamowania się są godne podziwu (gra w bingo czy specjalne pudełka dla seniorów). Poza nim drugą istotną postacią jest równie znakomity Mike Ehrmantraut (pamiętacie tego fixera granego przez Jonathana Banksa?) – gdy go poznajemy jest… cieciem parkingowym. Wiem, nie jest to posada godna tej osoby, jednak potem poznajemy jego przeszłość i jesteśmy świadkami jego umiejętności nabytych w poprzednim fachu. Jeszcze tutaj nie działają jako duet, jednak ich bliższa współpraca jest tylko kwestią czasu. A trzecim pionkiem tej układanki jest Chuck (świetny Micheal McKean) – chory na alergię „elektryczną” brat Jimmy’ego, który wydaje się sojusznikiem i wsparciem naszego bohatera.

„Better Call Saul” ma wszelkie zadatki, by zostać serialem wybitnym. I nie trzeba znać serialu „Breaking Bad”, aby czerpać wielką przyjemność z oglądania. Szkoda tylko, że trzeba czekać rok na następne odcinki, ale na pewno jest tego wart.

8/10

Radosław Ostrowski

fortysomething

Dr Paul Slippery jest lekarzem pracującym w londyńskiej przychodni. Jest ojcem trzech synów, ma żonę, która po długiej przerwie zaczyna wracać do pracy oraz problemy z niejakim Pilbrym, który jest antypatycznym dupkiem. Jednak w jego związku coś zaczyna się psuć, a początkiem jest słyszenie myśli innych.

fortysomething1

Bogu należy dziękować za Anglików, bo bez nich świat byłby strasznie smutny. Telewizyjny serial jest adaptacją powieści Nigela Williamsa, dokonana przez samego autora (bo scenariusz napisał) oraz reżyserowana przez Nica Phillipsa i Hugh Lauriego (tak, TEGO Hugh Lauriego). I jest to słodko-gorzka opowieść o kryzysie wieku średniego z perspektywy zagubionego mężczyzny, który niejako zostaje zmuszony do weryfikacji swojego życia oraz związku. Po drodze dzieją się różne szalone sytuacje, spowodowane przez synów (statecznego i spokojnego Rory’ego, sypiającego z każdą Daniela oraz mającego obsesję na punkcie seksu Edwina, który w szkole nie był  – jak myślicie, który z nich mógł zamówić sztuczne penisy?) oraz własnymi demonami. Śmiech – błyskotliwy, niepozbawiony ironicznego humoru, idzie tutaj ręka w rękę z poważną refleksją (zwłaszcza ostatni odcinek to emocjonalny majstersztyk) i wnikliwą obserwacją obyczajową. Śmierć przyjaciela, kontrola inspektora, wreszcie planowane w tajemnicy zjazd kolegów ze szkoły, które zostaje odebrane za… nie, nie powiem. Humor jest tutaj pierwszorzędny, czasami absurdalny, ale wiele mówiący o pracy, przyjaźni, miłości – o życiu i całej reszcie. A jest czego słuchać i co oglądać.

fortysomething2

Mini serial ten nie miał takiej siły, gdyby nie kapitalnie grający aktorzy. W Paul wcielił się sam Laurie i zrobił to pięć minut przed przyjęciem praktyki jako dr House. Pokazuje jak znakomitym jest komikiem (scena, gdy udaje holenderskiego lekarza czy przebiera się w muzułmańska szatę, by wejść na przemówienie swojej żony), ale też pokazuje jak nie radzi sobie z własnymi obsesjami (zazdrość, silna chęć kochania się ze swoją żoną i nieudolne próby osiągnięcia tego). Partneruje mu bardzo atrakcyjna Anna Chancellor jako Estelle – kura domowa, stająca się poważna bizneswoman, co pośrednio wywołuje spięcia (a raczej jej szefowa – lesbijka Gwendolyn). Kiedy nie ma jej w domu, można odnieść wrażenie, iż tam panuje chaos – pojawiają się lodówki, dziewczyny, ich rodzice.

fortysomething3

Nie można nie docenić Petera Capaldiego (antypatyczny i arogancki dr Pilfrey, który jest mocno psychiczny) czy powoli wybijającego się Benedicta Cumberbatcha (Rory), ale tak naprawdę wszyscy poradzili sobie znakomicie.

fortysomething4

Znakomita komedia i jednocześnie bardzo wnikliwa obserwacja obyczajowa. Takie kombinacje są zawsze mile widziane. Choć jest to mało znana produkcja i jest dość krótka (tylko 6 odcinków?), absolutnie warta jest uwagi.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 3

UWAGA!

Tekst zawiera spojlery. Jeśli nie oglądałeś poprzednich serii, nawet nie próbuj tego czytać.

Wskutek swoich intryg Frank Underwood dopina wreszcie swojego celu – zostaje prezydentem USA. Jednak rządzenie krajem nie jest takie proste, jak mogłoby się wtedy wydawać z powodu pewnych ograniczeń ze strony zarówno Kongresu jak i mediów (słowo opinia publiczna jest tutaj mocno nieadekwatne. Prawda jest taka, że Underwooda nie wspiera jego własna partia, a wyborcy go nienawidzą. Jednak nasz polityk ma plan, by wygrać reelekcję – America Works, czyli zatrudnić 10 milionów osób za 500 miliardów dolarów.

house_of_cards_3_1

Trzecia seria politycznej sagi o najbardziej charyzmatycznym i bezwzględnym polityku w historii małego ekranu to już jednak nieco inny kaliber niż dwie poprzednie serie. Tam Frank był właściwie niczym nieograniczonym fighterem, który w ciemności pociągał za sznureczki, by osiągnąć swoją zemstę za niezrealizowanie obietnicy. Tym razem jednak nasz bohater jest niejako na świeczniku i na takie sztuczki nie może sobie pozwolić. W dodatku jego żona ma własne polityczne ambicje jako ambasador przy ONZ, co niestety zaczyna się mocno odbijać na ich układzie.

house_of_cards_3_2

Sama seria oparta jest na trzech głównych wątkach. Po pierwsze, walka o reelekcję. Drugi wątek, to American Works i próba wdrożenia go w życie. Trzeci to polityka zagraniczna i tutaj trzeba pochwalić twórcą za pochwalenie zarówno w pokazaniu prób rozwiązania konfliktu na Bliskich Wschodzie oraz bardzo skomplikowanych relacji na linii Waszyngton-Moskwa. Gdyby nie sytuacja na Ukranie, to miałoby jeszcze większa silę rażenia, jednak nawet Beau Willimon (twórca serialu) i sztab scenarzystów nie byli w stanie tego przewidzieć. Jest jeszcze kilka pobocznych wątków związanych z Claire oraz… Dougiem Stamperem (tak, on przeżył) oraz jego rekonwalescencji. Ten ostatni sprawia wrażenie trochę zapychacza i rozkręca dopiero się pod koniec, gdy nasz pitbull wraca do politycznej gry. Brakuje tutaj troszkę podchodów, zwracania się bezpośrednio do kamery (wiadomo, prezydent jest strasznie zapracowany), jednak finałowy cliffhanger spowoduje, że z niecierpliwością zaczekam na powrót Franka do walki o reelekcję, mimo nierówności wszystkich wątków.

house_of_cards_3_3

Jedna rzecz pozostała niezmienna – polityka nadal pozostaje brutalną i ostrą grą o władzę. Drugą niezmiennością jest wysoki poziom realizacji (zwłaszcza scena politycznej debaty – majstersztyk), a trzecią fantastyczna gra aktorska. Ten serial nie istnieje bez charyzmatycznego i demonicznego Kevina Spacey – mimo iż Frank to, nie wstydźmy się tego słowa skurwiel, to jednak nadal kibicuję mu, bo jest mistrzem w swojej profesji, zna mechanizmy władzy i jest bezwzględnie skuteczny, pod warunkiem, że nie pozwoli sobie na słabość. Znacznie więcej do pokazania ma Robin Wright. Claire na początku serialu sprawiała wrażenie zimnej wspólniczki Franka w jego zbrodniach. Jednak jej rola jako Pierwsza Dama (czytaj: tło i wsparcie dla swojego męża) zaczyna ją dusić i ma ambicje na więcej. Dlatego zostaje ambasadorem przy ONZ, mimo braku kompetencji, ale za swoja politykę płaci wysoką cenę. Dlatego jej decyzja o odejściu od Franka nie była zaskoczeniem i daje spore pole do następnej serii. Cieszy obecność Michaela Kelly’ego (Doug Stamper), choć jego postać mocno przewijała się w tle.

house_of_cards_3_4

Najważniejsze jednak były nowe postacie w tym rozdaniu i tutaj jest trójka postaci jest najistotniejsza. Zacznę od dziennikarki Kate Bladwin (bardzo dobra Kim Dickens), która nie jest naiwna idealistką, jednak potrafiła mocno przyłożyć prezydentowi. Drugą osoba jest zatrudniony przez Underwooda pisarz Thomas Yates (znany z „Zakazanego imperium” Paul Sparks), który jednak idzie w innym kierunku niż planowano (miało być o American Works, a wyszła niemal biografia) i dlatego zostaje zwolniony. Ta dwójka to tak naprawdę płotki przy prezydencie Rosji. Wiktor Petrow poprowadzony przez znakomitego Larsa Mikkelsena jest bardzo śliskim i prawdziwym przeciwnikiem dla Underwooda. Nigdy nie wiadomo, co jest w stanie wymyślić, jest bardzo bezwzględny i nie boi się grać na emocjach (pocałowanie Claire na oczach Franka). Ciekawe na ile ta postać była inspirowana Władimirem Putinem.

house_of_cards_3_5

Cóż, trzecia seria „House of Cards” jest najsłabszą ze wszystkich, co wynika z nierównej jakości wątków oraz faktu, ze nasz bohater nie znosi bycia ograniczanym przez innych. Pytanie, czy czwarta seria będzie tą ostatnią i jak skończy się batalia Franka o władzę, pozostaje otwarte. I mimo wad, to nadal bardzo interesująca propozycja dla fanów political fiction.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Masters of Sex – seria 1

Seks zawsze interesował człowieka – zresztą towarzyszył mu odkąd mężczyzna ciągnął kobietę po ziemi trzymając ją za włosy. Jest rok 1957, St. Louis. Już znany był raport Alfreda Kinseya, który otworzył drzwi do refleksji nad seksualnością. Jednak wtedy doszło do spotkania dwojga ludzi, którzy zaczęli badań co dzieje się z ciałem podczas seksu, czyli zamiast rozmów czyny. Kto przeprowadzał badania? Szef położnictwa, dr William Masters oraz przydzielona mu sekretarka, Virginia Johnson.

masters_of_sex1

Prawdziwą historie badań nad seksem, które zostały opublikowane dopiero po 10 latach, opowiada serial stacji Showtime, która jest znana z produkcji przełamujących tabu obyczajowe. Prowadzona fabuła przez Michelle Ashford (wcześniej pracowała m.in. przy serialu „Pacyfik”) oraz pilotowana przez doświadczonych reżyserów (pilota nakręcił John Madden) plus dość apetyczny temat gwarantowały uwagę wszystkich. Jednak tak naprawdę jest to serial obyczajowy. Imponuje tutaj praca w odtworzeniu realiów epoki – zarówno pod względem wizualnym (scenografia i kostiumy są tutaj naprawdę bez zarzutu – włącznie ze sprzętem medycznym), jak i przede wszystkim mentalnym. Tutaj lekarzami są – prawie – sami mężczyźni, kobieta co najwyżej może być sekretarką, homoseksualizm uznawano za chorobę. Czyli kiedy wiedza naukowa w najważniejsze sprawie dla człowieka była pełna mitów i zagadek. A jak wiadomo pionierzy mają najtrudniej.

masters_of_sex2

A skoro badania nad seksem, to nie da się pokazać bez nagości oraz erotyki. To jest po prostu niemożliwe. Pytanie tylko jak to pokazać, by nie było ani wulgarne, ani prymitywnie. Całość jest tutaj zrobiona naprawdę ze smakiem, zarówno wobec par jak i masturbacji. A że scen rozbieranych jest sporo (wiadomo, tytuł zobowiązuje), to i jest na co popatrzeć, jednak nie jest to żadne porno. Przy okazji też obserwujemy różne stadia i kolory miłości, bo podczas badań może zdarzyć się naprawdę wiele, także rzeczy niezaplanowanych, mogących odbić się na życiu innych. Całość ogląda się po prostu bardzo dobrze i sposób realizacji może budzić skojarzenia z „Mad Men”, bo tempo jest dość powolne, skupiające się na relacjach międzyludzkich. Jedno wam mogę zagwarantować – emocji będzie wiele.

masters_of_sex3

Swoje też tutaj robi koncertowe aktorstwo. Michael Sheen w roli dr Masters jest po prostu fenomenalny, tworząc portret wyciszonego i troszkę zamkniętego w sobie lekarza. Motywacja do badań nie jest jednoznaczna (może to zboczeniec?), ale jest on bardzo zdeterminowany i uparty, co widać w podejściu do pracy. Partneruje mu Lizzy Caplan, która pokazuje… wiele na ekranie, ale nie opiera swojej roli tylko na nagości. Jak o tej postaci mówi dr Masters: „ma tendencje do łapania kilku srok za ogon” – jest samotną matką (nie radzi sobie z tym najlepiej), a jednocześnie chce robić karierę, co nie jest takie proste. Czuć tutaj chemię między tą dwójką, a iskry sypią się mocno.

masters_of_sex4

Drugi plan jest tutaj tak przebogaty, że nie wiem od kogo tak naprawdę zacząć. Każdy z aktorów tworzy mocną i pełnokrwistą postać, a najbardziej wybija się tutaj Beau Bridges oraz Caitlin Fitzgerald. On w roli rektora uniwersytetu Bartona Scully’ego jest bardzo empatyczny, jednak skrywający tajemnicę związaną ze swoją orientacją seksualną. Jest też jedynym przyjacielem Mastersa. Z kolei Fitzgerald jako żona Masters wydaje się być troszkę w cieniu męża, jednak im dalej w las, tym bardziej stara się od niego być niezależna. Tak naprawdę jest więcej postaci (żona Scully’ego, dr Lillian DePaul, Jane), ale to by zmieniło się w zwykłą wyliczankę.

masters_of_sex5

Pierwsza seria mocno mi zaostrzyła apetyt i stawia pytania w kwestii przyszłości dalszych badań. Jedno jest pewne – będzie seks, golizna, ale zrobiona w bardzo elegancki sposób. Oj, będzie się działo. Czekam na dalszy rozwój wypadków.

masters_of_sex6

8/10

Radosław Ostrowski