Obcy przybysze

Było już wiele filmów oraz pomysłów na zrobienie buddy movie, że już nic nie można wycisnąć i stworzyć czegoś nowego w tym gatunku. Jednak w 1988 roku reżyser Graham Baker postanowił zaryzykować i dokonać takiego połączenia, jakiego nikt w tej konwencji nie zrobił.

Akcja toczy się w 1991 roku, kiedy to trzy lata wcześniej na Ziemię wylądował statek kosmiczny. Przybysze nie byli w stanie wrócić do domu, więc – po okresie kwarantanny – zostali nowymi mieszkańcami naszej planety, choć nie wszystkim się to podoba. Kosmici nie tylko szybko się adaptują, ale też lepiej się uczą oraz kształcą, co pomaga osiągnąć wiele ważnych stanowisk. Chociaż nadal żyją w stworzonych przez siebie gettach, mówiąc własnym językiem. Jednym z tych, co się przebili jest detektyw Samuel Francisco zwany Georgem. Zostaje przydzielony jako partner dla sierżanta Matthew Sykesa po śmierci jego poprzednika wskutek napadu w dzielnicy przybyszów. Razem ze swoim partnerem próbuje zbadać sprawę i okazuje się, że doszło wcześniej do podobnego zabójstwa.

Innymi słowy „Obcy przybysze” to sklejka klasycznego buddy movie z elementami SF. Bo połączenie i zrobienie pary człowiek/kosmita jest czymś świeżym do tego gatunku. Zwłaszcza, że poznajemy dość nietypowe zwyczaje przybyszów z obcej planety: upijają się… kwaśnym mlekiem i słona woda działa na nich jak kwas. Widać, że tutaj twórcy chcą dodać coś nowego do ogranego schematu. Bo samo śledztwo nie jest niczym nowym (stworzenie narkotyku, który był sprzedawany kosmitom zanim trafili do nas oraz morderstwa osób zamieszanych w to) i prowadzone jest schematycznie. Jeszcze bardziej zadziwia tutaj kameralność oraz niski budżet, przez co sceny akcji nie wyglądają imponująco jak mogłyby być.

Jedynym elementem SF są kosmici oraz ich świetna charakteryzacja od Stana Winstona. Na podobnym koncepcie działał zrobiony dla Netflixa „Bright”. Jednak mam wrażenie, że Baker lepiej zarysowuje relację między naszymi bohaterami (świetni w swoich rolach James Caan oraz Mandy Patinkin), a także humor działa dużo lepiej. Wraz z bardzo solidną realizacją czuć, że „Obcy przybysze” mieli zadatek na franczyzę. Ostatecznie powstał z tego serial telewizyjny i były plany na remake od Jeffa Nicholsa (ostatecznie projekt wstrzymano).

Niemniej uważam, że „Obcy przybysze” to po prostu fajny film ze wszystkim, co w latach 80. najlepsze oraz rozpoznawalne: intrygujący klimat, lekko elektroniczną muzykę, świetną chemię i dobrą dawkę humoru. Przydałoby się zrobić nową wersję i oby się to udało.

7/10

Radosław Ostrowski

Daybreakers – Świt

Ile już było filmów o wampirach? Nie miałbym nawet czasu i miejsce na wymienienie ich wszystkich, a pomysłów zwyczajnie brakuje. Nie oznacza jednak, że nie próbowano szukać nowych pomysłów na temat krwiopijców. W 2009 roku debiutujący bracia Spierig zrealizowali „Świt”, obiecując coś nowego. Ale czy jest to satysfakcjonujące doświadczenie?

Jest rok 2019, wybucha epidemia zmieniająca ludzi w wampiry, którzy hodują sobie ludzi jak pożywne jedzenie. Ludzie są przechowywani przez wielką korporację, zajmującej się dystrybucją ludzkiej krwi. Problem jednak jest taki, że minęło 10 lat, zaś ludzi zostało mniej niż 5% populacji. A niedostarczenie zapasów zmienia ludzi w zmutowane, coraz bardziej osłabione monstra zwane upadłymi. Jednym z przemienionych wampirów jest hematolog, Edward Dalton. Chcąc dać szansę na przetrwanie wampirom, pracuje nad stworzeniem substytutu zastępującego ludzką krew. Przypadkowo naukowiec trafia na samochód, gdzie przebywają ukrywający się ludzie. Oni, kierowani przez Lionela Cormaca twierdzą, że jest sposób na rozwiązanie tego problemu.

Sama koncepcja „Świtu”, gdzie wampiry dominują nad światem, a nie siedzą w cieniu to było naprawdę coś. Wampiry też są rozwarstwione, chodzą do pracy (oczywiście nocą), są politykami, policjantami czy żołnierzami. Oczywiście poruszają się nocą po mieście, a w dzień – bo słońce nadal je zabija – siedzą w domu, a jeśli muszą się przemieszczać to w autach ze specjalnymi szybami, co nie przepuszczają promieni słonecznych. No i ukrywająca się ludzkość, skazana na zagładę – to dawało wielkie pole do popisu. Muszę przyznać, że pierwsze 40 minut dostarczyło mi masę frajdy. Świetne zdjęcia, utrzymane w czerni i zieleni budują klimat niepokoju oraz tajemnicy.

To się oglądało naprawdę przyjemnie, choć moment spotkania Edwarda z Lionelem zmienia ton oraz tempo. Zaczyna pojawiać się więcej akcji, strzelania (kusze ze strzałami wybuchowymi vs strzałki usypiające) oraz szeroko pojęta rozpierducha. Pojawia się wiele pytań oraz potencjalnie ciekawych wątków, które nie zostają pogłębione: relacja Edwarda z bratem-wojskowym, działanie korporacji, struktura ruchu oporu. Dość ciekawym pomysłem jest sposób na wyleczenie z wampiryzmu, ale tego wam nie zdradzę. Zaczyna się jatka (całkiem fajnie zrobiona, z porządnymi efektami specjalnymi) oraz rzucane klisze, przez co oryginalność pozostaje tylko w warstwie wizualnej oraz kapitalnej muzyce.

Jeśli coś jeszcze trzyma całość w ryzach, to jest to zasługa aktorów. Ethan Hawke w roli Edwarda, czyli naukowca-wampira mimo woli sprawdza się dobrze. A to mnie akurat nie dziwi, ale szoł kradną świetnie bawiący się Willem Dafoe i Sam Neill. Pierwszy jako lider ruchu oporu dodaje odrobinę luzu i ciętego humoru, drugi złowrogie spojrzenie oraz charyzmę. Ale nawet oni nie są w stanie ukryć mielizn i niedoróbek scenariusza. Tym bardziej boli, że „Świt” nie do końca wykorzystuje potencjał na stworzenie oryginalnego filmu o wampirach.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jeden bilet na dwóch

Neal Page to zwykły, szary facet z miasta Nowy Jork. Pracuje jako spec od marketingu i w tej chwili marzy o jednej rzeczy: przybyciu do Chicago, by spędzić Święto Dziękczynienia w gronie rodziny. Bilet na samolot jest zarezerwowany od miesiąca i czeka na realizację. Jednak los jest bardzo nieprzewidywalny, bo kiedy wydaje się, że nic złego nie może się wydarzyć, cały misterny plan sypie się. Wtedy na jego drodze pojawia się Del – rubaszny i sporych gabarytów sprzedawca. Pech (albo i szczęście) powoduje, że panowie są skazani na siebie.

Polski tytuł nie do końca oddaje to, czego możemy się spodziewać. „Plains, Trains & Automobiles” bardziej sugerowałoby kino akcji, pełne pościgów wszelkimi środkami komunikacji jak „Zdążyć przed północą”. Ale John Hughes idzie w zupełnie inną stronę, bo jest to komedia drogi. Tutaj humor wynika nie tylko ze zderzenia dwóch charakterów: rubasznego, troszkę rozgadanego Dela i coraz bardziej sfrustrowanego Neala, z trudem zachowującego spokój w niesprzyjających dla niego okolicznościach. To wszystko kumuluje wiele zabawnych, wręcz nawet absurdalnych sytuacji (jazda samochodem pod prąd w dwie ciężarówki naprzeciwko czy wynajem auta, którego nie ma), cały czas jednak pozostając na granicy prawdopodobieństwa. Reżyser wie, kiedy podkręcić humor, nigdy jednak nie gubi swoich bohaterów. zwykłych, szarych ludzi ze swoimi problemami, troskami i smutkami, których czasem nie zauważamy pod wpływem gwałtownych emocji czy własnych ciężarów.


Czy to jest film o rodzącej się przyjaźni pod wpływem wspólnych przeżyć? Bardziej jednak o empatii, której czasem w biegu zapominamy, a Hughes pokazuje w krótkich chwilach oddechu. Najbardziej widoczne jest to w postaci Dela (rewelacyjny John Candy), którego łatwo można wziąć na celownik. Że jest za bardzo rozgadany, że flejtuch i bałaganiarz, jednak pod tą twarzą zaradnego, złotoustego handlarza, skrywa się melancholia oraz smutek. Neal (odpowiednio cięty i wybuchowy Steve Martin) wydaje się być w porządku gościem, tylko okoliczności czynią z niego antypatycznego buca. Chociaż on też ma moment pewnego przebudzenia, doprowadzając wręcz do wzruszenia. A tego się raczej nie spodziewałem po – pozornie prostej i przewidywalnej – komedii z wieloma cięciami montażowymi oraz mocno pachnącą latami 80-tymi muzyką.

To jest przykład ciepłego, refleksyjnego i bardzo zabawnego filmu, co stało się dla Hughesa znakiem rozpoznawczym. Dziś rzadko pojawia się taka mieszanka, pokazując pewną wyjątkowość tego nieobecnego już od 2006 roku reżysera/scenarzysty. Na pewno będę do tego filmu wracał, bo warto.

9/10 + znak poleca

Radosław Ostrowski

Kiss Kiss Bang Bang

Shane Black to jest gość – scenarzysta z bardzo charakterystycznym stylem, który udoskonalił do perfekcji konwencję buddy movie. Dwóch niedopasowanych bohaterów, wspólna sprawa kryminalna, noirowy klimat, świąteczna atmosfera oraz ironiczny, cięty humor. Te elementy pojawiały się w jego scenariuszach, co wie każdy fan „Zabójczej broni”, „Ostatniego skauta” czy „Długiego pocałunku na dobranoc”. Po napisaniu tego ostatniego filmu w 1996 roku Black zniknął i powrócił niecałe 10 lat później jako reżyser. Jak myślicie, jaki film nakręcił? Dokładnie taki, jakiego należało się spodziewać.

Jesteśmy w Los Angeles w czasie zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Tutaj trafił nasz bohater i narrator – Harry Lockhart. To drobny złodziejaszek ma pecha i szczęście jednocześnie, bo uciekając przed nieudaną kradzieżą trafił na… casting do filmu. Jako konsultant zostaje do dorzucony prywatny detektyw Perry van Shrike aka Gay Perry. Twardy facet, bezwzględny, inteligentny i… gej, a cierpliwości wobec Harry’ego ma bardzo niewiele. I w zasadzie nic specjalnego by się nie wydarzyło, gdyby nie kobieta o jakże cudnym imieniu Harmony – dawna dziewczyna Harry’ego. Najpierw tajemnicza kobieta zleca Perry’emu śledzenie osoby, co kończy się morderstwem. Do tego jeszcze poznana Harmony zostaje znaleziona martwa, a policja uznaje to za samobójstwo.

Jak sami widzicie intryga przypomina klasyczny kryminał spod znaku Raymonda Chandlera, tylko uwspółcześniony. Fabuła się gmatwa, zawierając klasyczne motywy: wielkie miasto, spora kasa, wpływowi ludzie, oszustwo, zderzenie naiwności z brutalną rzeczywistością. No i wiele zbiegów okoliczności na granicy prawdopodobieństwa. A wszystko w trakcie świąt Bożego Narodzenia, co wydaje się jeszcze bardziej ironicznym żartem. Tak jak cały film, który jest zgrywą z konwencji stworzonej w latach 80. i 90. przez Blacka – nie mamy postaci z krwi i kości oraz własnymi problemami (może poza Harrym, który dostaje szansę na nowy start), a wszelkie klisze gatunkowe są podkręcone do absurdu (włącznie z potencjalnie przegiętym happy endem). I nie ma tutaj miejsca na popisy pirotechniczno-kaskaderskie.

Prowadzący nas po tym świecie Harry (wracający do pierwszej ligi Robert Downey Jr.) jako narrator jest równie nieporadny, co uroczy. Potrafi strzelić ciętymi tekstami, zdarza mu się też – opowiadając historię – zaciąć się i nagle sobie o czymś przypomnieć, z czasem nabierałem coraz więcej sympatii do tego faceta. Stara się być tym dobrym i ma serce tam, gdzie być powinno, tylko że los okazał się dziwką, a Harry miał pusty portfel. W zderzeniu z Perrym (kradnący szoł Val Kilmer) wydaje się po prostu pierdołą, która ma pecha być w złym miejscu i czasie. Ale kiedy pojawia się Harmony (cudowna Michelle Monaghan), wszystko staje się proste jak ustawa sejmowa. Wtedy reżyser podkręca tempo, dorzucając wiele świetnych, zabawnych dialogów, stylową formę kina neo-noir z obowiązkową jazzową muzyką w tle. Jednocześnie Black pozwala sobie na zaskakująco gorzką satyrę na środowisko hollywoodzkie, które karmi młodych ludzi z LA (oraz spoza niego) obietnicą sławy i sukcesu. Ale tak naprawdę na obietnicy się kończy, przełykając i wypluwając niczym gumę do żucia. I jak w tym wszystkim odnaleźć się? Na to odpowiedź otrzymujemy w bardzo satysfakcjonującym finale, śmiejąc się czasem do rozpuku.

Choć film nie okazał się kasowym hitem, Black pokazał się, że jako reżyser jest równie sprawny i wyrazisty, co pisane przez niego scenariusze. Świetnie zrobiony pastisz czarnego kryminału, z prawdziwie wystrzałowym duetem Downey-Kilmer. Black-reżyser dopiero się rozkręcał, ale warto ten debiut oraz powrót z zaświatów przypomnieć. Szybkie strzały, piękne kobiety oraz smolisty, czasem ironiczny humor z kryminalną intrygą w tle. Czego chcieć więcej?

7/10

Radosław Ostrowski

Creepshow

Niedawno powstał telewizyjny serial inspirowany pewnym – mam wrażenie – troszkę zapomnianym horrorem z lat 80. „Creepshow” w zasadzie jest horrorową antologią, gdzie mamy kilka opowieści z dreszczykiem w stylu kampowych horrorów z lat 50. i 60. oraz komiksów z tej epoki. Na pewno po serial sięgnę, ale uznałem za słusznie zapoznać się z oryginałem. A za nim odpowiadają nie byle goście, bo reżyser George Romero oraz odpowiedzialny za scenariusz Stephen King.

Punktem wyjścia całej historii jest pewne spięcie między ojcem a synem o komiksy z gatunku horror und groza. Głowa rodziny nie przepada za tym śmieciem i decyduje się wyrzucić zbiór do kosza. Od tej pory obserwujemy pięć historii z tego komiksu zaczynające się animowaną wstawką (bardzo elegancką). I to już niejako narzuca ton: niby straszny i przerażający, ale jednocześnie z dużym przymrużeniem oka. Każdy z segmentów przedstawia krótką, ale treściwą opowieść, idąc w różnorodną tematykę: od powstałego z grobu członka rodziny, który przybywa na uroczystość przez zdradzonego męża planującego zemstę na żonie oraz kochanku po tajemnicze monstrum w skrzyni i naukowca mającego obsesję na punkcie zabicia robactwa. Co najbardziej zaskoczyło mnie to fakt, że każda z tych produkcji miała odrobinę humoru (czasami czarnego i makabrycznego, ale też sporo slapsticku) oraz była sensownie poprowadzona od początku do końca.

Balans między grozą i humorem tutaj jest zachowany wręcz bardzo dobrze, a co jeszcze ciekawsze trudno tutaj wskazać jaką historię, która byłaby słaba. Jeśli jednak miałbym wskazać najlepszą to byłby to dwie historie: nr 3 i 4. Czyli historia mężczyzny (zaskakujący, lecz świetny Leslie Nielsen) dokonującego dość przewrotnej zemsty na swojej żonie i kochanku (tutaj niezawodny Ted Danson). Jest odpowiednio, pozbawiona krwi, lecz bardzo makabryczna oraz przewrotnym finałem. W podobnym tonie idzie opowieść o odkryciu pewnej tajemniczej skrzyni przez profesora akademickiego. Ale bohaterem jest naukowiec żyjący w związku z bardzo narzucającą swoją wolę imprezującą żonę (w tych rolach Hal Holbrook oraz Adrienne Barbeau). Jest odpowiednio strasznie, w czym pomaga lejąca się posoka oraz maszkara, ale też nie brakuje smolistego humoru co pokazują sceny, gdy mąż wyobraża sobie jak zabija swoją żonę. Rozbawić potrafi historia druga o rolniku (zaskakujący Stephen King), w którego ziemię uderza meteoryt, zmieniając jego oraz całą okolicę.

Każda z części wygląda bardzo w latach 80. z bardzo wyrazistą kolorystyką w niebezpiecznych scenach, co budzi skojarzenia z komiksową estetyką (także obecną w formie kadrów jak w paskach z komiksu czy rysowanym tłem przy kilku ujęciach). Równie dobrze trzyma się świetna charakteryzacja od mistrza Toma Saviniego, zdjęcia oraz muzyka mieszająca orkiestrę z elektroniką. Na ekranie nie brakuje też kilku znanych twarzy jak będącego na początku kariery Eda Harrisa, weterana E.G. Marshalla czy wspomnianego wcześniej Leslie Nielsena.

I powiem, że po kooperacji Romero/King nie spodziewałem się takiej fajnej mieszanki, której o wiele lepsza niż zrobiona później „Mroczna połowa”. Perełeczka, która podkręciła mi apetyt na serial.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Amerykański wilkołak w Londynie

Dwóch kumpli, David i Jack, wyruszyli gdzieś na brytyjską prowincję, choć ich głównym celem są Włochy. Pogoda jest typowo angielska, czyli szaro, buro oraz zmierza ku padającemu deszczowi. Przechodząc przez wrzosowiska trafiają do baru, gdzie mieszkańcy są dość wystraszeni i nieufni wobec obcych. Ludzie ostrzegają naszych Jankesów, by trzymali się drogi albowiem zbliża się pełnia. Oczywiście, nie udaje im się, przez co gubią się. Jakby gorzej być nie mogło, obaj zostają zaatakowani przez tajemniczą bestię, która rozszarpuje Jacka i rani Davida. Ocalały trafia do londyńskiego szpitala i ciągle nawiedza go zjawa zmarłego informując go, że zostali zaatakowani przez wilkołaka. David ma wkrótce przemienić się w monstrum, a jedynym wyjściem z sytuacji jest samobójstwo, jednak mężczyzna uważa to wszystko za halucynację. Aż do chwili, kiedy podczas pełni dochodzi do przemiany.

Dla wielu kinomanów John Landis to przede wszystkim reżyser kultowego „Blues Brothers”, ale rok po nim zrobił interesującą hybrydę. Już wcześniej łączono horror z komedią, jednak wcześniej nie był to film o wilkołaku. Pozornie zaczyna się jak klasyczna opowieść grozy, z bardzo brytyjskim krajobrazem w tle oraz społecznością skrywającą tajemnicę. Cały czas jednak polane jest to humorem. Ten wynika głównie z niewiary Davida oraz reakcji otoczenia na jego tezy o wilkołaku, a także z płynnego przejścia tonów.  Reżyser pokazuje Brytyjczyków z niemal typową dla nich flegmą oraz opanowaniem skontrastowanym z bardzo zagubionym, coraz bardziej przerażonym Davidem (świetny David Naughton). Nie boi się też sięgnąć po bardziej makabryczne momenty jak choćby w każdej scenie z Jackiem (cudowny Griffin Dunne), coraz bardziej tracącym swoje ciało i coraz bardziej obrzydliwie wyglądającym czy scenach ataku wilkołaka w mieście. Chociaż te momenty bywają też zabawne (scena w metrze).

Landis z pozornie prostego szablonu wyciska wiele, sięgając po sprawdzone klisze. Racjonalnie podchodzący do sprawy lekarz i pielęgniarka (fantastyczne role Johna Woodbine’a i Jenny Agutter), z czego ta druga staje się miłością od pierwszego wejrzenia. Z drugiej strony przesądni i trzymający wiedzę o monstrum w tajemnicy bywalcy karczmy. Czasem ma się wrażenie jakby reżyser inspirował się filmami wytwórni Hammera, ale w przypadku atakowania grozą robi to bardzo efektywnie. Czy to w scenie w metrze, wszelkich koszmarów czy podczas długiej oraz szczegółowej sekwencji transfmormacji (bardzo mocna rzecz, słusznie nagrodzona charakteryzacją).

„Amerykański wilkołak…” nadal potrafi przerazić, ale i poruszyć (finał). Dla mnie jedno z większych zaskoczeń oraz protoplasta wszystkich komedio-horrorów. Takiego oblicza Landisa nie znałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Mroczna połowa

Książek Stephena Kinga na ekranie przenoszono więcej razy niż jakiegokolwiek innego autora (może poza Williamem Szekspirem). Jedne w udany lub mniej sposób, choć tych ze stanów średnich i słabszych jest dużo więcej. Na jakiej półce pojawiłby się nakręcona przez George’a Romero „Mroczna połowa”?

Sam początek jest bardzo obiecujący i skupia się na postaci Thada Beaumonta. Już jako dziecko objawiał talent do pisania. Podczas tworzenia dostaje nagłego ataku, przez co trafia do szpitala. Na stole operacyjnym lekarze odkrywają w jego ciele „resztki” po bracia bliźniaku i zostają usunięte. Po latach mężczyzna staje się cenionym pisarzem oraz wykładowcą akademickim. Z jednej strony tworzy cenione i uznane dzieła, ale też – pod pseudonimem George Stark – robi krwawe kryminały, przynoszące mu sporą kasę. Pod wpływem szantażu pisarz decyduje się ujawnić całemu światu, że pisze jako Stark i doprowadza to do… ożywienia jego alter ego. A jemu bardzo nie podoba się ta całą sytuacja i chce zmusić Thada do napisania kolejnej powieści. Przy okazji wrabiając go w morderstwa kilku osób.

Wydawałoby się, że powieści Kinga byłby idealnym materiałem dla mistrzów kina grozy. Jednak zazwyczaj było tak, iż każdy taki fachowiec sięgał po jedną powieść niekwestionowanego mistrza („Christine” Johna Carpentera czy „Martwa strefa” Davida Cronenberga), więc połączenie Kinga z Romero brzmiało jak coś fantastycznego. Niby wszystko wydaje się być na miejscu, akcja jest płynnie prowadzona, zaś odniesienia do doktora Jekylla i pana Hyde’a są aż nadto oczywiste. Tutaj jest ten motyw wykorzystany do pokazania niejako dwoistości pisarza. Z jednej strony utalentowanego i chcącego pisać po części do zyskania prestiżu (literatura bardziej ambitna), z drugiej trzeba móc się z tego utrzymać finansowo. To drugie oblicze reprezentuje Stark – „zły brat bliźniak”, niejako wypierany ze świadomości.

Problem w tym, że jednak opowieść prezentowana przez Romero zwyczajnie nie angażuje. Przede wszystkim za mało poznajemy tego Starka, który niemal od razu zostaje ograniczony do bycia porąbanym zabójcą wziętym z jakiegoś slashera. Jego pochodzenie oraz możliwości są bardzo niespójne. Także dość wolne tempo oraz powolne budowanie z czasem doprowadza do braku impetu, a kolejne sceny morderstw zaczynają cierpieć na brak napięcia. No i ta historia zaczyna być dla mnie nieprzekonująca, z (niewykorzystanym, bo spłaszczonym) motywem dwóch osobowości niejako w jednej osobie.

Niemniej muszę przyznać, że podwójna rola Timothy’ego Huttona – zwłaszcza jako psychopatyczny Stark – to najmocniejszy punkt tego średniaka. Wielka szkoda, bo powieść zasługiwała na lepszą adaptację. Spore rozczarowanie po uznanym horrorowym twórcy.

6/10

Radosław Ostrowski

Jestem legendą

Rok 2009 miał być dla nas przełomowym. Naukowcy skonstruowali wirusa, który miał tylko jedno zadanie: usunąć raka. Poszło im tak świetnie, że po trzech latach przeżyło mniej niż 10% całej populacji, bo reszta albo zamieniła się w albinosowate zombiaki, albo karmę dla nich. Sam Nowy Jork bardziej przypomina miejską pustynię, a jedynym jej „ludzkim” mieszkańcem jest pułkownik Robert Neville – wojskowy wirusolog oraz jego suka Samantha (znaczy się pies). Mężczyzna pracuje nad antidotum, mogącym odwrócić efekt wirusa, dzięki odporności jego organizmu.

Reżyser Francis Lawrence obecnie jest znany dzięki serii „Igrzyska śmierci”, do której nakręcił 3 z 4 filmów. Po debiutanckim „Constantinie” reżyser postanowił sięgnąć po słynną powieść Richarda Mathiesona, przenoszoną do tej pory już trzykrotnie. Osadzona współcześnie opowieść można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na Neville’u (zaskakująco wyciszony Will Smith) oraz jego rutynie. Rzadkim wychodzeniu na zewnątrz, gdzie rozmawia… z manekinami (początki szaleństwa?), poluje na zombiaki, by móc na nich badać antidotum, już działające na zwierzęta. W tych momentach dominują bardzo szerokie ujęcia, potęgujące samotność bohatera w opuszczonym mieście. Przynajmniej za dnia, bo te monstra są mocno wyczulone na światło słoneczne. Pojawia się kilka momentów budowania napięcia (poszukiwanie psa w magazynie czy moment schwytania zombie za pomocą pułapki) i działa to efektywnie.

Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że – poza kawałkami Boba Marleya – muzyka pojawia się tutaj bardzo rzadko. W większości czasu dominuje tutaj cisza, samotność oraz Will Smith w towarzystwie komputerowo wykonanych monstrów. Trzyma się nadziei, że jeszcze są ocaleni. Druga połowa zaczyna się w momencie pojawia się kobiety, której towarzyszy chłopak (raczej nie syn). I tutaj mamy próbę interakcji między postaciami, a także zderzenia dwóch postaw: racjonalizmu z wiarą, nauki i religii. Wtedy akcja zaczyna przyspieszać, zaś klimat z pierwszej części zaczyna znikać, przez co przestałem się interesować kolejnymi scenami. Sytuację uratowało bardzo przewrotne zakończenie (oglądałem reżyserską wersję), gdzie bohater uświadamia sobie, że w oczach dominujących monstrów to on jest tak naprawdę tym złym.

Ale nawet to nie jest w stanie wyciągnąć „Jestem legendą” spoza stanu nieco powyżej średniej. Will Smith jest w stanie sam udźwignąć film, jednak reżyser doszedł do wniosku, że musi mu troszkę „pomóc”. Efekt wyszedł odwrotny od zamierzonego, ale wyszedł z tego niezły, usiłujący iść w innym kierunku niż inne tego typu produkcje.

6/10

Radosław Ostrowski

Lewiatan

Bohaterami są pracownicy firmy zajmujący się wydobywaniem surowców z dna oceanu. Do wyjścia na zewnątrz oraz odbębnienia zmiany zostały tylko 3 dni. Podczas jednego dnia dwoje członków ekipy znajduje wrak sowieckiego okrętu Lewiatan. Wyciągają z niego sejf zawierający kilka przedmiotów (m.in. wódkę, akta załogi oraz dziennik kapitana w formie video), ale koleś o ksywie Sixpack chowa dla siebie menażkę z wódką. Wypija ją razem z koleżanką i następnego dnia zaczyna czuć się gorzej. Mało tego, po kilku godzinach umiera, co zostaje zachowane w tajemnicy przez szefa grupy, Becka oraz lekarza. To oznacza kłopoty, co zmusza resztę pracowników do walki o swoje życie.

Dla wielu kinomanów reżyser George P. Cosmatos najbardziej kojarzony jest dzięki dwóm filmom z Sylvestrem Stallone w rolach głównych: drugim „Rambo” oraz „Cobra”. Ale w dość skromnym dorobku filmowca z greckimi korzeniami znalazło się też skromne dzieło z 1989 roku. „Lewiatan” jest taka zbitką „Obcego” z „Coś”, tylko pod wodą. Z pierwszego bierze wizualną otoczkę, mocno „zużyte” miejsce oraz złą korporację skupioną na profitach, traktującą swoich ludzi jako zbędnych, z drugiego zamkniętą, klaustrofobiczną przestrzeń. Kierunek w jakim podąża historia jest znajomy i powoli kolejni ludzie zostają wyeliminowani, odkrywając to, co mogło się wydarzyć na statku. I muszę przyznać, że Cosmatos może nie zbliża się do poziomu filmów, którymi się inspiruje. Ale jest to bardzo kompetentnie zrobiony film, potrafiący trzymać w napięciu. Wszystko poznajemy z perspektywy załogi kierowanej przez pozornie posłusznego firmie faceta, który z czasem staje się bardzo silnym liderem.

Wrażenie robi tutaj przede wszystkim realizacja: od fantastycznych zdjęć przez bardzo przekonującą scenografię po budującą napięcie muzykę Goldsmitha oraz płynny montaż. Nadal są tutaj klisze w postaci skromnie zarysowanych (ale wyrazistych) postaci czy momenty, gdy bohaterowie oddzielają się od siebie, budując niepokój. No i oczywiście zła korporacja, próbująca zatuszować całą sytuację, choć ich przedstawicielka (niezawodna Meg Foster) sprawia wrażenie życzliwej oraz pragnącej pomóc. Mimo wielu zalet, „Lewiatan” ma parę drobnych wad. Po pierwsze, nie przekonuje wygląd potwora, choć pokazywany jest we fragmentach za pomocą zbliżeń. Wtedy potrafi przerazić, ale w pełnej krasie wydaje się wtórny wobec monstrum z filmu Carpentera. Po drugie, uzbrojenie do walki z bestią też nie powala (piła, miotacze ognia) i wygląda na dużo za duże. No i jeszcze to zakończenie, gdzie jeden z bohaterów ginie, co nie wywołuje reakcji po całej chwili.

Jednak mimo znanych szablonów, „Lewiatan” nadal broni się jako horror w klaustrofobicznym miejscu w czym pomaga reżyserska solidność Cosmatosa oraz dobrze (nawet bardzo) dobrana obsada z Peterem Wellerem, Richardem Crenną oraz Erniem Hudsonem na pokładzie. Z takim składem można dobrze się bawić. To co, gotowi?

7/10

Radosław Ostrowski

Dog Soldiers

Jakieś odludzie w Szkocji. Tutaj trafia oddział żołnierzy pod wodzą sierżanta Wellsa w ramach ćwiczeń wojskowych z siłami specjalnymi. Ale na miejscu sytuacja się komplikuje. W docelowej bazie przeciwnika wszędzie panoszy się krew oraz wnętrzności, a jedynym ocalonym jest kapitan Ryan. Jeden z oddziału sierżanta, szeregowy Cooper wcześniej starał się o przydzielenie do sił specjalnych, jednak oblał sprawdzian, bo… nie zabił psa. Wojskowi mierzą się z groźnym i – dzięki szczęściu – trafiają do domu zoologistki Megan. Niestety, dom jest odcięty od reszta świata i nie ma telefonu, więc bohaterowie stają do walki z atakującymi monstrami.

Dzisiaj brytyjski reżyser Neil Marshall znany jest jako twórca telewizyjny, który pracował m.in. przy „Grze o tron” oraz jako ten gość, co zamordował „Hellboya”. Początki jednak wskazywały na to, że to może być jeden z najciekawszych reżyserów kina grozy. Debiutancki „Dog Soldiers” ma prostą historię, gdzie ludzie mierzą się z potworami. Tutaj jest to oddział wilkołaków, który od lat w tej okolicy poluje sobie na ludzi. I to już dostajemy na początku filmu, gdy widzimy biwakującą parę, kończącą krwawo swój żywot. Ale przez długi czas nie wiemy kto. Nie widać sylwetek wilkołaka, ale jak już się pojawiają, wyglądają przerażająco. Świetnym zabiegiem są sceny pokazane z perspektywy ich oczu, gdzie wszystko staje się czarno-białe. Potęguje to klimat wyalienowania, gdzie nasi bohaterowie są zdani tylko na siebie. A dookoła las i cisza.

Reżyser bardzo pewnie operuje mrokiem, powoli odkrywając kilka tajemnic. A w chwili trafienia d domu całość idzie w kino o oblężeniu. Niczym w starych horror z lat 80., z szybkim montażem, praktycznymi efektami specjalnymi (krwi i flaków jest tu mnóstwo), zbalansowane czasem smolistym poczuciem humoru. Co mnie zaskoczyło to fakt, że mimo pewnej przewidywalność, Marshall trzyma w napięciu wręcz za gardło. Zależy nam na bohaterach, którzy są oszczędnie zarysowani (twardy, ale odpowiedzialny sierżant, mający potencjał na dowódcę Cooper, filozofujący kapral Bruce Campbell, zafiksowany na punkcie piłki Joe czy absolutnie nie bojący się niczego Spoon). Jedyny problem jaki mam to odkryta w trakcie fabuły relacja między kapitanem Ryanem a zoolożką Megan, która pozostaje niewypowiedziana (podczas montażu sceny zawierające więcej informacji na ten temat wycięto).

„Dog Soldiers” to mała perła dla fanów monster movies, która troszkę dzisiaj przepadła w pamięci kinomanów jak i dorobku Neila Marshalla. Fantastyczny debiut zrobiony za małe pieniądze (2 miliony dolców) oraz niezbyt wówczas znaną obsadą wykonuje swoją robotę bez poważnych problemów. Chyba niczego lepszego na temat wilkołaków nie powstało do tej pory.

8/10

Radosław Ostrowski