Amerykański wilkołak w Londynie

Dwóch kumpli, David i Jack, wyruszyli gdzieś na brytyjską prowincję, choć ich głównym celem są Włochy. Pogoda jest typowo angielska, czyli szaro, buro oraz zmierza ku padającemu deszczowi. Przechodząc przez wrzosowiska trafiają do baru, gdzie mieszkańcy są dość wystraszeni i nieufni wobec obcych. Ludzie ostrzegają naszych Jankesów, by trzymali się drogi albowiem zbliża się pełnia. Oczywiście, nie udaje im się, przez co gubią się. Jakby gorzej być nie mogło, obaj zostają zaatakowani przez tajemniczą bestię, która rozszarpuje Jacka i rani Davida. Ocalały trafia do londyńskiego szpitala i ciągle nawiedza go zjawa zmarłego informując go, że zostali zaatakowani przez wilkołaka. David ma wkrótce przemienić się w monstrum, a jedynym wyjściem z sytuacji jest samobójstwo, jednak mężczyzna uważa to wszystko za halucynację. Aż do chwili, kiedy podczas pełni dochodzi do przemiany.

Dla wielu kinomanów John Landis to przede wszystkim reżyser kultowego „Blues Brothers”, ale rok po nim zrobił interesującą hybrydę. Już wcześniej łączono horror z komedią, jednak wcześniej nie był to film o wilkołaku. Pozornie zaczyna się jak klasyczna opowieść grozy, z bardzo brytyjskim krajobrazem w tle oraz społecznością skrywającą tajemnicę. Cały czas jednak polane jest to humorem. Ten wynika głównie z niewiary Davida oraz reakcji otoczenia na jego tezy o wilkołaku, a także z płynnego przejścia tonów.  Reżyser pokazuje Brytyjczyków z niemal typową dla nich flegmą oraz opanowaniem skontrastowanym z bardzo zagubionym, coraz bardziej przerażonym Davidem (świetny David Naughton). Nie boi się też sięgnąć po bardziej makabryczne momenty jak choćby w każdej scenie z Jackiem (cudowny Griffin Dunne), coraz bardziej tracącym swoje ciało i coraz bardziej obrzydliwie wyglądającym czy scenach ataku wilkołaka w mieście. Chociaż te momenty bywają też zabawne (scena w metrze).

Landis z pozornie prostego szablonu wyciska wiele, sięgając po sprawdzone klisze. Racjonalnie podchodzący do sprawy lekarz i pielęgniarka (fantastyczne role Johna Woodbine’a i Jenny Agutter), z czego ta druga staje się miłością od pierwszego wejrzenia. Z drugiej strony przesądni i trzymający wiedzę o monstrum w tajemnicy bywalcy karczmy. Czasem ma się wrażenie jakby reżyser inspirował się filmami wytwórni Hammera, ale w przypadku atakowania grozą robi to bardzo efektywnie. Czy to w scenie w metrze, wszelkich koszmarów czy podczas długiej oraz szczegółowej sekwencji transfmormacji (bardzo mocna rzecz, słusznie nagrodzona charakteryzacją).

„Amerykański wilkołak…” nadal potrafi przerazić, ale i poruszyć (finał). Dla mnie jedno z większych zaskoczeń oraz protoplasta wszystkich komedio-horrorów. Takiego oblicza Landisa nie znałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Mroczna połowa

Książek Stephena Kinga na ekranie przenoszono więcej razy niż jakiegokolwiek innego autora (może poza Williamem Szekspirem). Jedne w udany lub mniej sposób, choć tych ze stanów średnich i słabszych jest dużo więcej. Na jakiej półce pojawiłby się nakręcona przez George’a Romero „Mroczna połowa”?

Sam początek jest bardzo obiecujący i skupia się na postaci Thada Beaumonta. Już jako dziecko objawiał talent do pisania. Podczas tworzenia dostaje nagłego ataku, przez co trafia do szpitala. Na stole operacyjnym lekarze odkrywają w jego ciele „resztki” po bracia bliźniaku i zostają usunięte. Po latach mężczyzna staje się cenionym pisarzem oraz wykładowcą akademickim. Z jednej strony tworzy cenione i uznane dzieła, ale też – pod pseudonimem George Stark – robi krwawe kryminały, przynoszące mu sporą kasę. Pod wpływem szantażu pisarz decyduje się ujawnić całemu światu, że pisze jako Stark i doprowadza to do… ożywienia jego alter ego. A jemu bardzo nie podoba się ta całą sytuacja i chce zmusić Thada do napisania kolejnej powieści. Przy okazji wrabiając go w morderstwa kilku osób.

Wydawałoby się, że powieści Kinga byłby idealnym materiałem dla mistrzów kina grozy. Jednak zazwyczaj było tak, iż każdy taki fachowiec sięgał po jedną powieść niekwestionowanego mistrza („Christine” Johna Carpentera czy „Martwa strefa” Davida Cronenberga), więc połączenie Kinga z Romero brzmiało jak coś fantastycznego. Niby wszystko wydaje się być na miejscu, akcja jest płynnie prowadzona, zaś odniesienia do doktora Jekylla i pana Hyde’a są aż nadto oczywiste. Tutaj jest ten motyw wykorzystany do pokazania niejako dwoistości pisarza. Z jednej strony utalentowanego i chcącego pisać po części do zyskania prestiżu (literatura bardziej ambitna), z drugiej trzeba móc się z tego utrzymać finansowo. To drugie oblicze reprezentuje Stark – „zły brat bliźniak”, niejako wypierany ze świadomości.

Problem w tym, że jednak opowieść prezentowana przez Romero zwyczajnie nie angażuje. Przede wszystkim za mało poznajemy tego Starka, który niemal od razu zostaje ograniczony do bycia porąbanym zabójcą wziętym z jakiegoś slashera. Jego pochodzenie oraz możliwości są bardzo niespójne. Także dość wolne tempo oraz powolne budowanie z czasem doprowadza do braku impetu, a kolejne sceny morderstw zaczynają cierpieć na brak napięcia. No i ta historia zaczyna być dla mnie nieprzekonująca, z (niewykorzystanym, bo spłaszczonym) motywem dwóch osobowości niejako w jednej osobie.

Niemniej muszę przyznać, że podwójna rola Timothy’ego Huttona – zwłaszcza jako psychopatyczny Stark – to najmocniejszy punkt tego średniaka. Wielka szkoda, bo powieść zasługiwała na lepszą adaptację. Spore rozczarowanie po uznanym horrorowym twórcy.

6/10

Radosław Ostrowski

Jestem legendą

Rok 2009 miał być dla nas przełomowym. Naukowcy skonstruowali wirusa, który miał tylko jedno zadanie: usunąć raka. Poszło im tak świetnie, że po trzech latach przeżyło mniej niż 10% całej populacji, bo reszta albo zamieniła się w albinosowate zombiaki, albo karmę dla nich. Sam Nowy Jork bardziej przypomina miejską pustynię, a jedynym jej „ludzkim” mieszkańcem jest pułkownik Robert Neville – wojskowy wirusolog oraz jego suka Samantha (znaczy się pies). Mężczyzna pracuje nad antidotum, mogącym odwrócić efekt wirusa, dzięki odporności jego organizmu.

Reżyser Francis Lawrence obecnie jest znany dzięki serii „Igrzyska śmierci”, do której nakręcił 3 z 4 filmów. Po debiutanckim „Constantinie” reżyser postanowił sięgnąć po słynną powieść Richarda Mathiesona, przenoszoną do tej pory już trzykrotnie. Osadzona współcześnie opowieść można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na Neville’u (zaskakująco wyciszony Will Smith) oraz jego rutynie. Rzadkim wychodzeniu na zewnątrz, gdzie rozmawia… z manekinami (początki szaleństwa?), poluje na zombiaki, by móc na nich badać antidotum, już działające na zwierzęta. W tych momentach dominują bardzo szerokie ujęcia, potęgujące samotność bohatera w opuszczonym mieście. Przynajmniej za dnia, bo te monstra są mocno wyczulone na światło słoneczne. Pojawia się kilka momentów budowania napięcia (poszukiwanie psa w magazynie czy moment schwytania zombie za pomocą pułapki) i działa to efektywnie.

Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że – poza kawałkami Boba Marleya – muzyka pojawia się tutaj bardzo rzadko. W większości czasu dominuje tutaj cisza, samotność oraz Will Smith w towarzystwie komputerowo wykonanych monstrów. Trzyma się nadziei, że jeszcze są ocaleni. Druga połowa zaczyna się w momencie pojawia się kobiety, której towarzyszy chłopak (raczej nie syn). I tutaj mamy próbę interakcji między postaciami, a także zderzenia dwóch postaw: racjonalizmu z wiarą, nauki i religii. Wtedy akcja zaczyna przyspieszać, zaś klimat z pierwszej części zaczyna znikać, przez co przestałem się interesować kolejnymi scenami. Sytuację uratowało bardzo przewrotne zakończenie (oglądałem reżyserską wersję), gdzie bohater uświadamia sobie, że w oczach dominujących monstrów to on jest tak naprawdę tym złym.

Ale nawet to nie jest w stanie wyciągnąć „Jestem legendą” spoza stanu nieco powyżej średniej. Will Smith jest w stanie sam udźwignąć film, jednak reżyser doszedł do wniosku, że musi mu troszkę „pomóc”. Efekt wyszedł odwrotny od zamierzonego, ale wyszedł z tego niezły, usiłujący iść w innym kierunku niż inne tego typu produkcje.

6/10

Radosław Ostrowski

Lewiatan

Bohaterami są pracownicy firmy zajmujący się wydobywaniem surowców z dna oceanu. Do wyjścia na zewnątrz oraz odbębnienia zmiany zostały tylko 3 dni. Podczas jednego dnia dwoje członków ekipy znajduje wrak sowieckiego okrętu Lewiatan. Wyciągają z niego sejf zawierający kilka przedmiotów (m.in. wódkę, akta załogi oraz dziennik kapitana w formie video), ale koleś o ksywie Sixpack chowa dla siebie menażkę z wódką. Wypija ją razem z koleżanką i następnego dnia zaczyna czuć się gorzej. Mało tego, po kilku godzinach umiera, co zostaje zachowane w tajemnicy przez szefa grupy, Becka oraz lekarza. To oznacza kłopoty, co zmusza resztę pracowników do walki o swoje życie.

Dla wielu kinomanów reżyser George P. Cosmatos najbardziej kojarzony jest dzięki dwóm filmom z Sylvestrem Stallone w rolach głównych: drugim „Rambo” oraz „Cobra”. Ale w dość skromnym dorobku filmowca z greckimi korzeniami znalazło się też skromne dzieło z 1989 roku. „Lewiatan” jest taka zbitką „Obcego” z „Coś”, tylko pod wodą. Z pierwszego bierze wizualną otoczkę, mocno „zużyte” miejsce oraz złą korporację skupioną na profitach, traktującą swoich ludzi jako zbędnych, z drugiego zamkniętą, klaustrofobiczną przestrzeń. Kierunek w jakim podąża historia jest znajomy i powoli kolejni ludzie zostają wyeliminowani, odkrywając to, co mogło się wydarzyć na statku. I muszę przyznać, że Cosmatos może nie zbliża się do poziomu filmów, którymi się inspiruje. Ale jest to bardzo kompetentnie zrobiony film, potrafiący trzymać w napięciu. Wszystko poznajemy z perspektywy załogi kierowanej przez pozornie posłusznego firmie faceta, który z czasem staje się bardzo silnym liderem.

Wrażenie robi tutaj przede wszystkim realizacja: od fantastycznych zdjęć przez bardzo przekonującą scenografię po budującą napięcie muzykę Goldsmitha oraz płynny montaż. Nadal są tutaj klisze w postaci skromnie zarysowanych (ale wyrazistych) postaci czy momenty, gdy bohaterowie oddzielają się od siebie, budując niepokój. No i oczywiście zła korporacja, próbująca zatuszować całą sytuację, choć ich przedstawicielka (niezawodna Meg Foster) sprawia wrażenie życzliwej oraz pragnącej pomóc. Mimo wielu zalet, „Lewiatan” ma parę drobnych wad. Po pierwsze, nie przekonuje wygląd potwora, choć pokazywany jest we fragmentach za pomocą zbliżeń. Wtedy potrafi przerazić, ale w pełnej krasie wydaje się wtórny wobec monstrum z filmu Carpentera. Po drugie, uzbrojenie do walki z bestią też nie powala (piła, miotacze ognia) i wygląda na dużo za duże. No i jeszcze to zakończenie, gdzie jeden z bohaterów ginie, co nie wywołuje reakcji po całej chwili.

Jednak mimo znanych szablonów, „Lewiatan” nadal broni się jako horror w klaustrofobicznym miejscu w czym pomaga reżyserska solidność Cosmatosa oraz dobrze (nawet bardzo) dobrana obsada z Peterem Wellerem, Richardem Crenną oraz Erniem Hudsonem na pokładzie. Z takim składem można dobrze się bawić. To co, gotowi?

7/10

Radosław Ostrowski

Dog Soldiers

Jakieś odludzie w Szkocji. Tutaj trafia oddział żołnierzy pod wodzą sierżanta Wellsa w ramach ćwiczeń wojskowych z siłami specjalnymi. Ale na miejscu sytuacja się komplikuje. W docelowej bazie przeciwnika wszędzie panoszy się krew oraz wnętrzności, a jedynym ocalonym jest kapitan Ryan. Jeden z oddziału sierżanta, szeregowy Cooper wcześniej starał się o przydzielenie do sił specjalnych, jednak oblał sprawdzian, bo… nie zabił psa. Wojskowi mierzą się z groźnym i – dzięki szczęściu – trafiają do domu zoologistki Megan. Niestety, dom jest odcięty od reszta świata i nie ma telefonu, więc bohaterowie stają do walki z atakującymi monstrami.

Dzisiaj brytyjski reżyser Neil Marshall znany jest jako twórca telewizyjny, który pracował m.in. przy „Grze o tron” oraz jako ten gość, co zamordował „Hellboya”. Początki jednak wskazywały na to, że to może być jeden z najciekawszych reżyserów kina grozy. Debiutancki „Dog Soldiers” ma prostą historię, gdzie ludzie mierzą się z potworami. Tutaj jest to oddział wilkołaków, który od lat w tej okolicy poluje sobie na ludzi. I to już dostajemy na początku filmu, gdy widzimy biwakującą parę, kończącą krwawo swój żywot. Ale przez długi czas nie wiemy kto. Nie widać sylwetek wilkołaka, ale jak już się pojawiają, wyglądają przerażająco. Świetnym zabiegiem są sceny pokazane z perspektywy ich oczu, gdzie wszystko staje się czarno-białe. Potęguje to klimat wyalienowania, gdzie nasi bohaterowie są zdani tylko na siebie. A dookoła las i cisza.

Reżyser bardzo pewnie operuje mrokiem, powoli odkrywając kilka tajemnic. A w chwili trafienia d domu całość idzie w kino o oblężeniu. Niczym w starych horror z lat 80., z szybkim montażem, praktycznymi efektami specjalnymi (krwi i flaków jest tu mnóstwo), zbalansowane czasem smolistym poczuciem humoru. Co mnie zaskoczyło to fakt, że mimo pewnej przewidywalność, Marshall trzyma w napięciu wręcz za gardło. Zależy nam na bohaterach, którzy są oszczędnie zarysowani (twardy, ale odpowiedzialny sierżant, mający potencjał na dowódcę Cooper, filozofujący kapral Bruce Campbell, zafiksowany na punkcie piłki Joe czy absolutnie nie bojący się niczego Spoon). Jedyny problem jaki mam to odkryta w trakcie fabuły relacja między kapitanem Ryanem a zoolożką Megan, która pozostaje niewypowiedziana (podczas montażu sceny zawierające więcej informacji na ten temat wycięto).

„Dog Soldiers” to mała perła dla fanów monster movies, która troszkę dzisiaj przepadła w pamięci kinomanów jak i dorobku Neila Marshalla. Fantastyczny debiut zrobiony za małe pieniądze (2 miliony dolców) oraz niezbyt wówczas znaną obsadą wykonuje swoją robotę bez poważnych problemów. Chyba niczego lepszego na temat wilkołaków nie powstało do tej pory.

8/10

Radosław Ostrowski

Drabina Jakubowa

Jacob Singer jest weteranem wojny w Wietnamie, który po ciężkich ranach wraca do cywila. Pracuje jako listonosz, ma śliczną i charakterną dziewczynę, czasem odwiedza kręgarza z powodu bólu pleców. Jednocześnie nawiedzają go koszmary. Jednak nie chodzi tylko o przebitki z wojny, ale też koszmary dziejące się na jawie. Tajemnicze istoty ze zdeformowanymi twarzami, jakieś jaszczurze ogony. Czyżby Singer dostawał obłędu?

Adrian Lyne to reżyser kojarzony głównie z filmami o zabarwieniu erotycznym. Ale w 1990 roku nakręcił film bardzo niepodobny do całego swojego zbioru. „Drabina Jakubowa” to psychologiczny horror skupiony na człowieku, który nie jest w stanie odróżnić jawy od snu, prawdy od urojeń. Reżyser też nie ułatwia nam sprawy, bo granica między dwoma światami zaciera się. Jest wręcz bardzo płynna, co jest zasługą świetnego montaż oraz bardzo spójnych stylistycznie zdjęć. Co jest przyczyną tych dziwnych wizji? Stres pourazowy, tajemniczy wojskowy eksperyment? A może coś zupełnie innego? Z każdą kolejną minutą wydaje się, że odpowiedź albo będzie bardzo prosta, albo nie będzie jej w ogóle. Logika robi sobie tutaj wolne, a wszystko podporządkowane jest symbolice oraz budowaniu aury tajemnicy. I dopiero w finale docieramy do sedna, choć dla wielu osób może on wywołać ból głowy. Lecz uwierzcie mi, wszystko wtedy nabierze sensu, zaś pewne poszlaki są porozrzucane i nie zawsze powiedziane wprost.

A gdzie tutaj jest groza? Lyne prezentuje ją zarówno w postaci zagubionego, pokręconego umysłu Jacoba (fenomenalny Tim Robbins). Raz jest w Wietnamie, raz u boku swojej dziewczyny (zjawiskowa Elizabeth Pena), a raz ze swoją byłą żoną oraz dziećmi. Mindfuck będziecie mieli gwarantowany, a sytuację podkręcają jeszcze momenty obecności demonów. Mocno zniekształcone twarze, czasem z głową tak bardzo w ruchu, że nie widać twarzy. Najbardziej jednak zapada w pamięć scena, kiedy Jacob przypięty do noszy, trafia do szpitala oraz kiedy Jacob ma wysoką gorączkę i jest chłodzony lodem w wannie. Autentycznie przerażające sceny.

Więcej wam nie zdradzę, ale po latach i drugim seansie dzieło Lyne’a jeszcze bardziej ryje banię. Jeden z niewielu przykładów horroru psychologicznego, gdzie finałowi twist nie psuje przyjemności z kolejnego seansu, lecz pozwala uważniej połączyć elementy układanki.

8/10

Radosław Ostrowski

Constantine

Był taki czas, że popularność kina superbohaterskiego nie była aż tak wysoka jak obecnie. Na nowo ta fala po słabej drugiej połowie lat 90. Podniosła się po sukcesie „X-Men” oraz pierwszego „Spider-Mana” od Sama Raimiego. Potem – tak jak dzisiaj – bywało różnie, szukając innych materiałów niż komiksy Marvela czy DC. Ale poza „Hellboyem” oraz „Watchmenami” nic nie zrobiło dużego zamieszania. A czy mówi wam coś Constantine? John Constantine.

Postać stworzona przez brytyjskiego autora komiksów Alana Moore’a to blondwłosy, brytyjski gość, który widzi anioły i demony. Kiedyś próbował odebrać sobie życie, co doprowadziło do faktu, że jego życie zostało skazane na potępienie. Chcąc troszkę odzyskać łaskę od Boga, pełni rolę takiego egzorcysty. A nasza planeta pełni coś w rodzaju miejsca gry między piekłem a niebem, gdzie tzw. mieszańcy dbają o równowagę. I nasz bohater dostaje sprawę. zgłasza się do niego policjantka, której siostra bliźniaczka popełniła samobójstwo w szpitalu psychiatrycznym. Policjantka nie wierzy w samobójstwo, ponieważ była ona osobą wierzącą.

„Constantine” to reżyserski debiut Francisa Lawrence’a, wówczas reżysera teledysków, dzisiaj znany jako twórca serii „Igrzyska śmierci” (oprócz części I). I jest to bardzo luźna adaptacja materiału źródłowego. Akcja z Londynu przeniesiono do Nowego Jorku, zaś nasz bohater to brunet z amerykańskim akcentem oraz ciemnym garniturem. Sama historia wydaje się prosta, ale nie jest opowiedziana w sposób prostacki. Reżyser próbuje zbudować wokół wiary mitologię, choć czasami logika potrafi zrobić sobie wolne. Wolne oraz spokojne jest także tempo, rzadko sięgające po sceny akcji, dając czas na wejście w klimat lekko noirowy. Świetny wizualnie, utrzymany głównie w ciemnych kolorach oraz dziejący się w nocy. Tylko, że ta historia – choć ma parę zakrętów – nie wciąga, a nawet troszkę nudzi. Dialogi czasami są przeładowane ekspozycją, świat wydaje się bardzo niewielki oraz ledwie zarysowany, zaś ustalenie kto stoi za wszystkim nie jest wcale trudne. No i czasami twórcy za bardzo chcą być cool (spluwa w kształcie połączenia Thompsona z… krzyżem), choć sceny egzorcyzmów czy drobnej akcji dobrze się trzymają. Tak jak niezłe efekty specjalne oraz wizje piekła przypominające pst-apokaliptyczną rzeczywistość.

Jeśli chodzi o aktorstwo to jest więcej niż OK. Tytułową rolę zagrał Keanu „Neo” Reeves, który do ról niezbyt rozmownych, wycofanych stoików pasuje idealnie. A że nie ma nic wspólnego z komiksowym pierwowzorem? Cóż, to akurat drobiazg, chociaż ta postać wydaje się zbyt wycofana oraz obojętna na to, co się dzieje dookoła. Znacznie ciekawiej prezentuje się Rachel Weisz w ról bliźniaczek: „psychicznej” Isabel oraz detektyw Angeli, chociaż między nią a Reevesem nie ma żadnej silnej chemii. A szkoda. Film za to kradną drobne epizody Petera Stormare’a (Lucyfier) oraz Tildy Swinton (archanioł Gabriel), dodając odrobinę charakteru do całości.

Solidna adaptacja oraz debiut, chociaż troszkę za bardzo skupiony na wizualiach. Bo sama historia nie robi aż tak wielkiego wrażenia, zupełnie jakby to był wstęp do większej całości, sequela? Ale szkoda, że nic z tego nie wyszło.

6/10

Radosław Ostrowski

Od zmierchu do świtu

Quentina Tarantino oraz Roberta Rodrigueza przedstawiać nie trzeba. To wielcy fani kina klasy B, każdy z nich posiada swój bardzo unikatowy styl (pierwszy jest bardziej elegancki, drugi bardziej śmieciowy i przerysowany), choć Meksykanin robi bardziej zróżnicowane kino gatunkowe. Aż zaskakujący jest fakt, że razem udało im się zrobić tylko jeden film. Jego celem był hołd dla kina exploitation, gdzie całość rozbija się na dwie części. Nie mogę mówić o niczym innym jak „Od zmierzchu do świtu”.

Wszystko zaczyna się jak niemal klasyczna sensacja a’la Tarantino. Jest sobie dwóch braci Gecko. Seth to złodziej, który wpadł podczas napadu na bank. Ucieczkę zorganizował Ritchie, który ma skłonności psychopatyczno-paranoiczne. Jest narwany, lubi zabijać i gwałcić. Obaj ruszają do Meksyku, by oddać szmal Carlosowi oraz zniknąć w El Rey. Niestety, zabrana zakładniczka zostaje zamordowana, więc bracia – chcąc przebić się gładko – porywają rodzinę przechodzącego kryzys wiary pastora. Nie bez problemów trafiają do baru Titty Twister, czekając na umówionego Carlosa. Co może pójść nie tak?

Rodriguez według scenariusza Tarantino idzie początkowo tropem znanym ze stylu tego pierwszego. Nie brakuje krwawych strzelanin, ciętych dialogów oraz czarnego humoru. To dodaje postaciom (nawet epizodycznym jak w otwierającej scenie) okazję do nadania im charakteru. i tutaj czuć scenariuszową rękę Quentina. Ale reżyser dorzuca szybki montaż oraz mocno blues-rockową muzykę z domieszką instrumentalnych fragmentów niczym z epickiego horroru. Ale B-klasowy sznyt podkreśla druga połowa filmu, gdzie mamy tutaj walkę z wampirami. Nie wspomniałem, że druga część to horror? Ale taki z dużym przymrużeniem oka i celowo wyglądający dziadowsko. Tandetna scenografia, tanio wyglądające efekty specjalne (chociaż te praktyczne godnie znoszą próbę czasu) – tutaj mocno czuć rękę Rodrigueza. Niektóre pomysły wydają się wręcz szalone w postaci nietypowych pukawek do walki z krwiopijcami (m.in. wielki, drewniany… wibrator), a humor towarzyszy aż do krwistego finału. Potrafiącego zaangażować, rozbawić i poruszyć.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. Prawdziwym objawieniem był wtedy George Clooney. Aktor wówczas znany z roli w serialu „Ostry dyżur”, tutaj jako opanowany i twardy zabijaka Seth skupia swoją uwagę, tworząc bardzo wyrazistą, niejednoznaczną postać. bandyta i morderca, ale z zasadami oraz paroma momentami na pokazanie ludzkiego oblicza. Niestabilnego Ritchie’ego gra sam Tarantino i jest to bardzo wycofana, ale i bardzo niepokojąca postać. pod chłodnym spojrzeniem czai się szaleństwo. Poza tym duetem najlepiej prezentuje się odrobinę ucharakteryzowany Harvey Keitel. Niby już widzieliśmy duchownym z kryzysem wiary, ale wierzcie mi: takiego faceta, pozornie spokojnego, lecz w oczach widać powoli narastającą wściekłość oraz gniew. Jedna z niespodzianek, tak samo jak bardzo bogaty drugi plan z Salmą Hayek (Santatico Pandemonium) czy legendą efektów specjalnych – Tomem Savinim (Sex Machine) na czele.

Do tej pory wspólny film duetu Rodriguez/Tarantino dzieli widownię. Dla jednych to najbardziej jajcarski film lat 90., dla drugich niestrawna chała, nie mogąca się zdecydować czym chce być. Ja uważam, że to dostarczająca wiele frajdy zabawa w b-klasowe kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Odległy ląd

Stacja kosmiczna gdzieś na jednym z księżyców Jowisza. Tutaj robotnicy są zatrudniani przez wielką firmę do wydobywania surowców, choć warunki są bardzo nieprzyjemne. Tak bardzo, że kilku pracowników zaczyna dostawać ataku szału oraz zabijając się. Sytuację, mimo szybkiego pozbywania się ciał (albo tego co, z nim zostało), próbuje wyjaśnić nowy szeryf, William O’Neil. Powoli odkrywa, że za wielkim sukcesem firmy stoją… przemycane narkotyki, zlecane przez kierownika kolonii, Marka Shepparda. Na nieszczęście szeryfa, do konfrontacji staje samotnie, zaś szef wynajmuje zabójców.

Peter Hyams na początku lat 80. był już znanym filmowcem, opromienionym sukcesem „Koziorożca 1”. Więc nie było zaskoczeniem, że znowu sięgnął po kino SF. Jeśli do czegoś miałbym porównać „Odległy ląd” to byłaby hybryda „Obcego” z… westernem. Ze szczególnym wskazaniem na „W samo południe”, zwłaszcza od momentu oczekiwania na zabójców. Dlaczego z filmem Ridleya Scotta? Bo ma tak samo brudny, chropowaty świat zdominowany przez korporacje. Te są nastawione na zysk za wszelką cenę, decydując się na wyzysk w zamian dając duże wypłaty oraz bonusy. Wszyscy odwracają wzrok, a system działa bardzo sprawnie, więc po co to psuć? Historia jest prosta i brzmi znajomo, ani nie jest widowiskowa. Ale Hyams prowadzi to tak pewnie, że nie ma tutaj miejsca na nudę.

Jest troszkę bieganiny, jest suspens oraz finałowa strzelanina, potrafiąca ograć przestrzeń. Co ciekawe, jest parę drobnych zaskoczeń, jednak nie zdradzę wam. Realizacyjnie wygląda to bardzo w stylu „Obcego”, czyli bardzo przyziemnie i chropowato. Pomaga w tym na pewno świetna scenografia, balansująca między sterylnością a zużyciem. Jedynym poważniejszym problemem dla mnie są dwie rzeczy. po pierwsze, sceny gdy postacie ulegają dekompresji. Innymi słowy z powodu przeciążenia grawitacji ich głowy wybuchają. Być może w czasie realizacji była to jedna z teorii naukowych, jednak w filmie wygląda to śmiesznie. Drugim problemem jest odtwórca roli syna głównego bohatera. chłopak wypada bardzo sztucznie oraz nie jest podobny do swoich rodziców. Zwłaszcza że szeryfa gra absolutnie świetny Sean Connery, zachowujący (pozorny) spokój w stresowej sytuacji.

Jak już wspomniałem Connery’ego, drugą wyrazistą postacią jest jeszcze dr Lazarus. Frances Sternhagen daje tej postaci szorstkość, zadziorność oraz charakterek, czyniąc z nią jedyną sojuszniczką naszego bohatera. Chociaż sama do tego by się nie przyznała. Antagoniści są tutaj solidni oraz typowi dla tego okresu, czyli korpo-szef (solidny Peter Boyle) oraz drobne role zabójców.

„Odległy ląd” mógłby być spokojnie spin-offem serii zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta. Szorstki, chropowaty klimat, korporacja w tle oraz charyzma Connery’ego czyni ten film małą perełkę. Zbitka westernu z SF działa tutaj mocno, pokazując jak wiele osiągał Peter Hyams w wysokiej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wszystko, co kocham

Czy w kraju naznaczonym tragediami oraz martyrologią tak wielką, że wszelkie słowa wydają się zbyteczne można nakręcić film o dawnych czasach bez popadania w przeszłość, bez wielkich słów czy tragedii? Co jakiś czas pojawiają się delikwenci podejmujący się tego wyzwania, jednak to bardzo rzadkie przypadki. Tak też było z pewnym niepozornym filmem z 2009 roku o młodych, wchodzących w życie dorosłe chłopakach.

Jest rok 1981, gdzieś koło Trójmiasta. Tam mieszka Janek, który z bratem oraz dwoma kumplami grają punk rocka. Kapela się zwie WCK (Wszystko, co kocham) i zdaje się, że chcą iść w tą stronę. Ojciec chłopaka służy w wojsku, a dokładnie w Marynarce Wojennej, co paru osobom może się nie podobać. Ale wkrótce życie chłopaka wywrócą dwie rzeczy. Pierwszą jest poznania dziewczyna Basia, której ojciec jest opozycjonistą. I co może coś z tego będzie. Ale kończy się lato, zaczyna zima, a wraz z nią przychodzi stan wojenny.

Jak widać, jest tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w kinie inicjacyjnym czy opowieści o dojrzewaniu. Nawet o dojrzewaniu w czasach, kiedy Historia bez zgody, bez pytania i pozwolenia wchodzi z butami, destabilizując spokojne życie. Ale jeśli spodziewacie się widoku pałujących milicjantów, rzucających bluzgami na prawo i lewo czy ordynarnych wojskowych, działających za pomocą terroru oraz zastraszania, lepiej sobie ten film odpuśćcie. Borcuch Historię osadza gdzieś w tle, na pierwszy plan wpuszczając postacie oraz zwykłe, codzienne życie. Z bardzo przyziemnymi problemami i zdarzeniami. Pierwsza miłość, bunt oraz niezrozumienie tego pojebanego świata, odcinającego skrzydła. Tak nagle, niespodziewanie. Jak w tym wszystkim żyć, marzyć, zakochiwać się? To jest trudne, a każda decyzja (jak koncert w szkole na maturze) może mieć konsekwencje tak poważne, że nie da się tego przewidzieć. Choć cały ten świat może wydawać się sielankowy czy wręcz w pastelowych barwach (przepiękne zdjęcia), a nawet czuć pewien nostalgiczny klimat potęgowany przez muzykę,  to gdzieś między słowami czuć pewne zagrożenie, niepokój. Przeplatane to jest drobiazgami jak wspólne palenie, podglądanie sąsiadki, wspólne próby czy wizyta u dziadków. Dla innych może być to dziwne, bo o takich wydarzeniach powinno się mówić tylko z wysokiego C.

I jest to rewelacyjnie zagrane, co dodaje tej młodzieńczej energii oraz świeżości. Odkryciem byli rewelacyjni jako kumple Mateusz Kościukiewicz (Janek) oraz Jakub Gierszał (Kazik), a chemia między nimi wydaje się naturalna jak powietrze, którym się oddycha. Do spółki z nimi jeszcze wchodzi cudowna Olga Frycz (Basia), której nie da się zapomnieć. I nie mówię tu tylko o scenie na plaży. Stara gwardia też robi radzi świetnie, ze szczególnym wskazaniem na Andrzeja Chyrę jako ojca. I to ta relacja nabiera silnej dynamiki, zmieniając się diametralnie oraz dodając wiele ciężaru.

Wracając po latach, zaczynam bardziej doceniać szczerość i bezpretensjonalność dzieła Borcucha. Owszem, jak niemal każde wspomnienie po latach, bywa troszkę ugrzecznione, ale nie unika tła historycznego. Tylko, ze pozostaje ono tłem dodającym smaczku dla tej poruszającej historii, dotykającej uniwersalnych tematów i robiąc to bez napinania się. A to już jest coś.

8/10

Radosław Ostrowski