Prywatne śledztwo

Taka historia mogłaby wydarzyć się nawet dzisiaj. Spędzasz sobie czas z rodziną poza miastem. Jest przyjemnie i fajnie – w zasadzie mogłoby to trwać i trwać. Powrót jednak okazuje się brutalny, bo drogę zajeżdża kierowca ciężarówki. By go uniknąć zderzasz się z drzewem, dochodzi do wypadku. Kierowca ucieka (był pijany), tracisz przytomność, a kiedy ją odzyskujesz świat staje się mniej przyjemnym miejscem. Bo twoja rodzina nie żyje, a sprawca nie zostaje wykryty. Co ci zostaje? Masz dwa wyjścia: albo próbować się pogodzić i żyć dalej, albo próbować dokonać zemsty. Taki dylemat ma inżynier Rafał Skonecki, co stracił w wypadku żonę oraz dwójkę dzieci. O jakimkolwiek spokoju nie ma mowy, zwłaszcza że w okolicy giną kierowcy ciężarówek.

PRL i kino zemsty? Na pierwszy rzut oka to połączenie wydaje się absurdalne, jednak coś takiego powstało w 1986 roku. „Prywatne śledztwo” w reżyserii Wojciecha Wójcika to hybryda dramatu sensacyjnego z kinem psychologicznym. Bo z jednej strony skupiamy się na portrecie ofiary wypadku samochodowego, która ma jeden problem: przeżyła. I to mocno niszczy jego psychikę, pokazując jego ciemną stronę. Co chwila przebijają się wspomnienia, jednak głowa nie jest już w stanie znieść bólu i samotności. Reżyser robi to bardzo oszczędnie, nie rezygnując z mrocznych kadrów. Jednocześnie mamy tutaj morderstwa kierowców ciężarówek. Ci są pijani, agresywni, nieodpowiedzialni, stanowiąc zagrożenie na drodze. Być może nawet zasługują na eliminację, ale czy na pewno? I czy wszyscy są tymi złymi? Te pytania niejako padają między wierszami, stanowiąc naddatek dla sensacyjnej opowieści.

Od połowy filmu narracja przebiega dwutorowo, bo do akcji wkracza milicja. Wiemy kto zrobił i zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Czekając na to kiedy odkryją trop Skoneckiego, który odpowiada za śmierć kierowców. Kiedyś przecież jeździł na motorze, nosi czarną kurtkę i kask, prawda? W scenach zabójstw przecież widzimy osobę o tym rysopisie. Samy sceny śmierci są krótkie, gwałtownie i jednocześnie satysfakcjonujące. Choć jest kilka fajnie zrobionych scen (głównie finałowy pościg), Wójcik nie szaleje. Oszczędnie skupia się na śledztwie, dając aktorom wiele do zagrania oraz kilka bardzo dobrych dialogów. Jest też jeszcze przewrotny finał z ostatnią sceną nie dającą spokoju.

A wszystko fantastycznie zagrane, ale czy może być inaczej mając w obsadzie takich mistrzów jak Roman Wilhelmi (Rafał), Jan Peszek (przyjaciel Marek), Janusza Bukowskiego (naczelnik prowadzący śledztwo) czy Jerzego Trelę (drobna rólka kapitana prowadzącego sprawę wypadku Skoneckiego). Każdy tutaj wypada bez zarzutu, nawet w drobnych epizodach, gdzie nie brakuje znanych twarzy. Nie będę jednak zdradzał, może sami rozpoznacie niektórych.

Zaskakujący przykład wyrazistego, konsekwentnie poprowadzonej sensacji od Wojciecha Wójcika. Reżyser pokazuje, że da się zrobić sensowne kino zemsty, bez stawiania na efekciarstwo i nie zapominając o psychologicznym portrecie bohatera złamanego przez tragedię. Chyba najlepszy film tego reżysera z lat 80.

8/10

Radosław Ostrowski

Epilog norymberski

Kiedy II wojna światowa dobiegła końca, a nazistowskie Niemcy przestały istnieć pojawił się pewien problem: co zrobić z najwyższymi urzędnikami oraz dowódcami Sztabu Generalnego? W ocalałym budynku Trybunału Sprawiedliwości w Norymberdze odbywa się proces sądowy organizowany przez międzynarodowy sąd. Proces trwał 10 miesięcy i zakończył się skazaniem 12 nazistów na karę śmierci, uniewinniono 3, pozostałych skazano na wyroki od 10 lat do dożywocia. O tym procesie postanowił opowiedzieć Jerzy Antczak w przedstawieniu dla Teatru Telewizji.

Nie da się opowiedzieć całego procesu w jakimkolwiek filmie. Reżyser decyduje się dokonać, jak mówi Andrzej Łapicki, syntezy całego wydarzenia, opierając się na zapisach z protokołów. M.in. dlatego nie ma na sali tłumaczy (wszyscy mówią po polsku, więc po co), dziennikarzy, skład sędziowski został zredukowany do przewodniczącego itd. Ale jest jeszcze jedna ważna rzecz: udział w przedstawieniu jako komentatora Karola Małcużyńskiego. Był dziennikarzem opisującym przebieg całego procesu, a przy tym przedsięwzięciu pełni rolę konsultanta. Razem z aktorem Andrzejem Łapickim dopowiada pewne rzeczy, które nie zostały pokazane na ekranie oraz wyjaśnia pewne istotne fakty.

To na pewno dodaje realizmu tak samo jak sceny rozmów zbrodniarzy z psychiatrą, dr. Gilbertem. Wtedy Goering, Keitel, Frank i inni zaczynają mówić rzeczy, których nie powiedzieliby na Sali sądowej ani w swoim towarzystwie: wzajemne oskarżenia, pretensje. Zupełnie jakby próbowali przerzucać winę na innych oraz byli kompletnie przekonani, że kara ich ominie. Że ich obrońcy będą w stanie podważyć zeznania oraz masy dokumentów Sztabu Generalnego. Antczak buduje napięcie prostymi środkami za pomocą dużej ilości zbliżeń czy używając krzyżowego ognia pytań. To jak oskarżeni próbują się bronić jest zadziwiające: niepamięć oraz ciągłe zaprzeczanie, zwalanie winy na nieobecnych jak Hitler i Himmler, poczucie obowiązku nie pozwalające podważyć rozkazu przełożonych.

Same wypowiadane zeznania, mimo lat mają wielką siłę, pokazując bezwzględność zbrodniczego systemu nazistowskiego. Wtedy wydawało się to poza granicami ludzkiej wyobraźni, jednak decydującym momentem w kwestii wyroku było pokazanie ich okrucieństwa nagranego w filmie. Wtedy widać załamanie psychiczne oraz – jak mówi sam Małcużyński – świadomość, że nie będą w stanie się wykręcić ze swoich czynów. A najbardziej zadziwiające jest to, że to wszystko nadal potrafi uderzyć i nie miałem poczucia oglądania spektaklu. Że nie widziałem aktorów (znakomitych zresztą), tylko postacie. Niesamowite doświadczenie.

Radosław Ostrowski

Szpital Przemienienia

Dla wielu osób nazwisko Stanisława Lema jednoznacznie kojarzy się z fantastyką naukową. Jednak nawet ten autor realizował kilka książek spoza tego gatunku, co wielu mogło wywołać konsternację. Tak było choćby z napisanym w 1948, a wydanym w 1955 „Szpitalem Przemienienia”. Powieść osadzona jesienią 1939 roku była osadzona w szpitalu psychiatrycznym pod Krakowem, gdzie trafia młody lekarz Stefan. Idealista zostaje zderzony z postawami bardziej doświadczonych kolegów: wycofanego dyrektora, surowego i szorstkiego Rygiera, stosującego interwencję chirurgiczną Kautersa i traktującego chorobę psychiczną jako manię Marglewskiego. Sytuacja staje się coraz bardziej niepewna i spokój w każdej chwili może zostać przerwany. Co zrobią Niemcy z pacjentami jak i samym szpitalem oraz co zrobić?

Już sam opis mógłby sugerować refleksyjno-filozoficzne kino, a osoba reżysera Edwarda Żebrowskiego wpisuje film w nurt kina moralnego niepokoju. Akcji jako takiej nie ma, skupiając się na dylematach młodego lekarza i zderzeniu różnych postaw. Pacjent jest tutaj niemal przedmiotowo, traktowany przez lekarzy z dystansem. Czy to jako obiekt badawczy, któremu słowu nie można ufać i można w zasadzie zrobić z nim co się chce. Bo – cytując pielęgniarza – „To nie jest człowiek, to wariat”. Osoba niedostosowana do tzw. społecznych norm (czymkolwiek one są), potencjalny geniusz czy po prostu człowiek urodzony z zaburzeniem, wadą genetyczną albo nieznaną dolegliwością. Coraz bardziej zaczynamy widzieć pewną frustrację oraz zmęczenie młodego lekarza, którego idealistyczne podejście (przede wszystkim służyć pomocy i nie szkodzić) zostaje skonfrontowane z resztą personelu. Obserwując lekarzy można odnieść wrażenie, że są równie szaleni, co poddani w ich opiekę pacjenci. No i jeszcze jest wojna – niby daleko w tle, jakby oddalona od szpitala. Ta jednak jest bardzo bezwzględna, tak samo jak lekarze postawieni przed najbardziej dramatyczną próbą.

Zarówno film, jak i powieść odnoszą się do akcji T4, podczas której Niemcy w czasie II wojny światowej dokonali „eliminacji życia niewartego życia”. Innymi słowy, chodziło o zabijanie ludzi chorych psychicznie, niepoczytalnych, schizofreników, niepełnosprawnych oraz zaburzonych. Akcja ta miała charakter półjawny, a ilość ofiar jest trudna do oszacowania (nieoficjalnie mówi się o około 200 tysiącach ludzi). Lekarze domyślając się jedynie losów pacjentów zostają wystawieni na próbę, od której mogłoby zależeć ich życie. Co zrobią, uciekną, zostaną czy będą próbowali paktować?

Film Żebrowskiego broni się jako pole dyskusji do etycznych dylematów w czasie ostatecznym. Momenty, gdy lekarze prowadzą ze sobą rozmowy wciągnęły mnie najbardziej. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia pewnej teatralności, przez co potrafiło mnie znużyć tempo. Choć jest kilka mocnych scen (elektrowstrząsy czy nieudana operacja pacjenta z rakiem mózgu), najbardziej jednak zapada w pamięć finał. Czarno-biała taśma, nerwowa praca kamery oraz bardzo chłodnie pokazywane zabijanie. Bez litości, bez czekania, a w tle słychać odgłosy ludzi idących na śmierć. Takich scen nie da się zapomnieć, tak jak fantastycznego aktorstwa. Mających takich gigantów jak Henryk Bista, Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz czy Wojciech Pszoniak nie można było tego spieprzyć. I to oni są najmocniejszym punktem tego filmu.

Zaś mimo lat „Szpital…” pozostaje mocnym, poważnym moralitetem o odpowiedzialności za ludzkie życie oraz trzymaniu się zasad w sytuacji ekstremalnej. Choć wielu może znudzić, to jest wiele mocnych dialogów, zaś finał jest czymś niezapomnianym.

7/10

Radosław Ostrowski

Świadectwo urodzenia

Wydaje się, że o wojnie powiedziano już tysiące rzeczy i nie da się niczym zaskoczyć, zszokować czy przerazić. Ale jeszcze bardziej zaskakuje mnie fakt, iż mimo wielu lat wiele starszych produkcji potrafi uderzyć oraz porazić swoją siłą. Taki jest nakręcony w 1961 roku film Stanisława Różewicza „Świadectwo urodzenia”.

Napisany wspólnie z bratem Tadeuszem film składa się z trzech historii, gdzie obserwujemy wojnę oczami najbardziej bezbronnych osób: dzieci. Każda historia toczy się w innym czasie, kiedy działania wojenne już trwają. Ale nie spodziewajcie się pokazania walki, żołnierzy, okopów czy tego typu rzeczy. Reżyser pokazuje wszystko w bardzo oszczędny, stonowany, rzadko korzystając z dialogów. Wiele rzeczy opowiedziane jest samymi zdjęciami czy scenkami rodzajowymi. I to wystarczy, żeby każda z historii potrafiła uderzyć między oczy. Tak samo jak zakończenia, sprawiające wrażenie urwanych w najważniejszym momencie.

Pierwsza historia opowiada o dwóch zagubionych osobach, które trafiają na siebie przypadkiem podczas kampanii wrześniowej. Janek (świetny Henryk Hryniewicz) to warszawiak, szukający swojej matki oraz siostry, z kolei Józef (znakomity Wojciech Siemion) jest chłopem, poborowym wożący wojskową kancelarię i oddzielony od reszty oddziału. Ten duet powoli przechodzi przez wsie oraz miejscowości, coraz bardziej tracąc nadzieję na odnalezienie innych, a także dostrzegając wielkie spustoszenie dokonywane przez Niemców. Wyniszczone budynki, opustoszałe wsie, pozostawione działa – takie obrazy potrafią zrobić mocne wrażenie.

Nie inaczej jest z drugą historią osadzoną w 1941 roku, tym razem w mieście, skupiając się na najstarszym z trzech braci. Zbyszek (przekonujący Edward Mincer) stara się utrzymać rodzinę, kiedy matka jest na wsi, a ojciec w obozie jenieckim. Ta historia wydaje się skupiona na hołdzie ojca, obrazowanym przez czyszczenie jego butów oraz dbaniu o resztę ubrań. Sam widok ludzi stojących w obozu jest porażający, a decyzja o oddaniu butów zbiegłemu rosyjskiemu żołnierzowi może wydawać się dziwna. Jednak najbardziej uderzają ostatnie sceny, gdzie widzimy obóz kompletnie opustoszały. Więcej mówić nie trzeba.

No i jest trzecia, najmocniejsza opowieść o dziewczynce (najlepsza z dziecięcej obsady Beata Barszczewska), która przeżyła likwidację żydowskiego getta. Początek tej historii przez kilka dobrych minut jest pozbawiony słów, zaś na ekranie widzimy tylko podniszczony budynek, puste, zdemolowane pokoje, a w tle jakieś rozmowy, strzał. Mirka jako jedyna ocalona za każdym razem musi się pilnować, bo zagrożeniem może być każda spotkana osoba. Czy to dziecko, czy dorosły mężczyzna w pociągu, zaś każde miejsce nie wydaje się bezpieczne. I kiedy już wydaje się, że w sierocińcu już będzie dobrze, że zapanuje spokój, Różewicz robi to samo, co w poprzednich nowelach. Brutalnie przypomina, że to jest wojna, bezwzględnie nielicząca się z niczym, pozbawiająca niemal każdej nadziei, gasząc ją bezlitośnie. Inspekcja oficerów gestapo trzyma za gardło, a jej zawieszony finał jest jak cios zawodowego boksera w walce z amatorem.

Takie jest całe „Świadectwo urodzenia” – pozornie stonowany, wyciszony, ale emocje potrafią eksplodować jak po uderzeniu bomby. Różewicz w sposób subtelny oraz bez wielkich scen, wielkich słów oraz patosu pokazuje wojenną grozę tak sugestywnie, że aż trudno w to uwierzyć. 60 lat na karku, a nadal ma siłę rażenia. Nie wiem, co mogę więcej powiedzieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wolne miasto

Wolne Miasto Gdańsk było tworem powstałym po zakończeniu I wojny światowej. Państwo-miasto podlegające Lidze Narodów jednak po objęciu władzy w Niemczech przez Adolfa Hitlera sytuacja stała się w nim bardzo napięta. Wyczuwa się w powietrzu napięcie między Polakami a Niemcami, wręcz parcie do konfrontacji. I to w tym mieście doszło do jednego z pierwszych starć II wojny światowej, czyli obrony Poczty Polskiej w Gdańsku. O tym epizodzie postanowił opowiedzieć Stanisław Różewicz i to w roku 1958.

„Wolne miasto” zrobione jest w tym samym stylu, co późniejsze „Westerplatte”. Innymi słowy jest to paradokumentalna historia skupiona na grupce postaci. Pracownikach poczty, różnych pod względem wieku, zderzonych z nieprzyjemnie nastawionymi do nich obywatelami niemieckimi. W szczególności tych, co nosili uniformy oraz byli zafascynowani ideologią nazistowską. Oprócz naczelnika oraz jego zastępcy do urzędu trafia pochodzący z Warszawy Konrad. Nie wiadomo czym się zajmuje, ale spodziewa się najgorszego i chce przygotować budynek do potencjalnego ataku. Ten następuje 1 września, a pracownicy są zbrojeni w karabiny, granaty oraz broń maszynową. Jednak w starciu z niemiecką armią nie mają zbyt wiele szans.

Sam film można podzielić na trzy części. W pierwszej Różewicz obserwuje ostatnie dni przed wojną, by pokazać nastroje w mieście. Co najbardziej zaskakuje, reżyser nie pokazuje Niemców tylko w sposób negatywny, pełnych nienawiści czy wrogości. To są drobne epizody, ale przełamują zero-jedynkowe stereotypy. Bardziej to przypomina dokument, z kilkoma obyczajowymi scenkami, bez jakiejś konkretnej fabuły. To, że jest to tak bardzo przyziemne oraz bez nachalnej propagandowej agitki (a to jest końcówka lat 50.) wprawia mnie w konsternację. Równie zaskakuje przywiązanie do szczegółów – Niemcy mówią po niemiecku, sprzęt oraz uzbrojenie – a także bardzo surowa wręcz forma. Atak na pocztę pokazany jest niemal zgodnie z faktami (nie widzimy ucieczki kilku osób), zaś oszczędnie pokazana przemoc robi mocne wrażenie. No i oszczędnie pokazany finał, pozbawiony nadziei, gorzki, bez podniosłych mów i patosu. Tak samo udział mniej znanych twarzy, które dopiero z czasem miały zabłysnąć (m.in. Jan Machulski czy Piotr Fronczewski).

„Wolne miasto” reklamowano jako pierwszy polski film o wrześniu ‘39. I tak samo jak późniejsze „Westerplatte” unika zabawy w agitkę, skupiając się na odtworzeniu pierwszej konfrontacji z nazistowskimi Niemcami. Surowe, niemal dokumentalne, ale szczere, poruszające oraz angażujące.

8/10

Radosław Ostrowski

Westerplatte

Westerplatte – posterunek polskiej składnicy na Półwyspie Helskim, gdzie miało dojść do pierwszego starcia II wojny światowej. Choć dzisiaj wiemy, że tutaj nie padły pierwsze strzały ani bomby (ten “splendor” trafił na Wieluń), jednak to o tym starciu powstawały utwory, stało się symbolem bohaterstwa oraz uporu. Także filmowcy postanowili podjąć ten temat, a pierwszym był Stanisław Różewicz.

Reżyser stawia tutaj na bohatera zbiorowego, czyli żołnierzy załogi kierowanych przez majora Sucharskiego. Scenariusz oparto na dzienniku dowódcy, gdzie nie wszystko zostało powiedziane i napisane jak choćby załamanie nerwowe Sucharskiego czy dezercja kilku żołnierzy. Jednak muszę przyznać, że twórcy nie stawiają pomnika z brązu, czyniąc z żołnierzy niezłomnych wojaków, gotowych umrzeć z Bogiem w ustach oraz karabinem w ręku. Początkowy optymizm oraz nadzieja z czasem zaczynają ustępować zmęczeniu, bezsilności i beznadziei. Amunicja się kurczy, tak samo granaty, przybywa rannych, a pomocy praktycznie nie ma. Wszystko pokazane bez patosu, choć nie brakuje tutaj momentów heroizmu przeplatanych ze strachem oraz ciągłym poczuciem zagrożenia. Klimat się zmienia jak w kalejdoskopie, co dodaje pewnego realizmu, tak samo jak paradokumentalna forma. Czarno-białe zdjęcia, trzęsąca się kamera podczas każdego wybuchu, brak muzyki (tylko w czołówce oraz napisach końcowych), epizodyczna narracja. Przeskakujemy z jednego miejsca na drugie, co potęguje chaos, dezorientację oraz nieustanne poczucie niepewności.

Jeszcze bardziej Różewicz stawia ważne pytanie, które wynika ze zderzenia dwóch postaw. Pierwszą, rozważną reprezentuje major Sucharski (fantastyczny Zygmunt Hubner), chcący walczyć tak długo, jak będzie to miało sens. Inne zdanie ma jego zastępca, kapitan Dąbrowski (równie mocny Arkadiusz Bazak), bardziej romantyk. Ten facet dostrzega jakim symbolem dla kraju staje się Westerplatte, więc walczyć trzeba do ostatniej kropli krwi. Spór wydaje się nie do rozstrzygnięcia, a pytanie o sens oraz granicę poświęcenia wybrzmiewa najmocniej. I to czyni film Różewicza bardziej aktualnym niż cokolwiek innego, choć nie można odrzucić przywiązania do szczegółów czy imponującej, coraz bardziej niszczonej scenografii.

Muszę przyznać, że mimo lat “Westerplatte” pozostaje bardzo mocnym i bardzo dobrym filmem wojennym. Bez popadania w patos, z bardzo uniwersalnymi pytaniami o sens walki w ekstremalnych warunkach, z przeważającymi siłami wroga. Przekonująca rekonstrukcja wydarzeń, co w czasach produkcji nie było powszechne.

8/10

Radosław Ostrowski

Nieśmiertelny

Oglądając sobie “The Old Guard” przypomniałem sobie o pewnym klasyku z lat 80., który też opowiadał o ludziach żyjących dużo dłużej od zwykłych śmiertelników. Taki jak choćby Connor MacLeod – XVI-wieczny goral ze Szkocji, który przeżył swoją śmierć podczas walki. Mieszkańcy jego rodzinnej wioski nie wierzyli swoim oczom i podejrzewali mężczyznę o układy z Szatanem. Wygnany poznaje egipskiego nieśmiertelnego, Juan Ramirez, który staje się jego mentorem i przygotowuje do ostatecznego celu: Zgromadzenia, gdzie ma dojść do walki nieśmiertelnych, jaką wygrać może tylko jeden. Przeciwnikiem jest niejaki Krugan, próbujący powalić MacLeoda już w XVI wieku.

Russell Mulcahy opowiada pozornie prostą historię o człowieku, dla którego wieczne życie staje się niby darem, lecz tak naprawdę udręką. Narracja jest prowadzona dwutorowo, gdzie poznajemy bohatera współcześnie w Nowym Jorku, jak i w przeszłości, co bardzo mnie zaskoczyło. Przejścia między tymi liniami toczą się niemal płynnie. Ale przeszłość to nie tylko szkocka wioska oraz samotnia, ale też dwa drobne epizody: XVIII-wieczna Francja (pojedynek ze szlachcicem, gdzie nasz bohater jest pijany) oraz czas II wojny światowej, kiedy zostaje uratowana przyszła współpracownica MacLeoda. Informacje dostajemy powoli, a mimo przeskoków czasowych wszystko jest przedstawione jest klarownie. Co jeszcze bardziej mnie zadziwiło to fakt, że ta historia potrafi zaangażować i ma kilka chwytających za serce momentów jak umieranie ukochanej Connora czy pojedynek Ramireza z Kurganem.

Reżyser prowadzi swoją historię bardzo pewnie oraz – co jest dużą zaletą – wygląda to świetnie. Wiele scen jest kręconych pod specyficznymi kątami, sceny akcji są ekscytujące oraz fantastyczną choreografię. A wszystko jest widoczne oraz klarowne, bez zbędnego efekciarstwa czy szybkiego montażu. To wszystko jeszcze podkręca fenomenalna muzyka Michaela Kamena oraz piosenki grupy Queen. Plus absolutnie zapadające w pamięć role Christophera Lamberta (Connor), charyzmatycznego jak zawsze Seana Connery’ego (Ramirez) oraz znakomitego Clancy’ego Browna (demoniczny Krugan). Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

Ekspres von Ryana

Włochy, rok 1943. Kraj powoli zaczyna wycofywać się z wojny, ale to jest kwestia dni. Tam zostaje zestrzelony samolot pułkownika Ryana. Ten trafia do włoskiego obozu jenieckiego kierowanego przez niezbyt kompetentnego majora Battaglię. Po stronie jeńców liderem jest brytyjski major Fincham, ale pułkownik zaprowadza swoje porządki. Pare dni później kończy się wojna, jeńcy przejmują obóz, jednak zostają zauważeni przez niemiecki samolot. Grupa kilkuset jeńców podejmuje ucieczkę, jednak wpadają i trafiają do pociągu.

Nakręcony w połowie lat 60. film Marka Robsona nie jest poważnym, egzystencjalnym dramatem wojennym. To film niemal przygodowy, napędzany przez dynamiczną akcję oraz napięcie, przypominając “Wielką ucieczkę”. Reżyser pewnie prowadzi całą opowieść, gdzie dzielni Alianci walczą ze złymi nazistami. Tych drugich można zabić albo wykiwać w pole za pomocą podstępu (przebranie księdza za nazistowskiego oficera), co dodaje pewnego suspensu. Włoscy bohaterowie są albo śmieszni (major Battaglia), albo starają się wspierać naszych bohaterów (pełniący role tłumacza kapitan Oriani). Podział jest prosty, stawką jest życie jeńców oraz szansa na ucieczkę. O dziwo samej akcji nie ma tutaj za dużo, bo chodzi o to, by nie zostać zdemaskowanym. Nie brakuje gładkich scen przemocy jak choćby w momencie przejęcia kontroli nad pociągiem, jednak prawdziwy popis pirotechniczno-strzeleckich to ostatnie pół godziny. Jest próba cichaczem wjechania do miasta, wybuchy oraz finałowa konfrontacja na torach kolejowych. Niby jest happy end, ale nie obywa się bez ofiar, więc wojna nie jest do końca taką przygodą. Nawet jeśli realizm jest mocno uproszczony, a postacie stereotypowe.

Nadrabia to wszystko bardzo solidne aktorstwo oparte na zderzeniu dwóch osobowości. Pierwszą jest pułkownik Ryan, tutaj grany przez Franka Sinatrę. Wydaje się kimś w rodzaju człowieka dopasowującego się do okoliczności, bardzo opanowany oraz wyluzowany. Bardziej działa sprytem niż otwartą walką, ale jest efektywny. Drugą osobowością jest krewki, brytyjski major Fincham w interpretacji Trevora Howarda. Woli walczyć, motywuje go nieufność, podejrzliwość oraz nieustępliwy upór. Z czasem te dwie postacie zaczną nabierać do siebie szacunku i uzupełniać się jako zgrabny duet. Na drugim planie najbardziej wybija się Sergio Fantoni, czyli kapitan Orlani, będący nowym sojusznikiem jeńców.

“Ekspres von Ryana” pochodzi z czasów, kiedy na II wojnę światową patrzyło się jak na walkę dobra ze złem. Więc wiele filmów z tego okresu ma charakter stricte rozrywkowy, a jednocześnie nadal trzyma w napięciu. Dziwne, prawda?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tango i Cash

Chyba nie ma dwóch policjantów tak różnych w Los Angeles jak Ray Tango oraz Gabriel Cash. Pierwszy wygląda bardziej jak biznesmen – elegancko ubrany, zawsze w garniturze, a także inwestuje na giełdzie. Drugi to szajbus pokroju Martina Riggsa z “Zabójczej broni”, tylko kocha adrenalinę i mniej patyczkuje się z oponentami. Obaj mocno zaleźli za skórę handlarzowi narkotyków oraz bronią, niejakiemu Perretowi. Ten planuje zemstę, ale zamiast odstrzelić im łby wrabia ich w morderstwo, by zniszczyć ich reputację.

Powiem to wprost: film Andrieja Konczałowskiego z 1989 roku to taka bardziej lightowa wersja “Zabójczej broni”. Więcej tutaj humoru niż w oryginale, a historia jest tylko pretekstem do kolejnych popisów kaskaderskich oraz żarcików. W większości sucharów, ale zabawnych, gdzie panowie rywalizują o status samca alfa. Takich opowieści widzieliśmy setki, a klisza kliszą pogania. Przerysowany, demoniczny antagonista, konflikt policjantów ze swoimi szefami, jeden z gliniarzy zakochuje się w siostrze drugiego. Jest tu nawet odpowiednik bondowskiego Q z dziwacznymi zabawkami technologicznymi (strzelające buty czy wóz opancerzony i uzbrojony po zęby). Ten film powinien zostać zrobiony jako pełnoprawna parodia spod znaku ZAZ. Ale “Tango i Cash” jest zrobiony na poważnie, chociaż to przymrużenie oka daje o wiele więcej frajdy. Strzelaniny są szybkie oraz intensywne (zwłaszcza finałowa konfrontacja rozmiarów epickich), niektóre popisy kaskaderskie wydają się szalone w rodzaju skoku na linię wysokiego napięcia w deszczu, zaś humor czasem miesza się z przemocą (przesłuchanie prawej ręki antagonisty za pomocą zabawy w dobrego i złego gliny). Bawiłem się świetnie, w czym pomaga także “lekka” muzyka Harolda Faltenmeyera oraz pewna realizacja, ze stylowymi zdjęciami.

To wszystko jeszcze bardziej podkręca ciekawie dobrany duet, pełen silnej chemii oraz sporego ładunku. Sylvester Stallone w eleganckim garniaku wygląda nietypowo, co zaskakuje i pokazuje spory dystans do siebie. Ale kiedy pojawia się Kurt Russell jako Cash, będący kontrastem dla Tango. W podkoszulku, z długimi włosami, działa bardziej za pomocą pięści niż słów. Docinki między sobą oraz rywalizacja o dominację daje masę frajdy i jest paliwem tego wariackiego filmu. Jest jeszcze przerysowany antagonista w wykonaniu Jacka Palance’a, choć nie wyróżnia się tak bardzo z tłumu innych złoli. Są też drobne role Teri Hatcher (Catherine Tango) oraz Briona Jonesa (Requin), dodające odrobiny lekkości.

Choć “Tango i Cash” nie jest żadnym arcydziełem, idealnie wpisuje się w definicję guilty pleasure. Dostarcza masy frajdy, nawet jeśli historia wydaje się pełna dziur, bzdur oraz brakiem logiki. Są wybuchy, dużo humoru oraz energetyczny duet Stallone/Russell. Czego chcieć więcej do seansu z kumplami przy piwku?

7/10

Radosław Ostrowski

Django

O Django wszyscy usłyszeli w 2012 roku, kiedy opowiedział o nim Quentin Tarantino. Problem w tym, że to nie była pierwsza historia o kowboju obdarzonym tym imieniem. Wszystko zaczęło się w 1966 roku dzięki mistrzowi spaghetti westernu. Niestety, nie był nim Sergio Leone, lecz będący troszkę w jego cieniu Sergio Corbucci. O dziwo, mimo lat bardzo dobrze się trzyma. Ale zacznijmy od początku.

django(1966)1

Kiedy poznajemy tytułowego bohatera idzie pieszo, ciągnąc za sobą trumnę. Kim jest, co jest w trumnie, czym się zajmuje?  – sprawa nie jest jasna. Zbliżając się do miasteczka trafia na grupę Meksykanów chłostających kobietę obyczajów lekkich. Ci zostają zastrzeleni przez zbliżających się z drugiej strony żołnierzy Konfederacji. Noszą oni czerwone maski na twarzach, ale nie oszukujmy się – to członkowie Ku Klux Klanu. I też bardzo zależy, żeby kobietę odesłać do krainy wiecznych łowów. A samo miasteczko jest opustoszałe, brzydkie oraz ubłocone. Jakby nikt tutaj nie mieszkał, jednak znajduje się saloon połączony z burdelem. Wkrótce Django wplątuje się w konflikt między Jankesami a Meksykanami.

django(1966)3

Jeśli historia budzi wam skojarzenia ze “Strażą przyboczną” czy “Za garść dolarów”, jest to właściwy kierunek. Nie jest to jednak kalka jeden do jeden, ze zmienionym tłem oraz postaciami. “Django” jest o wiele brudniejszy i brutalniejszy od filmów Kurosawy oraz Leone, główny bohater ma głębszą motywację działań, a nad wszystkim unosi się klimat kina klasy B. Reżyser jednak jest na tyle sprytny, że potrafi wykorzystać swoje karty: cięte dialogi, oszczędną scenografię, krwawą przemoc oraz świetną muzykę z niezapomnianym tematem przewodnim. Akcja prowadzona jest bardzo pewnie, z nerwem oraz napięciem, zaś bójka w saloonie, gdzie część scen widzimy z oczu wygląda świetnie. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie i kiedy wydaje się, że znamy finał, zostajemy od razu sprowadzeni do parteru. Ten gorzki oraz brudny klimat towarzyszy aż do ostatecznej konfrontacji na cmentarzu.

django(1966)2

Zagrane jest to naprawdę nieźle, ale najbardziej wybija się Franco Nero w roli tytułowej. Bohater ten wygląda niczym tańszy Clint Eastwood oraz troszkę bardziej rozmowny (ale tylko troszkę), ale tak samo sprytny i obojętny wobec reszty otoczenia. Niemniej tkwi w nim coś więcej, choć nie pokazuje tego zbyt często. Właśnie ta kreacja podnosi całość na wyższy poziom, dając masę energii dla tego filmu. Przypominając przy okazji, że spaghetti western to nie tylko Sergio Leone.

7,5/10

Radosław Ostrowski